Harry Potter - Book And Scroll

24.2.13

14. You rock my world

"Niech wiatr zawsze wieje ci w plecy,
a Słońce oświetla twarz, a wiatr przeznaczenia
porwie cię w taniec z gwiazdami."
- George Jung, "Blow"

"Podczas każdego tańca, któremu oddajemy się z radością,
umysł traci swoją zdolność kontroli,
a ciałem zaczyna kierować serce."
- Paulo Coelho

    Hermiona zadrżała pod tym dotykiem. Ręce, które delikatnie masowały ją po ramionach, były ciepłe i gładkie. Od dłuższego czasu stykała się palcami z tymi dłońmi, więc teraz wtuliła się w nie. Czuła ciepły oddech chłopaka na policzku. Ten odgarnął jej mokre włosy z czoła, a następnie z karku, który, niemal niezauważalnie, musnął ustami. Przeszedł ją przyjemny dreszcz. Po chwili poczuła pewien ciężar na barkach. Spojrzała pytającym wzrokiem w wielkie, zielone oczy. Drżącym głosem zapytała:
- Po co mi twoja kurtka? Przecież mam płaszcz...
- Tak, ale już prawie całkiem przemókł – odpowiedział Harry, siadając obok niej. Uśmiechnął się i przysunął bliżej.
    Wpatrzyli się razem w gładką, kobaltową taflę jeziora. Daleko, nad horyzontem, słońce delikatnie prześwitywało przez zasłonę chmur, z których ciągle padał deszcz. Cisza była bardzo przyjemna, jednak w końcu Hermiona zdecydowała się ją przerwać. Opatuliła się szczelniej kurtką.
- O czym teraz myślisz?
- W jakim sensie? - spytał, odrobinę zdziwiony.
- Zmieniłeś się ostatnio. I to tak poważnie. –  Przerwała. Po chwili, trochę niepewnie, dodała: - To przez śm-mierć Syr-riusza?
    Harry milczał przez chwilę. Faktycznie, Hermiona zadała bardzo ważne pytanie i chyba nadszedł w końcu czas, aby się z nim zmierzyć. Odchrząknął i zaczął:
- Wiesz, wiele się ostatnio zdarzyło. Od urodzenia byłem sam, jedynie z wujostwem nienawidzącym mnie i traktującym jak najgorsze zło. I wtedy trafiłem do Hogwartu. Nareszcie miałem swój świat, mój własny, i miejsce, gdzie inni mnie rozumieli. Przynajmniej przyjaciele, których w końcu zdobyłem. Ale to nadal nie była  rodzina. Aż w trzeciej klasie pojawił się Syriusz, mój ojciec chrzestny – Uśmiechnął się melancholijnie. - To było cudowne. Nareszcie ktoś, kto pamiętał moich rodziców i kochał mnie. Mimo tego, że ścigało go Ministerstwo Magii, to marzyłem, aby kiedyś z nim zamieszkać. Aby mieć prawdziwą rodzinę. I wtedy wszystko szlag trafił. – Uśmiech zszedł z jego twarzy, a zastąpił go grymas niepojętej nienawiści. Odwrócił się i spojrzał dziewczynie głęboko w oczy. - Bellatrix. Zabiła go! ZABIŁA! I wiesz, co jest w tym najgorsze? Że to chyba przeze mnie... – Jego głos robił się coraz bardziej rozpaczliwy. - Gdybym ćwiczył Oklumencję, gdybym poszedł wtedy do Dumbledore'a, gdybym nie brał na poważnie tego snu, to może... Nie, na pewno on by żył!
- Nie, Harry! Nie możesz się o to obwiniać! Nie możesz, słyszysz? - Hermiona ujęła jego twarz w dłonie, aby go uspokoić. Po policzku spłynęła mu drobna łza, która po krótkiej chwili zmieszała się z padającym deszczem. - Zrobiłeś to, co uważałeś za słuszne. Każdy by tak postąpił. Pamiętaj, że to my jesteśmy ci dobrzy. A V-voldemortowi o to właśnie chodzi. Abyś się obwiniał i nic nie robił. Żebyś był smutny i samotny, nie wierzył w słuszność walki. Ale to się nigdy nie stanie, jasne? Nigdy nie będziesz sam. Masz Rona, Ginny, Neville'a, Dumbledore'a... mnie. Będziemy z tobą, choćby nie wiem co!
- Dz-dziękuję, Hermiono. Dziękuję. – Uśmiechnął się i przytulił ją lekko. - Powiedz mi, co ja bym bez ciebie zrobił?
- Nie miał nigdy pracy domowej. – Zachichotali cicho.
- Nie miał nigdy dobrze zrobionej pracy domowej. – Tym razem roześmiali się całkowicie i odsunęli się od siebie.
- Właściwie to jak mnie znalazłeś? - zapytała zaciekawiona dziewczyna.
- Wiesz, tak właściwie to wybierałem się do Hagrida. Dawno się z nim tak naprawdę nie widzieliśmy, poza lekcją oczywiście, i chciałem trochę z nim pogadać. Gdy wychodziłem z zamku, natknąłem się na Carmen, wyraźnie na coś złą. Zapytałem, o co chodzi, ale tylko coś wymruczała pod nosem. W sumie to martwię się o nią. Widziałaś jej oczy? - Hermiona tylko wzruszyła ramionami w geście absolutnej bezradności. - Nieważne. Nie o niej teraz mowa. Wtedy spojrzałem skąd mniej więcej przyszła i zobaczyłem, że ktoś moknie, co gorsza samotnie, nad jeziorem. No i przyszedłem, żeby może cię jakoś pocieszyć czy porozmawiać. Dawno nie mieliśmy okazji.
- Tak, to fakt – rzekła brunetka. - I to bardzo miłe, że się o mnie martwisz – dodała niepewnie.
- Oczywiście, że się martwię. Znamy się już przecież tyle lat. – Uśmiechnął się lekko. - Mam pytanie. Odpowiesz mi na nie szczerze?
- Jasne. Przecież nigdy bym cię nie okłamała – odrzekła poważnie Gryfonka.
- Jakie jest twoje największe marzenie?
    Hermiona zamilkła ze zdziwienia. Nie spodziewała się takiego pytania. Chwilę zastanawiała się, co odpowiedzieć. W końcu się odezwała:
- Nie wiem, co ty znowu knujesz, ale dobrze. Zawsze chciałam zatańczyć w deszczu do mojej ulubionej piosenki. Najlepiej nie sama – dodała i zarumieniła się lekko. Nigdy wcześniej nikomu o tym nie mówiła.
    Za to Harry uśmiechnął się zwycięsko. Wstał i powiedział: Ludere! W tym samym momencie wykonał skomplikowany ruch różdżką.

"Ktokolwiek powiedział, że słońce przynosi szczęście, ten nigdy nie tańczył w deszczu."

    Gdy pierwsze tony utworu zaczęły dźwięczeć w powietrzu, wyciągnął dłoń w stronę Hermiony i zapytał:
- Można prosić?
    Dziewczyna zaniemówiła, bo nie dość, że odgadł jej piosenkę idealnie, to na dodatek on poprosił ją do tańca! Przez chwilę się zastanawiała, a potem wstała i podała dłoń Harry'emu. On objął ją w pasie jedną ręką, a drugą chwycił za palce dziewczyny. Przysunął się trochę bliżej i pozwolił położyć jej głowę na swoim ramieniu. Trwali tak przez chwilę, czekając, aż piosenka na dobre się zacznie, aby mogli ruszyć w ten jedyny, niepowtarzalny taniec.
    Hermiona czekała z zapartym tchem na pierwsze nuty, które, gdy rozbrzmiały na dobre, sprawiły, że zapomniała kompletnie o otaczającym ją świecie. Jeszcze dwie sekundy. Jedna. Już. Watch.
    Ruszyli. Krok do przodu, potem w bok. Nawet nie zastanawiali się nad własnymi ruchami, po prostu pozwolili swoim ciałom prowadzić się wzajemnie. Świat zawirował, rozlał się wszystkimi kolorami tęczy w jej głowie i umyśle, aby potem wybuchnąć w jaskrawą skalę barw i zamienić się w zieleń. W czystą, piękną, niczym niezmąconą zieleń. W oczy, które wpatrywały się w nią z takim uczuciem, że niemal traciła oddech. Czarne okulary absolutnie nie przeszkadzały. Deszcz padał, ale oni wirowali w takt melodii. Kropelki wody skapywały z ich włosów, twarzy, ubrań, dłoni... Lecz to im nie przeszkadzało. Mało tego, to właśnie było piękne. Dawało niesamowite uczucie właściwości tej chwili i tworzyło cudowny nastrój i aurę, w pewnym sensie nawet, tajemniczości. I nagle usłyszała głos. Głos, który słyszała już setki razy, ale w tym akurat momencie wydawał się on głosem Harry'ego.

My life will never be the same
'Cause girl, you came and changed
The way I walk
The way I talk


I cannot explain the things I feel for you
But girl, you know it's true
Stay with me, fulfill my dreams
And I'll be all you'll need

    Jakie piękne, jak bardzo chciała, aby to było prawdziwe. Aby to śpiewał Harry, do niej, o niej i o zmianach, które zaszły w nich obojgu. To uczucie było naprawdę dobre, naprawdę doskonałe i odnalezione dokładnie w tym momencie. W tym cudownym momencie. Teraz świat naprawdę się poruszył (a może po prostu oni wcześniej tylko stali?) i pokazywał im to, co w nim najpiękniejsze. Come on, girl. Miłość. You rock my world. To cudowne, piękne uczucie. Nieśmiertelne. Wieczne. Rządzące się swoimi prawami, czyli tak naprawdę żadnymi. To było cudowne. Someone like you to call mine. I te iskierki. Przyjemne ciepło, które rozlewało się w każdym miejscu dotkniętym przez Harry'ego. And everything I'm gonna give. Cudowne mrowienie i jego oddech przy policzku. Dotyk dłoni. I znowu ten głos.

In time I knew that love would bring
This happiness to me
I tried to keep my sanity
I waited patiently


Girl, you know it seems
My life is fully complete
Our love is true because of you
You're doin' what you do

    Rozpływała się. Nie myślała logicznie, nie wiedziała, jak się nazywa, gdzie jest. Jedno było pewne – przeżywała właśnie jedną z najpiękniejszych chwil w swoim życiu ze swoją prawdziwą miłością. I może on o tym nie wiedzieć, ale ten moment dał jej więcej radości, niż przeczytanie wyników SUM-ów. Such a perfect love that's so right.
    Obracała się w rytmie pięknej piosenki i wtedy tak naprawdę dopiero poczuła i zrozumiała, jak ważne jest cieszenie się chwilą. Przecież tam dalej, hen, daleko, trwa wojna. Voldemort planuje zabić Wybrańca i kręci z wampirami. Ale teraz to nie było ważne. Razem z Harrym została zamknięta w magicznym, specjalnym świecie, z którego wydostanie się, gdy utwór się skończy. Pragnęła, aby ten taniec nigdy nie został przerwany. Mogłaby to robić do końca świata i jeden dzień dłużej, bo właśnie to stanowiło urzeczywistnienie jej marzeń i najskrytszych pragnień. W tej chwili nie obchodziło jej nawet, czy ktoś ich obserwuje. Była z nim, czuła go przy sobie i to stanowiło całość. Niczego więcej aktualnie jej umysł nie pojmował. Tylko oni, taniec i deszcz. Nic innego się nie liczy. Uśmiechnęła się i obróciła, czekając na najpiękniejszą część piosenki. I wtedy, właśnie w tym cudownym i absolutnie nierzeczywistym momencie, Harry zaczął śpiewać. Naprawdę i pięknie, głosem czystym i równym:

Girl, I know that this is love,
I feel the magic all in the air...
And girl, I'll never get enough
That's why I always have to have you here, hoo!

    Obrócił ją i objął w pasie, po czym wyszeptał cicho do ucha: You rock my world. Ona spojrzała mu głęboko w oczy i położyła ręce na ramionach, blisko szyi. Harry delikatnie odgarnął jej mokre włosy i przybliżył swoje usta. Złożył na jej czole łagodny pocałunek, ale też czuły. Potem szybko okręcił ją wokół własnej osi i zapytał z szelmowskim uśmiechem:
- Ścigamy się, kto będzie pierwszy pod Pokojem Wspólnym? - Hermiona uniosła pytająco brew.
- Dobra, ale ja wybieram nagrodę dla zwycięzcy. Nie masz szans!
    I szybko wyrwała mu się z objęć, aby popędzić w stronę zamku. On tylko roześmiał się i wykrzyknął:
- Zobaczymy!
    Po czym pobiegł za nią. Przez chwilę prześcigali się wzajemnie, a wokół nich nadal rozbrzmiewała piosenka, którą tylko oni słyszeli. Jednak wyminął ją na ruchomych schodach i szybko udał się do tajnego przejścia pod obrazem. Hermiona patrzyła na to wszystko z pobłażaniem, bo i tak wiedziała, że nie ma szansy na wygraną. Spokojnie doszła pod portret Grubej Damy, gdzie Harry już czekał, nonszalancko opierając się o ramę. Na jej widok znowu się uśmiechnął, nie, tym razem wyszczerzył, ale w swój czarujący sposób. Dziewczynie serce znowu zaczęło szybciej bić (chociaż za długiego odpoczynku nie miało). You rock my world.
- Wygrałem! Proszę o nagrodę! - powiedział i przysunął się do niej nieznacznie.
- Zasłużyłeś – rzekła i nieśmiało pocałowała go w policzek, po czym szybko zniknęła za portretem Grubej Damy.
    Wybraniec stał tam jak wryty. Jego ręka odruchowo powędrowała w kierunku twarzy, w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą muskały jego skórę czerwone wargi Hermiony. Czuł się cudownie, jakby mógł wnieść się tysiąc metrów nad ziemię i jeszcze wyżej. Niczym mugolski samolot. Nawet nie pomyślał o rzuceniu na siebie zaklęcia suszącego, był w zbyt wielkim szoku na to. Zresztą nim samym też coś kierowało. Coś mu w końcu kazało iść na błonia podczas deszczu, prawda? Nareszcie był szczęśliwy, tak całkowicie. Wiedział, że pewnie niedługo Sami-Wiemy-Kto-Bez-Nosa się pojawi, a wtedy... wtedy co?
    Dość tych ponurych myśli. Wtedy będzie mógł z nim stanąć twarzą w twarz i go pokonać – bo ma przyjaciół i bliskich. Ludzi, którzy się o niego troszczą i nigdy nie zostawią w potrzebie. I to była prawdziwa miłość.
- Wchodzisz czy nie? - dobiegł go zniecierpliwiony głos z obrazu. - Halo, kochasiu? Hasło?
- You rock my world.

***

    Harry wkroczył do Pokoju Wspólnego. Gruba Dama wpuściła go bez hasła, bo po prostu nie był w stanie mówić. Dopiero Ron doprowadził go do porządku.
- Stary, gdzieś ty był? - rzucił retoryczne pytanie i machnął w jego kierunku różdżką. Akurat to zaklęcie mu wyszło, więc już po chwili ubrania chłopaka były suche jak pieprz.
- Dzięki – powiedział Gryfon i opadł ciężko na fotel przy kominku. Natomiast rudowłosy zaczął ciągnąć go za ramię. - Czego ty znowu chcesz?
- Kolacja, Harry! Wiesz, taka pora dnia wieczorem, podczas której ludzie jedzą – rzucił ironicznie Ron.
- Wiem co to. Coś ty się ostatnio tak rozgadał? Luna ci nie pozwala dojść do sł... - Nie dokończył, bo oberwał poduszką.
    Akurat w tym momencie wyszły dziewczyny i razem mogli udać się do Wielkiej Sali. Potter bez zdziwienia stwierdził, że Hermiona widocznie od razu pomyślała o zaklęciu suszącym. No tak, tylko on jeden biedny zapomniał.
    Usiedli na swoich miejscach i od razu zabrali do jedzenia. Dopiero po chwili zorientowali się, że reszta uczniów wpatruje się intensywnie w kierunku dyrektora. Ten w końcu przerwał posiłek (Złota Trójca też, oprócz Rona, który by nie przeżył, gdyby czegoś nie jadł), odchrząknął, wstał i zaczął mówić:
- Jak widzę, jesteście dzisiaj zainteresowani ogłoszeniami. W takim razie zacznę, gdyż jest kilka spraw do omówienia. W pierwszą sobotę listopada odbędzie się wyjście do Hogsmeade. – Przerwał na chwilę, bo wśród uczniów zawrzało z emocji. - Tak, po drugie, w związku z naszym Balem Bożonarodzeniowym, każdy z opiekunów domów będzie organizował lekcje tańca. Severusie, nie krzyw się tak! - Snape wymamrotał pod nosem coś o prawie niewinności i demencji starczej, co wyglądało dość komicznie, jednak nikt nie ośmielił się nawet uśmiechnąć, aby nie umrzeć w mękach piekielnych. - W każdym razie powinniście zacząć się już przygotowywać, więc próby zaczną się piętnastego listopada. To wszystko, smacznego!
    Dumbledore już odwrócił się, aby usiąść, gdy wtem gdzieś z końca sali dobiegł go okrzyk:
- A kim jest ten facet z tyłu?
    Dyrektor uśmiechnął się, spojrzał na mężczyznę i znowu rzekł:
- Dziękuję, panie Goldstein. Pięć punktów dla Krukonów za spostrzegawczość – mrugnął zachęcająco, a wśród uczniów Ravenclawu zapanowała wesoła atmosfera. Anthony prężył się dumnie, jednak wszyscy czekali na odpowiedź. - Otóż mam do załatwienia parę spraw poza Hogwartem. Po prostu muszę wyjechać. W tym czasie zastępować mnie będzie na stanowisku profesor McGonagall. Długo szukałem też nauczyciela obrony przed czarną magią, ale w końcu go znalazłem. Powitajcie gorąco pana Barnabasa Collinsa!
    Wspomniany mężczyzna wstał i ukłonił się z dżentelmeńską gracją. Rozległy się oklaski i wiwaty, głównie wśród żeńskiej części społeczności. Dziewczyny wzdychały, niemal jak za Lockhartem, a może jeszcze bardziej. On tylko uśmiechał się tajemniczo i grzecznie potakiwał głową, gdy wtem pani Sprout zaciągnęła go do rozmowy. Nawet profesor Trelawney spoglądała na niego z ciekawością. Hermiona nie była wyjątkiem. Nie, nie zakochała się, nic z tych rzeczy! Po prostu pociągał ją jego mroczny wygląd i przystojne rysy twarzy. Zawsze miała słabość do wystających kości policzkowych. I te dłonie...
- Halo, tu Harry do Hermiony! Żyjesz? - usłyszała głos dobiegający gdzieś z oddali. Nie, zaraz z naprzeciwka! Czego on chce? Coś mówi...
- Żyję, spokojnie. Będziemy mieli fajnego nauczyciela, ciekawe co zrobi na pierwszej lekcji...
- No nie wiem. Jakoś on mi nie przypada do gustu..
- Oj, nie dramatyzuj! Dumbledore by go nie wpuścił do szkoły, gdyby mu nie ufał, prawda?
- Prawda, ale...
- O rany! Harry, ty... Hahahaha... Harry ty jesteś zazdrosny!!! - Gryfonka nie mogła powstrzymać śmiechu. - Harry jest zazdrosny, Harry jest zazdrosny, Harry...
- Przestań! - wybuchnął chłopak. - Nie jestem zazdrosny, po prostu... nie podoba mi się.
- Zaczęłabym się bać, gdyby ci się podobał. Wtedy to dopiero Prorok codzienny miałby co pisać... Wyobrażasz sobie?
- Wolę nie.
- Już sobie wyobrażam te nagłówki... - Hermionie nagle przybyło inwencji twórczej, ale wolała go już nie denerwować. Jeszcze tylko raz zerknęła w stronę stołu nauczycielskiego.
    Te oczy... Brązowe, sarnie, głębokie... Zupełnie inne niż oczy Harry'ego... I on był niby zazdrosny? To dobrze, bo to może znaczyć, że on ją... Nie, to głupie. Chociaż może... Nie, cicho bądź. Ale jednak... Dobra, i na tym "jednak" pozostańmy. Zobaczymy, jak się sytuacja rozwinie, dobrze? Ostatecznie. Ale pamiętaj o piosence. You rock my world.
    Gryfonka aż zadrżała na to wspomnienie. Szybko dokończyła posiłek i razem z przyjaciółmi udała się do Pokoju Wspólnego. Szła z Harrym na samym końcu. Uśmiechali się do siebie, a gdy doszli do obrazu, reszta już za nim zniknęła. Chłopak przysunął się do niej, oddechem muskając jej skórę na szyi. Hermiona poczuła przyjemne ciepło. Serce znowu przyspieszyło rytm. I w tym momencie usłyszała słowa. Przytuliła go po raz ostatni i udała się do dormitorium. A słowa dźwięczały jej w uszach aż do zaśnięcia i przez kilka następnych dni. You rock my world.

__________________________________
"Ludere" po łacinie znaczy "graj".

14.2.13

13. Łabędź - zbierają się chmury

"I ujrzałem Bestię wychodzącą z morza, 
mającą dziesięć rogów i siedem głów, 
a na rogach jej dziesięć diademów, 
a na jej głowach imiona bluźniercze. 
Bestia, którą widziałem, podobna była do pantery, 
łapy jej - jakby niedźwiedzia, 
paszcza jej - jakby paszcza lwa. 
A Smok dał jej swą moc, swój tron i wielką władzę."
- Apokalipsa Św. Jana 13, 1-2

"Na pustyni
Ujrzałem stwora, bestię nagą.
Przykucnął,
Żarł serce
Trzymane na dłoni

Spytałem - Dobre, przyjacielu?
- Gorzkie ono - gorzkie - odpowiedział -
Ale mi smakuje,
Bo jest gorzkie
I to serce moje."
- Steven Crane

    Dracon Malfoy szedł korytarzem. Obok niego kroczył Zabini, a z tyłu szli Crabbe z Goylem. Chłopak miał mętlik w głowie. I nie chodziło tu tylko o niewyobrażalnego kaca, który był efektem świętowania dzień wcześniej urodzin Blaise'a. Było coś jeszcze. Jeszcze nigdy się tak nie czuł. Z jednej strony, miał uczucie całkowitego spełnienia, odkrycia i zaspokojenia najskrytszych pragnień, a z drugiej... Pustkę. Ogromną, przerażającą pustkę, która, o zgrozo, wypełniała go całego, niczym świeże powietrze płuca.
    Pustkę miał też w głowie. Kompletnie nie pamiętał wczorajszego wieczora, a tym bardziej nocy. Obudził się, co prawda, w Pokoju Wspólnym Ślizgonów, lecz znajomi mówili mu, że gdzieś wychodził. Tylko, na Salazara, gdzie?!
    Miał tylko jedno, niewyraźne wspomnienie. Bardziej wrażenie niż wspomnienie. Dotyk gładkiej skóry, miękkich warg, zapach wanilii i orzechów... I jeszcze przyjemna faktura długich włosów. Ciemnych, tego był pewien. I to wszystko.
    Draco mógł w tej sytuacji wysnuć tylko jeden wniosek: dziewczyna. Spotkał jakąś i (chyba) pocałował. Tylko kto to, na Komnatę Tajemnic, mógł być?!
    Wiedział już, że jest załatwiony. Totalnie i kompletnie zakochał się w tej dziewczynie, chociaż nawet nie znał jej domu. I musiał zrobić wszystko, aby ją odnaleźć. Wszystko, co...
- Smoku, dobrze się czujesz? - Dobiegł go gdzieś z oddali głos Zabiniego.
- T-tak. Jasne – odpowiedział, wyrywając się z zamyślenia.
    Wkroczyli na śniadanie. Cała Wielka Sala była już wypełniona uczniami. Jego wzrok przemknął po wszystkich stołach, aż w końcu zatrzymał się na tym Gryfonów. Merlinie, jak on ich nienawidził! Szlamy i zdrajcy krwi! Pupilki dyrektora, który wcale nie był od nich lepszy. I Weasleyowie. Ruda zaraza, mnożyli się jak gnomy i wszędzie było ich pełno. Składała się z nich prawie cała drużyna quidditcha! Przecież to nienormalne.
    Blondyn usiadł przy stole i odgarnął grzywkę. Od razu przysunęła się do niego Pansy, a on wzdrygnął się mimowolnie. Patrzyła na niego z uwielbieniem tymi mopsicowymi oczami razem z twarzą i Dracon nagle stracił apetyt. Odłożył tosta i odwrócił głowę w jedynym możliwym kierunku pozbawionym widoku Parkinson. Znowu rudy klan. Właściwie to nie wiedział, co gorsze.    Uśmiechnął się szyderczo pod nosem, lecz nagle przestał, gdy zobaczył umykający szybko wzrok dziewczyny Weasleyów. Postawiłby pięć galeonów na to, że właśnie się na niego gapiła. Na dodatek, rumieniła się!
    Przymknij się, Draco! A bo to ona jedna? Nie? No właśnie! Powinieneś już dawno pogodzić się z tym, że podobasz się dziewczynom! I zacznij lepiej szukać tej swojej. Jednego możesz być pewien: to na pewno nie będzie Gryfonka!

***


    Czarny Pan był wściekły. Szło już tak dobrze, tak gładko i oczywiście ten frajer musiał wszystko zepsuć! Ten idiota, kompletny imbecyl, ten...
- Tom, spokojnie. Stało się coś? - Dobiegł go kobiecy głos z tyłu. Odwrócił się i spojrzał w te błyszczące uwielbieniem oczy.
- Tak, na kły Nagini! Stało się! - Bella położyła mu uspokajająco dłoń na ramieniu. On lekko się wzdrygnął, ale nie odsunął się. Przeciwnie, podszedł bliżej i objął ją swymi bladymi jak kreda dłońmi.
- Opowiesz mi? - Riddle usłyszał jej głos tuż przy uchu.
- Później, Bello. Później... - Powiedział i szybko ją pocałował. - Mam sprawę do załatwienia, ale kiedy wrócę...
    Nie musiał więcej mówić. Czarnowłosej to wystarczyło. Jeszcze tylko raz przyciągnęła go do siebie i pozwoliła odejść. Tak wiele się ostatnio zmieniło. Pamiętała bardzo wyraźnie, jak pierwszy raz podszedł do niej tak blisko... Tak bardzo blisko... Westchnęła głośno i z powrotem się położyła.
Tymczasem Voldemort nadal był wściekły. Wyszedł z pomieszczenia i udał się do głównej sali w budynku, gdzie czekali już na niego Śmierciożercy i nie tylko.
    Podszedł do podwyższenia i usiadł na tronie, po czym rozpoczął:
- Witajcie, moi słudzy. Zastanawiacie się zapewne, dlaczego was tu zebrałem. Otóż odpowiedź jest prosta. Zdrada. I niepowodzenie. Jeden z was, jeden z waszych braci nie dość, że mnie zdradził, to na dodatek zepsuł całą część mojego rozległego planu. Jest on wam doskonale znany, mało tego! Przewodził wami, był moją prawą ręką i jednym z najbardziej zaufanych sług. Ale dziś to zakończę. Otrzymałem wiadomość – nie pytajcie skąd – że nasz przyjaciel zamierza kompletnie nas pogrążyć. Nie dziś. Mówię wam: nie dziś!
    Śmierciożercy wzdrygnęli się na te słowa. Za chwilę jednego z nich spotka coś strasznego. Severus Snape, który starał się zachowywać normalnie, w środku drżał ze strachu. To o nim. To na pewno o nim! Zaraz Wężowa Morda go wywoła i zabije albo coś jeszcze gorszego... Ale jak ten idiota się dowiedział? Zacisnął pięści z bezsilności i czekał, ukryty pod maską i ciemną peleryną. Czekał na swój koniec.
    Tymczasem Voldemort rozkoszował się ciszą, atmosferą strachu, jaką zasiał. Tak, to była przestroga dla wszystkich, którzy choć pomyśleli, aby mu się sprzeciwić. W końcu się odezwał, głosem, który w każdym budził grozę i odbijał się od zimnych ścian pomieszczenia:
- Wiecie już, kto to? Od dzisiaj to największy tchórz świata i spotka go sroga kara. Moi słudzy, powitajcie proszę bardzo gorąco naszego drogiego... - zawiesił głos na chwilę, aby dodać napięcia - ...Victora! Tak, szybko, nie dajcie mu uciec! Proszę, proszę, nasz wampirek ma charakterek! Crucio!
    Śmierciożercy się rozstąpili, ukazując sylwetkę wysokiego mężczyzny. Stawiał zaciekły opór, ale nawet nosferatu nie ma szans z Zaklęciem Niewybaczalnym. Wił się przez dobre kilka minut na posadzce, twarz miał wykrzywioną z bólu, a jego ciało przebiegały silne konwulsje. Gdy Riddle zdjął urok, wampir opadł bez sił na podłogę i tylko patrzył na okrutną twarz bez nosa swoimi bystrymi, teraz przekrwionymi, oczami. Z tyłu jego głowy pojawiała się wielka, czerwona plama. Lord wrzasnął z wściekłości:
- Ty zdrajco! Ty zapchlony pomiocie! Jak mogłeś, jak śmiałeś?! Myślałeś, że ja, Lord Voldemort, najpotężniejszy czarodziej świata dam się komukolwiek wykiwać jak niedorozwinięty szczeniak?
    Kopnął w szale leżącego, który wychrypiał:
- Nie jesteś najpotężniejszy. To Dumbledore cię pokona, zobaczysz. A zresztą, niekoniecznie on. Pamiętasz, kto to zrobił ostatnio? Dzieciak! Dzieciak, który nie potrafił nawet porządnie machnąć różdżką! - Kolejne kopnięcie. - Słyszysz?! HARRY POTTER cię pokona, jaszczurze!
- Dosyć! - wrzasnął Tom. - Zabrać mi go. Yaxley, Malfoy! Do roboty!
- P-panie, a-ale co my m-mamy z nim zr-robić? - zapytał wystraszony Lucjusz. - Przecież go nie zabijemy...
- Zabić? - Czarodziej ryknął śmiechem. - O nie! To zdrajca, a najniższy krąg piekła jest właśnie dla nich! Zabierzcie go do lochów i przykujcie łańcuchami. Tymi ze srebra - dodał z zawistnym uśmiechem.
    Śmierciożercy zabrali Victora, który z przerażeniem wysłuchiwał, jaką dostanie karę. Będzie się czuł jak Prometeusz na skale, którego męka się nie kończyła! Albo jak Tantal lub Syzyf...
    Victor ostatkiem sił, z całą swoją pozostałą mocą, wysłał wiadomość. Był do patronus w kształcie łabędzia, bardzo nietypowy, jednak spełniał swoje zadanie. Przekazał trzy słowa. Albusie, odkryli mnie.
    W tym samym czasie, Voldemort kontynuował zebranie. Skoro Victor, do tej pory jego najbardziej zaufany wampir, "wypadł z gry", powinien go kimś zastąpić. Ktoś w końcu musi kierować i naprawić cały plan, prawda? Już wybrał. Wiedział, że ta osoba go nie zdradzi. Prędzej da sobie wbić osikowy kołek prosto w małe, już niebijące serce.
- Od dzisiaj wy, wampiry, macie nowego przywódcę. Jest nim mój obecnie najbardziej zaufany członek waszej społeczności. Od tej pory on odpowiada za cały plan uczynienia mnie nieśmiertelnym i zdobycia całego świata. Pewnie już domyślacie się, kim on jest. Barnabas Collins. Proszę, pokaż się nam.
    Rozległy się wiwaty, a z tłumu wyszedł bardzo wysoki i blady mężczyzna, wyglądający na około 30 lat (chociaż wszyscy wiemy, że miał przynajmniej kilkaset). Posiadał brązowe włosy i sarnie oczy. Z długich palców wyrastały czarne paznokcie, a ubrany był w stylu wiktoriańskim. Promieniował wręcz przystojnym wyglądem i aurą ekscytującej tajemniczości. Skłonił się nisko.
- Barnabasie, mam dla ciebie specjalną misję. Chodź, omówimy szczegóły. Spotkanie zakończone! - powiedział Voldemort i odszedł wraz z brunetem.
    Rozległy się trzaski aportacji. Jeden towarzyszył Severusowi, który chwilę później pojawił się przed bramą Hogwartu. Dopiero tu mógł sobie pozwolić na westchnienie ulgi. Mało brakowało, ale nie odkryli go. To trzeba uczcić! Wysłał patronusa do dyrektora z wiadomością, że przeżył i opowie mu wszystko jutro, a sam udał się do swoich komnat. W salonie zdjął płaszcz, po czym poszedł do łazienki wziąć szybki prysznic. Musiał ukoić myśli. Szybko owinął się ręcznikiem i udał się do barku. Wyciągnął najlepszą Ognistą Whiskey jaką tylko posiadał, otworzył i nawet nie zadał sobie trudu wyciągnięcia szklanki. Dzisiaj nie myślał już o niczym innym, jak tylko się upić do nieprzytomności.

***

    Sobota. Po całym tygodniu wrażeń, wieczorze Freda i George'a z opowieściami i użeraniem się z Carmen Hermiona wybrała się na spacer na błonia. Ginny i Ron chcieli się z nią zabrać, jednak odmówiła. Musiała pobyć trochę sama, pomyśleć. Potrzebowała chwili spokoju, czasu do zastanowienia i namysłu, jak zresztą chyba każdy.
    Otuliła się szczelniej płaszczem, gdyż mroźny wiatr dmuchał dość mocno. Odgarnęła włosy i spojrzała na błękitne niebo. Słońce świeciło jasnym blaskiem, a jego promienie załamywały się na chmurach, które nadciągały z zachodu. Możliwe, że zbiera się na deszcz.
    Hermiona postawiła kołnierz, ręce włożyła do kieszeni i ruszyła krętą ścieżką. Za nią kroczył Krzywołap, który ostatnio ciągle gdzieś wychodził i znikał bez śladu. Październikowe powietrze muskało twarz dziewczyny i sprawiało niesamowitą przyjemność, dawało poczucie rześkości. Liście na drzewach lekko już się brązowiły, ptaki odlatywały.
    Gryfonka szła prosto przed siebie, zamyślona, nie mając określonego celu tej wędrówki. Ku jej zaskoczeniu, nogi poniosły ją nad jezioro. Gdy dotarła do brzegu, odkryła, że nie jest sama.    Nieopodal pod drzewem siedziała skulona postać, jednak nie mogła dostrzec twarzy. Pozostając wierna swojej intuicji, podeszła do niej. Była to Carmen i Hermionie wydawało się, że śpi. Już chciała ją szturchnąć, gdy ta nagle złapała ją za rękę. Przestraszona dziewczyna chciała odskoczyć, ale uścisk był zbyt silny i strasznie dziwny. Zaskoczona, spojrzała w oczy panny Brown i dostrzegła w nich... nic. Naprawdę nie wyrażały one niczego! Były strasznie zamglone. Potrząsnęła delikatnie przyjaciółką i spróbowała wyrwać dłoń. Po kilku próbach w końcu jej się udało. Zaczęła rozmasowywać nadgarstek i zapytała:
- Car, co ci jest?
    Milczenie. Cisza. Dziewczyna nawet nie dała znaku, że ją słyszy lub widzi.
- Carmen, obudź się! Co się stało?! - Gryfonka była coraz bardziej zdenerwowana i przerażona jej... nieobecnością. To prawda, często zamykała się w sobie, ale to było normalne (oczywiście jak na nią). Jednak to zdecydowanie odbiegało od utartej już "normy". Spróbowała jeszcze raz: - Odezwij się! Dobra, zmuszasz mnie do zastosowania bardziej drastycznych środków. Żeby nie było – ostrzegałam! - Hermiona wzięła duży zamach i z całej siły spoliczkowała towarzyszkę. PLASK!
    Carmen podskoczyła i zaczerpnęła wielki haust powietrza. Wyglądała, jakby ocknęła się z jakiegoś amoku. Szybko jednak odzyskała równowagę i swoją nieocenioną sprawność umysłu. Ze zdziwieniem stwierdziła obecność swojej współlokatorki, ale uznała, że widocznie miała jakiś powód, aby tu przyjść.
- Co tu robisz? - zapytała opanowanym głosem.
- Co ja tu robię?! Co? Ja? - Hermiona nie mogła wyjść z szoku. - Raczej co TY tutaj robisz?! Coś ty ze sobą zrobiła? To jakiś czar czy eliksir? I po co?
- Dobra, możesz dać mi dojść do słowa? Byłabym niewymownie wdzięczna! - parsknęła obrażona dziewczyna. - Dzięki. Może zacznę od początku. Wiesz doskonale, co dzieje się z moim umysłem. Natłok myśli i te sprawy. A teraz zastanów się, jak muszę się czuć, gdy nie mam żadnej rozrywki. Nic do pogłówkowania, zrobienia, nauczenia się, pomyślenia nad czymś? No właśnie! Mój mózg próchnieje. Marnuje się. I muszę coś z tym robić, inaczej zwariuję. Przez te wszystkie lata życia, nauczyłam się sobie radzić. Nie zdziwiło cię, że nigdy nie noszę koszulek z krótkim rękawem, nie podwijam ich? Jeśli już, to mało. Plastry nikotynowe. Te mugolskie. Uspokajają mój umysł, gdy już jest z nim kiepsko. Nie zawsze to wystarczy. - Wyjęła z kieszeni jakąś fiolkę i pomachała nią przed twarzą Hermiony. - Wiesz, co to jest?
    Dziewczyna wzięła buteleczkę do ręki, otworzyła i powąchała zawartość. Od razu się cofnęła.
- Ohyda! Przypomina Veritaserum, ale...
- Ale? Właśnie o to twoje "ale" chodzi. – Brunetka przyglądała się koleżance z zaciekawieniem.
- Ale ma bardzo drażliwy zapach, jakby... rozpuszczalnika? Coś w tym rodzaju – powiedziała niepewnie.
- Dokładnie. To urozmaicone Veritaserum. Ma tylko zmieniony jeden składnik. Zamiast proszku z żuków afrykańskich dodaję ekstrakt z jadu amazońskiej żmii. To je wzmacnia pod względem działania na umysł, pomaga jakby oderwać się od ziemskich problemów. Natomiast sprawia, że znikają właściwości nakazujące  użytkownikowi mówienie tylko i wyłącznie prawdy.
- T-to... niesamowite! - Miona nie mogła nadziwić się nad geniuszem rozmówczyni. Nagle spoważniała. - Ale to działa jak narkotyk! Odurzasz się tym! To niebezpieczne!
- Nonsens. Sama to wymyśliłam. Pamiętaj, mój umysł nie znosi stagnacji. Chcę problemów. Chcę pracy. Dajcie mi najprostszy kryptogram lub skomplikowaną analizę i jestem w swoim żywiole. Ale nie zniosę nudnej rutyny. Tęsknię za mentalnym uniesieniem. Zresztą bardziej niebezpieczne jest palenie papierosów. A właśnie, dawno tego nie robiłam.
    Hermiona w totalnym szoku patrzyła na Carmen, która z kieszeni spodni wyjęła paczkę i wyciągnęła z niej wspomnianą używkę. Zapaliła ją różdżką i zaciągnęła się mocno, wydając przy okazji westchnienie przyjemności, że w końcu organizm domagający się nikotyny, ją otrzymał. Pani prefekt oburzona chciała zabrać dziewczynie papierosa, jednak tamta była szybsza.
- Nie możesz palić na terenie szkoły! Zresztą jesteś niepełnoletnia! I niszczysz swój organizm! Zaraz pewnie wyciągniesz skądś butelkę Ognistej, co?
- Naprawdę tak nisko mnie oceniasz? - mruknęła Car. - Nie uważasz, że picie jest, delikatnie mówiąc, trochę poniżej mojej godności? Nie chcę sobie zepsuć wątroby...
- Ale płuca już możesz, tak?
- Nie rozśmieszaj mnie. Od września to mój pierwszy papieros. Przysłał mi paczkę dzisiaj rano Jean.
- Jean? Mówiłaś, że nie potrzebujesz bycia w związku...
- Bo to prawda. Ale on nie musi o tym wiedzieć, nie? - Brown mrugnęła trochę zawadiacko. - A teraz wybacz, ale zbiera się na deszcz, a ja muszę...
- Musisz mi coś wyjaśnić! I to od dłuższego czasu!
- Ja nic nie muszę. Odsuń się, chcę przejść.
- Nie. Jako wolna czarownica mam prawo stać tam, gdzie mi się podoba! - syknęła przez zęby Hermiona. - Nie pozwolę ci się truć! Prędzej dostanę Okropny z jakiegoś przedmiotu niż...
- W takim razie już zaczynaj rozpaczać! - warknęła Car, ominęła dziewczynę i ruszyła w stronę zamku. Po drodze wyrzuciła peta i unicestwiła zaklęciem.
    Hermiona usiadła zrezygnowana pod drzewem. Objęła kolana dłońmi i położyła na nich głowę. Obserwowała szarzejące niebo i zbierające się chmury.
- Mówiłam, że będzie padać... - mruknęła pod nosem.
    Ale nie wybierała się nigdzie. Lubiła deszcz. Kochała patrzeć na powoli spadające krople, próbować je łapać i nawet moknąć. Czuła się wtedy bezpiecznie i świeżo.
    Tak, jak się spodziewała, chwilę potem zaczęło mżyć. Skuliła się mocniej, chociaż już i tak mokła. Obserwowała, jak gładka tafla jeziora jest marszczona przez coraz to nowe kropelki deszczu. Już miała wstać i wracać do zamku, gdy poczuła czyjeś dłonie na swoich ramionach.

11.2.13

Wyobraźnia wariatki


Nie, to nie nowa notka ;) Na jednym z FP, które prowadzę, zamęczaliście mnie o moje opowiadanie z Johnnym w jednej z głównych ról, więc oto ono. Są tu właściwie wszystkie moje wariactwa, fanaberie, marzenia i plany (?). Są też przyjaciele. I mogę się założyć, że chociaż jedno z nich to czyta (sama Julce podałam adres, a Mandarynka ma go już jakiś czas). I może w szkole mnie zlinczują, ale to nic. Najważniejsi fani i moi kochani Czytelnicy :D Uprzedzam: opowiadanie powstało w dwie pierwsze godziny nowego 2013 roku, więc proszę o wyrozumiałość. Jest to zupełnie inny tekst, dość dobrze przeze mnie oceniony, jednak nie spodoba się każdemu. Mało tego, jeśli spodoba się chociaż 1 osobie, to będzie dobrze. To oznacza, że z moją psychiką nie jest jeszcze tak źle xD (tu wiele osób by się spierało). Jednak każdy powinien znaleźć coś dla siebie: jest pan Depp, Sherlock, MJ, HP... i dużo innych wstawek, których nikt do końca (oprócz mnie) nigdy nie ogarnie! :) I ostrzeżenie! Nie ma Harrymione, jest tylko wstawka z Sevmione! W takim razie, zapraszam! :D Lektura nieobowiązkowa ;]

Wyobraźnia wariatki

Dla całego I LO w Gdańsku, zwłaszcza mojej kochanej 1F.

I dla bohaterów tej mojej wariacji: Julki, Kiry, Dominiki, Moniki, Roberta.

Dzięki za wszystko...


 Szłam ciemną uliczką. Nie wiem czemu, ale coś mną kierowało. Skręciłam w prawo, a potem otworzyłam szare, metalowe drzwi i weszłam do jakiegoś magazynu. Wyglądał na opuszczony. Zdziwiłam się, bo w środku nie było niczego. Niczego! Nawet drzwi, przez które tu weszłam! Rozejrzałam się dookoła, ale wszędzie były tylko bure ściany.
- Co, do licha...?
Nagle przed moimi oczyma pojawił się napis. W powietrzu! Białe litery układały się w słowa:

Witaj, Klaudia.

- A to co? Gdzie ja jestem i o co tu chodzi? Bo piszesz jak Tom Riddle i mam złe skojarzenia...

Nie, nie jestem Voldemortem! A prawda jest taka, że to twój sen. Świadomy sen.

- Wow! Zawsze chciałam mieć świadomy sen! I tu się pojawi wszystko, co sobie wyobrażę, tak?

Tak, ale...

- Więc znikaj stąd, już! - Litery rozpłynęły się w powietrzu tak szybko, jak się pojawiły. - A więc do roboty! - Klasnęłam w ręce z radości. Nareszcie!
- Cześć – podszedł do mnie wysoki brunet. Miał opaloną twarz i mocno wystające kości policzkowe, które uwielbiałam.
- Hej, Johnny... - Podeszłam do niego, stanęłam na palcach i zarzuciłam mu ręce na szyję. Przyciągnęłam go do siebie i... zadzwonił telefon.
- Kto to? - Wymruczał mi do ucha.
- Nieważne... - próbowałam to zignorować. Niestety, dzwonił coraz głośniej i to w dodatku była to muzyczka z "Gangam style"! - Oj, przepraszam. Halo?!
- Cześć, Bananku. Co robisz?
- Julka! Czy ty zawsze musisz zawracać mi głowę? I to w TAKIM momencie?
- Jakim? Czyżbyś właśnie walczyła o plakat Jacka Sparrowa? A może o jego włos na aukcji? - zapytała.
- Coś o niebo lepszego! A teraz daj mi spokój!
- No raczej nie. Odwróć się.
O nie! Stała tam! Julka! I żeby to tylko ona jedna, to by było całkiem nieźle. Ale szczerzyło się do mnie kilka postaci, które w tej chwili niepomiernie mnie irytowały. A za nimi było jeszcze gorzej! Cała moja wyobraźnia!
Westchnęłam zrezygnowana i postanowiłam zawalczyć. W końcu nie zawsze zdarza się świadomy sen, prawda? Zaczęłam od najłatwiejszego.
- Cześć, Mandarynko!
- No hej, Bananie. Widzę, że przeszkadzamy w fajnym momencie, no nie?
- Nie da się ukryć. Co z tego, że to spełnienie moich najskrytszych marzeń i w ogóle, grunt, że można mnie irytować... - Domi wzruszyła tylko ramionami. Westchnęłam zrezygnowana. To będzie duuuużo roboty. Nagle wpadłam na pewien pomysł. - Leo. Leo! Chodź tutaj! - Krzyknęłam do szatyna ganiającego za dziewczyną w białej sukni i krzyczącego coś o jakiejś Rose.
- Ale ja nie chcę...
- Chcesz, chcesz. Masz tu dziewczynę do zabawienia. Ma na imię... Mandarynka – wyszczerzyłam się do Dominiki w triumfalnym uśmiechu, ale ona stała jak zahipnotyzowana i wpatrywała się w mężczyznę.
- To... To... Pan DiCaprio!!! - Krzyknęła i skoczyła na zaskoczonego Leosia, który szybko się opanował i zdał sobie sprawę z pewnych korzyści, które może zaraz odnieść...
- To my idziemy, Car – rzucił przez ramię i już biegł z rozanieloną Domi w ramionach.
- Car? - Kira spojrzała na mnie krytycznym wzrokiem.
- Moje alter ego – odparłam.
- Aha. Ciebie naprawdę trzeba zamknąć do psychiatryka... Moja mama chętnie cię przyjmie – powiedziała rudowłosa dziewczyna.
- Tylko z tobą, kochanie – uśmiechnęłam się szyderczo. - Kiruś, będziemy dzielić razem kaftan bezpieczeństwa, zapomniałaś już?
- A ja chcę to białe pomieszczenie wyłożone poduszkami! - Julka nagle odzyskała głos i aż podskoczyła z podekscytowania.
- Izolatkę? - Uniosłam brew ze zdziwienia.
- Tak, tak, to!
- Dobra, dostaniesz, ale najpierw... - Machnęłam ręką na prawo i nagle pojawiła się tam szafa pełna książek. - Wiesz co to jest?
- Eee... Nie.
- To są wszystkie książki twoich ukochanych autorów. Wszystkie jeszcze nie wydane powieści o wampirach, jakie tylko możesz sobie wyobrazić.
- Aaaaaa!!! Lecę! - I już jej nie było. Dobra, Julia z głowy.
- A o mnie zapomniałaś? - Poczułam mocne uderzenie w ramię.
- Ej! Miałaś mnie nie bić, karzełku!
- Nie. Mów. Do. Mnie. Karzełku! - I znowu mnie walnęła.
- Dobrze, krzacie – ponownie się wyszczerzyłam. - Ale nawet ty mi przeszkodziłaś w spotkaniu z Johnnym?! I ty, Brutusie, przeciwko mnie?
- Jaki Brutusie? Przecież jestem Monia! I to niby ja mam nie zaliczyć semestru... - Podparła się pod boki i naburmuszona na mnie patrzyła (nie, żeby robiła kiedyś inaczej). Przewróciłam tylko oczami.
- Patrz, kto stoi za tobą.
Monia obróciła się i aż krzyknęła z radości.
- T-to wampir! Prawdziwy! I wygląda jak Robert! Hermi, kocham cię! - Wzięła go za rękę i szybko się oddaliła. Uff, kolejna z głowy.
- No wiem. Przecież mnie wszyscy kochają.
- A ja, Dusiu, to co? - Kira znowu się wtrąciła. Też muszę ją czymś zająć. Wpadłam na pomysł.
- Ty też. Uwierz, że ty też.
- Co ty znowu kombinujesz?
- Słuchaj.
- Nie, nie będę...
W tej samej chwili w powietrzu zagrała muzyka, a kilku chłopaków ubranych w najróżniejsze kolory wyszło przed Kirę i zaczęło śpiewać.

Baby You light up my world like nobody else
the way that you flip your hair gets me overwhelmed
but when you smile at the ground it ain't hard to tell
You don't kno-o-ow
You don't know, you're beautiful!
You don't know, You're beautifu-u-ul!
That's what makes you beautiful!

- Zmieniłam zdanie. Jednak cię kocham – wyszeptała drżącym od emocji głosem, chwyciła jednego z chłopaków za ręce (bodajże Louisa) i pobiegła z nim w bliżej nieokreślonym kierunku.
Kto jeszcze został? Ach, no tak.
- Robert, dla ciebie mam coś specjalnego.
- Co? - Zainteresował się.
Wyjęłam z kieszeni ulubionych, podartych jeansów moją różdżkę (12 i pół cala, orzech, dość sztywna, rdzeń z pióra feniksa) i machnęłam nią w jego stronę. W tej chwili chłopak upadł pod ciężarem książek, jakie pojawiły się w jego ramionach.
- O jeny. To książki! Historyczne! Aaaa!!! Już lecę je czytać! Dwudziestolecie międzywojenne! Już mam książkę do zaliczenia! Powiem Monice! - Kiwnął mi głową i pobiegł w kierunku biurka.
- No, na czym skończyliśmy? - Uśmiechnęłam się do mężczyzny, który ciągle stał wytrwale za mną i czekał.
- Chyba pamiętam – powiedział i podszedł do mnie, przytulając się.
BUM! Znowu coś się stało. Już nie miałam siły, nie chciałam odchodzić od Johnny'ego. Nagle pojawił się przede mną Mistrz Eliksirów i zdecydowanie wkurzony wrzasnął:
- Zrób coś z nimi! Te głupie uczniaki są gorsze od Longbottoma!
- A co mi dasz w zamian, Severusie?
- Wszystko.
- Aha. - Zwróciłam się do małego tłumku za Snapem. - Uwaga! Macie się go słuchać, a tak w ogóle to co tu robicie w przerwę świąteczną? Już mi wypad do domów! Ej, ej! Ty nie, Granger! Ty zostajesz!
- Coś nie tak, Car? - Brunetka z burzą nieokiełznanych loków zwróciła się do mnie trochę przestraszona.
- Nie, w porządku, ale może być lepiej. Sev, zajmij się nią.
- Ja? Co niby mam robić z tą gryfońską Panną-Wiem-To-Wszystko-Granger?
- A co niby robi inteligentna kobieta z równie inteligentnym facetem? Domyśl się! - Tu spojrzałam sugestywnie na Hermionę. - Pasujecie do siebie i tak ma być!
- Ale...
- Żadnych ale, bo będę cię nazywać Seviś i opowiem twoim uczniom o pewnym incydencie z różowymi króliczkami... Chyba tego nie chcesz? - Snape zbladł. Przyciągnął do siebie Hermionę zaborczym ruchem i odszedł z nią dalej. Jednak to nie był koniec.
- Tom, dlaczego zawsze ja muszę prasować ci koszulę?
- Bo to ja jestem Czarnym Panem! - Odpowiedziała blada postać, bez nosa.
- Od tego masz Śmierciojadów! A ja jestem przecież twoją dziewczyną...
- Bello, proszę, nie zaczynaj znowu...
Tak marudzili i marudzili, ale w końcu sobie poszli. Zauważyłam obok jeszcze Bilba, który zabierał Pierścień Gollumowi, gdy nagle zaczęłam niekontrolowanie tańczyć. Nareszcie się spełnia moje marzenie!

She was more like a beauty queen
From a movie scene
I said don't mind but what do you mean
I am the one
Who will dance on the floor in the round
She said I am the one
Who will dance on the floor in the round

- Tak, Michael, śpiewaj jeszcze! - Spojrzał na mnie swoimi lśniącymi oczyma i posłał zniewalający uśmiech.
- Weź to, na pamiątkę – podał mi swoją ukochaną, wysadzaną cekinami rękawiczkę.
- Ależ Królu, nie mogę...
- Weź. I pamiętaj, że ja nie umarłem. Żyję tutaj, w sercach moich fanów, i pozostanę w nich na zawsze. Moja muzyka pod tym względem będzie wieczna, choć nie uważam, bym był bardziej godny zapamiętania niż, na przykład John Lennon...
- Kocham cię, MJ. Taką specjalną miłością, jednocześnie braterską i przyjacielską... I taką... mentorską. Pokazałeś mi, co znaczy naprawdę kochać ludzi. - Czułam, że się zaraz rozpłaczę. Słone łzy już chciały wypłynąć, gdy powiedział:
- Nie płacz. Nie masz z czego. Ciesz się, bo naprawdę masz wspaniałe życie. To dar, nie zmarnuj go. Każde życie to dar. Żegnaj!
- MJ, nie! - Wyciągnęłam rękę, aby go zatrzymać, ale zniknął. W tej samej chwili pojawił się przede mną znajomy detektyw. Oczywiście grany przez Jeremy'ego Bretta.
- No pięknie, pięknie. Jak tam, panno Brown, ćwiczy pani dedukcję?
- Staram się, ale nie zawsze wychodzi, panie Holmes.
- Praktyka czyni mistrza. Obserwacja i rozum, ścisły i niczym nieograniczony umysł, to podstawy.
- Wiem, znam każdą pana sprawę na pamięć. Ale zaraz, czemu mówię per pan? To mój sen, mogę mówić, jak mi się podoba – szybko postać zmieniła się na tę graną przez Benedicta Cumberbatcha. - Więc jak tam, Sherly?
- NIE MÓW DO MNIE SHERLY!!!
- Faktycznie, tylko John może tak do ciebie mówić...
- Nie jestem gejem!
- Jasne, jasne... - mrugnęłam do niego porozumiewawczo. - Powiedz lepiej, jak przeżyłeś upadek z dachu szpitala.
- To proste. Wystarczyło tylko... - I powiedział mi wszystko, a okazało się to takie proste, że aż się dziwiłam, iż nikt nie wpadł na takie rozwiązanie.
- Dzięki, Sherly. Do zobaczenia w trzecim sezonie! I tym razem nie zapomnij bielizny pod prześcieradło!!! - Krzyknęłam na odchodnym. - A i pozdrów ode mnie Doktora!
Na szczęście to byli wszyscy. Wróciłam do Johnny'ego. Nareszcie ja i moje kochanie! Dotknęłam jego ust swoimi i było cudownie. Lepiej niż w najskrytszych marzeniach. Wdychałam jego cudowny zapach i upajałam się nim. Pachniał i smakował tak pięknie, tak przyjemnie, słodko...
- Hmhm! - Usłyszałam chrząknięcie i lekko się odsunęłam od mężczyzny.\
- Czego chcesz? - Spytałam niską postać, mającą na sobie jaskraworóżowe ubranie.
- Hmhm!
- Jesteś pewna, Dolores, że nie chcesz tabletek na kaszel?
- Moja droga, czas się skończył. Wracaj do siebie.
- Ale ja nie chcę! Umbridge, nie możesz mi nic kazać!
- Ależ mogę i to zrobię. Zgodnie z Dekretem Magicznym Numer Trzysta Trzynaście świadomy sen nie może trwać dłużej niż pięć godzin. Właśnie przekroczyłaś ten limit.
- Ale ja nic nie wiedziałam! Zresztą, mam tu coś jeszcze do roboty – przysunęłam się z powrotem do Johnny'ego.
- Nic nie poradzisz. Została ci minuta.
- Więc spadaj stąd, różowa landryno i daj mi się nacieszyć moim kochaniem! - Kobieta się obraziła i odeszła. - A tymczasem musimy się pożegnać. Jeszcze kiedyś cię spotkam? - spytałam z rozżaleniem.
- Oczywiście, skarbie. - Nachylił się, a jego ciepły oddech owiewał moją szyję. - Frajwędruj, Klaudio. Powtarzaj to sobie, kochanie.
Wszystko obróciło się w niebyt, a ja obudziłam się we własnym łóżku. Spojrzałam na błyszczący plakat, wiszący nade mną, który odbijał światło Księżyca, padające przez okno. Uśmiechnęłam się tylko i odwróciłam na drugi bok, przykrywając szczelniej kołdrą.
- Chyba zwariowałam. Ale tylko wariaci są coś warci, prawda, panie Depp?

___________________________________
Na koniec standardowe ogłoszenia: mam ferie! Nareszcie! I czas! Naprawdę, zadziwiające - jest z nami zawsze i często ludzie nie zdają sobie sprawy z jego ogromnej wartości... Ale starczy! Ostatnio czytałam "Langoliery" kochanego Kinga i wzięło mnie na rozważania o czasie... I znowu odbiegam! Ogólnie, dopadł mnie taki dziwny nastrój, że najchętniej pozabijałabym wszystkich bohaterów. Mam nadzieję, że niedługo przejdzie. Nowy rozdział się tworzy, pojawi się w tym tygodniu. I mam nadzieję, że w te ferie napiszę coś na zapas ;)

Nox!

PS. Pan Wen dziękuje za komenty i prosi o więcej =] Wasze są wyjątkowo smaczne!
Harry Potter - Book And Scroll