Harry Potter - Book And Scroll

28.2.14

43. Porozmawiajmy

"Posępny duch mój... O, niech twoja ręka
O struny harfy potrącić pośpieszy;
Niech spod pieszczonych palców twych piosenka
Łagodnym szmerem ucho me ucieszy.
Jeśli w mym sercu tli choć skierka mała
Drogich nadziei - ten dźwięk ją dobędzie,
Jeśli łza jedna w tym oku została -
Spłynie - i w mózgu palić już nie będzie...

Lecz graj pieśń dziką, głęboką, co wzrusza,
Niech pierwszy akord weselem nie brzęknie:
Pomnij, minstrel, łez żądna ma dusza;
Gdy mi łzy nie trysną - serce moje pęknie...
Ach, bo to serce z dawna bólu syte,
Bezsenne, milcząc znosiło swą nędzę;
Dziś czas już skończyć - niech pęknie rozbite
Albo niech pieśni ulegnie potędze."
- George Gordon Byron, "Posępny duchu mój"

    Był zły. Przed chwilą skończył lekcje i był bardzo, bardzo zły. Gniew wręcz z niego kipiał, a jednocześnie czuł się okropnie bezsilny. Niech Merlin przeklnie Czarnego Pana! Co on sobie wymyślił? Chce być nieśmiertelny? Mieć nieograniczoną władzę? Spełniać swoje chore ambicje? W porządku! Ale niech jego w to nie miesza! Dosłownie.
    Oddawać krew, też coś. Już wcześniej mówił, że jakaś lekarka będzie mu robiła transfuzje, ale nie brał tego na poważnie. A chyba powinien, gdy się zgadzał. Teraz, a właściwie to już w styczniu, miał się przekonać na własnej skórze (krwi?), co też dokładnie Czarny Pan miał na myśli.
    Zamknął książkę i wstał, wzdychając ciężko. To naprawdę zaczynało go powoli przerastać. A nawet szybciej. Chciał coś z tym zrobić, ale nie bardzo mógł.
    Na dodatek Potter coraz bardziej zatruwał mu życie. Teraz widział go cały czas z Hermioną, praktycznie bez przerwy. Doszło do tego, że nawet, gdy zamykał oczy, widział te paskudne okrągłe okulary. Tego też miał dość.
    Przeszedł do swojego gabinetu i ponownie westchnął. Życie wampira naprawdę nie było łatwe. Na początku myślał, że wielkie łóżko mu wystarczy, niestety się mylił. W końcu dał za wygraną i Dumbledore pozwolił mu wnieść tu trumnę, bo inaczej zwyczajnie nie mógłby funkcjonować.
Obrzucił skrzynię tęsknym wzrokiem. Może sen mu dobrze zrobi? Wydawało mu się to trochę dziecinne, ale nie miał lepszej alternatywy.

***


    Hermiona spakowała swoje książki do torby i szybko wyszła z klasy eliksirów po skończonych zajęciach. Harry zrobił to samo i po chwili już wchodzili po krętych schodach na piętro. Weszli w jeden z setek zakurzonych korytarzy, gdzie stały srebrne zbroje, a na podłodze leżał wytarty dywan.
Pogrążeni w rozmowie, mijali innych uczniów. Nie zauważyli , że większość była bardziej podekscytowana, niż zwykle. Dopiero, gdy skręcając wpadli na większą grupę ludzi, popatrzyli po sobie zdziwieni.
- Jak myślisz, o co chodzi? - zapytał Harry.
- Dokładnie nie wiem, ale się domyślam – odparła Hermiona, próbując ustać na palcach i zobaczyć powód tego całego zamieszania.
- Niby jak?
- Harry, jest grudzień. Pomyśl, co może być takiego ważnego? Oprócz końca semestru, chociaż to i tak poniekąd się łączy.
- Chyba nie chodzi ci o...
- Właśnie o to. Sam zobacz – powiedziała, wpychając się z nim w końcu pomiędzy resztę uczniów.
Ich oczom ukazał się ogromny plakat. Tło było białe, natomiast zdobiły je różne świąteczne elementy, które magicznie się poruszały, a czerwona, wymyślna czcionka układała się w słowa:

BAL BOŻONARODZENIOWY
24 GRUDNIA

TYLKO DLA UCZNIÓW OD PIĄTEJ KLASY WZWYŻ

WYMAGANY STRÓJ WIECZOROWY
GODZINA ROZPOCZĘCIA: 20.30
WIELKA SALA

- I stąd to zamieszanie? - ponownie zadał pytanie Harry, gdy wyrwali się z tłumu napierających na siebie nastolatków.
- Jak widać. Dla niektórych to bardzo ważne... - oznajmiła Hermiona, lekko się czerwieniąc.
    Chłopak spojrzał na nią nierozumiejącym wzrokiem i nagle... olśnienie! Oby tak dalej, rozumienie dziewczyn szło mu coraz lepiej.
- Hermiono – odchrząknął z poważną miną i spojrzał jej w oczy.
- Tak? - zapytała, a w jej źrenicach zalśniła nadzieja.
- Chciałem się ciebie zapytać czy...
- Hmmm?
- Czy może dowiedziałaś się czegoś o Carmen i o tej osobie, z którą się spotyka? Od naszej rozmowy w szpitalu minęło trochę czasu i pomyślałem, że może już wiesz... Bo jeśli nie, to na tym balu na pewno się dowiemy! - wyrzucił z siebie dumny, jak mało kiedy.
    Hermiona musiała przez chwilę dojść do siebie, zanim zamknęła usta. Potem jeszcze zamrugała parę razy i w końcu... wybuchnęła śmiechem.
- Harry, czy ty naprawdę... Naprawdę myślałeś, że o to mi chodzi? - zapytała, dławiąc się ze śmiechu.
- No... A nie o to? - Wybraniec stał bezradnie pod ścianą, zastanawiając się, co zrobił nie tak.
- Nie. Sugerowałam ci, i, na oba G w inicjałach Gryffindora, już nigdy tak nie zrobię, abyś mnie zaprosił na ten bal, Chłopcze, Który Się Trochę Pogubił.
    Chłopak uniósł głowę i utkwił w niej błagalny wzrok. Mimo to po chwili się uśmiechnął, podszedł do niej bliżej i pocałował ją mocno. Gdy się oderwali od siebie, powiedział cicho:
- Myślałem, że to oczywiste, Panno Wiem-To-Wszystko-Ale-Jednak-Nie-Wszystko-Granger. - Tym razem to on się zaśmiał, a ona spojrzała na niego karcąco. A raczej próbowała, bo zaraz znowu się rozpromieniła i przytuliła go mocno.
- Tak nawiązując do tej twojej teorii... Carmen nigdy by nam się nie pokazała na tym balu z kimś, nie chce ujawnić swojej tajemnicy, więc tego nie zrobi nawet podświadomie. Do tej pory tego nie rozgryzłam. A ty jak uważasz?
- Uważam – zaczął trochę ciszej, niż wcześniej – że powinniśmy się przenieść w inne miejsce, bo aktualnie połowa korytarza się na nas gapi.
    Hermiona rozejrzała się i od razu zaczerwieniła. Faktycznie, odgrywali tu niezłe przedstawienie. Trochę jej było wstyd, ale z drugiej strony... Była szczęśliwa, więc chyba nie powinna jej martwić opinia innych?
- Masz rację, idźmy gdzieś indziej – rzuciła radośnie, pocałowała go w policzek i splotła swoją rękę z jego. Razem przeszli przez resztę korytarza i ruszyli kolejnymi schodami w górę.
    Mijali właśnie klasę obrony przed czarną magią, gdy Hermiona przypomniała sobie, jak okropnie wyglądał profesor Collins dzisiaj na lekcji. I na poprzedniej. Tak właściwie to na wszystkich ostatnio sprawiał straszne wrażenie. Był blady jeszcze bardziej, niż w ogóle myślała, że to możliwe. Cienie pod jego oczami stały się jeszcze ciemniejsze, z sarnich oczu zniknął ten charakterystyczny blask. Gdyby go widziała pierwszy raz w życiu, pomyślałaby, że ma depresję. A w każdym razie jakiś rodzaj załamania nerwowego.
- O czym myślisz? - zagadnął ją delikatnie Harry. - Stało się coś?
- Nie, to... - W końcu Hermiona postanowiła przestać unikać tematu. I to było chyba najrozsądniejsze. - Chodzi o profesora Collinsa. On... nie jest ostatnio sobą, zauważyłeś?
- Tak. Ostatnio zamiast okazywać mi swą niechęć, po prostu mnie ignoruje – prychnął chłopak.
- To nie jest tak. Myślę, że może mieć jakieś problemy, ktoś powinien się tym zainteresować i...
- I tym kimś powinnaś być ty? - Harry uniósł pytająco brew.
- Cóż... Możliwe. Nie zrozum mnie źle, naprawdę. To ciebie kocham, a on jest kimś w rodzaju... mentora. Naprawdę nie mam złych zamiarów, on też nie. Chcę mu pomóc. Zasługuje na to. - Hermiona wyrzuciła z siebie wszystko, co jej leżało na sercu. No, może oprócz paru szczegółów związanych z jej relacją z Barnabasem, ale przecież to nie było nic takiego, prawda?
    Harry milczał. Po chwili spojrzał jej w oczy i rzekł:
- Idź do niego – wskazał jej ręką drzwi od klasy i nawet spróbował się uśmiechnąć, co jednak marnie mu wyszło. Ale się starał. - Będę w Pokoju Wspólnym.
- Dzięki. Jesteś cudownym chłopakiem – powiedziała radośnie i wpięła się na palce, aby go mocno pocałować. Gdy się odsunęła, dodała z lekkim zaniepokojeniem: - Mam nadzieję, że masz dobrą szatę wieczorową na ten bal?
- Mam. Spokojnie, nie jestem Ronem – oznajmił i uśmiechnął się, tym razem szczerze, po czym odszedł dalej korytarzem.
    Hermiona weszła do pustej sali, szybko przeszła przez całą jej długość i stanęła przed drzwiami profesora Collinsa. Były ładnie zdobione, ale delikatnie i bez zbytniej przesady. Znacznie lepiej, niż za "kadencji" Umbridge. Wzdrygnęła się lekko na wspomnienie tej różowej ropuchy. Ohyda.
    Zapukała i czekała na reakcję, jednak żadnej nie było. Po kolejnej próbie spotkała się z takim samym rezultatem. Może nie było go w komnatach? Zawiedziona już miała odejść, ale postanowiła spróbować jeszcze raz i nacisnąć klamkę, tak dla pewności. Ustąpiła od razu.
    Niepewnie uchyliła drzwi na szerokość kilku centymetrów. Nie dobiegł ją żaden odgłos, wszędzie panowała cisza. Niepewnie weszła do środka i rozejrzała się dookoła. Było tu nawet całkiem miło – ciemno, ale miło. Okna zostały zasłonięte ciężkimi kotarami, natomiast obok wielkiego łoża stała biblioteczka zapełniona książkami. Zaciekawiona podeszła do niej, zapominając o tym, gdzie się znajduje. Nie ośmieliła się jednak uchylić przeszklonych drzwiczek, za to swobodnie mogła odczytać tytuły z grubych grzbietów tomów. Znalazła między innymi "Stwory nocy", "Wampiry i ludzie: podobizny i metamorfozy", "Wichrowe wzgórza" i "Mistrz i Małgorzata". Było tego o wiele więcej. Odwróciła się w poszukiwaniu innych regałów, lecz w tym samym momencie zesztywniała. Jej wzrok napotkał coś dużego, czarnego i zdecydowanie ciężkiego. Czegoś, czego normalnie się nie widuje, a już na pewno nie w sypialni.
    Mało tego – wieko trumny zaczynało się uchylać. Zdążyła zauważyć jedynie długie, cienkie palce z ostro zakończonymi paznokciami i czarnym pierścieniem otwierające wieko od środka. Potem była już ciemność.


***

    Bolały ją plecy. Mocno. Głowa trochę mniej, ale jednak. Spróbowała unieść dłoń, aby zweryfikować swoje obrażenia, ale została powstrzymana. Zamrugała kilka razy, a rozmazana plama przybrała obraz twarzy znajomego wampira.
- Gdzie... Co się stało? - zapytała zaskoczona. Lekko się rozejrzała i zdążyła się zorientować, że leży na miękkim łóżku.
- Zemdlałaś, Hermiono – powiedział spokojnie Collins, odgarniając jej włosy z czoła i wpatrując się w nią. Nadal sam nie wyglądał za dobrze. - Możliwe, że to przemęczenie. Dobrze się czujesz?
- Ja... Tak – odparła speszona. Nie chciała się przyznać, że taka mała drobnostka przeraziła ją na tyle, że straciła przytomność. Przecież doskonale wiedziała, gdzie nosferatu zapadają w drzemkę, więc dlaczego tak się zachowała? Czego jej organizm się spodziewał? Kocyka, kubka z czekoladą i poduszki z idiotycznym wzorkiem?
- Masz może ochotę na herbatę? - zapytał z lekkim uśmiechem.
- Bardzo chętnie. Mogę już usiąść? - Niepewnie uniosła się na łokciach.
    Barnabas skinął głową i machnięciem dłoni wyczarował dwa kubki z gorącym napojem. Hermiona ostrożnie upiła łyk i od razu zrobiło jej się lepiej.
- Więc... stało się coś, że mnie szukałaś? - Mężczyzna wpatrywał się w nią z ciekawością.
- Cóż... - W końcu przypomniało jej się, po co tu przyszła. - Martwiłam się o pana... ciebie.
- O, a to ciekawe – skomentował z uśmiechem i również upił łyk, odsłaniając białe kły.
- Po prostu... chciałam ci pomóc jakoś, może coś zrobić... Nie lubię, gdy jesteś smutny. Widzę to, naprawdę. I tak właściwie jest mi wtedy ciężko, bo każdy się z kimś spotyka, rozmawia z kimś, a ty, Barnabasie... Jesteś sam.
- Dziękuję, że mi o tym przypomniałaś.
- Tak, wiem, że to niezbyt, hmmm... grzeczne, ale nie chcę, aby tak było. Jest jakiś konkretny powód twojego żalu? Może mogłabym jakoś temu zaradzić. - Jej kubek był już do połowy opróżniony.
- To bardzo miłe z twojej strony. Tylko, że to nie jest wcale proste, wręcz przeciwnie. Nękają mnie demony. Przeszłości, teraźniejszości. Przyszłości. Chyba przestaję sobie z tym radzić... - Pochylił głowę, wpatrując się w prawie niewidoczny wzorek na narzucie.
- Możesz mi opowiedzieć. Powinno potem być ci łatwiej – podsunęła Hermiona.
- W wielkim skrócie... moja rodzina odeszła. Moja jedyna miło... radość z życia zniknęła – wyznał.
- I co zrobiłeś?
- Chciałem rzucić się z klifu. Niestety, nie zadziałało. Byłem wampirem. Zacząłem zabijać niewinnych mieszkańców – ukrył twarz w dłoniach. W jego głosie słychać było wielki żal.
- Tak, ale przy tym uczyłeś się magii – zauważyła dziewczyna. - Próbowałeś ratować swoje życie przed ruiną.
- Tak, robiłem to, prawda? - Ożywił się, a jego twarz zaczęła wyrażać zdecydowanie, jakby podjął jakąś decyzję.
- Walczyłeś, Barnabasie! - Hermiona też się mimowolnie podekscytowała. - Na swój szalony, nieziemski sposób. Walczyłeś tak zaciekle, że trzeba było zamknąć cię w trumnie, aby cię powstrzymać!
- Merlinie, masz rację! - wykrzyknął.
- Walczyłeś, bo masz to we krwi. A teraz masz szansę, by znowu walczyć.
- I walczyć będę! - wstał, patrząc dumnie gdzieś w dal. Brunetka wpatrywała się w niego zafascynowana. Wydawał się teraz niezniszczalny, potężny, jakby mógł dokonać wszystkiego. Naprawdę niezła przemiana.
    Nagle się odwrócił, pochylił się w jej stronę, spojrzał jej prosto w oczy i zapytał:
- Skąd tyle o mnie wiesz? - Hermiona poczuła, że robi jej się gorąco. No tak, tego nie przewidziała.
- Hmmm... To znaczy, ja... Biblioteka – odparła speszona. On, ku jej wielkiemu zdziwieniu, tylko kiwnął głową. Nie pytał, nie chciał nic więcej wiedzieć. A szkoda, bo natrafiła na dość ciekawe legendy i chciała się dowiedzieć, co jest prawdą. Były to różne średniowieczne historie, a także nowożytne. Jak wspomniała w rozmowie, mieszkańcy pewnego miasteczka zamknęli go kiedyś w trumnie i zakopali ze strachu o swoje życie, więc nie mógł się wydostać przez parę lat. Do tego mnóstwo różnych historii o wielkiej miłości do wampira, których Hermionie już tak nie chciało się czytać, jednak jedna szczególnie przyciągnęła jej uwagę. Mimo to zamierzała go o nią spytać innym razem.
    On tymczasem znowu przysiadł obok niej na łóżku i spojrzał na nią, lecz tym razem dostrzegła te cudowne iskierki w jego oczach. To było niesamowite jak jedna rozmowa może zmienić podejście człowieka.
- Dziękuję ci, Hermiono – powiedział, przerywając przyjemną ciszę. - Za wszystko.
- Ależ nie ma sprawy, po prostu... czułam, że to będzie ci potrzebne.
- Jestem ci naprawdę wdzięczny. - Położył jej dłoń na ramieniu. Wzdrygnęła się lekko, ale nie odsunęła. - Gdybyś tylko miała jakiś problem, zawsze służę ci pomocą. I nigdy nie zdradzę twojej tajemnicy – dodał, przy okazji mrugając.
- Jakiej? - zapytała ze zdziwieniem.
- O tym, że w bibliotece szukasz haczyków na nauczycieli, nieładnie. - Zaśmiał się i udał, że grozi jej palcem.
- Ach, gdyby tylko było coś na profesora Snape'a... Szanuję go, ale czasami po prostu mam ochotę zrobić mu coś... niezbyt przyjemnego. Możesz to również potraktować jako tajemnicę – dodała szybko, a on teraz już na dobre parsknął śmiechem.
- Od dawna nie miałem tak dobrego humoru – powiedział. - A jeśli chodzi o Snape'a, to mogę ci trochę o nim opowie...
- Nie, dziękuję – zaprzeczyła ostro. - Jeszcze to wykorzystam i oboje będziemy mieli kłopoty.
- Właściwie... Nie mam nic przeciwko kłopotom z tobą.
    Zapadła cisza, przerywana jedynie tykaniem starego zegara w kącie. Stare wskazówki właśnie zaczynały wskazywać piątą po południu. Hermiona z ciekawością obserwowała wahadło wynalezione przez Galileusza, gdy nagle...
- Godryku i Gryffindorze, już późno! - wykrzyknęła i prawie upuściła pusty kubek. Szybko wstała, poprawiła włosy i skierowała się do wyjścia.
- Do widzenia, Hermiono – dobiegł ją miły i zrelaksowany głos Barnabasa.
- Do zobaczenia! - odkrzyknęła, chwyciła w biegu swoją torbę i wybiegła z gabinetu, a potem z klasy, kierując się do Pokoju Wspólnego.




___________________________________________
Rozmowa w kontekście "walcz, Barnabasie" itp. przerobiona z "Mrocznych cieni".

21.2.14

42. Coś nieprzewidywalnego

"Co to jest miłość
Nie wiem
Ale to miłe
Że chcę go mieć
Dla siebie
Na nie wiem
Ile

Gdzie mieszka miłość
Nie wiem
Może w uśmiechu
Czasem ją słychać
W śpiewie
A czasem
W echu

Co to jest miłość
Powiedz
Albo nic nie mów
Ja chcę cię mieć
Przy sobie
I nie wiem
Czemu"
- Jonasz Kofta, "Co to jest miłość"


    Hermiona obudziła się z dziwnym uczuciem. Jedynie otworzyła oczy i uśmiechnęła się na wspomnienie poprzedniego dnia. Leżała w bezruchu, kompletnie nie chciało jej się wstać. Uniosła się lekko, opierając się na łokciach, gdy usłyszała szelest dobiegający gdzieś spoza jej łóżka.
- Nareszcie. Już myślałam, że nigdy nie wstaniesz – dobiegł ją sarkastyczny głos.
- Niby dlaczego? Jest sobota i na pewno nie spałam tak długo...
- Na pewno. - Brązowe oczy Carmen zlustrowały ją bacznie. - Jest po drugiej. Po południu, tak gdybyś się zastanawiała.
    Hermiona przez chwilę milczała, nie mogąc otrząsnąć się z lekkiego szoku. Naprawdę było już tak późno? Ale w sumie... Nic się przecież nie stało.
- Chyba nic nie przegapiłam, co? - zapytała dla pewności.
- Biorąc pod uwagę twoją hierarchię ważności to raczej nie.
- Nie bądź uszczypliwa.
- Bo...?
- Bo tak.
- Ach, ta kreatywność...
- Wiem, jest ogromna. - Hermiona przewróciła oczami, siadając na łóżku. - Zaraz... co ty jesz? - Jej uwagę przykuło niewielkie, czerwone pudełko, które Car trzymała w dłoniach i co chwilę do niego sięgała.
- Czekoladę. Nawet dobra, chociaż do szwajcarskiej jej brakuje i...
- Skąd to masz? - Była coraz bardziej poirytowana.
- Potter ci przysłał – oznajmiła Car poważnie i wręcz wyszczerzyła zęby w dumnym uśmiechu. - Kto pierwszy ten lepszy, więc...
- Czy ja dotykam twoich rzeczy? Czy ja je zjadam?
- Hmmm... Nie. Ale to raczej ze względu na to, iż nic jadalnego nie przechowuję w kufrze i szufladach. A czemu pytasz? - Dziewczyna znowu włożyła sobie kawałek czekolady do ust.
- Bo tak się nie robi!
- Doprawdy? - Brown uniosła brew.
- Ugh! - Hermiona rzuciła się na łóżko zrezygnowana. Po chwili namysłu znowu poderwała się i dodała ze złośliwym uśmiechem, tak do niej zwykle niepasującym: - Jak tam randka?
    Carmen zmierzyła ją spokojnym wzrokiem i wróciła do jedzenia.
- Dedukcja poprawna. Aczkolwiek mogłaby być lepsza.
- CO? - zapytała oburzona Hermiona. - Odkryłam, że masz kogoś, a ty nie dość, że kompletnie się tym nie przejmujesz, mimo że to ukrywałaś, to jeszcze mnie krytykujesz?!
- Hmmm... Tak. Mogłaś się bardziej postarać. Gdybyś skupiła się bardziej, wiedziałabyś nawet, kto to – rzuciła obojętnie, ale w jej oczach tliła się ciekawość.
- Aha, czyli znam go! - triumfalnie wykrzyknęła Granger.
- Jest gorzej, niż myślałam. To raczej oczywiste, że go znasz. Inaczej bym ci powiedziała. - Carmen spojrzała na nią jakby przytomniej. - A jak tam z Potterem?
- Merlinie, nie uwierzysz, ale było tak uroczo, tak inaczej, tak...
- Proszę, bez szczegółów – przerwała jej Brown.
- ...i to było najpiękniejsze, co mógł kiedykolwiek zrobić! - dokończyła rozentuzjazmowana brunetka i rozmarzyła się.
- Nudne, banalne, przewidywalne. Pięknie, naprawdę. Rozpłacz się z radości, dopełnij obrazu opętanej hormonami nastolatki. To mnie wcale nie irytuje.
- Uroczo się gniewasz.
- Wszystko robię uroczo.
- Jasne...
- Wątpisz w to?
- Zawsze.
- Oooo... To już nie wariujesz z miłości?
- Krótka przerwa – odparła z uśmiechem Hermiona i wyszła z dormitorium do łazienki.
    Carmen powiodła za nią wzrokiem. Gdyby tylko wiedziała...
    Na Merlina, poprzedni wieczór był... Bardzo zaskakujący. Kompletnie się tego nie spodziewała. Nawet takie coś nie przyszło jej do głowy. A jednak.
    Odstawiła puste pudełko na szafkę, zamknęła oczy i jeszcze raz przywołała w myślach tamte obrazy...

***

    Ponownie poprawiła niepewnie włosy i odetchnęła głęboko. To miało się stać. Nie, to nie było zwykłe spotkanie. Między wierszami nazwał to randką i ona doskonale o tym wiedziała. On o tym wiedział. To zupełnie przeczyło z Severusem, jakiego do tej pory znała. Jakby... nie pasowało.
    Mimo wątpliwości pchnęła ciężkie drzwi i weszła do komnat Mistrza Eliksirów. Było tak, jak zwykle – nie dostrzegła świec, róż ani niczego innego w takim stylu. I dobrze.
    Tak właściwie to Snape chyba nawet zbytnio tym się nie przejmował. Zastała go w fotelu, czytał książkę. Miał na sobie tę samą szatę, co zwykle podczas lekcji. Nic się nie zmieniło, po prostu relaksował się po kolejnym dniu użerania się z uczniami.
    Niepewnie podeszła bliżej i odchrząknęła. Zaznaczył miejsce w książce i powoli obrócił się w jej stronę.
- Jesteś. Na czas.
- Nic nowego – mruknęła.
- Hmmm... Chyba nie jesteś zbyt zachwycona – stwierdził ze złośliwym uśmiechem.
- Jesteś w błędzie. Wprost tryskam entuzjazmem. I mdleję na twój widok – odparła Carmen, przewracając oczami.
- Mogłem to przewidzieć. Niecierpliwa nastolatka. Spodziewałem się po tobie czegoś więcej i...
- Ma cierpliwość nie zna granic – powiedziała i po krótkim namyśle skierowała się w stronę najbliższego fotela.
- Co ty robisz? - zapytał z rozbawieniem Snape.
- Zamierzałam usiąść i poczekać, aż mi wszystko wyjaśnisz. - Teraz Carmen była już kompletnie zdezorientowana. O co mu chodzi?
- Chodź tu i złap mnie za ramię – powiedział, wpatrując się w nią dziwnie.
- Myślałam, że w Hogwarcie nie można się teleporto... - zaczęła dziewczyna, łapiąc Mistrza Eliksirów za rękaw czarnej szaty.
- Jako szpieg mam pewien przywilej – odpowiedział sucho, trochę tracąc humor. - Na Salazara, złap się mocniej! Nigdy wcześniej nie miałaś takich problemów – zauważył, na co ona się cicho zaśmiała i zbliżyła do niego, chwytając mocniej jego ramię.
    Szarpnęło nimi dość mocno, więc musieli się przenosić gdzieś poza granice Anglii. Przez chwilę czuła się jak w transie, a potem to wrażenie ustąpiło. Zastąpiło je coś innego. Słońce. Świeciło jej prosto w oczy. Odwróciła się i... zaniemówiła. Nie, to zdecydowanie nie było nudne. Ani zwyczajne.
Jej oczom ukazał się piękny motocykl – czerwony lakier lśnił, a chromowane części wysmuklały jego sylwetkę. Jedno spojrzenie wystarczyło. Wiedziała, że stoi przed nią Honda Shadow, jeden z najbardziej znanych mugolskich jednośladów. Gwizdnęła z podziwu, jednocześnie obracając trochę głowę, dzięki czemu dostrzegła Snape'a, który utkwił wzrok w jakimś odległym punkcie. Spojrzała tam, po czym znowu gwizdnęła. Przed nimi rozciągała się ogromna plama ciemnego błękitu, która falowała równomiernie. To morze potrafiło zahipnotyzować człowieka. Dalej dostrzegła sporych rozmiarów wyspę.
- Gdzie... gdzie my jesteśmy?
- To, co tam widzisz, to Kefalonia – odparł Severus, nie kryjąc zachwytu nad krajobrazem.
- Zaraz, to znaczy, że... - Carmen szybko przywołała w pamięci wszystko, co wiedziała o tej wyspie. - Że jesteśmy tuż obok, czyli na... na Zakynthos – stwierdziła pełnym emocji głosem. Była w Grecji. Zabrał ją do Grecji.


    Nie mogąc się już dłużej pohamować, szybko podbiegła do niego i mocno go objęła. Wydawał się zaskoczony, ale nic nie powiedział, tylko odwzajemnił uścisk. Niemrawo, ale jednak. W końcu odsunęła się od niego i dopiero wtedy zobaczyła, że jego wygląd się zmienił. Miał na sobie jakieś ciemne spodnie, typowo motocyklowe buty i czarną skórzaną kurtkę. I to nie byle jaką, ramoneskę.
- Znowu mnie podziwiasz? - W jego głosie ponownie mogła usłyszeć lekką drwinę, ale teraz już niczym się nie przejmowała. Już na samym początku była zachwycona randką.
- Dzisiaj zdecydowanie mam co – odparła zaczepnie. - Do tego ta niespodzianka: Przerażający Nietoperz z Lochów gustuje w mugolskich rozrywkach.
- W jednej konkretnie. I tak właściwie dopiero jazda na motocyklu to prawdziwa magia.
- Jak się zrobiło poetycko... A czemu nie masz Harleya?
- Wszystko po kolei. Wcześniej to była Yamaha Virago, stopniuję przyjemność płynącą z posiadania choppera.
- Tak właściwie to nie jest ci za gorąco? - zapytała zdziwiona.
- Nie. Zaklęcie chłodzące, do tego mamy grudzień, a Grecja to przecież Europa. Jest chłodniej niż latem. Zresztą sobie możesz zadać to samo pytanie.
    Spojrzała na siebie i faktycznie – była bardzo podobnie ubrana. Pod szyją dostrzegła niebieską bandanę.
- Czyli... jedziemy gdzieś konkretnie?
- Masz strasznie dużo pytań.
- Cóż... znalazłam się w obcym kraju i nieswoim ubraniu z moim profesorem eliksirów. To naturalne chyba, że mam pytania.
- Wystarczy. Wydedukuj sobie – dodał z uśmiechem i ruszył w stronę Hondy. Z kierownicy zdjął czarny kask z białą czaszką z tyłu i podał jej taki sam.
- Klawe – stwierdziła Carmen, na co Snape uniósł brew. - No co? Lubię kreskówki.
    Severus zbył to milczeniem. Nie zamierzał wdawać się z nią w bezsensowną dyskusję. Wsiadł na motocykl i odpalił go. Silnik zaryczał i zaczął miarowo pomrukiwać, co oboje przyjęli z zadowoleniem.
- Na co czekasz? Wsiadaj – powiedział, wskazując miejsce za nim.
    Carmen przełknęła ślinę i usadowiła się na siedzeniu, które całe szczęście miało oparcie, więc mogła się go złapać. Mężczyzna przewrócił oczami.
- Złap mnie w pasie, bo spadniesz.
- Tak mi dobrze.
- Zobaczymy.
    Jak na złość przekręcił szybko rączkę gazu, a pojazd wyrwał mocno do przodu. Wtedy Carmen stwierdziła, że jednak lepiej będzie się go złapać, po czym objęła go mocno w pasie. Ruszyli szeroką drogą wzdłuż brzegu morza, gdzie widzieli poszarpane skały i fale, które się o nie rozbijały. Błękitne niebo nie było zachmurzone, twarze owiewał im orzeźwiający wiatr.
    Dziewczynę ogarnęło bardzo przyjemne uczucie. Nie spodziewała się czegoś takiego, nigdy nawet sobie nie wyobrażała. Trafił w dziesiątkę, do tego zaskoczył ją. Nikt nigdy nie zrobił dla niej czegoś tak pięknego.
    Zobaczyła znak przy drodze, który wskazywał najważniejsze atrakcje turystyczne na wyspie, gdzie o tej porze roku nie było prawie nikogo, oprócz miejscowych. Minęli parę stacji benzynowych i duży supermarket, po czym wjechali w tunel z palm. Rosły one przy drodze i tworzyły naturalny baldachim i osłonę przez słońcem. Kawałek dalej minęli jakiegoś Greka idącego z osiołkiem i nastolatka na skuterze.
    Teraz trasa zmieniła się, stała się bardziej kręta. Wjeżdżali coraz wyżej, jednak Severus nie miał z tym problemu – zręcznie operował maszyną tak, że każdy zakręt pokonywali gładko. W jego ruchach dało się zauważyć pasję, z jaką prowadził. Naprawdę dawało mu to ukojenie.
    Przejeżdżali obok wielu dróg niewyłożonych asfaltem, na pewno prowadzących do domów zwykłych ludzi. Teren robił się coraz bardziej górzysty, a oni widocznie i tak tu mieszkali. Klawo.
    Znaleźli się w jakimś wąwozie. Carmen, która podczas jazdy przyłożyła policzek do pleców Snape'a, uniosła się diametralnie. Poczuła, że mimowolnie on też się spiął. Mijali mnóstwo spalonych drzew porastających zbocze. W dole płynął strumyk, który znikał gdzieś w oddali. Wszystko tu wyglądało inaczej. Prawdopodobnie był to skutek jakiegoś pożaru. Musiał zniszczyć znaczną część krajobrazu, bo dziewczyna widziała jedynie kilka krzewów, wszystko inne pokrywała czarna sadza.
Wyglądało to jak pobojowisko po wojnie. Przypomniało jej się, co mówił Severus. Dojdzie do starcia. Będzie wiele ofiar. Czy Hogwart będzie wtedy tak wyglądał? A może jej rodzinna Francja? Wzdrygnęła się na tę myśl, a on czując to, przyspieszył. Po kilku minutach wyjechali z wąwozu i wjeżdżali jeszcze wyżej, zaczęło się robić naprawdę stromo. To otrząsnęło ją z ponurych rozmyślań, które na pewno były godne zapamiętania i uwagi.
    Zakręty były coraz węższe, drzewa wokół coraz gęstsze. Czasami widziała w dole morze, ale niemożliwym było oszacowanie, jak wysoko się znajdują.
    W końcu dotarli do jakiegoś miasteczka, a właściwie przejechali przez nie, mijając białe domki i bardzo wąskie uliczki, nawet dla motocykla. Zjechali trochę niżej i skręcili w zjazd. Po chwili Carmen poczuła, jak Snape się zatrzymuje. Zeszła z pojazdu, zdejmując kask i potrząsając włosami, aby się ułożyły. Po chwili spojrzała na Severusa, który dość kiepsko zamaskował swoją reakcję na ten widok.
- Mam tak zrobić jeszcze raz? - zapytała rozbawiona.
- Nie... nie trzeba. - Odchrząknął. - Idziemy tam. - Wskazał wąską ścieżkę z czerwoną ziemią, z której wystawało dużo kamieni pokaźnych rozmiarów.
- Nie spadniemy?
- Nie, Brown, jeśli się nie będziesz specjalnie wychylać – zauważył złośliwie. Pociągnął ją za rękę w tamtą stronę.
    Schodzenie było dość trudne, ale zdecydowanie się opłacało. Carmen zobaczyła kępę zielonych krzewów, a gdy za nią wyjrzała, ujrzała bardzo stromy klif. To było niesamowite, morze w dole wydawało się tak blisko, a jednak... było jakieś sześćset metrów niżej.


- Jesteśmy na klifach Keri – oznajmił dumny z siebie Snape.
- Naprawdę mi się podoba. Naprawdę. - Uśmiechnęła się i pocałowała go lekko w usta.
    Stali tak chwilę, wpatrując się w głębię w dole, w bezmiar wody i ogarniającą ich przestrzeń. Nagle Snape wyczuł zmianę w jej nastroju.
- Co się stało?
- Nic – odparła niepewnie. - Głupota, serio.
- Jedna głupota więcej czy mniej, co za różnica? - zapytał zniecierpliwiony.
- Jakaś jednak. Chodzi o to... To głupie. Naprawdę. Chodzi o ten głupi bal w grudniu. Po prostu... Skręca mnie w środku jak pomyślę, że Granger i reszta będą sobie skakać po parkiecie, a ja nie będę mogła nawet do ciebie podejść.
    Mistrz Eliksirów przez chwilę wpatrywał się w nią zdziwiony, a potem zaśmiał się krótko.
- Oj, Brown, jest tak, jak przewidziałem. Przebywanie z Granger stanowczo ci szkodzi.
- Wiedziałam, że tak zareagujesz. Nie było tematu.


    Znowu zamilkli, jednak mimo to Snape'a zaciekawił jej "problem". Czy naprawdę tak się z nim zżyła, że taniec na zwykłym balu był dla niej czymś ważnym? Przecież nie mógł nic zrobić w tej kwestii, na Merlina! Po co ona mu to mówiła? Żeby wzbudzić w nim poczucie winy? Ha, tylko sęk w tym, że on nic tu nie mógł pomóc...
- To... Pokażesz mi coś jeszcze? - przerwała jego rozmyślania.
    Nic nie odpowiedział, tylko wrócił na ścieżkę i zaczął się wspinać z powrotem, a ona poszła za nim. Wrócili do punktu wyjścia, jednak tym razem Severus skierował się na prawo, w stronę wielkiego kamienia z dziwnymi znakami. Minął go i podszedł do drucianej siatki. Była przerwana w tym miejscu, więc po prostu przeszedł nad nią, gestem zachęcając Carmen, aby zrobiła to samo.
- Jesteś pewien?
- Tak.
- Ale tam jest przepaść i...
- Czyżby Gryfonka się bała? - zakpił.
    Prychnęła, gdyż nie czuła się prawdziwą Gryfonką, ale nie chciała mu dać satysfakcji. Przeszła nad ogrodzeniem i podeszła do niego.
- Co teraz? Tu jest tylko więcej krzewów i przepaść.
- Wychyl się i popatrz tam. - Mistrz Eliksirów wskazał na lewo.
- Oszalałeś? Mam wychylić się nad przepaść?!
- Przecież będę cię trzymał, to bezpieczne.
- Jasne.
- Gryfoni...
- Coś mówiłeś? - zapytała, łapiąc go za dłoń i wyglądając zza skały.
    Usłyszała jego tłumiony chichot, gdy otworzyła usta ze zdumienia. Jej oczom ukazał się jeden z najbardziej znanych widoków Grecji, wszechobecny na pocztówkach, jednak z tego rodzaju, że nikt nigdy nie wiedział, skąd on jest. A zapierał dech w piersiach. Były to dwie skały, jedna mniejsza, a druga większa, przypominały żagle. Przy okazji zauważyła chmury zbierające się nad horyzontem. Wiatr wzmógł się i...


- Dlaczego mnie wciągnąłeś? - zapytała z oburzeniem Carmen.
- Brown, musimy jechać. Widzę jakiegoś dozorcę i...
- Jesteś czarodziejem, na Merlina! Rzuć jakieś zaklęcie.
- Lepiej nie. Po prostu jedźmy, Brown.
- Ale...
- Jedziemy. Zresztą zaraz zacznie padać – powiedział, wskazując zbliżające się chmury.
    Posłusznie poszła za nim w stronę motocykla. Przejechali ponownie przez miasteczko i powoli zjeżdżali coraz niżej, aż w końcu trafili na jakąś boczną drogę. Carmen dostrzegła szyld z dużym napisem "Apelati". Budynek przed nimi wyglądał na jakiś zajazd.
    Wjechali na podjazd i Snape zgasił silnik. Podeszła do nich jakaś młoda kobieta, z którą chwilę rozmawiał, po czym ta wskazała im wejście. W środku drzwi zamknęły się za nimi akurat, gdy zaczęło padać.
    Wnętrze wyglądało jak wyjęte z jakiegoś filmu. Typowo greckie ornamenty zdobiły ściany, nie przeszkadzało to jednak paru nowocześniejszym akcentom. Snape pociągnął ją w stronę drewnianych schodów, a ona odruchowo zacisnęła palce na jego dłoni. Trzymając dziewczynę za rękę, poprowadził ich do korytarza, gdzie znajdowało się kilkoro drzwi. Kluczem otworzył jedne z nich i razem weszli do środka.
    Był to przestronny pokój, w podobnym stylu co reszta budynku. Zdjęli kurtki, ogromnie wyczerpani, mimo tego, jak było przyjemnie. Przez chwilę odpoczywali w spokoju, po czym Carmen stwierdziła, że będzie jej jednak wygodniej na kolanach Severusa.
- Dziękuję – wyszeptała mu do ucha.
    Odpowiedział jej jedynie cichym pomrukiem i swoimi dłońmi obejmującymi ją w talii. Jego usta znalazły się na jej szyi i...

***
- Carmen, idziesz może na obiad?
- C-co...? - zapytała skonsternowana.
- Nie jadłam śniadania, więc naturalnym jest, iż jestem głodna. Drugi raz nie powtórzę – oznajmiła Hermiona.
- Wiesz... tak właściwie to chętnie – odparła Carmen, wychodząc z dormitorium. Nie przeszkodziło to jej ponownie analizować w myślach każdego szczegółu poprzedniego wieczoru.



___________________________________________
Zakynthos to moja ulubiona grecka wyspa, miejsca są autentyczne, a te zdjęcia, które widzicie, sama robiłam

14.2.14

41. Wszystko widział śnieg

"Jedną myśl wielką roznieć, niechaj pali żarem,
A stanę się tej myśli narzędziem, zegarem,
Na twarzy ją pokażę, popchnę serca biciem,
Rozdzwonię wyrazami i dokończę życiem.
Jam się w miłość nieszczęsną całym sercem wsączył..."
- Juliusz Słowacki, "Kordian"

    Ten tydzień w szkole mijał wyjątkowo spokojnie. Harry ponownie przyzwyczajał się do rytmu nauki i Hermiona musiała przyznać, że naprawdę zaczął się przykładać. Przestał odkładać większość prac domowych na ostatnią chwilę, a nawet wypożyczył jakąś książkę z biblioteki.
    Jedyne, co ją zdziwiło, to pierwsza lekcja obrony przed czarną magią po powrocie Harry'ego. Profesor Collins wszedł wtedy do klasy, a w jego oczach mogła wyraźnie dostrzec ból. Aż dziwiła się, że nikt inny nie zwrócił na to uwagi.
    Jak zwykle stanął przed biurkiem i przywitał się. Tyle, że dodał do tego jeszcze:
- Pan Potter. W końcu pana widzę na zajęciach. - Wyczuła w jego głosie coś w rodzaju pretensji i nie podobało jej się to. Zdecydowanie.
- Tak, hmmm... W końcu doszedłem do siebie. - Harry chciał na początku odpowiedzieć coś mniej stosownego, ale gdy poczuł jak Hermiona lekko ściska pod stołem jego rękę, uspokoił się. I tak nic by mu to nie dało.
- Rozumiem, że nadrobił pan materiał? - Wampir uniósł odrobinę głowę, jakby chciał jeszcze bardziej uwypuklić to, że jest wyższy.
- Oczywiście – powiedział spokojnie Harry.
- To dobrze – odparł szybko Barnabas i zwrócił się do całej klasy. - Wzór ucznia, naprawdę! - Po czym dodał ciszej: - Bierzcie z niego przykład... - Ale nie popełniajcie tego błędu i nie wybudzajcie się, pomyślał. Tego dnia miał naprawdę parszywy humor. - Dzisiaj zajmiemy się wyjątkowo silnym zaklęciem ochronnym, więc lepiej przygotujcie...
    Dalsza część lekcji upłynęła już w milszym nastroju. Collins po prostu ignorował Harry'ego, starał się też nie zwracać uwagi na Hermionę, ale... niezbyt mu to wychodziło. Co chwilę przyłapywała go na krótkim spojrzeniu czy nawet lekkim półuśmiechu w jej stronę. Co tu ukrywać, trochę ją to peszyło, ale nie mogła za bardzo nic na to poradzić. W końcu Barnabas zawsze był dla niej miły, a ostatnio musiał mieć złe dni, to wszystko.
    Gdy w piątek ostatnia lekcja dobiegła końca, wszyscy uczniowie ogromnie się ucieszyli. Zresztą chyba było tak zawsze – weekend to dzień najbardziej wyczekiwany, tym razem nawet przez Hermionę. Dlatego gdy wracała z Harrym do Pokoju Wspólnego, aby trochę odpocząć i odłożyć torby, szczerze się uśmiechała. Plotki na temat powrotu Harry'ego znacznie przycichły, za to zastąpiły je spekulacje na temat Balu Bożonarodzeniowego. Uczniowie kompletnie nie wiedzieli, czego się spodziewać, podejrzewali jedynie, że będzie podobnie jak dwa lata wcześniej.
    Harry doskonale pamiętał tamto wydarzenie i niezbyt mu się uśmiechało kolejne. Mimo to postanowił o tym nie myśleć, w końcu został jeszcze prawie miesiąc.

***


    Hermiona odłożyła książki na odpowiednie miejsce i przeciągnęła się. Widziała Carmen, która zachowywała się dziwnie, nawet jak na nią. Obserwowała lekkie podenerwowanie na jej twarzy, gdy spoglądała na siebie w lustrze i przygładzała ubranie. Nie był to mundurek szkolny, co nie powinno nikogo dziwić w piątek po południu, ale i tak wywarła wrażenie na Hermionie. Wyglądała po prostu ładnie, jakby dzisiaj szczególnie o to zadbała.
    Przypomniała sobie słowa Harry'ego, gdy jeszcze leżał w Skrzydle Szpitalnym. Dzięki temu właśnie dotarło do niej, że Brown szykuje się na spotkanie z kimś. Na pewno. I to z człowiekiem, człowiekiem! W tej chwili wydało jej się dziwne, że ktoś w ogóle zdecydował się z nią związać. Carmen nie była łatwą osobą, zdecydowanie. Chociaż po tym, co wcześniej ją spotkało... Powinna być szczęśliwa.
    Hermiona już otwierała usta, aby w końcu zapytać dziewczynę wprost, dlaczego nie mówi jej o pewnych rzeczach, lecz w tym samym momencie dobiegł ją głos wołający ją po imieniu. Spojrzała na zegarek. Faktycznie, powinna już iść, a biedny Harry nie może przyjść po nią do dormitorium. W duchu przeklęła staroświeckie zasady dotyczące chłopców w żeńskich dormitoriach. Kiedyś to wydawało jej się właściwe, ale teraz... wiele rzeczy utrudniało.
    Szybko chwyciła płaszczyk i szalik, po czym weszła do Pokoju Wspólnego, gdzie czekał na nią Harry.
- Co tak długo? - zapytał przekornie, całując ją lekko w policzek.
- Zaczytałam się – odparła dziewczyna, lekko się rumieniąc.
- Tak myślałem. Idziemy?
- Idziemy – przytaknęła.
    Złapali się za ręce i wyszli z zamku, kierując się na rozległe błonia. Na zewnątrz Hermiona szczelniej zapięła płaszczyk i poprawiła szalik. W powietrzu czuć było wyraźnie, że nadszedł grudzień. Bijąca Wierzba zrzuciła z siebie wszystkie listki, a Zakazany Las już nie zielenił się na tle nieba, które robiło się coraz bardziej pomarańczowe. Tafla jeziora zrobiła się czarna, nie mącił jej żaden podmuch wiatru.
    Szli ścieżką prowadzącą do małej chatki Hagrida. Niewiele rozmawiali, w końcu mogli rozkoszować się swoim towarzystwem w ciszy, której w szkole zbyt wiele nie było. Na dodatek byli pewni, że niedługo i tak dudniący głos Hagrida wypełni im uszy. Nie, żeby tego nie lubili. Ten półolbrzym zawsze był dla nich miły i z radością ponownie się z nim spotykali. Minusem były jedynie twarde jak tłuczki ciasteczka i dziwnie smakująca herbata. Harry nie chciał wiedzieć, co jest w jej składzie, tak na wszelki wypadek.
    Gdy byli już prawie na miejscu, Hermiona zatrzymała się. Chłopak popatrzył na nią zdziwiony, a ona uśmiechnęła się, pokazując palcem w górę. Faktycznie, coś tam było. Białe, puchate coś.
- Harry, widzisz to, co ja? - zapytała z wyraźną radością w głosie.
- Chyba tak. Idzie zima – stwierdził.
- Pierwszy śnieg w tym roku! - wykrzyknęła, strącając z ramienia pojedynczy płatek.
- Przecież widzę – odparł rozbawiony Gryfon, widząc prefekt swojego domu zachwycającą się zamarzniętą wodą.
- Oj, przecież lubisz śnieg! Ulepimy niedługo bałwana?
- Możemy. Ale bez nosa, dobra? - zażartował.
- I jak go nazwiemy? Beznosy? - uniosła brew.
- Może. – Uśmiechnął się i znowu chwycił ją za dłoń. - Lepiej chodźmy, bo się spóźnimy. Później pobawisz się w śniegu.
- Nie śmiej się ze mnie – powiedziała karcąco i szturchnęła go w ramię. - Co roku razem z tatą lepiliśmy bałwana, jeszcze zanim dowiedziałam się o magii.
- Tutaj to jest niepotrzebne. Wystarczy, że mamy Malfoya w zamku i... - W tym momencie przerwał, bo oberwał śnieżką w ramię. Już miał odparować atak, gdy drzwi chatki przed nimi się otworzyły i stanął w nich ucieszony Hagrid.
- Cholibka, w końcu przyszliście – zagrzmiał, a oni wymienili porozumiewawcze spojrzenia. - Wchodźcie już, herbatka stygnie.
    Zdjęli z siebie okrycia i usiedli na swoich zwyczajowych miejscach. Półolbrzym podał im ogromne kubki z dziwnie bulgocącym płynem, a na stole postawił talerz z ciastkami wielkości dłoni dorosłego człowieka. W końcu usiadł na wielkim, ciosanym z drewna krześle i przyjrzał im się bacznie.
- Dawno żem was nie widział. Wszystko wporząsiu?
- No jasne, Hagridzie. Przepraszamy, że tak długo nas u ciebie nie było, ale Harry miał ten wypadek, a wcześniej tyle się działo... - Hermiona zaczęła wyrzucać z siebie słowa jak z karabinu, opowiadając parę ciekawych rzeczy z życia w szkole. Gajowy pytał też o chorobę Harry'ego, przeklinając jednocześnie Śmierciożerców i ich wymyślne zaklęcia.
- Zaraz, gdzie Ron się zapodział? - Para popatrzyła na siebie, po czym oboje się lekko zaczerwienili.
- Wiesz, tak właściwie to pewnie jest z Luną... - zaczął chłopak niepewnie.
    Hagrid najpierw zmrużył dziwnie oczy, a potem spojrzał na nich z niedowierzaniem. Odetchnęli z ulgą, gdy na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, znikający częściowo w gęstej brodzie.
- Cholibka, żem dopiero teraz zobaczył, że wy smalicie do siebie cholewki! - przerwał ciszę po jakimś czasie. Na te słowa Harry i Hermiona wybuchli śmiechem. - No, ale co jam takiego powiedział?
- Hagridzie, nikt... Nikt już tak nie mówi – wyjaśniła, wciąż rozbawiona, Gryfonka.
- Dokładnie! - potwierdził Potter, po czym dodał poważniej: - Ale masz rację – powiedział i lekko ścisnął dziewczynę za dłoń, uśmiechając się do niej, co ona odwzajemniła.
- Ja żem zawsze wiedział, cholibka, że wy do siebie pasujecie – stwierdził z wyraźną dumą gajowy.
- A jak tam Madame Maxime? - zapytał, trochę uszczypliwie, Harry.
- No, wiecie... - Trochę posmutniał. - Dawno się nie odezwała, ale myślę, że będzie wporząsiu... Jeszcze herbatki?
    Rozmowa ciągnęła się dość długo. Niebo na zewnątrz kompletnie pociemniało, śnieg sypał coraz mocniej, zbierając się grubą warstwą na parapecie okna, a Hermiona zaczęła się zastanawiać, czy nie powinni już wracać, aby żaden nauczyciel ich nie złapał. W końcu Harry zgodził się z nią i pożegnali się z Hagridem.
- Przyjdźcie jeszcze niedługo, Rona też przyprowadźcie. Bidulek, na pewno też się stęsknił...
- Przekażemy mu, że się o niego martwiłeś – zapewnił Harry, podał ramię Hermionie i razem ruszyli w stronę zamku.
- Naprawdę było przyjemnie – oznajmiła, gdy już trochę oddalili się od chatki.
- Od początku tak mówiłem. I nie mogę zapomnieć jego miny, gdy w końcu dotarła do niego brutalna prawda o nas...
- Dlaczego brutalna? - zaperzyła się Hermiona.
- Dlatego. - Chwilę później Harry posłał w jej stronę naprędce ulepioną śnieżkę.
- Pfff... Nie trafiłeś. Nawet nie wiesz, z kim zadzierasz.
- Ależ wiem. - Tym razem zimna kula dosięgła celu. - Musimy skończyć to, co zaczęłaś zanim weszliśmy do Hagrida. - Ponownie trafił.
- Tego za wiele. Szykuj się! - powiedziała wyzywająco i posłała śnieżkę prosto w chłopaka, trafiając w jego czarną czuprynę.
- Ej, ja ci nie celowałem w twarz!
- Nie ustalaliśmy żadnych reguł.
- Nie? Sama tego chciałaś! - Odbiegł kawałek dalej, chowając się na chwilę za zasypanym krzakiem i formując szybko w dłoniach kulki. Gdy było ich już około dziesięciu, wychylił się i spojrzał w stronę Hermiony.
- Wyjdź i walcz jak na Wybrańca przystało! - powiedziała, a on zaniemówił. Zobaczył ścianę śniegu, która ją zasłaniała, a obok całą artylerię lodowych pocisków.
- Co... co ty zrobiłaś?!
- Kilka prostych zaklęć – odparła ze słodkim uśmiechem i wymierzyła w niego, niezwykle celnie. - Poddajesz się?
- W życiu! - odkrzyknął i znowu się schował. Chwycił jedną z kulek i rzucił w jej kierunku, a kiedy odskakiwała, wybiegł z kryjówki i pobiegł szybko w jej stronę. Nie minął moment, a już leżała w śniegu, powalona przez Harry'ego.
- Wygrałem – mruknął, patrząc jej w oczy.
- Chciałbyś – dodała ze złowieszczym uśmiechem, po czym szybko zrzuciła go z siebie, zamieniając się teraz miejscami. - Teraz się poddajesz?
- Może... - powiedział, unosząc kąciki ust coraz wyżej.
    Mimo tego, że było ciemno, wyraźnie widział jej twarz. We włosach miała trochę śniegu, który pod wpływem ciepła jej ciała zaczął topnieć, co dało niesamowity efekt. Policzki jej się zarumieniły, oddech miała przyspieszony i wyglądała po prostu pięknie. Odruchowo odgarnął jej włosy z czoła. Wtuliła policzek w jego zimną dłoń i naprawdę poczuł się wtedy wspaniale.
    Zbliżył swoją twarz do niej, widział na jej rzęsach kropelki wody. Tak wiele dla niego znaczyła. Poczuł się, jakby była w jego życiu od zawsze. Była jego częścią. Wierzył w to.
    Gdy ich usta się zetknęły, poczuł wszechogarniające go ciepło. To wyjątkowo miłe uczucie. Z Cho tak nie było. Hermiona sprawiała, że jego świat wirował, w ogóle istniał. To był delikatny i krótki pocałunek, ale zawarli w nim wszystko. Znaczył naprawdę wiele.
    Lekko odsunęli się od siebie, a Harry pogładził ją lekko po policzku.
- Wygrałem. – Uniosła brew. - You rock my world – powiedział i uśmiechnął się. Usiedli na mokrym śniegu, ale Hermiona rzuciła na nich zaklęcie suszące i ogrzewające, więc nie marzli.
- Harry... To naprawdę nie jest sen, zwyczajna iluzja? - zapytała nieśmiało.
- Przecież siedzimy tutaj, razem – odparł zdziwiony. - Doskonale wiesz, że jesteś dla mnie ważna. Nie zamieniłbym cię na nic w świecie. Bez ciebie... - Spojrzał na nią. - Bez ciebie czuję się niekompletny.
- To prawda? Mówisz to, bo musisz czy...
- Hermiono. Popatrz na mnie.
    Uniosła lekko wzrok, odnajdując zielone źrenice.
- Jesteś dla mnie wszystkim. - Chwycił lekko jej twarz w dłonie, wpatrując się w oczy koloru starego złota. - Kocham cię.
- Co... Co proszę? - zapytała, nie wiedząc, co się właściwie dzieje.
- Nie mówiłem ci tego, ale... Hermiono Granger, kocham cię.
- To... Ja nie... - zaczęła się coraz bardziej jąkać, w jej oczach pojawiły się łzy. - Nie spodziewałam się tego...
- Dlaczego? Myślałem, że to oczywiste. Jesteś niezwykła i pamiętaj o tym.
- Po prostu... Harry, piszą o tobie w gazetach. W podręcznikach do historii. To jest niewiarygodne. Zawsze mi się podobałeś, marzyłam o tej chwili... To jest zbyt piękne. Byliśmy razem, ale nigdy mi nie mówiłeś takich rzeczy. Czy na pewno wiesz co...
- Jestem tego całkowicie pewny. Kocham cię. Chciałbym wiedzieć: czy ty mnie też? - zawiesił lekko głos, patrząc na nią w taki sposób, że Hermionie zabrakło tchu.
    W odpowiedzi pocałowała go, długo i mocno. Była ogromnie szczęśliwa. Tego wieczoru spełniło się jedno z jej największych marzeń. Nie mieściło jej się to w głowie, ale stwierdziła, że Wszechświat nie funkcjonuje racjonalnie. Coraz bardziej podobał jej się ten brak logiki w działaniu.
    Objęła go mocno za szyję i przyciągnęła do siebie. Śnieg znowu sypnął mocniej i czuli spadające na nich i topniejące szybko płatki.
- Kocham cię, Harry Potterze. I już zawsze będę – wyszeptała pomiędzy pocałunkami.
    Na te słowa oderwał się od jej ust i mocno ją przytulił. Czuła jego ciepłe dłonie na swoich plecach, mimo dość grubego płaszczyka. W tej chwili wszystko wydało jej się możliwe.
    Po jakimś czasie wrócili w końcu do zamku, ponownie zachowując się jak dwójka wariatów, jednak bez przeszkód trafili do Pokoju Wspólnego. To, że na ich drodze nie stanął Snape, wydało im się wręcz cudem.
    Pożegnali się czule i rozeszli do swoich dormitoriów.
    Harry zastał tam Rona przyczepiającego na ścianę obok łóżka kolejny plakat Armat z Chudley. Nawet się nie odezwał, tylko rozmarzony rzucił się na łóżko, w końcu zapominając o złu czekającym w wielkim świecie.
    Hermiona natomiast zastała Parvati, ale siedziała ona przy oknie i widocznie znowu rozpamiętywała śmierć Lavender. Po tym wydarzeniu kompletnie ucichła.
    Nie zamierzała sobie psuć nastroju ponurymi rozmyślaniami, więc chwyciła jedną z książek, lecz zupełnie nie mogła się skupić. W końcu zrezygnowała z tego pomysłu i poszła do łazienki wziąć relaksującą kąpiel.
    Jednego mimo wszystko była ciekawa: gdzie podziewa się Carmen?

7.2.14

40. Wybór

„Czyliż niewinna miłość wieczna godnej męki?
Ten sam Bóg stworzył miłość, który stworzył wdzięki.
On dusze obie łańcuchem uroku
Powiązał na wieki z sobą!

Kobieto! Ty puchu marny! Ty wietrzna istoto!
Postaci twojej zazdroszczą anieli,
A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!..."
- Gustaw, "Dziady cz. IV"



    Czekał z Hermioną aż pojawi się jego przyjaciel.
    Wciąż nie mógł wyjść z szoku. Snape mu pomógł? Naprawdę? Przecież od sześciu lat zawsze stawał mu na drodze, obrażał go, był zły do szpiku kości! Był Śmierciożercą. Owszem, Dumbledore mu ufał, ale przecież każdy może się pomylić. Chociaż to w końcu Dumbledore...
    STOP.
    Czy Harry Potter właśnie pomyślał dobrze o Snapie? Zaczynało się mimo wszystko robić coraz dziwniej. Musi to przetrawić. Zostawić rozmyślania na kiedy indziej.
    Właśnie nadarzyła się okazja, bo zobaczył Rona wchodzącego do Pokoju Wspólnego. Ginny dołączyła do nich i udali się do Wielkiej Sali.
    Harry naprawdę był głodny. Możliwe, że to właśnie z tego powodu ukradkowe spojrzenia i rozmowy innych uczniów irytowały go mocniej niż zwykle. A może po prostu były jeszcze bardziej irytujące, o ile to w ogóle możliwe.
- Potter, co on tu w końcu robi?
- Nie wiem, wiesz może, gdzie był?
- Słyszałem, że w Skrzydle Szpitalnym. Coś go pogryzło.
- Przestań mówić takie bzdury! Doskonale wiem, że był w Świętym Mungu, moja ciocia tam pracuje.
- I co mu było?
- Podobno znowu zniknęły mu wszystkie kości, jak w drugiej klasie.
    Harry myślał, że jeszcze bardziej się zirytuje, gdy wejdzie do Wielkiej Sali, ale... Nie było tak źle. Tak naprawdę to było wręcz dobrze, zwłaszcza gdy podszedł do stoły Gryffindoru. Wszyscy wstali i zaczęli mu gratulować, ogromnie się cieszyli.
- Mogę wiedzieć o co chodzi? - zapytał w końcu Harry.
- Jak to? - Fred i George Weasleyowie tak się zdziwili, że ich rude brwi zniknęły w gęstwinach włosów. - Wygraliśmy dzięki tobie mecz!
- Ach, no tak...
- Mimo tego nieszczęsnego wydarzenia, jesteś naszym bohaterem. Kto inny złapałby tak znicza? - dodał Dean.
- No ja... Nie wiem, ale...
- Hermiono, kopnij go albo trąć łokciem, bo jak nie, to ja to zrobię! - wykrzyknęła, trochę już weselsza, Ginny. - Powinieneś znać swoją wartość, a nie...
- Dobrze, dobrze... - Harry postanowił nie protestować. - A teraz mogę w końcu coś zjeść?
    Przez chwilę wszyscy jeszcze przeżywali jego powrót, ale wrócili do rozmów o wszystkim i niczym. Wrzawa podniosła się, gdy wleciała sowia poczta, robiąc jeszcze większe zamieszanie. Jednej osobie ptak wleciał w płatki, innej rozwalił kanapkę. Ale mimo tego chaosu wszyscy i tak uwielbiali pocztę.
    Hermiona nie spodziewała się niczego, więc zerknęła w stronę stołu nauczycielskiego, ściskając jednocześnie delikatnie rękę Harry'ego, któremu Ron opowiadał nowości ze świata quidditcha. Niektórzy z nauczycieli dostali jakieś listy i paczki, lecz większość była zajęta jedzeniem.
    Ale nie Barnabas Collins. Siedział na krześle i wpatrywał się dziwnym wzrokiem w talerz. Właściwie to wyglądał, jakby chciał samym spojrzeniem spalić kiełbaskę. Na chwilę uniósł kielich do ust, a wtedy kątem oka dostrzegł Hermionę i spróbował się uśmiechnąć, ale niezbyt to wyszło. Przypominało bardziej słynne snape'owskie skrzywienie. Zrobiło jej się go trochę żal, ale... Ale był Harry i on jej najzupełniej wystarczał.
    Uśmiechnęła się, gdy znowu na niego spojrzała. Był tak zajęty słuchaniem Rona, że nie zauważył Hedwigi, która urażona próbowała pokazać mu swoją łapkę. Hermiona szturchnęła go lekko, a on prawie dostał zawału, gdy odwrócił się i stanął oko w oko z białą sową.
- Na Merlina, Hermiono! - wykrzyknął przerażony. - To wcale nie jest śmieszne.
- Ależ... jest... - wydukała, śmiejąc się głośno. - Bardzo!
- No nie wiem... - odparł, ale mimo to w kącikach jego ust wyraźnie "czaił się" uśmieszek.
    Odwiązał mały liścik od nóżki sowy, poczęstował ją bekonem i... już miała odlecieć, ale widocznie stwierdziła, że to za mało i dziobnęła go w rękę.
- Ała! Hedwigo, czy ty do reszty zgłupiałaś? - jęknął, dał jej jeszcze jeden kawałek, a ona posłusznie odleciała. Mimo to wydawało mu się, że widzi w jej oczach urazę. Trudno, on w końcu nic nie zawinił.
    Rozwinął pergamin i przeleciał wzrokiem po koślawych literach. W wypowiedzi wyraźnie dominowało słowo "cholibka".
- Od kogo to? - zapytała z ciekawością Hermiona, zaglądając mu przez ramię.
- Od Hagrida – odparł chłopak, wyraźnie uradowany. Zaprasza nas na herbatę w piątek... Myślę, że poza kwestią samej herbaty będzie w porządku.
- No jasne! Dawno go nie odwiedzaliśmy. A on się bardzo o ciebie martwił.
- Domyślam się. Jest ogromny, ale potrafi rozpłakać się przy najmniejszej okazji.
- To wcale nie było takie banalne – pogroziła mu palcem. - Możemy na dzisiaj przynajmniej skończyć ten temat?
- Jasne. Sam mam go już dość – odpowiedział i ponownie zabrał się za kanapkę.
    Hermiona ponownie wróciła do obserwacji otoczenia. Gdy mieszka się z kimś takim jak Carmen Brown, takie nawyki niestety zaczynają wchodzić w krew. A może stety...
    Prawie podskoczyła, gdy została wyrwana z zamyślenia. Siedząca obok niej Ginny zaczęła wstawać ze swojego miejsca, lekko ją trącając. Wydawała się zamyślona, jakby coś przed chwilą postanowiła. Hermiona już miała jej coś powiedzieć, ale zauważyła, że patrzy w stronę stołu Ravenclawu. Dlaczego tam patrzy? To było dziwne.
    Ku jej zaskoczeniu, Ginny podeszła do Luny. Chwilę rozmawiały, a potem wyszły razem z Wielkiej Sali.
- Stało się coś? - zagadnął ją Harry. - Nie odzywasz się.
- Nie, nic. Po prostu nad czymś się zastanawiałam.
- Aha. Zjedz coś, chyba, że chcesz się zamienić w Carmen. – Uśmiechnął się.
- Co to, to nie! Podaj mi sok z dyni – poprosiła i ponownie się rozluźniła.
    Czas mijał jej stanowczo za szybko.

***

    Luna i Ginny weszły do jednej z wielu pustych w niedzielę klas. Weasley zamknęła drzwi i przyglądała się niepewnie młodej Lovegood, która zaczęła wpatrywać się zamglonym wzrokiem w sufit, kręcąc się przy tym lekko wokół własnej osi.
    Ginny czuła się niezręcznie. Po wczorajszej rozmowie z Draco dalej nie była pewna czy powinna się zgodzić. Owszem, potwierdziła, że z nim jest, ale... To nie było zgodzenie się na uczestnictwo w tym szaleństwie, które on nazywał "walką o większe dobro". Wydawało jej się to mimo wszystko dziwne. Kochała go, ale nie wiedziała kompletnie, co ma robić – popadła w typowy konflikt. Serce i rozum mówiły zupełnie coś innego i nijak nie mogła doprowadzić do ich porozumienia.
    Po długim namyśle stwierdziła, że jedyną osobą, której może się poradzić, jest Luna Lovegood. Hermiona nie mogła się dowiedzieć, a innym na tyle nie ufała. Za to Lunę zranił Ron, ale mimo to mu wybaczyła. Jakoś sama wiedziała, co robić. Miała nadzieję, że tak samo będzie w jej przypadku.
- Jesteś blada. Dopadły się nargle? - dobiegł ją głos blondynki.
- Nie... Słuchaj, chciałam z tobą porozmawiać i...
- Czyli sterowalne śliwki. Mogę ci z tym pomóc, ale potrzebuję...
- Luna! - Ginny podniosła głos. To wszystko było coraz bardziej frustrujące. Mimo to rozmarzony wyraz twarzy Krukonki nie zniknął. - Potrzebuję twojej pomocy. Teraz. Rozumiesz?
- Tak, ale nie musisz mówić do mnie jak do dziecka. - Luna oparła się o jedną z uczniowskich ławek i przybrała pozę wyraźnie mówiącą, żeby Ginny zaczęła.
- To, co zrobił ci Ron... Było okropne, a ty i tak mu wybaczyłaś. Musiało ci być ciężko. Znam swojego brata i wiem, jakim potrafi być kretynem, ale wtedy już naprawdę przegiął. Mimo to jesteście razem.
- Masz podobny problem?
- Nie do końca... Jestem z kimś blisko. Naprawdę mi na nim zależy. Ale on prosi mnie, abym zrobiła coś, co jest sprzeczne ze wszystkim, w co do tej pory wierzyłam, czego nauczyła mnie rodzina. Był bardzo przekonujący, ale ja sama nie wiem czy też tego chcę. To wszystko tworzy wielki konflikt wewnątrz mnie. Nie wiem kompletnie, co robić.
- Nic więcej nie możesz powiedzieć?
    Ginny zaprzeczyła ruchem głowy.
- Ale... kochasz go, tak?
- Tak, od dawna.
- To nie powstrzymuj się i rób to, co czujesz, że jest dobre.
- Mam iść za głosem serca? - Ginny prychnęła.
- Wiesz... Sam Dumbledore twierdzi, że miłość to największa magia. - Luna wyraźnie spoważniała i teraz mówiła tak, jakby to było najoczywistsze na świecie.
- Czyli mam zrobić coś przeciw dyrektorowi, idąc jednocześnie za jego radą? - Na twarzy Gryfonki malował się lekki wyraz rozbawienia. - To absurd.
- Jakkolwiek ckliwie to zabrzmi – to miłość. - Luna się uśmiechnęła.
    Ginny w końcu spojrzała jej prosto w oczy. Były pełne troski, marzeń i czegoś jeszcze, czegoś, czego nie potrafiła określić, ale było bardzo miłe i przyjemne.
- Mam się zgodzić?
- Jeśli czujesz, że powinnaś.
    Rudowłosa westchnęła.
- Nie możesz powiedzieć tak lub nie? - Luna spojrzała na nią zaskoczona.
- Przecież to twoja decyzja. Ja ci mogę jedynie pomóc ją podjąć, ale ostateczna decyzja jest twoja i tylko twoja.
- No tak... W razie niepowodzenia nie mam ci nic do zarzucenia. To nawet mądre. Dziękuję. - Ginny wykrzywiła twarz w lekkim uśmiechu.
- A nie powinnaś. Ja nic nie zrobiłam, sama musisz dojść do sedna. Przemyśl wszystkie za i przeciw.
- Tak, masz... Masz rację. - Przez chwilę patrzyła jak Luna przeczesuje palcami jasne włosy. To całkowita nieprawda, że blondynki są głupie. A już na pewno nie ta. Miała w sobie gdzieś głęboko skrywaną mądrość i Ginny dziwiła się, że wcześniej tego nie zauważyła. Nikt nie zauważył, zwłaszcza ci, którzy wymyślili przezwisko Pomyluna. Takie coś nie było fair, ale widocznie miała powód, aby się nie wychylać. Co może być dość trudne, gdy przyjaźnisz się z Harrym Potterem, Hermioną Granger, a twoim chłopakiem jest Ron Weasley.
Miłość mi wszystko wyjaśniła, Miłość wszystko rozwiązała...
- ...dlatego uwielbiam tę Miłość, gdziekolwiek by przebywała – dokończyła Ginny.
- Skąd to znasz? - zapytała Luna, jeszcze bardziej zaskoczona niż chwilę wcześniej.
- Czytałam pewną książkę... Tak wyszło.
- Więc ją uwielbiaj. Niech ci wszystko wyjaśni, a będzie dobrze. Zaufaj intuicji.
- Zrobię tak. Dziękuję, naprawdę – powiedziała szczerze Gryfonka i na sekundę przytuliła Lunę. - A teraz możesz spokojnie iść to Rona.
- Skąd wiesz, że to chciałam zrobić? - Luna uśmiechnęła się przekornie.
- Przeczucie.
    Po wyjściu z klasy udały się w dwie przeciwne strony – jedna ponownie w kierunku Wielkiej Sali, druga do lochów.
    Była zdecydowana. Wiedziała już, co robić.
    Wszystko, aby być z Draco. Wszystko, aby byli razem.
    Podświadomie wiedziała, że robi dobrze. W końcu zdecydować jej pomogły słowa samego Dumbledore'a, prawda?

***


    Nie myślałem i nie śniłem w mym życiu, że spotkam w tak czystej formie tak gwałtowną żądzę i tak gorące i tęskne pożądanie.
    Jack uniósł głowę znad książki i westchnął. On też kiedyś o czymś takim nie śnił. Ale gdy spotkał Carmen, wszystko wydawało się możliwe. Wszystko było takie magiczne, dosłownie. Nie wierzył, jak to mogło się zmienić.
    Taka miłość, wierność i namiętność nie jest więc bynajmniej poetyckim wymysłem – żyje w najczystszej postaci wśród klasy ludzi, którą my nazywamy niewykształconą i prostacką. My, wykształceni – do cna spaczeni przez wykształcenie!
    "Cierpienia młodego Wertera" były ostatnio jego ulubioną lekturą. W głębi dusza utożsamiał się z tym chłopakiem, czuł, że sam ma romantyczną duszę. Kochał Carmen Brown całym sercem. Ale to wszystko jej wina! To ona stała się obecnie zbyt niebezpieczna, aby chodzić po ziemi. To ona go uderzyła, pozbawiła honoru. Nie mógł pozwolić na więcej. Absolutnie.
    Anioła? Fe! To mówi każdy o swojej! Prawda? A jednak nie jestem zdolny wypowiedzieć ci, jak jest doskonała, dlaczego jest doskonała; dość, że opętała całą mą duszę.
    Teraz jego dusza opętana była nienawiścią do niej. Z miłości w nienawiść, z nienawiści w jej śmierć. Ona. Musi. Zginąć. I to z jego ręki. Wiedział, że Czarny Pan zaatakuje w końcu ten nędzny zamek o jakże poważnej nazwie "Hogwart". Był cierpliwy. W końcu oczywistym było, że wygra, więc po co się denerwować?
    Mnie kocha! Jakże wartościowy staję się sam dla siebie. Jak – tobie chyba śmiem to powiedzieć, rozumiesz to – jak sam siebie uwielbiam, odkąd ona mnie kocha!
    Biedny Werter. Skończył z kulą w głowie. Sam wystrzelił.
    Jack prychnął. Nie znał wartości życia, skoro się zabił. Nie ta, to inna. Już dawno się o tym przekonał, że jedno uczucie łatwo można stłumić innym. W każdym razie w jego przypadku.
Lubił siebie. Właściwie to Carmen sprawiła, że spojrzał na siebie inaczej. Pokazała mu trochę tej swojej dedukcji, ale niewiele z tego się tak naprawdę nauczył. Uwielbiał za to, jak patrzyła na kogoś i już wiedziała, co jadł wczoraj na obiad albo jak miał na imię jego pies. To było niesamowite.
    STOP.
    Nienawidzi jej. Nie może tak o niej myśleć. Och, to się zaczęło robić irytujące!
    Odłożył książkę na biurko, w międzyczasie jego wzrok przemknął po innych książkach. Lubił okres romantyzmu. Może nie ze względu na tą całą miłość, ale przez fantastykę. W tamtych czasach ludzie przejrzeli. Wiedzieli, że jest coś takiego jak magia, różne dziwne stwory, rzeczy, których nasz umysł pojąć nie może...
    A potem znowu zapomnieli.
    Singer potrząsnął głową. Musi się wziąć w garść. Chwycił swój ulubiony płaszcz i niebieski szalik. Szybko się ubrał i wyszedł z mieszkania na zewnątrz. Potrzebował trochę świeżego powietrza. Gdy mijał jeden z mugolskich samochodów, instynktownie się skrzywił. Nienawidził ich. Jakby tak pomyśleć, niewiele było rzeczy, które choćby tolerował. Mimo to zatrzymał się i przejrzał w szybie pojazdu, mierzwiąc włosy przy okazji. Zaczesywał je tylko na akcje, aby mu nie przeszkadzały. Odetchnął głęboko i poszedł dalej.
    O tej porze większość ludzi siedziała w domach, rozkoszując się wolnym dniem. Prychnął. Ogłupiająca telewizja. Sam nigdy nie zamierzał tego spróbować.
    Nagle naszła go pewna myśl. Poprawił kołnierz płaszcza i poszedł wzdłuż jednej z ulic, aby zniknąć za rogiem.
    Samotność jest dla serca mego rozkosznym balsamem w tej rajskiej okolicy, a młoda pora roku ogrzewa w całej pełni moje odrętwiałe serce.
    Problem był taki, że zaczynał się grudzień.



_____________________________________________
 "Cierpienia młodego Wertera" oczywiście Goethego. Sama jestem obecnie zafascynowana romantyzmem. I Mickiewiczem.
Harry Potter - Book And Scroll