Harry Potter - Book And Scroll

22.11.14

55. Powracająca przeszłość

"Potem, pamiętam mgliście, było tam coś
ciemnego z czerwonymi oczami oraz coś
bardzo słodkiego i jednocześnie gorzkiego.
Wydawało mi się, że tonę i wszystko zdawało
się wypływać ze mnie. Tak jakby dusza
uchodziła ze mnie i unosiła się obok w powietrzu."
- Bram Stoker, "Dracula"

    Tysiące zwolenników Lorda Voldemorta wsłuchiwało się w jego każde słowo. Aż dziwne, że wszyscy zmieścili się w sali, która owszem, była ogromna, ale na pewno nie przewidziana dla aż takiej ilości osób. W dość ciemnym pomieszczeniu tylko nieliczne świece rzucały mdły blask na Riddle'a i jego najbliższych popleczników, pozostawiając resztę w cieniu. Czarny Pan mówił z zapałem i pewnością siebie, jakich nie powstydziłby się sam Dumbledore.
- ...potęgi przed ostatecznym starciem! To będzie coś niezwykłego, coś, za co warto umrzeć! Narodziłem się, aby na dobre opanować świat i wreszcie to zrozumiałem. A wy jesteście wybrani, jesteście prawie tak samo ważni jak ja. Bez was plan by się nie powiódł, więc wypocznijcie teraz w domu, gdyż już niedługo czeka nas mnóstwo ciężkiej pracy!
- Tak jest! - odkrzyknęli wszyscy głośno i zaczęli się teleportować do swoich domów.
- Zostańcie jeszcze – szepnął Voldemort w taki sposób, że tylko osoby najbliżej niego stojące mogły go dosłyszeć.
    W sali powoli robiło się coraz luźniej, aż w końcu zostało tam tylko kilku Śmierciożerców. Od niektórych można było wyczuć oczekiwanie i zaciekawienie, od innych pierwsze oznaki niepokoju. Twarz Riddle'a wygięła się w imitację uśmiechu.
- Moi wierni... słudzy. Ten rok był dla nas ciężki, ale kolejny będzie jeszcze bardziej. Jednak jest to jedyna droga, która prowadzi nas do zwycięstwa, a przecież nic innego nas nie interesuje. Severusie, masz jeszcze jakieś informacje? Co planuje stary Dumbledore?
- Nic, mój panie – odparł pokornie Snape. - Jest strasznie nieprzygotowany, razem z Zakonem. Można powiedzieć, że obecnie najbardziej zajmuje go obchodzenie Świąt i dawanie prezentów... Niezbyt odpowiedzialne.
- Wybornie! Coś jeszcze?
- Cóż... W sprawie Granger... Myślę, że mamy postęp – powiedział niechętnie, kątem oka spoglądając na widocznie zadowolonego z siebie Collinsa.
- Nareszcie! - Czarny Pan był w coraz lepszym nastroju. - Draco, czy to twoja sprawka?
- Tak, panie. - Chłopak skłonił głowę i wbił wzrok w brudną podłogę.
- Rozumiem, że nie działałeś sam? Zdradzisz mi nazwisko, abym mógł tę osobę odpowiednio... nagrodzić?
- Cóż... Oczywiście, panie, ale wolałbym innym razem. Myślę, że ten ktoś nie jest jeszcze gotowy, aby przejść na naszą stronę, choć wciąż ją przekonuję i... - Przerwał dopiero wtedy, gdy zorientował się, co takiego powiedział.
- "Ją"? - Voldemort wydawał się być bardzo zadowolony. - Nie spodziewałem się po tobie, Draconie, czegoś takiego! Musi wiele dla ciebie znaczyć... Czy ją znam?
- Tak, panie.
- Wiele znaczy dla drugiej strony?
- Bardzo – odpowiedział blondyn, ze strachem patrząc na stojącego obok wampira. Proszę, jeszcze nie teraz. Ona nie jest gotowa...
- Świetna robota. Przede wszystkim z nią rozmawiaj, może się stać naszym dodatkowym szpiegiem i awaryjną furtką. Jednak przed ostateczną bitwą będę musiał wiedzieć kto to, zdajesz sobie z tego sprawę?
    Draco gorliwie pokiwał głową i usunął się w cień. Widział jeszcze pogardliwe spojrzenie Jacka, które mu rzucał, lecz nie zamierzał się kłócić. Jeszcze nie.
- Jesteśmy przygotowani na sylwestrowe fajerwerki? - zapytał Riddle.
- Od kilku dni. Ciocia Bella już o wszystkim wie – odparł Singer pewnie. - Rozumiem, że ja również mam wziąć udział?
- Jak najbardziej, będziesz przewodnikiem, jako jedyny znasz to miejsce. Masz szansę się wykazać, Jack. - Wypowiedział z naciskiem zwłaszcza ostatnie zdanie. - Greyback, wiesz coś o wilkołakach?
    Wyglądający, jakby przed chwilą wyszedł z lasu, człowiek zrobił krok do przodu. Gdyby dzikość dało się jakoś zdefiniować, on zdecydowanie posłużyłby za przykład. Jego włosy były skołtunione, tłuste, oczy przekrwione, rysy twarzy twarde jak kamień.
- Nic, panie. Nie chcą współpracować, chyba się boją.
- Boją? Ha! Barnabasie, przyślij mi paru ludzi z twojego oddziału, pójdą ze mną i Fenrirem pokazać tym parszywym kojotom, co to naprawdę jest strach.
- Oczywiście – odparł Collins z łagodnym uśmiechem.
- Skoro już jesteśmy przy tobie... Gratuluję powodzenia w misji. Spisałeś się. Z tego, co wiem, Granger nie chce nawet myśleć o Potterze. Co jej podałeś?
- Herbatę. Z kilkoma kroplami mojej krwi, oczywiście. W ten sposób przywiązuje się do mnie i nie może myśleć o kimś innym, jej umysł się buntuje. Jak tak dalej pójdzie, będzie zupełnie nieszkodliwa w ciągu miesiąca.
- Nie można szybciej? - zapytał Jack. - Dzięki temu nasz plan miałby większe szanse powodzenia i...
- To są dwie różne kwestie i nie należy ich łączyć – zaprotestował Voldemort. - Singer, zabraniam ci działać na własną rękę! Rozumiesz?
    Mroczny Znak zapiekł chłopaka, który się skrzywił i kiwnął głową.
- Możecie się rozejść, chcę jeszcze porozmawiać z tobą, Barnabasie.
    Czarny Pan odwrócił się i poszedł w stronę drzwi, a wampir podążył za nim. Z korytarza przeszli do jakiegoś mniejszego pomieszczenia, gdzie siedziała Bella... Bo to była Bellatrix, prawda?
- Nellie... - wyrwało mu się.
- Co?
- Nic, nic...
- Ach, widzę zdziwienie na twojej twarzy, Barnabasie. - Voldemort wydawał się być trochę rozbawiony.
- Cóż, panie... Myślałem, że pani Lestrange... wygląda trochę inaczej.
- Masz rację. Ale zacznijmy od podstaw. Już wcześniej mówiłem ci, że będzie mi potrzebna twoja pomoc. Chodzi o to, że jestem wielki i potężny, ale... nie nieśmiertelny. Nie chodzi o przemianę przez ciebie, raczej o pomoc innego rodzaju. Jesteś wielkim czarodziejem i potężnym nosferatu, dlatego chciałbym, aby twoja krew krążyła w moich żyłach. Może to sprawić, że moje zdolności jeszcze się polepszą, zmysły wyostrzą, a śmierć... nie będzie zagrożeniem. Transfuzja krwi, co o tym sądzisz?
- Hmm... - Collins nie wiedział, od czego zacząć. Do tego miał poważne wątpliwości czy ten człowiek jest o zdrowych zmysłach. Ma mu oddać swoją krew? Przecież to... szalone. A Czarny Pan zdecydowanie już dawno zasłużył na miano szalonego. Mówił o tym wcześniej parę razy, lecz teraz... Teraz wyczuł, że to już nie są puste słowa. - Zaskoczyłeś mnie, panie, ale myślę, że podołam zadaniu.
- Cudownie! A teraz kolejna zagadka się rozwiąże. - Riddle wskazał na kobietę w pomarańczowych włosach i koszuli w kwiatowe wzory. - Podejdź tu! Barnabasie, przedstawiam ci doktor Julię Hoffman, która przeprowadzi całą serię zabiegów.
    Kobieta spojrzała obojętnym wzrokiem na wampira i zaraz się ożywiła, a w jej oczach zaświtał jakiś dziwny błysk. Wyciągnęła rękę i powiedziała:
- Wystarczy Jul.
    Mężczyzna chwycił delikatnie jej dłoń i ucałował bladą skórę.
- Jestem oczarowany. Na pewno nie pozwolisz innym nazywać cię Jul. Imię Julia jest tak piękne. Nie ścierpiałbym przemilczenia choć jednej sylaby.
    Wpatrywali się przez chwilę w siebie, po czym jednocześnie odwrócili się w stronę Voldemorta, wyraźnie sprowadzeni na ziemię. Ten spojrzał na nich nieufnym wzrokiem, ale nic nie powiedział na ten temat.
- Jak widzisz, podobieństwo do naszej drogiej Bellatrix jest uderzające. Jak się okazało, panna Hoffman jest jej siostrą przyrodnią. W rodzinie Blacków częste były romanse, pan domu również nie był wyjątkiem. Całe szczęście Julia jest czystej krwi czarownicą, do tego uznanym magomedykiem...
- Kobieta-doktor! Cóż to za czasy...!
- Tak, niewątpliwie niezwykłe... Dwa razy w tygodniu poczynając od Nowego Roku panna Hoffman będzie upuszczała tobie krew, a potem przetaczała ją mi. Z tego, co wiem, nie ucierpisz na tym, gdyż u wampirów regeneracja następuje w jakieś trzydzieści minut po obrażeniu. Masz jeszcze jakieś pytania?
- Nie... Nie sądzę.
- W takim razie idź już i dbaj o swoją... misję.
    Drzwi zamknęły się za nosferatu z trzaskiem. Riddle wpatrywał się dziwnym wzrokiem w kobietę.
- Znacie się?
- Nie. Zupełnie nie.
- To skąd te spojrzenia?
- Po prostu... wydał mi się znajomy, ale to wszystko.
- Na pewno.
- Tak! Tom, przecież nie mam powodu, aby kłamać. - Przewróciła oczami, nalała sobie do szklanki whiskey i usiadła niedbale na fotelu. - Możesz już iść, poradzę sobie.
- Mam nadzieję. - Westchnął i przeszedł do swojej sypialni, gdzie czekała już na niego prawdziwa Bella.
- Dlaczego tak długo? - syknęła przez zęby i w jednej chwili znalazła się przy nim. - Tęskniłam.
    Nie odpowiedział tylko zaatakował jej usta, które już od dawna na niego czekały. Jeszcze rok temu nie pomyślałby, że będzie się poddawał swoim pierwotnym instynktom tak jak inni, a jednak... Coś było w tej kobiecie i ciągle domagało się więcej. Wtedy czuł jak krew w nim buzuje i nie mógł się oprzeć, po prostu nie mógł... Jej ciemne, kręcone włosy fascynowały go, kości policzkowe raniły duszę niczym noże, oczy topiły w uczuciach. Mógł tak wymieniać bez końca, a nie znalazłby w niej żadnej wady, może poza lekkim szaleństwem, ale czyż nie wszyscy jesteśmy wariatami?


***

    Hermiona stała zdezorientowana pod drzwiami. Pukała jeszcze kilka razy, ale nikt nie otwierał. Czyżby zapomniał? A może został pilnie gdzieś wezwany? Trochę ją to zabolało, bo cały dzień nastawiała się na spotkanie z nim. Jutro wyjeżdża i nie zobaczą się przez tyle dni...
    Chciało jej się płakać, ale się opanowała. Przecież specjalnie by jej nie oszukał, po prostu coś takiego się stało, że musiał wyjść ze swoich komnat. Zresztą może się z nim pożegnać jutro rano.
Z tymi myślami ruszyła w drogę powrotną do Pokoju Wspólnego, chciała się jeszcze spakować. Uszła zaledwie kilka metrów, gdy ktoś stanął jej na drodze. I to sprawiło, że miała ochotę odwrócić się i uciekać, gdzie ją nogi poniosą. Jednak one były jak waty, niezdolne do postawienia choć kroku.
- Byłaś u niego, prawda? - dobiegł ją zimny głos, przepełniony żalem.
    Harry wyglądał okropnie. Miał na sobie jakieś potargane ubranie, włosy w większym nieładzie niż zwykle i zapuchnięte, czerwone oczy. Okulary wyglądały na krzywe, chyba wygięły się. Dłonie zaciskał w pięści.
- Wiedziałem. Odkąd tylko się pojawił, byłaś nim zafascynowana. A teraz nadarzyła się doskonała okazja...
- To nie była okazja, Harry. Zdradziłeś mnie, widziałam! A ja do końca byłam wierna, po tym wszystkim... To tak bardzo mną wstrząsnęło...
- Że musiałaś od razu do niego pójść? - Chłopak cały drżał ze złości. - Nie wiesz wszystkiego, nie masz pojęcia, jak było naprawdę!
- Prawda jest taka, że Ginny też mnie oszukiwała. Na pewno spotykaliście się jeszcze wcześniej. A ja głupia wierzyłam, że ona z Draco tak na poważnie...
    Harry przetarł oczy ze zdumienia i otworzył szeroko usta. Wtedy właśnie dziewczyna zorientowała się, że powiedziała za dużo. Przeklęła w duchu. Co się z nią działo? Wcześniej się tak tym nie przejmowała, a teraz? Gdy rozmawiała z nim naprawdę, wszystko wydawało się gorsze i bardziej skomplikowane.
- Malfoy? - W końcu zapytał. - TEN Malfoy? - Pokiwała głową. - Na skarpetki Merlina! O co tu chodzi? Wyjaśnij, skoro już zaczęłaś.
- Cóż... Pod koniec wakacji w Norze Ginny mi powiedziała, że podoba jej się Draco, tak na poważnie. Moim zdaniem nie powinna cierpieć, więc z Car trochę jej pomogłyśmy i zostali parą... Ale nie rozumiem, co to ma do rzeczy.
- Hermiono... - Głos Harry'ego zrobił się bardzo delikatny. - Powiedziała mi dzisiaj, że wciąż mnie kocha i dlatego rzuciła na mnie zaklęcie, abym ją pocałował. Myślałem, że to ty.
- Nie... - Dziewczyna była zdezorientowana. - To niemożliwe. Kłamiesz.
- Hermiono, niby dlaczego miałbym kłamać?
- Nie mam pojęcia, ale nie mówisz mi prawdy, wiem to.
- Przysięgnę! Zrobię wszystko, abyśmy znowu byli razem! Nie zostawiaj mnie! - krzyczał, gdy Gryfonka ruszyła korytarzem w stronę Pokoju Wspólnego. Złapał ją od tyłu za ramię, a ona obróciła się i przyłożyła mu różdżkę do gardła.
- Powinieneś znać mnie już na tyle dobrze, aby wiedzieć, że mnie nie zachodzi się od tyłu, zwłaszcza, gdy jestem uzbrojona! - warknęła. - Zrozum, że takie zaklęcie można rzucić jedynie znając czarną magię, więc Ginny nie mogła tego zrobić! To po prostu niemożliwe!
- Może Malfoy ją zmusił!
- Daj spokój! Ona jest na tyle inteligentna i niezaślepiona, że w życiu by tego nie zrobiła i powinieneś zdawać sobie z tego sprawę! A teraz daj mi odejść!
    Opuściła różdżkę i chciała się odsunąć, ale Harry złapał ją na nadgarstki i przycisnął do parapetu. Nachylił się, a ją znowu ogarnął jego zapach, tak dobrze znany. I pomyśleć, że jeszcze dwadzieścia cztery godziny temu nie miałaby nic przeciwko takiemu położeniu. Teraz natomiast czuła się niekomfortowo. Zaczęła ją przerażać myśl, że przecież wciąż działa na niego zaklęcie Carmen. Niedobrze.
    Próbowała odwrócić głowę, ale i tak ją pocałował. Przez to wszystkie wspomnienia zaczęły wracać i uderzać w nią z siłą fali tsunami. Chwile, gdy byli razem, szczęśliwi i zakochani, pełni marzeń i planów... Wszystko zmieniło się w pył.
    Mimo to Hermionie wcale nie było nieprzyjemnie, w głębi duszy chyba nawet tęskniła za tym, ale nie potrafiła mu wybaczyć, uwierzyć, że to wszystko tylko mistyfikacja, iluzja. Dla niej obecnie ich związek był iluzją.
- Przestań – udało jej się wydusić, lecz Harry nie zamierzał przestawać.
    Czy sprawiło to zaklęcie, czy poczucie odrzucenia, nie wiedział, lecz naprawdę kochał Hermionę i chciał, aby do niego wróciła. Do tego czuł wręcz niemiłosierne gorąco rozpalające go od środka, żądzę, która musiała znaleźć ujście, a ta dziewczyna była jego jedynym lekiem na całe zło. Bez niej od nie istnieje, świat nie istnieje, nie ma nic.
    Gdy poczuł jak cała się spina, zrozumiał, że ona nie odda tego pocałunku. Jakkolwiek by się nie starał, cokolwiek by nie zrobił, to już nie wróci. Nie chciał działać wbrew jej woli, a tak się właśnie czuł. Dlatego zebrał w sobie całą miłość do niej, całą siłę i wolę jakie miał i się powoli odsunął. Spojrzał jej w oczy, z winą wypisaną na twarzy i puścił jej nadgarstki. Szybko zaczęła je rozmasowywać i spoglądać na niego nieufnie.
- Dlaczego? - wyszeptała. - Dlaczego się powstrzymałeś?
    Na długą chwilę zapadła cisza, przerywana jedynie ich ciężkimi oddechami.
- Bo cię kocham – powiedział i zniknął w głębi korytarza.



14.11.14

54. Cisza

"Jak to dobrze, że skończył się już 
Ten podły dzień, co mi Cię zabrał 
Ciężko było tak po prostu przyjść 
I usłyszeć, że dla Ciebie umarłem."

    Cisza panująca między nimi była niezręczna. Właściwie to ten rodzaj ciszy, kiedy wiadomo, kto powinien się odezwać, ale nie robi tego, bo jest zbyt niepewny. A druga osoba czeka.
    W Harrym aż się gotowało ze złości. Pierwszy raz w życiu miał ochotę strzelić w kogoś klątwą i nie był to Voldemort ani Snape. Właściwie to można stwierdzić, że Mistrz Eliksirów uratował mu życie, kiedy był w szpitalu, więc w obecnej chwili liczył się tylko Riddle. I Ginny.
- H-harry... - odezwała się cicho. - Ja naprawdę...
- Nie obchodzą mnie teraz twoje przeprosiny – przerwał jej, po czym zacisnął zęby. - Odpowiedz dlaczego to zrobiłaś albo naprawdę zrobię się nieprzyjemny.
- D-dobrze... Tylko nie bądź zły... To znaczy bardziej zły... To znaczy... Ja...
    Mimo wszystko zrobiło mu się jej odrobinę żal. Złapał ją za ramię i lekko potrząsnął.
- Ginny, oddychaj. Powoli i spokojnie.
    Musi wziąć się w garść. Nie może się wygadać. Trzeba chronić Draco.
    Wciągnęła dużo powietrza i trochę jej się polepszyło. Usta zacisnęła w wąską linię, a w oczach pojawiła się dawna determinacja. Myśl, Ginny. Uda się.
- Harry, chodzi o to, że... Że ja wciąż coś do ciebie czuję – wyrzuciła z siebie. Z obawą spojrzała na chłopaka, który zastygł w wyrazie szoku.
- Ja... Nie wiedziałem. - Nic innego nie przyszło mu do głowy. Miał kompletny mętlik i nie miał pojęcia co powinien zrobić, jak się zachować. Przełknął nerwowo ślinę. - Rozmawialiśmy o tym już kiedyś i sądziłem, że...
- Tego nie da się ot tak wykasować. - Spojrzała na niego nieśmiało. - Mnie wciąż boli, ciągle przypominam sobie o tobie. Nic na to nie poradzę. Przepraszam.
    Harry zamrugał kilka razy, po czym przypomniał sobie, od czego tak naprawdę zaczęła się ta rozmowa i znów chłód wypłynął na jego twarz. W oczach błyszczały stalowe iskry.
- A jednak to nie jest powód, dla którego niszczy się czyjś związek! I to w taki sposób! Co to było za zaklęcie? - Ginny przełknęła ślinę.
- Znalazłam je w bibliotece, już nie pamiętam formuły. - Przecież nie powie mu, że to czarna magia, której kazał jej użyć Draco. - Chciałam je najpierw tylko wypróbować, ale chyba się trochę zapędziłam i...
Trochę zapędziłam. To nie jest usprawiedliwienie, to nie jest trochę, to nie jest powód! Ginny, to zazdrość, a w prawdziwej miłości nie ma na coś takiego miejsca. Uparłaś się, żeby mnie "kochać". Takich rzeczy się nie robi, gdy jest się zakochanym, tak naprawdę. Wtedy... wtedy trzeba cieszyć się szczęściem tej drugiej osoby, ponieważ tak naprawdę to ona sprawia, że masz ochotę wstać rano z łóżka, spojrzeć w niebo, bo przecież ona patrzy w to samo niebo...
    Ukrył twarz w dłoniach, aby nie zobaczyła jego łez. Harry, weź się w garść! Jesteś Wybrańcem, nie możesz sobie na coś takiego pozwolić!
- Nie chciałam cię doprowadzić do takiego stanu – oznajmiła Weasley, wgapiając się w podłogę. - To naprawdę miało wyglądać zupełnie inaczej...
- JAK?! - wrzasnął Potter, aż podskoczyła z nerwów. - JAK inaczej ma się zakończyć taki podstęp? Powiedz mi, bo ja nie mam pojęcia!
    Wstał z fotela i teraz górował nad nią. Miała wrażenie, że jedyne, co chce zrobić, to udusić ją gołymi rękoma, tu i teraz. Zagryzła wargi i też wstała. Chciała mu pokazać, że się go nie boi. On jednak złapał ją za szatę i przyciągnął do siebie. Widziała jego zielone oczy promieniujące złością. Do tego wrażenie potęgowały okrągłe okulary, które teraz przekrzywiły mu się na nosie. W końcu wycedził przez zaciśnięte zęby:
- Pójdziesz teraz do Hermiony. I wszystko jej wytłumaczysz. Wszystko.
    Ginny nie zdążyła skinąć głową, bo usłyszała chrząknięcie. Odwróciła głowę i zaskoczona ujrzała Carmen. Wyglądała bardziej... złośliwie niż zwykle.
- Przepraszam, że przerywam tę jakże miłą pogawędkę, ale mam coś dla was – powiedziała ze złowieszczym uśmiechem. Harry i Ginny odsunęli się od siebie i patrzyli na nią z lękiem. Jej wizyta nie mogła po prostu oznaczać niczego dobrego. Absolutnie niczego.
Ars amando aimer – rzuciła, machając różdżką, po czym odwróciła się i udała się w stronę schodów. Śmiejąc się, dołączyła do Hermiony stojącej w cieniu.
- Co ona zrobiła? - zapytała zdziwiona Ginny. - Czujesz jakąś zmianę?
- Nie – pokręcił głową Harry. - Po tobie też niczego nie widać.
    Ledwie wypowiedział te słowa, a ogarnęło go nieopisane gorąco. Czuł jak każda komórka jego ciała pali ogniem. Pomyślał, że pewnie tak czuje się człowiek po Cruciatusie... A jednak w pewnym sensie było to przyjemne. Przyjemne i perwersyjne.
    Ona też poczuła pragnienie. Nieopisane, nie wiedziała nawet konkretnie kogo i czego pożąda, ale było to wzrastające w niej napięcie. Rozejrzała się po Pokoju Wspólnym, lecz jej wzrok się zamglił. Zdołała jedynie odnaleźć wejście do dormitorium.


"A teraz zamknij oczy swe 
Dotknij tak jak tylko mnie 
Nie bój się, to tylko sen 
W sen nie trzeba wierzyć 
Zobacz - teraz jestem tu 
Cały z Tobą, cały Twój 
Dobrze, pójdę już, lecz gdzie - nie wiem 
Choć noc, choć mrok - dla nas wszystko już jasne 
Więc jak mam spać, kiedy wiem, że nie zaśniesz..."

***

- Car, co tak właściwie im zrobiłaś?
    Śnieg, który spadł w nocy, chrzęścił im pod stopami, a chłodny wiatr smagał twarze. Jezioro już dawno pokryła warstwa grubego lodu, Wielka Kałamarnica zapadła w sen zimowy, Bijąca Wierzba otuliła się resztkami gałęzi. Wystarczyło wziąć głęboki oddech, aby zaciągnąć się prawdziwym zimowym zapachem. Przez zachmurzone niebo miejscami prześwitywało słońce, nadając światu odpowiednią ilość cieni. Wokół panowała cisza, którą przerywała jedynie rozmowa dwóch Gryfonek.
- Powiedz, nie słyszałam nigdy wcześniej o tym zaklęciu – nalegała Hermiona.
    Car przewróciła oczami, ale jednocześnie można było dostrzec u niej ironiczny uśmiech.
- Cóż, skoro tak im było dobrze ze sobą w nocy... Rzuciłam na nich zaklęcie pożądania.
- Nie rozumiem.
- To proste. Właściwie to trochę inny rodzaj klątwy. Sprawia, że oboje tracą kontrolę nad własnym ciałem i pragnieniami, ale jednocześnie... odpycha ich od siebie. Stary francuski czar, jeszcze z czasów Karola Wielkiego, podnoszący libido. Kiedyś tak ludzi torturowano.
    Hermiona się zaczerwieniła.
- Nie wiem czy to... Dobra kara.
- Och, oczywiście, że nie! - powiedziała Carmen. - Dla takiego dupka żadna kara nie jest odpowiednia, ale zawsze możemy próbować jakąś wymierzyć, prawda? - Mrugnęła.
- Może... W zasadzie to... Ja chyba nie chcę się mścić.
    Brown w jednej chwili przystanęła i obróciła się w stronę rozmówczyni, a jej szalik w czerwono-czarną kratę zatrzepotał na wietrze.
Czego ty nie chcesz? Oszalałaś? Wiesz, co on ci zrobił? Nie minęła nawet doba, a ty... ty...
- To nie tak, Carmen. - Hermiona uśmiechnęła się lekko. - Owszem, jest mi przykro, ale nie czuję tego gniewu, co w nocy. Jest inaczej. Nie potrafię tego wyjaśnić, nie kipię żądzą zemsty.
- A gdyby tak... - Brown złapała brunetkę za ramię i konspiracyjnie przyciągnęła do siebie. - A gdyby tak teraz zaczął z nią być. Chodziłby z nią za rękę. Przytulał. Całował. Nadal by ci to nie przeszkadzało? Granger, obudź się!
- Co... co? - wyrwała się z zamyślenia. - Ach, tak. Nie wiem. To nie boli tak, jak się obawiałam. Wiem, że zrobiłam różne rzeczy... dziwne rzeczy, których pewnie w innej sytuacji bym nie zrobiła. - Zarumieniła się. - Ale wiem, że jest moim przyjacielem i prędzej czy później wszystko się ułoży. Na razie mam Barnabasa i jest po prostu...
Na razie? - powtórzyła z niesmakiem Carmen. - Będziesz teraz zmieniać facetów jak rękawiczki? Hermiono, co się z tobą dzieje? - Dziewczyna spojrzała jej głęboko w oczy, ale nie dostrzegła nic niezwykłego.
- To nie tak! - zaprotestowała. - Jakoś tak dziwnie to zabrzmiało, ale ja... Muszę się zastanowić nad swoimi uczuciami.
- I to poważnie.
- Masz rację. Nic na to nie poradzę, że trochę się zagubiłam, ale mam przy sobie ludzi, którzy mnie wspierają. Ciebie. Może we Francji jakoś to sobie wszystko poukładam, kto wie? A właśnie, co mi pokażesz?
- Cóż, zasadniczo... Mieszkamy niedaleko Paryża, więc pewnie sam Paryż.
- To cudownie! - Hermiona tak uwiesiła się na koleżance, że ta ledwo mogła złapać oddech. Gdy ją w końcu odsunęła, ruszyły dalej. - Byłam już we Francji z rodzicami parę lat temu, ale na nartach w górach, więc nie miałam okazji do zwiedzania. A tutaj stolica!
- Nie tylko. Mam jeszcze dla ciebie niespodziankę, ale to już powiem ci na miejscu.
- Powiedz teraz!
- Nie.
- Proszę!
- Doskonale wiesz, że nie powiem. Wszystko na miejscu.
- Jesteś okropna.
- Staram się.
    Idealnie okrągła śnieżka trafiła prosto w twarz Carmen.
- Ej, jak mogłaś?!
- To nie ja.
- Nie wierzę. Kłamiesz.
- Staram się.
    W ciągu kolejnych dwudziestu minut Hermiona próbowała unikać śnieżek Carmen, które zbyt perfekcyjnie trafiały prosto do celu. Niestety, skończyła cała przemoczona i biała. W końcu padła zmęczona na ziemię i zatopiła twarz w miękkim puchu, który chłodził jej rozgrzaną twarz. Przypomniał jej się ten wieczór, gdy wracała z Harrym od Hagrida. Powiedział jej, że ją kocha, że nigdy jej nie zostawi. A teraz co? Nie było go tu. Zniknął. Co prawda nie bolało to tak bardzo, jak się spodziewała, czuła jedynie smutek, że nie okazała się wyjątkowa. Obiecał. Właściwie to ona też, a zaraz... Już robiło się ciemno, a miała przecież jeszcze kogoś odwiedzić. I miała to być bardzo miła wizyta. Wstała, otrzepała ubranie i zawołała do Carmen:
- Idę do zamku! Umówiłam się!
- To powodzenia! Tylko nie szalej!
    Gdy tylko Granger zniknęła za progiem zamku, Car odwróciła się, aby ujrzeć stojącą za nią wysoką, ciemną sylwetkę. Uśmiechnęła się lekko.
- Wiedziałam, że to ty rzucałeś.
- Ale nie od razu.
- Zaraz potem, też się liczy.
    Odpowiedział jej swoją typową obojętną miną, ale dojrzała błysk w jego oku. Przez to pozwoliła sobie na owinięcie rąk wokół jego szyi i pocałowanie go w płatek ucha. Oddech mu przyspieszył.
Chwycił ją za podbródek i zetknął ich wargi. Tym razem się nie spieszyli. Byli idealni, pasowali do siebie. Jego usta do jej ust, dłonie do dłoni, twarz do twarzy. Wszystko w jak najlepszym porządku, zgodnie z przeznaczeniem, z magią, z istotą bratnich dusz. Na tym wielkim świecie odnaleźli akurat siebie i mieli ogromne szczęście, bo jedno nie potrafiło bez drugiego żyć.
    W końcu Carmen przerwała pocałunek, patrząc mu w oczy.
- Nie masz przypadkiem spotkania dzisiaj?
- Za dwie godziny – odparł Snape. - Za dwie długie godziny.
    Uśmiechnęła się i wtuliła w jego płaszcz. Westchnął cicho i powoli ruszyli w stronę zamku. Rzucił na nich zaklęcie, aby nikt niepowołany ich nie dostrzegł. Mistrz Eliksirów długo się wahał, aż w końcu lekko dotknął długimi palcami wierzchu dłoni Carmen. Ta prawie przystanęła z wrażenia, ale skończyło się na niedowierzającym spojrzeniu w jego stronę. On jedynie rzucił jej swój typowy sarkastyczny uśmiech. Nic już nie mówiąc, splotła swoje palce z jego i szli tak aż do jego komnat. W salonie paliło się w kominku, a mimo to było dosyć chłodno. Zadrżała, gdy poczuła jego chłodne palce pod koszulą. Chwyciła jego twarz w dłonie... Po czym sobie o czymś przypomniała.
- Severus...
- Hmmm?
- Możesz na chwilę przestać?
- Mogę przestać na dłużej niż chwilę skoro tak bardzo...
- Nie o to chodzi. Chodzi o Hermionę.
    Oparł swoje czoło o jej i westchnął.
- Spodziewałem się, że prędzej czy później o to zapytasz. Herbata czy czekolada?
- Też pytanie.
- Czyli to drugie.
    Po chwili trzymała w dłoniach gorący kubek i siedziała wygodnie w fotelu, a on naprzeciwko. Widziała niepokój w jego oczach. Sama też nie była spokojna. Skoro on wie o zachowaniu Hermiony, to musi to być związane z Voldemortem. Ale jak?
- Co chcesz wiedzieć? - zaczął w końcu.
- Cóż... Najlepiej wszystko, chociaż pewnie i tak mi tego nie zdradzisz.
- Masz rację. I to jest główny powód – powiedział, po czym wskazał jej swoje lewe przedramię.
- Rozumiem. Mroczny Znak nie pozwala ci mówić o pewnych sprawach, to jasne. Volde... Czarny Pan przecież nie jest na tyle głupi.
- Fakt. Dlatego sama musisz do tego wszystkiego dojść.
- Ale jak?
- To już, moja droga, pozostawiam tylko tobie. Czyż to nie ty nazywasz właściwie wszystkich dookoła "idiotami"? Udowodnij, że nie jesteś jedną z nich.
- Wyzwanie przyjęte. Powiedz mi tylko jedno. Dobrze myślę, że cały wczorajszy bal był zaplanowany? I że Hermiona jest teraz prawdopodobnie pod działaniem jakiegoś zaklęcia?
    Cisza musiała jej wystarczyć za odpowiedź.

***

"Wiem, że trudno jest uwierzyć 
Jak łatwo się stać tylko wspomnieniem 
Ty nie przyszłaś też, zbyt ciężko jest 
Usłyszeć, że dla mnie Cię nie ma..."
- IRA, "Bezsenni"

    W dormitorium Hermiona spędziła resztę wolnego czasu. Była pewna skuteczności działania zaklęcia Carmen, ale... Nie chciała ryzykować. Zresztą zdawała sobie sprawę, że przecież byli świadkowie tego wydarzenia. Ludzie rozmawiali na ich temat zdecydowanie za często już gdy byli parą, a co dopiero może się dziać, gdy chodzi o zdradę!
    Poprawiła włosy i przemknęła przez Pokój Wspólny, idąc dalej korytarzem. Właśnie, zdrada. Jeszcze do tego z Ginny! Nie rozumiała tego. Mówił jej przecież, że to zamknięty rozdział, a poza tym... Ona kochała Draco. Tego Hermiona była pewna, przecież sama pomogła im zacząć się spotykać. Do tego zauważyła, że Malfoy nie był na balu i nikt nic o nim nie słyszał. Jakby zapadł się pod ziemię. Ginny wyglądała coraz gorzej, wręcz tragicznie... A może to jakiś podstęp? Może niesłusznie zinterpretowała sytuację? Coraz bardziej się w tym gubiła.
    Może Barnabas jej pomoże? Tak, to dobry pomysł. Przez tyle lat na pewno zetknął się z czymś podobnym.
    Na samą myśl o przystojnym nauczycielu Hermionie serce zaczęło szybciej bić. Czuła się szczęśliwa, wreszcie spełniona i nie osamotniona. Była pełna nadziei. On był dla niej dobry i pomocny, wcale nie zawistny, do tego inteligentny. Ideał po prostu.
    Gdy znalazła się przed ciężkimi drzwiami, wzięła głęboki oddech, a uśmiech rozświetlał jej twarz. Będzie wszystko dobrze, wszystko się rozwiąże.
    Zapukała.
    Odpowiedziała jej cisza.
Harry Potter - Book And Scroll