Harry Potter - Book And Scroll

30.8.13

33. Surrealistycznie

"Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną,
Powiem ci: śmierć i miłość - obydwie zarówno.
Jednej oczu się czarnych, drugiej - modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.

Przez niebo rozgwieżdżone, wpośród nocy czarnej,
To one pędzą wicher międzyplanetarny,
Ten wicher, co dął w ziemię, aż ludzkość wydała,
Na wieczny smutek duszy, wieczną rozkosz ciała.

Na żarnach dni się miele, dno życia się wierci,
By prawdy się najgłębszej dokopać istnienia -
I jedno wiemy tylko. I nic się nie zmienia.
Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci."
- Jan Lechoń, "Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną"


    Zrobiło się już bardzo późno, Ron poszedł do dormitorium, stwierdzając, że bez sensu jest czekać, skoro można spać. Hermiona została sama i wpatrywała się przez okno w ciemne niebo. Martwiła się. To było przerażające, co spotkało Harry'ego. Równie dobrze ten promień mógł trafić w nią i w sumie byłoby wtedy lepiej. Nie cierpiałaby tak. Owszem, pewnie fizyczny ból byłby duży, ale byłaby spokojna o swojego chłopaka. Teraz się bała.
    A co, jeśli tego nie wytrzyma? Chciała być przy nim, cały czas. Jednak nie była pewna, czy przetrwa tydzień bez prawdziwego Harry'ego. Gdy zamiast jego śmiechu usłyszy te wszystkie straszne rzeczy, gdy najgorsze rzeczy będą z niego wychodzić, ona mogła po prostu się załamać. Pęknąć, jak bańka mydlana.
    Westchnęła i ukryła twarz w dłoniach. Jakim cudem przez dwa i pół miesiąca można sobie tak bardzo skomplikować życie? To było bez sensu! Szczypała się w rękę, próbowała przebudzić, bo to wszystko wydawało jej się tylko iluzją. Snem, niczym więcej. To było zbyt surrealistyczne, dziwne, niecodzienne. Ale może właśnie na tym polegało całe jej życie? W końcu od kiedy tylko dostała sowę z informacją, że jest czarownicą, wszystko wywróciło się do góry nogami. I widocznie takie pozostało, od pierwszej klasy do teraz. Wszystko było niezwykłe, a najbardziej sam fakt, że przyjaźniła się ze słynnym Wybrańcem. Do teraz nie wierzyła do końca, że był jej.
    Otrząsnęła się, gdy drzwi Skrzydła Szpitalnego otworzyły się i głośno trzasnęły. Szybkim krokiem wyszedł przez nie Snape, powiewając czarnymi szatami, wyraźnie zmęczony. Chyba jej nie zauważył i całe szczęście, bo pewnie odjąłby punkty za przebywanie po ciszy nocnej poza swoim łóżkiem. Poczekała, aż zniknie za rogiem i wślizgnęła się do pomieszczenia.
    W powietrzu unosił się dziwny zapach, jakby mieszanka potu, cynamonu i starego drewna. Aż uniosła brwi ze zdziwienia, bo o ile mogła zrozumieć pierwszy "składnik", to reszta była po prostu... nie na miejscu, tak jej się w każdym razie wydawało.
    Rozejrzała się uważnie, ale nigdzie nie dostrzegła pani Pomfrey, więc weszła za parawan, który szczelnie zasłaniał łóżko Harry'ego. W tym samym momencie chmury odsłoniły jasny Księżyc, którego światło oświetliło twarz chłopaka. Hermiona prawie się przewróciła, gdy na niego spojrzała. Był blady, śmiertelnie blady, aż zastanawiała się, czy w jego ciele znajduje się choć kropla krwi. Oczy miał zamknięte, spał. Widocznie był bardzo zmęczony, na to również wskazywał jego wygląd. Na czole perliły się krople potu, a wargi miał wysuszone jak stary pergamin w książkach, które tak często czytała. Delikatnie ujęła jego rękę, a wtedy przez twarz przebiegł mu grymas bólu. Przestraszyła się i lekko cofnęła, ale nie puściła dłoni. Wtedy też dostrzegła kątem oka na szafce obok butelkę Szkiele-Wzro. Czyżby coś sobie złamał? Teraz już była przerażona.
    Delikatnie odgarnęła mu włosy z czoła i pogładziła bezwiednie palcem czerwoną bliznę. To przez nią to wszystko. Zacisnęła zęby na myśl o Voldemorcie. Nienawidziła go. W zasadzie to teraz nie mogła się doczekać, kiedy Harry go pokona. Bo jak dla niej było oczywiste, że da radę. Może naczytała się zbyt wiele mugolskich książek, ale wierzyła, że dobro zawsze zwycięży. Kiedyś. W końcu. Te wszystkie nieszczęścia są tylko drogą do lepszej przyszłości.
    Wzdrygnęła się, gdy usłyszała jakiś odgłos z głębi pomieszczenia. Brzmiał jak brzdęk butelki, więc z żalem stwierdziła, że powinna już iść. W końcu od rana znowu są lekcje, musi złapać choć trochę snu. Wstała i jeszcze musnęła lekko usta Harry'ego swoimi.
- Muszę już iść. Ale wrócę, obiecuję – wyszeptała i zniknęła za parawanem, po czym udała się do wieży Gryffindoru.
    Szybko wśliznęła się do łóżka i próbowała zasnąć. Fakt, że łóżko Lavender zniknęło, dodatkowo utrudniał jej niespokojny sen, w który zapadła.

***


    Na śniadaniu panował ponury nastrój, nawet, a właściwie zwłaszcza wśród Gryfonów. Niestety, ludzie mają w zwyczaju przypisywać zmarłym same dobre cechy, również, gdy ich nie posiadali za życia. Tego dnia Hermiona dowiedziała się, że Lavender była dobrą przyjaciółką, uczennicą na poziomie i każdego potrafiła rozbawić, nie urażając przy tym nikogo. Prychnęła tylko, ale wciąż nie dawał jej spokoju ten krzyżyk na nadgarstku Brown. Czuła, że gdzieś już go widziała, lecz za nic w świecie nie mogła sobie przypomnieć, skąd. Jakby powiedziała jej mama: gdzieś dzwoni, ale nie wiadomo, w którym kościele. Może kogoś zapyta? Tylko kogo, bo na pewno nie...
    Mimowolnie spojrzała w stronę stołu nauczycielskiego. Ten cholerny wampir znowu się do niej szczerzył! Pokazywał te śnieżnobiałe, równe kły, wpatrywał się w nią tymi cudownymi, brązowymi, sarnimi oczami i wyglądał jak zbity pies, a jednocześnie emanował wręcz dumą. Nie. Stop. Przestań o nim myśleć! Już przecież ustaliła, że koniec z Barna... profesorem Collinsem! Koniec i kropka.
Na poparcie swoich słów (poprawka: myśli) odwróciła się do niego plecami i wgryzła w kanapkę. W tym samym momencie usłyszała głos dyrektora. Mimo to nadal nie miała zbytniej ochoty wracać do poprzedniej pozycji.
- Ze smutkiem muszę was poinformować, że wasza koleżanka, Lavender Brown, zginęła podczas wczorajszego ataku Śmierciożerców, choć pewnie już to wiecie. - Głos Dumbledore'a był spokojny, a błękitne oczy wyrażały smutek. - Jest ona jedyną ofiarą po naszej stronie, jednak uszanujcie jej poświęcenie. Wojna znowu zaczyna zbierać swoje śmiertelne żniwo, ale nie zapominajmy o niej i o innych, którzy poświęcili za was, za przyszły pokój i wolność, swoje życie. Dlatego z przykrością muszę na razie zawiesić wszystkie mecze quidditcha i treningi. - Uczniowie wydali zbiorowy jęk zawodu. - Błonia otaczające Hogwart nie są już tak bezpieczne, jak sam zamek. Na lekcje zielarstwa i opieki nad magicznymi stworzeniami będą was odprowadzać nauczyciele. To tyle, wracajcie do śniadania.
    W całym przemówieniu dyrektora wyraźnie wyczuwało się smutek, nie był to już ten wesoły staruszek, co zawsze. Kochał swoich uczniów i śmierć któregokolwiek z nich, nawet kogoś takiego jak Lavender, mocno nim wstrząsała.
    Hermiona dokończyła śniadanie i razem z Ronem udała się na lekcje. Najpierw musieli przebrnąć przez eliksiry, co nie napawało ich zbytnim optymizmem. Snape widocznie też nie miał zbyt dobrego nastroju, bo przez godzinę Gryffindor stracił czterdzieści punktów.
    Z lochów wyszli zrezygnowani i całkiem zniechęceni do dalszej części dnia. W sali do obrony przed czarną magią Hermiona usiadła z Ronem. Dopiero teraz ze zdziwieniem stwierdzili, że nie ma Carmen. Nie było jej też godzinę wcześniej, mimo że spała w dormitorium.
    Granger wzruszyła ramionami – widocznie zaspała lub zwyczajnie nie chciało jej się iść na lekcje. Przyzwyczaiła się już do jej dziwactw, teraz prawie nic nie robiło na niej wrażenia, choć pewnie Car miała jeszcze parę denerwujących rzeczy w zanadrzu.
    Westchnęła i w tym samym momencie do sali wszedł profesor Collins. Jak zwykle ubrany staromodnie, jego oczy błyszczały entuzjazmem. Miał dobrą noc. Czarny Pan pozwolił mu dobić trójkę Śmierciożerców, którzy podczas wczorajszego ataku odnieśli rany i nie stawili się na czas. I, wbrew pozorom, mieli całkiem dobrą krew. Barnabas lekko oblizał kły na tę myśl, lecz zaraz się otrząsnął. No tak, lekcja.
    Spojrzał na Hermionę, która odwróciła głowę, ale i tak nie udało jej się ukryć rumieńca na twarzy. Uśmiechnął się i zaczął mówić.
- Dzisiaj mam dla was już od jakiegoś czasu obiecaną niespodziankę, młodzieży! - zagrzmiał radośnie, a zdezorientowani uczniowie spojrzeli na siebie ze zdziwieniem. - Nie pamiętają państwo? - pokiwał z niesmakiem głową. - Panno Granger, proszę im przypomnieć.
- Dżiny – powiedziała szybko Hermiona. Jak oni mogli tego nie pamiętać? Taki ciekawy temat! Nie, nie spojrzy mu w oczy. Nie da mu tej satysfakcji.
- Pięć punktów dla Gryffindoru! - Gryfonom od razu zrobiło się przyjemniej. Może chociaż trochę nadrobią punkty z eliksirów.
- A co konkretnie chce nam pan pokazać? - zapytał jakiś głos z tyłu. Wampir uśmiechnął się promiennie.
- Ależ to oczywiste, że dżina, prawdziwego! Ciężko nad tym pracowałem, ale w końcu udało mi się jednego sprowadzić aż z Libanu!
    Teraz już wszyscy wpatrywali się w niego jak w ósmy cud świata. Nawet Hermiona się przemogła – w końcu takie dżiny nie chodzą sobie codziennie ulicą, prawda?
- Zanim jednak go zobaczycie, musicie się czegoś dowiedzieć o tych stworzeniach. Kto kiedyś o nim słyszał? - Uniosły się wszystkie ręce w górę. - A kto mi może o nich dokładnie opowiedzieć? - Tym razem wiedziała tylko Hermiona, Draco i jeszcze jeden Ślizgon. - Dobrze. A zatem dżiny to coś pomiędzy duchem a demonem. Powstały z czystego ognia, bez dymu i są bardzo potężne. Przeważnie można je spotkać na pustyni. Są niewidzialne, ale mogą przybrać postać człowieka lub zwierzęcia – ewentualnie jakiegoś monstrum, ale nie tak, jak boginy. Po prostu wyglądają tak, jak je sobie wyobrazimy. A raczej: im będą dziwniejsze, tym bardziej otwarty i bystry umysł posiadacie. Obecnie dżiny nie stoją za Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, lecz też nam nie pomagają. Może to i dobrze, bo zniszczenia, które by spowodowały, mogłyby zaszkodzić obydwu stronom. Dżiny mają swoje rody, bardzo szanowane zresztą. Natomiast pewnie najbardziej ciekawi was kwestia podporządkowania sobie dżina. Nie radzę, wymaga to naprawdę ogromnych pokładów magii i dogłębnej znajomości zaklęć, szczególnie tych czarnomagicznych. Co nie zmienia faktu, że owszem, po wszystkim mogą wam spełnić trzy życzenia, lecz należy starannie dobierać słowa, bo biorą je na poważnie i dosłownie. Można je też uwięzić w lampie lub butelce, tylko pytanie: po co? - Uśmiechnął się znowu. - A jak się przed nimi bronić? Wystarczy żelazo albo pierścionek ze złota, ewentualnie stali. Wilcze kły również wam pomogą. Nie radzę jednak z nimi zadzierać. A teraz pokaż nam się, mój przyjacielu!
    Nosferatu machnął różdżką i powietrze w klasie zawirowało, zabarwiając się na niebiesko. Po chwili wiatr ustał i wszyscy wpatrywali się z szerokimi oczami w miejsce na środku sali. Każdy widział kogoś innego, jednak wrażenie było niesamowite. Hermiona aż przetarła oczy ze zdziwienia. Obok nauczyciela stał wysoki mężczyzna, bardzo blady. Jego włosy miały odcień ciemnego brązu, przedziałek dokładnie pośrodku i sięgały gładko ogolonej brody. Oczy były skryte za wielkimi okularami z ciemnymi szkłami i w białych oprawkach, przez co wyglądał trochę jak mucha. Na głowie miał duży czarny cylinder z czerwonym paskiem tuż nad rondem. Ubrany był w czarne spodnie od garnituru, taką samą kamizelkę ze złotym łańcuszkiem i czerwony frak ze sztruksu. Całość spinała pod szyją wielka klamra w kształcie ozdobnego W. Na dłoniach miał fioletowe rękawiczki, trzymał też drewnianą laskę z misterną główką. Do tego nosił czarne, wypolerowane lakierki.
    Hermiona aż złapała się za głowę – co ten jej mózg wymyślił? Nigdy nie widziała takiego mężczyzny, a była pewna, że zapamiętałaby go. Na farbowaną brodę Merlina, ten dzień naprawdę był dziwny i surrealistyczny!
    Gdy się w miarę otrząsnęła z szoku, dotarły do niej słowa Collinsa, a raczej ich szczątki.
- Napatrzcie się do woli, bardzo radzę jednak go nie dotykać!
- Hermiono... kogo widzisz? - zapytał Ron, szturchając ją w ramię.
- Ja... Eee... Snape'a – skłamała, bo nie miała siły mu mówić o dziwnym jegomościu.
- Współczuję. Ja widzę Syriusza – powiedział smutno. - Tylko nie mów Harry'emu – dodał.
- Na razie i tak nic nie słyszy, na pewno jeszcze śpi – odparła.
- Jak myślisz, kiedy wyzdrowieje?
- Nie mam pojęcia. Ufam całkowicie Carmen w tej kwestii. Poza tym...
    Nie dokończyła, bo rozległ się dzwonek. Nauczyciel znowu machnął różdżką i dziwny mężczyzna zniknął, ku jej niezmiernej uciesze. Zaczęła się pakować, gdy dobiegł ją głos Collinsa.
- Mogłaby pani na chwilę zostać, panno Granger?
- O-oczywiście – wyjąkała i pokazała Ronowi, aby na nią zaczekał przed klasą. Gdy wszyscy już wyszli, zapytała: - O co chodzi, sir?
- Och, Hermiono... - zaśmiał się krótko. - Chyba już ustaliliśmy, że możesz mówić mi po imieniu? - Uniósł brew i odsłonił zęby. Dziewczyna zacisnęła pięści. Specjalnie ją prowokuje! A gdy na lekcji oblizał te kły... - W każdym razie zauważyłem, że nie ma pana Pottera. Słyszałem, co się stało. Jaki jest jego stan?
- Możesz sam sprawdzić – powiedziała, zanim ugryzła się w język.
- Wyborny pomysł, jednak nie mam czasu, sama rozumiesz – odparł z błyskiem w oczach, podchodząc do niej bliżej. - Więc jak?
- Stabilny. Na razie śpi – oznajmiła, starając się nad sobą panować. Nie mogła się odsunąć, bo stała tuż przed ławką.
- To chyba dobrze, prawda? Nie bądź smutna, wydobrzeje. - Znowu te kły. Czy on chce ją oślepić?! - W końcu nie nazywa się go Chłopcem, Który Przeżył bez powodu...
    Teraz był tak blisko niej, że prawie się stykali. Wyczuła jego zapach, który tak dobrze się jej kojarzył i w końcu spojrzała w te wielkie oczy.
- Widzę, że coś się dzieje. Czy chciałabyś mnie o coś zapytać, Hermiono? - zapytał, unosząc tę swoją brew. Poczuła suchość w ustach i tym razem na ratunek przyszła jej... Lavender. Kto by się spodziewał?
- Tak, właściwie... Wie pan może, co oznacza czerwony krzyżyk na nadgarstku? - Zdziwił się, ale wziął jej lewą w dłoń w swoje i wskazał odpowiednie miejsce.
- Tutaj? - O Godryku, jego palce były takie przyjemne w dotyku, długie i...
- T-tak.
- Cóż... - Udawał, że się zastanawia, bezwiednie bawiąc się jej dłonią. Przebiegł ją dreszcz. - Takie znaki tworzy się w celu niektórych zaklęć i rytuałów wymagających krwi. - Tym razem znowu oblizał kły, a Hermiona czuła, że się rozpłynie. Nogi jej drżały, a serce biło jak po przebiegnięciu maratonu. - Natomiast krzyżyk oznacza podwójne nacięcie, często stosowane podczas prób zmiany osobowości człowieka, jednak ta tradycja praktycznie już zanikła... Chyba nie wplątałaś się w nic takiego? - zapytał takim tonem, jakby mówił coś dwuznacznego, a Gryfonka lekko się zarumieniła. Przejechał opuszkiem palca po wnętrzu jej dłoni i to było tak nieziemsko przyjemne... Zrobiło jej się gorąco. Stanowczo ZA gorąco.
- Oczywiście, że nie. Czytałam po prostu ostatnio jakąś książkę i...
- Rozumiem. Do zobaczenia – rzucił. Spojrzał jej głęboko w oczy i... odsunął się, uwalniając jej rękę spomiędzy swoich palców, na co Hermiona cicho jęknęła. - Chyba powinnaś już iść, jeśli chcesz zdążyć na następną lekcję. - Uśmiechnął się szelmowsko, ucałował w dłoń i obrócił się, owijając peleryną.
- Do widzenia – mruknęła dziewczyna i wyszła do Rona, który już tupał nogą niecierpliwie.
- Czego on chciał?
- Nic takiego. Pożyczał mi książkę – znowu skłamała.
    Ruszyli na Transmutację. A skóra na dłoni wciąż paliła.


***

    Carmen leżała w dormitorium, cała przykryta kołdrą i wtulona w poduszkę. Nie chciała iść na lekcje. Jak ma po tym spotkaniu z Jackiem być niby spokojna na eliksirach? Nie wspominając już o reszcie przedmiotów.
    Na za dużo sobie wczoraj pozwoliła. Nie powinna. Ale co mogła poradzić na to, że on wciąż coś dla niej znaczył? Owszem, miała Severusa, ale to nie była miłość, bardziej przywiązanie, potrzeba. Wtuliła twarz w poduszkę i usiłowała nie myśleć. Dlaczego jej życie musi być tak skomplikowane?! Już wcześniej marzyła, aby być zwykłą, normalną dziewczyną, ale teraz to pragnienie stało się większe niż zazwyczaj. I bardziej potrzebne. To wszystko teraz było surrealistyczne, wydawało się być tylko iluzją. Znowu.
    Westchnęła. Chciała zasnąć. Chciała zapomnieć. Chciała skończyć z tym wszystkim i spojrzała tęsknie na różdżkę leżącą na stoliku nocnym. Nie, nie może. Nawarzyła Ognistej, to teraz musi ją wypić, choćby nie wiem jak paliło. A to będzie bolało.
    Dlaczego Jack wciąż tak na nią działał? Nie powinien. A jednak. Musiała się przyznać sama przed sobą, że mimo wcześniejszej pewności, iż gdy go spotka, będzie wiedziała co dalej, grubo się myliła. Teraz wszystko się jeszcze bardziej pokomplikowało. Jednego była pewna: nie przejdzie na stronę Śmierciożerców.
    Ale dlaczego Jack to zrobił?
    Może pragnął władzy, bycia wyjątkowym, zauważenia... Przecież wcześniej to wszystko miał! Ludzie podejmują dziwne decyzje – tak brzmiał na razie jej jedyny wniosek z tych rozważań.
    Zasnęła, nie mogąc już tego dłużej znieść.

23.8.13

32. Damy radę

"Im jakiś szczegół jest bardziej niezwykły i groteskowy,
tym więcej zasługuje na dokładne zbadanie,
a wypadek, który, zdawałoby się, wikła sprawę,
dokładnie rozważony i umiejętnie wyzyskany,
może ją właśnie całkowicie wyjaśnić."
- Sherlock Holmes


    Snape zmierzył ją wzrokiem i odsunął się, krzyżując nonszalancko ręce na piersi.
- A po co chcesz to wiedzieć? - Uniósł brew. - W ogóle skąd go...
- Pierwsza zadałam pytanie – wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Odpowiadaj.
    Mistrz Eliksirów westchnął i stwierdził, że unikanie odpowiedzi nic nie da. W końcu skądś go musiała znać... Musi mieć powód, skoro pyta. A to nie było nic zbyt poufnego.
- Mieszkał we Francji – zaczął. - Kilka lat od ciebie starszy, brunet. Jakiś miesiąc temu przeniósł się do Anglii. Przyjął Mroczny Znak. Jest pupilkiem Bellatrix. Więcej nie wiem.
    Wyrzucał z siebie zdania jak z automatu, a Carmen nie wiedziała, co robić. Co powiedzieć. Co o tym wszystkim myśleć.
- Wyjaśnisz mi teraz, skąd go w ogóle znasz? - zapytał Snape, a w jego głosie pobrzmiewała stal. Wyrwał ją z zamyślenia.
- Tak. Nie. Nie wiem...
- Cóż za elokwencja – zadrwił. - Nie myślałem, że tego dożyję...
- Oj, zamknij się! - wrzasnęła Carmen. - Ty... Ty... Nic nie rozumiesz!
- To może łaskawie mi wytłumacz?! - warknął ze złością. Jak ta dziewczyna śmiała na niego wrzeszczeć? O co jej chodzi, do Merlina ciężkiego?
- Nie zrozumiesz! Byłeś kiedyś dręczony, prześladowany, zraniony?! - Krzyczała, z oczu płynęły jej łzy. Snape był przerażony. Co się z nią działo?! Chwycił ją mocno za nadgarstki i pociągnął do siebie.
- Uspokój się! Dla twojej wiadomości byłem! - Jego oddech przyspieszył, zacisnął palce mocniej. - Cholerny Potter i jego kumple! Zadowolona?
    Zamilkł i ją puścił, a między nimi zapadła dziwna cisza. Nikt nie chciał się odezwać, a Carmen... Jak mogła tego nie zauważyć? Owszem, był okropny i przywdziewał maskę obojętności, ale przecież był jej bratnią duszą... Powinna i tak to wyczuć, coś zauważyć. A tymczasem...
    Usiadła na krześle. Uniosła głowę i spojrzała w czarne, bezdenne oczy Severusa.
- Dobrze, powiem ci – głos miała spokojny, nie drżał jej. Musiała wziąć się w garść.
- Czekam – odparł jedynie i zagłębił się z powrotem w fotelu, uważnie ją obserwując. Wciąż nie potrafił jej do końca rozgryźć. Zaczerpnęła głęboko powietrza i zaczęła mówić:
- Urodziłam się we Francji. Od dziecka nie lubiłam innych, nie ufałam im. Byłam inna. Widziałam to, czego nie widzieli inni. Mimo to, gdy poszłam do szkoły poznałam jedną dziewczynę. Miała na imię Sarah. Dość standardowa uroda, blond włosy, niebieskie oczy, które dzisiaj mnie przerażają. Szybko się zaprzyjaźniłyśmy. Wszędzie chodziłyśmy razem, ludzie ją lubili. Wtedy wydawało mi się, że mnie też. Byłam szczęśliwa, nie samotna. Tak dorastałyśmy, zawsze razem. Myślałam, że tak już będzie na zawsze, planowałyśmy nawet wspólną przyszłość, wszystko chciałyśmy robić wspólnie. Poznałam wtedy też Jacka. Rozumiał mnie jak nikt inny, Sarę też polubił. Trzymaliśmy się razem, mieliśmy mnóstwo znajomych, przyjaciół. Rok temu coś zaczęło się psuć. Sarah się zmieniała. Zaczęła zachowywać się... dziwnie, jak na nią. Klęła bez powodu, ubierała się wyzywająco, chodziła w bardzo mocnym makijażu... Najpierw mi to nie przeszkadzało. Doszłam do wniosku, że przecież wszyscy dorastamy, ona też ma takie prawo. Cały czas miałam Jacka, więc żyłam normalnie. A potem coś się stało, do dzisiaj nie wiem co. Po prostu, wszyscy odwrócili się ode mnie. Tak od razu. Stałam wtedy na przerwie w szkole z Sarą, gdy podeszła do nas kompletnie nieznana mi dziewczyna i zaczęła wyzywać mnie od najgorszych. Dowiedziałam się, że jestem idiotką, debilką, nie zasługuję, żeby żyć, a co do dopiero przebywać wśród nich. Powiedziałam powoli i wyraźnie, żeby się uspokoiła, spojrzałam na Sarę, żeby mi pomogła, a ona... Nic. Nie zareagowała, jakby mnie tam nie było. Nie broniła mnie. Godzinę później to samo. Wieczorem poszłam do parku, gdzie miałam spotkać się z Jackiem. Miałam nadzieję, że może on coś wie. Gdy przyszedł... Kompletnie mnie zignorował. Szedł z... z Sarą za rękę, a ona... Śmiała się. Śmiała się ze mnie szyderczo i patrzyła tymi diabelsko niebieskimi oczami, które prześladują mnie w snach. Spadaj stąd, debilko. Co ty sobie myślałaś? Lepiej tu nie wracaj, dziwadle. Tak mówiła. A ja się czułam, jakby mnie ktoś skonfundował. Zaczęłam płakać, uciekłam. Nie wiedziałam, co robić. Od tego czasu w szkole zapanowało dla mnie istne piekło. Gdy tylko stamtąd wracałam, zamykałam się w domu, w swoim pokoju, aby nic mi się nie stało. Grozili mi. Nauczyciele nic sobie z tego nie robili, jedynie rodzice mnie rozumieli. I gdzie się wtedy podziali moi przyjaciele? Zniknęli, bo tak naprawdę nigdy ich nie było! W końcu doszło do tego, że pobili mnie w szkole. I tak było dzień w dzień. Miałam tego dość, nic nie mogłam zrobić. Nic. Dowiadywałam się za to o sobie coraz to nowszych rzeczy. Jesteś wredną, durną, głupią i puszczalską suką i nie masz żadnych praw. - Snape zrobił się czerwony i zacisnął palce na oparciu fotela. Carmen uśmiechnęła się gorzko. - Musiałam to znosić. Gdyby nie Dumbledore, nigdy bym nie...
- Blizna... – wyszeptał mężczyzna bezwiednie, wpatrując się w nią szeroko rozwartymi oczyma. - Chyba nie powiesz mi, że...
- Że co? - zapytała buńczucznie Brown. - Że próbowałam się zabić? A ty byś tak nie zrobił? Mając każdy dzień za koszmar i żadnej perspektywy poprawy? Każdego dnia bojąc się o okropności, jakie mogą ci zrobić, rzeczy, które mogą o tobie i twojej rodzinie powiedzieć... Wiesz jacy potrafili być pomysłowi?
- Przestań! - wykrzyknął Snape i podszedł do niej. Po jej policzkach poleciały łzy.
- Gdy tu przyjechałam... Obiecałam sobie, że nigdy nie pozwolę zobaczyć im, jak płaczę. Już nigdy. - Wstała i spojrzała na niego. Mistrz Eliksirów poczuł się nieswojo. Jakby coś go tam wewnątrz... No, może nie poruszyło, ale jakby coś drgnęło w jego od dawna skażonej duszy.
- Nadal go kochasz? - zapytał tylko. - To ważne. Możesz mieć kiedyś okazję do zemsty i...
- Ja... - zaczęła. - Tak i nie. Z jednej strony nienawidzę go za wszystko, co mi zrobił, a z drugiej... Czuję, że to jest jakieś niepełne, niedokończone... - Spojrzała mu w oczy. - Ale marzę o tym, aby go spotkać. Wiem, że wtedy wszystko się wyjaśni. A wtedy będę gotowa – powiedziała twardo i uniosła wysoko głowę, ocierając rękawem szaty łzy. - A ty?
- Co? - warknął, unosząc w pytaniu brew. Był już dostatecznie wyprowadzony z równowagi, po co to ciągnąć?
- Nie powiesz mi, że stałeś się taki zgorzkniały tylko przez Pottera. - W oczach Carmen pojawił się dawny błysk. - Minęło już tyle lat... Na pewno nie jesteś taki sarkastyczny, wredny i okropny...
- Dziękuję – wtrącił z okropnym uśmiechem Snape.
- ...tylko dlatego, że kilkoro uczniów zrobiło ci wstyd w szkole. Ty chowasz urazę, to jest coś głębszego. Szpiegując Voldemorta dla Dumbledore'a narażasz się, katujesz samego siebie. Kieruje tobą coś więcej. To poświęcanie się dla czegoś dobrego... jest jakby pokutą. A coś takiego wymaga przywiązania, którego nienawiść nie daje. Za to coś wręcz przeciwnego... Kto?
    Snape wpatrywał się w nią. Chciał wybuchnąć, warknąć, że to nie jej sprawa. Powinien tak zrobić, wywalić ją za drzwi. Przeraził się, że nie potrafił. Bezwiednie dotknął dłonią miejsca, gdzie na jego przedramieniu widniał Mroczny Znak. Oprócz Dumbledore'a nikt nie wiedział. Nikomu nie mówił. Zanim zdążył zapanować nad swoimi ustami, cicho wyszeptał:
- Lily Evans.
- Robisz to wszystko dla niej? Żeby chronić jej syna?
    Tylko skinął głową. Po chwili Carmen poczuła, jak jej umysł zalewają wspomnienia. Jego wspomnienia. To było niesamowite. Widziała wszystko: jak poznał ją w dzieciństwie, był dręczony w szkole, pomagał jej w eliksirach... Zobaczyła kłótnię, gdy nazwał ją szlamą. A potem przystąpił do Śmierciożerców. Tuż przed śmiercią Lily i Jamesa poszedł do Dumbledore'a, błagał go o ochronę dla niej. Mimo że już nie była jego przyjaciółką, on wciąż w głębi duszy był do niej przywiązany. Tylko ona jedna przez jakiś czas widziała w nim człowieka, prawdziwego, wartego uwagi. Śmierć Lily wstrząsnęła nim tak bardzo, że przeszedł na dobrą stronę, zaczął szpiegować i narażać swoje życie, aby chronić chłopca z jej oczami, które tak bardzo mu ją przypominały.
    Gdy wspomnienia zniknęły z umysłu Carmen, nie wiedziała, co powiedzieć. Przecież specjalnie przed nią się tak otworzył, to musiało być dla niego bardzo ważne. W jakiś dziwny, pokręcony, snape'owy sposób on jej zaufał. A Brown potrafiła to docenić.
    Zarzuciła mu ręce na szyję i mocno przytuliła. Byli przecież w bardzo podobnej sytuacji. Odrzuceni, zranieni mieli tylko siebie. Po chwili poczuła na plecach jego dłonie, które lekko odwzajemniły uścisk. Nie lubił okazywać uczuć, wiedziała o tym. Właściwie ona też nie, ale ten tłustowłosy nietoperz jakoś dziwnie na nią wpływał.
- Wiem, że nie wszystko skończy się dobrze, nie będziemy żyć długo i szczęśliwie, bo nie jestem głupia, ale... Damy radę. To wiem na pewno. Damy radę – powiedziała twardo, wtulona w jego szyję.
Nie odpowiedział. Carmen spojrzała mu w twarz, zbliżając swoje usta do jego. Delikatnie rozchyliła mu wargi językiem, przygryzła lekko dolną, czując jego szybszy oddech. On jednak jedynie wyszeptał.
- Później.
    Odsunęła się, wiedząc, że na pewno ma powód. Uniosła więc brwi w niemym pytaniu.
- Potter leży w Skrzydle Szpitalnym, muszę go odczarować. - Przewróciła oczami. - Też nie mam na to ochoty, zmarnuję na niego mnóstwo czasu.
- Co go trafiło? - zapytała z zainteresowaniem.
- Nie zrozumiesz. - Zmierzyła go wzrokiem. - No dobra, ty akurat może coś zrozumiesz. Klątwa Darskiego. A teraz lepiej wyjdź pierwsza, bo na pewno chcesz się zobaczyć z Granger, a ja mam dość insynuacji, że znęcam się nad uczniami – oznajmił i uśmiechnął się szyderczo. Car ruszyła do drzwi, gdy jeszcze dodał: - Chyba powinnaś to zobaczyć i pokazać Granger – powiedział szorstko, wręczając jej niewielką kopertę. - Liczę, że nie będziesz histeryzować.
- Nie będę. Mam mocne nerwy.
- Właśnie widziałem – zadrwił Snape, patrząc na krzesło, na którym niedawno płakała.
- To co innego. Zresztą, ty we wspomnieniach też parę razy...
- Wynoś się, Brown! - huknął, a ona szybko wyszła, trzasnęła drzwiami i wybuchła niekontrolowanym śmiechem.
    Po chwili wzięła się w garść i ruszyła w stronę Skrzydła Szpitalnego. Cieszyła się, że go ma. Owszem, nagle znowu Jack wkroczył w jej życie, ale przecież dadzą radę. Musi być teraz silna. Jest wojna, nie może sobie pozwolić na jakieś słabości.
    Z tą myślą wkroczyła do pomieszczenia zwanego Królestwem Pani Pomfrey. Jeszcze nigdy tu nie była, nie miała okazji. Rozejrzała się – nic niezwykłego. Parę łóżek, teraz większość zajęta przez ofiary ataku Śmierciożerców. Na nich też rzuciła okiem. Wyliżą się.
    Podeszła do łóżka, przy którym siedziała brązowowłosa dziewczyna i rudy chłopak. Obok nich leżał Potter, ale wyglądał okropnie. Miał sine wargi, zaczerwienione okolice oczu, był strasznie blady i wyglądał, jakby spał, ale jego klatka piersiowa poruszała się niespokojnie, w nieregularnym rytmie. Carmen przysunęła sobie krzesło i usiadła obok nich.
- Gdzie byłaś? - usłyszała zainteresowany głos Hermiony.
- Musiałam załatwić parę spraw. Ale żyję. Co z nim? - zapytała, aby zmienić temat.
- Kiepsko. Niech ten tłustowłosy dupek się pospieszy i mu pomoże. Jeśli mu pomoże – warknął chłopak, a Car poczuła, jak coś niebezpiecznie przewraca się w jej żołądku.
- Ron, jak możesz! Dumbledore mu ufa, my też powinniśmy! - oburzyła się Hermiona, a Brown odetchnęła z ulgą. Rudowłosy wymruczał coś, co nie brzmiało zbyt elegancko i zamilkł. - A gdzie masz Lunę?
- Zaczęła coś mówić o wzrastającej populacji nargli i chrobotków, które sprawiają, że robi się zimno i... i... Wtedy przestałem słuchać. Poszła do swojego dormitorium – odparł. Dziewczyny postanowiły dać mu spokój.
- Wiesz, co mu jest? - zapytała spokojnie Hermiona, trzymając Harry'ego za rękę i głaskając jej zewnętrzną stronę.
- Klątwa Darskiego – odpowiedziała Carmen, przeciągając samogłoski. Widząc zdziwiony wzrok brunetki, dodała: - To starodawne, czarnomagiczne zaklęcie, nie dziwię się, że go nie znasz. Zapewne sam Dumbledore nie ma o nim pojęcia.
- Co m-mu... będzie? I jak to się leczy? - Wyczuwało się niepewność w głosie Hermiony.
- Przede wszystkim to zaklęcie różnie działa, w zależności od osoby i jej... Hmmm... przywiązania do kogoś. Może zadziałać od razu, może po paru minutach. Zaczyna się od napadu padaczkowego, krwioplucia i różnych innych, niezbyt przyjemnych i estetycznych, objawów. Widzę, że u Pottera chwilowo to zahamowano, to dobrze. W takim wypadku zaklęcie nie jest zbyt silne i najprawdopodobniej przeżyje.
Najprawdopodobniej?! - powtórzyła przerażona Hermiona.
- Nigdy nie ma absolutnej pewności. Ale jeśli Se... Snape'owi się dzisiaj uda, to przez jakiś tydzień będzie dochodził do siebie. - Gładko wybrnęła, lecz w tej chwili dobiegł ich zimny głos z tyłu.
Panno Brown, gdzie się podział pani szacunek do nauczycieli? - zapytał drwiąco, z tym swoim przerażającym uśmieszkiem. Jad niemal spływał z jego ust.
- Przepraszam, panie profesorze... - wyszeptała, patrząc mu prosto w oczy.
- Pięć punktów od Gryffindoru! A teraz zjeżdżajcie stąd, znowu muszę niańczyć Pottera! - wrzasnął.
    Rzucając Harry'emu ostatnie spojrzenie, wyszli posłusznie i usiedli przed wejściem do Skrzydła Szpitalnego. Hermiona koniecznie chciała zaczekać na koniec, Ron też.
- Co on mu teraz zrobi? - rudowłosy nie mógł powstrzymał ciekawości.
- Przede wszystkim rzuci zaklęcie wyciszające – mruknęła Carmen, sadowiąc się wygodniej na parapecie we wnęce okiennej. - To czarna magia, którą on musi wydobyć z Pottera. Tak – powiedziała, spoglądając na przerażoną Hermionę – będzie go bolało. Mocno. Będzie krzyczeć i lepiej, żeby nikt tego nie słyszał. Po wszystkim najpewniej zaśnie wykończony, ale gdy się obudzi... Musicie się przygotować, że nie będzie to dla nikogo przyjemne. Zwłaszcza dla was. Dlatego nie przejmujcie się tym, co wyjdzie z jego ust, a najprawdopodobniej będą to obelgi i wyssane z palca zarzuty do was. Ta klątwa ma to do siebie, że jej głównym celem jest zniszczenie bliskich ofiary. Nie dajcie się temu. Musicie być przy nim, to prawda, ale nie wierzcie w jego słowa.
    Przez chwilę trawili te informacje, wyraźnie zdenerwowani i zdezorientowani.
- Damy radę – oświadczyła Hermiona. - Coś jeszcze?
- Nie, ale... Mam dla Was to – powiedziała, wyjmując kopertę od Snape'a. - Nie pytajcie, skąd to mam. Dumbledore już to widział.
    Przeczuwała już, co znajdzie w środku, ale nic nie mówiła. Ze środka wyjęła kilka zdjęć. Gdy tylko je zauważyła, jej obawy się potwierdziły. Usłyszała zduszony okrzyk Hermiony, widziała bladą jak ściana twarz Rona. Byli widocznie zdruzgotani.
- To... to... To zdarzyło się dzisiaj? Stąd Mroczny Znak nad stadionem?
- Nie da się ukryć – odparła Car, przyglądając się bliżej jednej fotografii.
- Nie patrz tak na to... - powiedział słabym głosem Ron. - To jest przerażające! Znaliśmy ją i... i...
- I była ostatnio paskudną suką, musisz to przyznać – oznajmiła, po czym zwróciła się do Hermiony. - Na początku roku taka nie była. Coś jej się stało, ludzie się przecież nie zmieniają. Spójrz na to uważniej.
    Granger wzięła w dłonie zdjęcie i przyjrzała mu się uważniej. Przedstawiało dziewczynę, brunetkę, jej współlokatorkę. Lavender Brown. Leżała na zakrwawionych kafelkach w szatni, dostała zaklęciem tnącym. Obok niej stała w połowie otwarta szafka Harry'ego, niedaleko leżało Kieszonkowe Bagno. Dlaczego tak nisko upadła? Jednak najbardziej przerażający był napis na podłodze. Krwawe, wielkie, krzywe litery układały się w słowo PRZEPRASZ, tuż obok jej dłoni, która nie zdążyła napisać dwóch ostatnich liter. Okropność. Hermiona wzdrygnęła się, gdy Carmen zaczęła mówić:
- To się nie zgadza. Dlaczego myślała o was... o tobie tuż przed śmiercią?
- To normalne, psychopatko... - mruknął pod nosem Ron. Ona spojrzała na niego zimnym wzrokiem.
- Nie jestem psychopatką. Jestem wysoko funkcjonującą socjopatką, odrób lekcje. Wracając... Ona nie myślała o tobie. Napisała przeprosiny na podłodze tuż przed śmiercią. To wymaga wysiłku, boli.
- Może ktoś wykorzystał coś przeciwko niej? Zaszantażował śmiercią rodziców? - myślała na głos Hermiona.
- Oni są setki mil stąd. Dlaczego niby miałaby się tym przejmować? - zapytała Car, a oni spojrzeli na nią jak na kota z dwoma ogonami. Po chwili popatrzyła na Hermionę. - Słabo?
- Trochę – odparła.
- Gdybyś umierała... Została zamordowana, co byś powiedziała tuż przed śmiercią?
- "Proszę, Boże, pozwól mi żyć".
- Użyj wyobraźni!
- Nie muszę.
- A gdybyś była... sprytna? Znamy jej reputację, musiała być sprytna. - Teraz Carmen wstała, podekscytowana i wykonywała jakieś dziwne ruchy rękoma. - Ona próbuje nam coś powiedzieć! - Przez chwilę milczała, masując skronie dłońmi. - Ona była bystra. Bystra, tak! - Jej twarz rozjaśnił szaleńczy uśmiech. - Była sprytniejsza niż inni. Widzicie to?
- Co? - zapytali chórem Ron i Hermiona.
- Gdy to pisała, wiedziała, że umiera. Prawdopodobnie w niesławie. Spójrzcie na to – wskazała zapisane krwią słowo. - Widzicie to? - powtórzyła. Twarz Hermiony się rozjaśniła.
- No jasne! Przecież to oczywiste!
- Co? O co chodzi? - Ron jak zwykle nie orientował się w sytuacji.
- Wytłumacz mu, ja nie mam siły – rzuciła Car.
- Spójrz na napis. Wygląda krzywo, prawda? Ale jest rozmazany... I to nie normalnie, smugi powinny być od lewej do prawej. Zawsze, jak piszesz piórem, masz ślady na dłoni, prawda? - Chłopak przytaknął. - No właśnie. Widzisz tu takie? Nie! Są inne, skierowane od góry do dołu. To tłumaczy, dlaczego nie zdążyła napisać całego słowa. Robiła też te smugi.
- Rozumiem. Ale po co?
- Po to. - Carmen jeszcze raz pokazała zdjęcie. - One wszystkie biegną w jednym kierunku. Do jej dłoni. Tu jest zbliżenie. - W tym momencie wszyscy ujrzeli malutki, czerwony krzyżyk na jej lewym nadgarstku.
- Mówi ci to coś? - Hermiona była bardzo rozemocjonowana. Kolejna zagadka.
- Nie. Ale dowiem się co to. Muszę iść – zerwała się jak oparzona i ruszyła w głąb korytarza. Ron i Hermiona wymienili tylko między sobą zdziwione spojrzenia.
    Carmen ruszyła na błonia, potem szybko dotarła do szatni. Ku jej zdziwieniu, ciała już nie było, krew została usunięta. Wszystko wyglądało normalnie, mimo to i tak przyjrzała się szafce Pottera. Nic szczególnego. Po Lavender nie został nawet ślad. W takim razie będzie musiała spytać o wszystko Snape'a. Albo dyrektora, zobaczy jeszcze.
    Nagle z rozważań wyrwał ją odgłos kroków o kafelkową podłogę. Nie musiała się oglądać. Poznałaby te kroki nawet w snach. Dlatego nie zdziwiła się, gdy poczuła zimne dłonie na swoich ramionach i usłyszała, tak dobrze jej znany i niegdyś ciepły, głos.
- Witaj, Carmen. Dawno się nie widzieliśmy.
    Odwróciła się, wyrywając z jego uścisku. Wyglądał inaczej, niż kiedyś. Niepokorne loki zniknęły. Teraz jego włosy były proste i gładko zaczesane do tyłu. Ubrany był na czarno, a koszulka z długim rękawem opinała jego klatkę piersiową, która unosiła się jednostajnie. Mimo to to wciąż był on.
- Jack Singer. Niemiło mi cię znowu widzieć.



_______________________________________________
Historia Carmen, to moja historia. Już cała, chociaż maksymalnie skrócona. Sarah istnieje naprawdę, ma na imię Sandra i dziś jej szczerzę nienawidzę. To, jak mnie skrzywdziła, po 9 latach "przyjaźni"... jest okropne. To, co mi zrobiła, co zrobiła mi cała szkoła... tego nie życzę nikomu z was, nawet najgorszemu wrogowi. No nie, może z wyjątkiem jej. Żeby się przekonała, jak to jest być ofiarą.

16.8.13

31. Konsekwencje

"Ludzka wie­dza składa się nie tyl­ko z bib­liotek,
per­ga­minu i at­ra­men­tu, ale tworzą ją także to­my
wie­dzy wpi­sane w ludzkie ser­ca, wy­ryte w ludzkich duszach,
wyg­ra­wero­wane w ludzkich umysłach."
- Michael Jackson

    Gdy tylko wybuchło zamieszanie, Ginny podleciała na miotle nad tłum, aby znaleźć Draco. Miał przyjść na mecz, aby jej kibicować (oczywiście skrycie), ale teraz nigdzie nie mogła go dojrzeć. Zaczęła się martwić. A może coś mu się stało? Może zaczął walczyć jako Śmierciożerca z innymi i trafiło go jakieś paskudne zaklęcie? A może...
    Spokojnie. Przede wszystkim musi zachować spokój, to najważniejsze. Nic jednak nie mogła poradzić na to, że się martwiła. Podleciała dalej, za trybuny i wtedy serce jej szybciej zabiło. Zobaczyła tak dobrze znaną jej blond czuprynę. Chwilę później już była przy nim. Nie dbała teraz o to, że ktoś może ich razem zobaczyć. To się nie liczyło. Zresztą, zawsze można zwalić winę na urojenia w czasie ataku.
    Gdy tylko wylądowała, Draco podbiegł do niej i mocno ją przytulił.
- Nic ci nie jest? - wyszeptał w jej włosy.
- Nie. A tobie?
- Też nie.
- O co chodzi z tym atakiem? - zapytała szybko.
- Nie mam pojęcia. Nie dostałem wezwania, nie słyszałem o nim. To musi być jakaś spontaniczna akcja – odparł i odsunął się od niej trochę.
- Przecież powinni cię chociaż poinformować! - rzuciła ze złością Ginny, a jej oczy błysnęły niebezpiecznie.
- Niekoniecznie. Nie mogę się sprzeciwiać Czarnemu Panu, ja...
- Rozumiem – przerwała mu. Spojrzała mu głęboko w oczy. - Ale to i tak dziwne i niepokojące.
- Powinniśmy stąd iść. Łatwo mogą nas znaleźć i...
- I co? - dobiegł ich głos mężczyzny, który do nich podszedł. Miał poszarpaną czarną szatę, twarz zakrwawioną, a jego maska zwisała na szyi.
- Nieważne, Yaxley – odparł Draco. - Dlaczego nikt mnie nie powiadomił? - zapytał, a w jego głosie można było wyczuć stalową nutę. Ginny stała obok niego i wpatrywała się przerażona w Śmierciożercę.
- To był pomysł Belli, nie mój – rzekł wymijająco.
- Ale Czarny Pan chyba wie o tym ataku?
- Tak, wie. W ostatniej chwili się zgodził, ale...
- Ilu was się tu aportowało? - przerwał mu Malfoy.
- Około dwudziestu. Mieliśmy tylko nastraszyć Dumbledore'a, nic więcej. - Blondyn odetchnął z ulgą.
- Świetnie. Udało się, więc my już... - Draco chciał zakończyć rozmowę, lecz wzrok Yaxleya nagle padł na Ginny.
- Co to za dziewczyna? To ta ruda zdrajczyni krwi? - Oczy mu zabłysły, a palce niebezpiecznie zacisnęły się na różdżce.
- To nie tak, ona... - Malfoy przeraził się nie na żarty. Chwycił ją za rękę i przysunął do siebie. - Jest ze mną.
- Widzę. – Na poharatanej bliznami twarzy mężczyzny pojawił się szyderczy uśmieszek. Obrzucił ich jeszcze raz spojrzeniem i dodał: - Obyś tylko nie miał kłopotów. - Odwrócił się i zniknął w tłumie, który robił się coraz rzadszy. Odetchnęli z ulgą.
- Dzięki ci, Salazarze – powiedział Draco i znowu przytulił Ginny, która drżała ze strachu, jednak nie płakała. - Tak mało brakowało...
    Gryfonka nie odpowiedziała, lecz uniosła głowę i pocałowała go, a był to pocałunek tak smutny, tak żarliwy i pełen potrzeby, że mimo wszystko słona łza spłynęła po jej policzku.
- Lećmy już. Zanim coś się stanie – wyszeptała po chwili, a on skinął głową. Usiedli na miotle i polecieli w stronę zamku. Nie usłyszeli Hermiony wołającej o pomoc.

***

    Hermiona patrzyła z przerażeniem na Harry'ego, który upadł na ziemię obok Cho. Jego ciałem wstrząsały drgawki, oczy miał na wpół przymknięte, a z gardła wydobywały się ochrypłe krzyki. Zaczęła wrzeszczeć, wołać o pomoc, ale nikt nie przyszedł. Uklękła przy nim i położyła sobie jego głowę na kolanach, aby nic sobie nie zrobił. Bezwiednie głaskała go po włosach i szeptała uspokajające słowa, w które sama nie wierzyła.
- Harry, już dobrze... Wszystko będzie dobrze, naprawdę. Zaraz ktoś przyjdzie i nam pomoże...
    Łzy cisnęły się jej do oczu. Mimo to miała jeszcze trochę rozsądku i, przypominając sobie Turniej Trójmagiczny, wstała i wystrzeliła w górę czerwone iskry z różdżki. Wrzasnęła, gdy brunet zaczął mocno kaszleć, a z jego ust wytrysnęła krew. To było straszne, w jego zielonych źrenicach widziała przerażenie. Uniosła mu głowę, aby nie udusił się, ale dalej nie miała pojęcia, co robić. Zaczął się mocno pocić, tracił kontrolę nad ciałem.
    Gdy Hermiona myślała, że to już koniec, usłyszała szybkie kroki. Jej wzrok trafił na znajome szaty dyrektora i już wiedziała, że wszystko będzie dobrze. Bo powinno, prawda?
- Panno Granger, co tu się stało? - zapytał z niepokojem w głosie, oglądając się za siebie.
- Chcieliśmy z Harry'm pomóc Cho, ale pojawiła się Bellatrix i... i...
- Spokojnie, tylko spokojnie. Jak rozumiem pani Lestrange potraktowała go jakimś zaklęciem? - Wskazał na podrygującego w agonii Wybrańca, a dziewczynie znowu napłynęły łzy do oczu.
- Tak. Nie mam pojęcia, co to za klątwa... Promień był pomarańczowy – tyle zdołała z siebie wydusić. Dumbledore pokiwał smutno głową i machnął różdżką w stronę chłopaka. Uspokoił się. Teraz wyglądał, jakby spał.
- Przez jakąś godzinę będzie spokojny, ale potem... Będę musiał poprosić profesora Snape'a o pomoc, to zdecydowanie czarna magia. - Podszedł do Krukonki i sprawdził, czy oddycha. - Pannie Chang nic nie będzie, chociaż tyle dobrego.
- Profesorze... - zaczęła Hermiona, trochę bardziej przytomna. - Co się stało? - Ten pokiwał zrezygnowany głową.
- Sam jeszcze do końca nie wiem, ledwo zdołałem wrócić z mojej podróży... Dosłownie przed chwilą deportowali się ostatni Śmierciożercy. Chyba chcieli po prostu narobić zamieszania i to im się udało, ale... Ach, pięcioro uczniów jest w bardzo ciężkim stanie. Profesor McGonagall i Flitwick szukają... - Chyba nie miał siły tego wymówić, bo tylko wskazał palcem na widoczny w górze Mroczny Znak. W jego błękitnych i prawie zawsze wesołych oczach widać było przygnębienie i złość. - Udało nam się schwytać dwóch Śmierciożerców, trafią do Azkabanu, ale raczej nie są zbyt ważni w hierarchi Voldemorta...
- Przynajmniej mamy niewielkie straty... - ośmieliła się zauważyć Hermiona, ale napotkała tylko smutne spojrzenie dyrektora.
- Panno Granger, to dopiero początek. - Wyczarował dwie pary noszy. - Dasz radę przelewitować ich do zamku? Niech zajmie się nimi pani Pomfrey.
- Oczywiście. Niech pan pomoże innym.
- Postaram się, dziecko. Wierz mi, że bardzo tego chcę – powiedział, odwrócił się i zniknął Hermionie z oczu.
    Westchnęła, rzuciła odpowiednie zaklęcia i ruszyła w stronę zamku, lewitując przed sobą Harry'ego i Cho. Idąc, zastanawiała się nad tym wszystkim. Co Bellatrix ma wspólnego z tym idiotą, Jackiem? Mimo usilnych starań, nie mogła tego rozgryźć. Reakcja Carmen wydawała jej się adekwatna do sytuacji, sama nie wiedziała, co by zrobiła na jej miejscu.
    Wzdrygnęła się. Deszcz wciąż padał, a ona dopiero teraz się zorientowała, że była cała mokra. Rzuciła na siebie zaklęcie ogrzewające, podobnie jak na dwa lewitujące przed nią ciała.
Krzywołap otarł się o jej nogi i pobiegł szybciej do Hogwartu. Nie lubił wody i nie dziwiła mu się.
    Gdy dotarła do zamku, jej oczom ukazało się jedno wielkie zamieszanie. Tłum uczniów plątał się przed Wielką Salę, nie wiedzieli, co się dzieje. Zauważyła Ginny, która uśmiechnęła się do niej i pomachała. Szła dalej, gdy zauważyła Rona, który przytulał uspokajająco Lunę. Jednak gdy tylko ją zobaczył, szybko podszedł do noszy i spojrzał na przyjaciela.
- Czy on... Co się stało Harry'emu? - zapytał z przerażeniem.
- Klątwa. Dumbledore mówi, że wyjdzie z tego, ale Snape...
- Ten zdrajca? Nie pozwolę mu go dotykać, ty też nie powinnaś! - Spojrzała mu w oczy.
- Chcę, aby wyzdrowiał. To wymaga zaufania temu tłustowłosemu dupkowi. Jestem gotowa na takie poświęcenie, dla Harry'ego – powiedziała dumnie i ruszyła dalej.
- Pomóc ci? - zdążył jeszcze wykrzyknąć Ron, ale ona już nie słyszała.
    Szła w stronę Skrzydła Szpitalnego, zła na przyjaciela. Powinien przecież wiedzieć, że to dla jego dobra! Inaczej nie wyzdrowieje, nie zagra, już więcej jej nie przytuli...
    Na miejscu zauważyła, że kilka łóżek jest zajętych, widocznie niektórzy uczniowie odnieśli obrażenia. Nikogo dobrze nie znała, odetchnęła z ulgą. Czekając na panią Pomfrey, pomyślała o jednym.
    Znowu zawdzięczała Carmen życie.
    Cho i Harry również.

***

    Albus wszedł do swojego gabinetu, w którym już czekał na niego Snape. Właśnie wrócił ze spotkania z Voldemortem.
- Musimy porozmawiać – zaczął dyrektor. Mistrz Eliksirów tylko prychnął.
- Naprawdę? Sam bym nigdy nie doszedł do takiego wniosku – zironizował.
- Severusie, bądźmy poważni...
- Mówi to człowiek, który najchętniej zapchałby siebie i wszystkich ludzi dookoła cytrynowymi dropsami! - wrzasnął Snape i uderzył pięścią w wielkie biurko. Po chwili się zreflektował i trochę uspokoił.
- Co wiesz o tym ataku? - Głos Dumbledore'a był stanowczy, w oczach nie było tego ciepła, którym zwykle wszystkich obdarzał. Teraz był wojownikiem i strategiem.
- Czarny Pan zezwolił na niego w ostatniej chwili – powiedział Snape i skrzywił się. - Pomysł Belli, jak można się domyślić. Ostatnio ją i Czarnego Pana łączą... dość zażyłe stosunki – oznajmił, krzywiąc się jeszcze bardziej. - Atak miał na celu zastraszyć szkołę. Uczniów i nauczycieli. Więcej nie wiem, dowiedziałem się jedynie, że ci schwytani Śmierciożercy nie są ważni dla... sprawy, jak to Czarny Pan określa.
    Dumbledore zamyślił się.
- To dlatego ty i Barnabas nie dostaliście wezwań? - zapytał ponuro. Snape uniósł brwi w zdziwieniu.
- To ty... ty wiesz?
- Wiem co? - Dyrektor wydawał się być w trochę lepszym humorze.
- Że Collins też jest Śmierciożercą.
- Mój drogi – zaczął starzec. - Chyba nie doceniasz mnie. Przez całe wakacje szukałem nauczyciela obrony przed czarną magią i nie znalazłem, dlatego sam uczyłem. Potem dowiaduję się, że wampiry przystępują do Voldemorta... Severusie, nie krzyw się tak! I nagle zgłasza się ochotnik, oczywiście wampir. Bardzo ciężko jest tego nie powiązać.
- Skoro wiesz, że jest Śmierciożercą, to dlaczego go zatrudniłeś? - Snape wydawał się być nieprzekonany. - Z tego, co wiem, nie jest twoim szpiegiem.
- Masz rację. Po prostu zauważyłem w nim coś... Coś specjalnego. - Znowu prychnięcie. - On może się jeszcze zmienić, widziałem to w jego oczach.
- Ach, więc teraz będziesz oceniać ludzi na podstawie oczu? - zadrwił Mistrz Eliksirów.
- Doskonale wiesz, że to nieprawda. - Dyrektor zmierzył go wzrokiem. - Ale są teraz ważniejsze sprawy. Coś się stało Harry'emu.
- Słyszałem. Bella nie omieszkała się pochwalić.
- Liczę na ciebie, Severusie. Wiesz, co mu jest?
- Tak. Gorzej będzie z odwróceniem skutków klątwy – oznajmił Snape. Jego mina świadczyła, że nie spieszy mu się do uzdrawiania Pottera.
- Ale dasz radę?
- A nie można poczekać chociaż tydzień...? - zapytał z nadzieją. Dumbledore zmierzył go ostrym spojrzeniem. - No dobra, ja tylko głośno myślałem.
- Zrobisz to dzisiaj. Najlepiej wieczorem. Ile to może zająć?
- Nie wiem. Zależy od siły zaklęcia. Czy to już wszystko? Mogę iść?
- Jest jeszcze jedna sprawa... Czy na zebraniu była mowa o ofiarach ataku? - Twarz Snape'a ponownie stężała.
- Wiem, że zginął uczeń, stąd Mroczny Znak. - Albus pokiwał głową ze zrozumieniem. Westchnął i podał mu jakieś papiery. Były to zdjęcia. Mimo że zostały zrobione magicznym aparatem, nie poruszały się. Nie miało tam co się poruszać.
- Minerwa i Filius natknęli się na nią w szatni Gryffindoru. Znaleziono przy niej Kieszonkowe Bagno, leżała przy szafce Harry'ego. Zginęła od Sectumsempry.
- Niewielu zna to zaklęcie, w końcu...
- ...sam je wymyśliłeś, tak, wiem. A najbardziej przerażające jest to, że swoją krwią...
- Widzę – warknął Snape. - Nawrócenie się na dobro tuż przed śmiercią. Tchórz, typowa cecha Gryfonów.
- Severusie, mógłbyś chociaż na chwilę przestać?!
- Skończyłeś? - zapytał brunet z szyderczym uśmiechem na twarzy.
    Dyrektor skinął głową. Sekundę później Mistrz Eliksirów wstał, owinął się swoją nieśmiertelną peleryną i wszedł do kominka. Po chwili już był w swoich komnatach. Od razu sięgnął po butelkę Ognistej i upił kilka łyków. Niezbyt pomogło, ale nie mógł sobie pozwolić na więcej. Musi odczarować tego chłopaka, mimo swojej wielkiej niechęci. Podszedł do biblioteczki i wyjął z niej dużą, niebieską książkę. Otworzył ją, a wtedy jego oczom ukazała się skrytka na eliksir, który trzymał zawsze na wszelki wypadek, aby nie musieć go ważyć w nagłej potrzebie. Schował go do jednej z obszernych kieszeni szaty i odłożył tom. Był wściekły.
    Z tym kretynem Potterem tylko same kłopoty! I kto ma go ratować? Oczywiście on, Severus Snape, najbardziej znienawidzona przez niego osoba!
    Westchnął i zapadł się w fotel. Miał jeszcze trochę czasu, a potrzebował odpoczynku. Chociaż chwilę, nawet króciutką...
    Już przymykał oczy, gdy drzwi do jego komnat otworzyły się z głośnym trzaskiem. Weszła przez nie Carmen, cała mokra i trochę ubrudzona błotem. W jej karmelowych oczach widział zdecydowanie, determinację i jeszcze coś, czego nie umiał do końca określić, mimo najszczerszych chęci. Włosy miała rozwiane, w nieładzie. Zatrzasnęła drzwi i szybkim krokiem podeszła do niego. Mógł łatwo policzyć wszystkie jej rzęsy. Zauważył, że przyciąga go do siebie za kołnierz szaty, jak wtedy, gdy pierwszy raz go pocałowała. Poczuł jej oddech na twarzy, jej usta praktycznie dotykały jego ust. Już chciał musnąć jej wargi, gdy usłyszał, jak twardym głosem pyta:
- Co wiesz o Jacku Singerze?

9.8.13

30. Mecz

"The warning to the people
The good and the evil
This is war
To the soldier, the civillian
The martyr, the victim
This is war

It's the moment of truth and the moment to lie
The moment to live and the moment to die
The moment to fight, the moment to fight,
To fight, to fight, to fight!"
- 30 Seconds To Mars, "This is War"


    Hermiona jako jedna z ostatnich zajęła swoje miejsce na wielkich trybunach rozmieszczonych dookoła boiska do quidditcha. Usiadła obok Luny, która miała na sobie niebieskie szaty Krukonów i czerwony kapelusz z godłem Gryffindoru. Chyba stwierdziła, że musi kibicować obu domom jednocześnie. Brunetka powstrzymywała się od śmiechu, ale i tak jej to za bardzo nie wychodziło. Postanowiła skupić się na czymś innym.
    Odchyliła głowę i spojrzała w niebo. Pogoda była idealna – ciepło, ale nie gorąco. Słońce skryło się za chmurami, lecz nie zapowiadało się na deszcz, natomiast wiał lekki wietrzyk. Jedno było pewne: ten, kto dzisiaj przegra, nie będzie mógł zwalić niczego na warunki atmosferyczne.
    Dziewczyna rozejrzała się po zgromadzonych – przyszli wszyscy Gryfoni i Krukoni, Puchonów było mniej, za to zdziwiła ją ponadprzeciętna frekwencja u Ślizgonów. Widocznie mieli nadzieję nasycić się (wątpliwą, ale zawsze możliwą) porażką Domu Lwa.
    Hermiona zauważyła przy stanowisku komentatora wysokiego chłopaka, którego już znała. No jasne, to był Puchon, Ernie Macmillan. W zeszłym roku był prefektem i chodził na spotkania Gwardii Dumbledore'a. Chyba ją zauważył, bo uśmiechnął się i pomachał do niej. Widać było, że cieszy się ze swojej nowej funkcji.
    Na sam koniec wzrok Hermiony zawędrował do sektora dla nauczycieli. Wszyscy już tam byli, większość z wesołymi minami, cieszący się z nadchodzącego meczu i emocji z nim związanych. Nagle zakryła usta dłonią, by nie parsknąć niekontrolowanym śmiechem. Zobaczyła profesora Collinsa! I nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie jego oczywisty lęk przed słońcem. Mimo pogody miał na głowie kapelusz z bardzo szerokim rondem i dziwne okulary przeciwsłoneczne, które miały szkiełka również po bokach. Widoku dopełniała parasolka, która teraz leżała złożona na jego kolanach, ale gotowa w razie potrzeby do użycia. W końcu nie wytrzymała i kilkoro uczniów spojrzało na nią jak na wariatkę.
    W pewnym momencie zabrzmiał gwizdek pani Hooch i na zieloną murawę zaczęli wkraczać zawodnicy. Ernie rozpoczął swoje zadanie:
- Na początek wchodzą zawodnicy Gryffindoru. Po kolei: szukający i kapitan Harry Potter. Pałkarze Fred i George Weasley. Albo odwrotnie, nadal ich nie rozróżniam. Obrońca Ron Weasley. Ścigający Ginny Weasley, Jack Sloper i Geoffrey Hooper. - Musiał robić długie przerwy, bo każdy zawodnik był witany bardzo głośnymi brawami i okrzykami z trybun. - Zawodnicy Ravenclawu: ścigający i kapitan Roger Davies. Szukająca Cho Chang. Obrońca Grant Page. Pałkarze Jason Samuels i Duncan Inglebee. Ścigający Jeremy Stretton i Randolph Burrow. - Ich również powitały gromkie oklaski publiczności.
    Zawodnicy ustawili się równo na trawie, w pozycjach startowych na miotłach. Kapitanowie obu drużyn podali sobie ręce, wraz z aprobatą pani Hooch. Ta machnęła różdżką w stronę piłek, które szybko wydostały się ze skrzyni i pomknęły w górę. Jednocześnie przeciągły gwizd dał im znać, że gra się rozpoczęła.
- Ruszyli! Weasley ma kafla i mija Daviesa. Samuels odbija w nią tłuczka, ale nic się nie dzieje. Leci, leci i... Punkt dla Gryffindoru! Page nie podołał tym razem. Ale teraz kafla ma Stretton, wpada na niego tłuczek Freda... Albo George'a... Kafla łapie Sloper i podaje Hooperowi. Mija Chang i strzela... Page obronił! Krukoni, nie dajcie się! Page wyrzuca kafla, odbija go Inglebee pałką... Tak można? Teraz kafla ma Davies. Kapitan Krukonów leci jak burza, nowa miotła robi swoje... Weasley próbuje go zatrzymać, ale zostaje odepchnięta. Nic jej nie jest. Tym razem sił próbuje Hooper i zabiera kafla! Ale trafia go w rękę tłuczek od Inglebee, kafla przejmuje znowu Davies i... Punkty dla Krukonów!
    Mecz trwał już dobrą godzinę i Gryfoni prowadzili sto dwadzieścia do sześćdziesięciu. Ron dawał sobie całkiem radę, choć widać, że dużo mu pomagało zerkanie w stronę Luny, która bardzo śmieszyła go w tym stroju i poprawiała nastrój oraz motywowała.
    Hermiona siedziała na trybunach i naprawdę jej się nudziło, ale specjalnie powstrzymała się od przemycenia książki na mecz. Jest tu dla Harry'ego i musi go wspierać. Innych przyjaciół również. Wrzasnęła, gdy z rozmyślań wyrwał ją... sam Harry, który nagle przeleciał tuż nad publicznością (i nad nią), wręcz zahaczając o jej włosy. Odwróciła się, ale już go nie było. Pewnie zobaczył znicz.
Sięgnęła ręką, aby poprawić wątpliwej jakości fryzurę, lecz coś jej w tym przeszkodziło. Parsknęła śmiechem, gdy zauważyła małą karteczkę, na której było napisane You rock my world. Dobra, trzeba przyznać, że ją zaskoczył. Nie spodziewała się po nim czegoś takiego. Gdy tylko znowu pojawił się w zasięgu jej wzroku, pomachała mu. On się uśmiechnął, a po chwili wahania przesłała mu też całusa. Harry zrobił się koloru swojej szaty, zmierzwił włosy i szybko odleciał. Niech już zakończy tę grę, Hermiona chciała jak najszybciej go przytulić, dotknąć! To była dla niej nowość, że tęskniła nawet za czyimś dotykiem, chociaż jeszcze niedawno całowała go jak wariatka. Co się z nią działo? Tego nie wiedziała, ale nie przeszkadzało jej to kompletnie. Nareszcie była szczęśliwa, zakochana i...
- Co on znowu wymyślił? - dobiegł ją głos. Irytujący i dobrze znany.
- Coś bardzo słodkiego, czyli nie dla ciebie – odparła Hermiona, wpatrując się w czerwone punkty przed nią.
- Coś ty dzisiaj taka zimna? - zapytała z rozbawieniem Car.
- Ja? Zimna? Pomyliło ci się. A zresztą: wydedukuj sobie.
- Nie, dzisiaj nie mam ochoty – machnęła ręką Brown i usiadła obok dziewczyny. Ta druga natomiast zrobiła wielkie oczy i spojrzała na nią z nieskrywanym zdziwieniem.
- CO? Ty nie masz ochoty na tę swoją dedukcję?
- Tak wyszło. – Uśmiechnęła się Carmen i zabrała za jedzenie Kociołkowych Piegusków, które przyniosła ze sobą. - Chcesz trochę? - zapytała pomiędzy kęsami.
- Nie są zatrute? - Obawy Hermiony wzrosły. Ona na dodatek była miła!
- Też je jem, prawda?
- A może wcześniej wzięłaś antidotum?
    Carmen pokręciła głową i westchnęła.
- Za dużo kombinujesz. Trudno, więcej dla mnie. Tylko skończmy już tę wymianę pytań. - Po chwili Hermiona wzięła jednak jednego Pieguska.
- Dobra, spróbuję. Ale dostaniesz Avadą, jeśli coś ci się stanie.
- Nie dałabyś rady – rzuciła z przekąsem Brown.
- Nie bądź taka pewna. Masz dzisiaj dzień dobroci?
- Powiedzmy... - odparła niechętnie brunetka, zapychając się słodyczami.
- Carmen... Co się dzieje? Nie wróciłaś na noc. Znowu.
- Mówiłam już, że ci kiedyś powiem.
- Kiedyś, to znaczy kiedy? Widzę przecież, że coś się dzieje. Jesteś jakaś... nieobecna. Gdybym cię nie znała, to pomyślałabym, że się zakochałaś! - wyrzuciła z siebie Granger, na co Car tylko prychnęła.
- Może ci się wydawać, że miłość jest dla mnie zagadką, ale chemia jest niebywale prosta i bardzo niszcząca. Ale pewne rzeczy... są znacznie głębsze, to twoje serce i nigdy nie powinnaś pozwolić, żeby kierowało rozsądkiem. Zawsze zakładałam, że miłość to groźna ułomność. I tak pozostanie. A ludzie ciągle dają mi niezaprzeczalne dowody. Uważaj lepiej.
- Niby dlaczego? Kocham Harry'ego, a on kocha mnie. Co w tym takiego złego?
- Obejrzyj się – powiedziała beznamiętnym głosem Carmen do Hermiony, która patrzyła jej teraz prosto w oczy.
- Po co?
- Zobacz. Jest wojna, Hermiono. Jest wojna i musisz o tym pamiętać.
    Gryfonka obróciła się szybko w stronę boiska i w tym samym momencie serce mocniej jej zabiło. Nie, to niemożliwe.
    Harry siedział na miotle, wymachując zwycięsko pięścią. Wszyscy teraz na niego patrzyli, powoli zdając sobie sprawę z tego, co było nad nim.
    Mroczny Znak wyraźnie odcinał się na zachmurzonym niebie.

***

    Harry przetarł szybko okulary i wzleciał nad stadion. Musi gdzieś tu być. Chciał teraz jak najszybciej zakończyć grę i wrócić do Hermiony. Pierwszy raz tak pragnął czyjegoś dotyku, obecności. Omiótł wzrokiem boisko i trybuny – nic. Nagle coś śmignęło mu przed oczami. To coś było złote. Uśmiechnął się i zanurkował za piłeczką. Dogonił ją i teraz leciała w odległości metra od niego. Wyrównali lot na równoległy do ziemi. Harry już sięgał po znicz, gdy nagle pojawiła się przed nim ubrana na niebiesko postać – Cho również chciała wygrać mecz i nie zamierzała pozwolić chłopakowi zabrać jej znicz sprzed nosa. Harry dogonił ją i teraz ramię w ramię gonili złotą smugę. Szybko jednak musieli skręcić w lewo, a potem w prawo i zniżyć lot. Teraz witki z Błyskawicy prawie muskały zieloną trawę. Oboje wyciągnęli dłonie, ale nagle znicz wzleciał do góry tuż przed trybunami. Harry zrobił zwód i wzbił się szybko w powietrze, nie zauważywszy upadającej Cho, w którą trafił czerwony promień. Chwycił w garść znicz i wyciągnął do góry rękę, aby pokazać go publiczności. Ernie zakrzyknął:
- Harry Potter złapał znicz! Wygrali Gryf...
    Ale nie dokończył z przerażenia. Wybraniec nie wiedział, co się stało, więc w tłumie odszukał znajomą twarz Hermiony. Ta wpatrywała się w niego z przerażeniem. Uśmiech zszedł mu z twarzy. Obejrzał się, a gdy nic nie zobaczył, spojrzał w górę.
    W jego głowie pojawiła się tylko jedna myśl.
    O nie.

***

    Uczniowie zaczęli panikować. Większość nauczycieli natomiast nie mogła wyjść z szoku, nawet obecni dwaj Śmierciożercy, którzy nie mieli pojęcia o planowanym ataku, a przecież byli najbardziej zaufani! Całe szczęście Dumbledore zachował trzeźwy umysł. Wydał wszystkim profesorom rozkazy: przede wszystkim chronić uczniów, najlepiej w zamku!
    Tymczasem młodzież próbowała sama zadbać o siebie. Wszyscy uciekali z trybun i biegli w stronę zamku niczym stado hipogryfów. Olbrzymie stado hipogryfów. Nagle wśród nich zaczęli się pojawiać zamaskowani Śmierciożercy, rzucając zaklęcia na prawo i lewo. Nauczyciele natychmiast zareagowali i ruszyli na pomoc uczniów. Niektórzy z nich co prawda chodzili w zeszłym roku na spotkania GD, ale byli w znacznej mniejszości. Poza tym, słudzy Voldemorta posługiwali się bardzo zaawansowaną czarną magią. Wybuchła panika, podczas której nie zwracano uwagi na innych, każdy nastolatek chciał ratować samego siebie.
    Harry i reszta drużyn na miotłach próbowała wypatrzyć swoich przyjaciół. Ron zabrał Lunę, a Harry podleciał po Hermionę.
- Wsiadaj – szybko powiedział, a ona bez oporów usiadła za nim na miotle i objęła go w pasie.
    Wzbili się w powietrze, czego Gryfonka nie lubiła, ale teraz przede wszystkim chciała się ratować. Polecieli w stronę zamku, lecz Hermiona nie chciała tego tak zostawić. Nagle coś jej się przypomniało.
- Harry! - krzyknęła. - Tam leży Cho, jest nieprzytomna!
- Nie możemy po nią wrócić!
- Musimy! Zawracaj, szybko!
    Wybraniec westchnął i szybko skierował miotłę w stronę stadionu. Chaos był olbrzymi, choć większość uczniów trafiła już do zamku, osłaniana przez nauczycieli. Nie mogli dopuścić, aby Śmierciożercy dostali się do Hogwartu!
    Harry rozejrzał się i, gdy nikogo nie zauważył, wylądował gładko na ziemi. Hermiona wręcz zeskoczyła z Błyskawicy i podbiegła do leżącej Krukonki. Była nieprzytomna, ale oddychała, niestety ledwo. Rzuciła na nią parę zaklęć i kazała Harry'emu przetransportować ją do zamku. Sama da radę.
- Jesteś pewna?
- Tak. Trzymaj ją, bo tracisz czas – odkrzyknęła i pocałowała go szybko w usta. Nagle dobiegł ich szaleńczy chichot. Nie miała maski. Nie potrzebowała.
- Proszę, proszę, szlama i mały Potter. Kto by się spodziewał?
- Odsuń się, Bellatrix! - wrzasnął chłopak, wyjmując różdżkę. Ona jednak była szybsza i wytrąciła mu ją z ręki. Hermiona stała jak skamieniała.
- Co mi teraz zrobisz, chłopcze? Oj, chciałeś ratować koleżankę? - zapytała głosem udającym troskę. - Już to nic nie da, Czarny Pan będzie miał z wami zabawę! Od kogo zacząć? Ecie pecie... może szlama? - Oblizała czerwone jak krew wargi, a z jej oczu wręcz tryskało szaleństwo.
- Tylko spróbuj! - warknęła Hermiona. - Jestem dumna z tego, kim jestem!
- Ojeju, ci twoi mugole nie nauczyli cię szacunku...? - Pokiwała głową. - Trzeba to zmienić. - Na potwierdzenie swoich słów wysłała pomarańczowy promień w stronę... Wybrańca. Zaklęcie ugodziło go mocno, aż złapał się za brzuch. Hermiona spojrzała na niego z przerażeniem.
- Tak? - zapytała buntowniczo. Co ona zrobiła Harry'emu?! - Więc chodź tutaj!
- Żebyś wiedziała, kochanie, że przyjdę... - powiedziała z nonszalancją, robiąc krok do przodu. Jednak potknęła się o... O coś pomarańczowego i futrzastego. Wystarczyła ta sekunda, żeby poczuła różdżkę za plecami.
- Zjeżdżaj stąd albo zginiesz – wycedziła przez zaciśnięte zęby Carmen. - Ja nie mam oporu przed Niewybaczalnymi.
    Bellatrix zaśmiała się wariacko, patrząc z nienawiścią w oczach na Brown. Ponownie oblizała wargi, rozkoszując się jej dezorientacją.
- Do czasu. Jack przesyła ukłony – krzyknęła, pstryknęła palcami i już jej nie było.
    Carmen skamieniała, a zaklęcie Cruciatusa zatrzymało się na jej ustach. Co on miał z tym wspólnego, co... Upadła na kolana i schowała twarz w dłoniach. Co oni mogli o nim wiedzieć?! Wrzasnęła z bezsilności i w tym samym momencie zaczął padać deszcz. Wielkie krople moczyły jej włosy, zagrzmiało.
- Carmen, wszystko dobrze? - zapytała delikatnie Hermiona, chwytając ją za ramię i pomagając wstać.
- Nic nie jest dobrze. I już nie będzie – odparła martwym głosem, chwytając ponownie różdżkę. - Zostańcie tu i nigdzie nie idźcie. Zajmijcie się Chang. Ja pójdę zobaczyć, co się dzieje. - Po chwili dodała: - Nie głupi jednak ten twój kot.
    Poszła wzdłuż trybun i po chwili zniknęła. Hermiona wciąż była przerażona. Harry wziął swoją różdżkę i ją przytulił. Prawie zginęła, a miał ją chronić. Tymczasem zrobił to za niego... kot!
- Jesteś ranna? - W jego głosie czuć było ogromną troskę.
- Nie, ale... Ty powinieneś! - wykrzyknęła w szoku. - Trafiła cię zaklęciem!
- Cóż... Tylko chwilę bolał mnie brzuch.
- I tyle?
- Tak – przytaknął. Po chwili coś do niego dotarło. - To nie koniec jego działania, prawda?
- Chyba tak. Oj, Harry, to przeze mnie! Ja niepotrzebnie... Nie...
- Chodź tutaj – powiedział miękko i ponownie ją przytulił. - Wszystko będzie dobrze, damy radę.
- Ale coś ci się stanie!
- W tej chwili to nieważne! - wykrzyknął. - Zabiję ją! Zabiję wszystkich Śmierciożerców, pokonam Voldemorta!
- Harry... Jak na razie to oni kogoś zabili. Mroczny Znak...
- Tak, niestety – odparł smutno. - Wiesz, że znowu zawdzięczasz coś Carmen? - zapytał.
- Tak, wiem. I kto by pomyślał, że Krzywołap... że on...
- Ciii, Hermiono... Już dobrze. Weź go lepiej na ręce i uspokój, bo strasznie jęczy.
    To prawda, kot nie wiedział, co się dzieje, ale gdy spojrzał w oczy swojej pani, natychmiast się uspokoił. Jest dobrze i wygląda na to, że dostanie dzisiaj podwójną porcję jedzenia na kolację. Oblizał się i ułożył wygodniej na jej klatce piersiowej. Usłyszał śmiech swojej pani, a potem coś mu kapnęło na futerko. Łzy Hermiony zmieszały się z coraz mocniej padającym deszczem. Do tego doszedł go krzyk Hermiony.
- Nie, Harry, nie! Tylko nie to!

2.8.13

29. Być razem

"Na dźwięk tego głosu ściska mnie w żołądku,
czuję się winna, smutna i przestraszona.
I tęsknię, do tego też mogę się przyznać.
Tyle że tęsknota ma zbyt silną konkurencję,
aby kiedykolwiek zdołała zdominować inne uczucia."
- Katniss Everdeen, "W pierścieniu ognia"

    Ron włóczył się po zimnych korytarzach Hogwartu. Już sam nie miał pojęcia, co robić. W głębi duszy miał nadzieję, że może trafi na Carmen, choć sam nie wiedział, o czym by mógł z nią rozmawiać. To wszystko było strasznie dziwne. Przystanął i złapał się za głowę. A co z Luną? Rani ją, dobrze o tym wiedział. To nie miało się tak potoczyć. Wszystko było surrealistyczne, jak zwykła iluzja. A może właśnie niezwykła? Potrząsnął głową i ruszył dalej w milczeniu.
    Sam też cierpiał. Nie umiał dokonać wyboru, który zdawał się jeszcze niedawno być tak oczywisty. Choć może teraz też był? Car go nie chciała, więc... Nie, nie może pocieszać się Luną. Tylko bardziej by ją zranił. A może naprawdę ją kocha? Ron czuł się jak w piątej klasie, gdy zaatakowały go myśli w Ministerstwie Magii. Miał po prostu mętlik w głowie. Mało powiedziane – to był chaos, zamęt, ogromny bałagan... Żeby dobrze zagrać w meczu, nie może się niczym przejmować. Dobrze wiedział, że pod presją się ugnie i nie da rady. Przypomniał sobie Hogsmeade, dni, gdy trzymał ją za rękę i wszystko były takie proste, zwyczajne. Takie właściwe...


    Przystanął, gdy usłyszał ciche łkanie. A może coś innego? Jakby jakaś melodia, dość smutna i jakby... trochę znajoma. Zdecydował. Cicho podszedł do rogu korytarza i zza niego wyjrzał. Stała tam. Światło Księżyca dokładnie oświetlało jej piękne włosy. Opierała się łokciami o kamienny parapet i chyba też coś cichutko nuciła.

Are you, are you
Coming to the tree
Where they strung up a man they say murdered three.
Strange things did happen here
No stranger would it seem
If we met up at midnight in the hanging tree.

    Zdziwiony zamrugał i podszedł bliżej. Widocznie go nie usłyszała, bo dalej śpiewała.

Are you, are you
Coming to the tree
Where the dead man called out for his love to flee.
Strange things did happen here
No stranger would it seem
If we met up at midnight in the hanging tree.

    Delikatnie ją objął od tyłu, a ona tylko lekko się wzdrygnęła, wciąż zapatrzona w hipnotyzujące niebo. Nucenie zmieniło się w cichy śpiew.

Are you, are you
Coming to the tree
Where I told you to run so we’d both be free.
Strange things did happen here
No stranger would it seem
If we met up at midnight in the hanging tree.

    Ron położył dłonie na ramionach Luny i obrócił ją twarzą w swoją stronę. Spojrzał jej prosto w błękitne oczy. Widział tam niezmierne cierpienie, tak mocno ukrywane pod maską marzycielki. Wtedy zrozumiał, jakim był głupcem. Wszystko, czego potrzebował, miał dokładnie przed sobą, w swoich ramionach. Po policzku spływała jej samotna łza, którą starł delikatnie kciukiem. Przybliżył się, lecz gdy uchylił usta, by coś powiedzieć, usłyszał jeszcze ostatnie słowa piosenki:

Are you, are you
Coming to the tree
Wear a necklace of rope, side by side with me.
Strange things did happen here
No stranger would it seem
If we met up at midnight in the hanging tree.

    Umilkła, a on znowu czuł się dziwnie. Dlaczego akurat to śpiewała? Dość dziwne, choć jak na nią...
- Luna, przepraszam – wyrzucił z siebie. - Wiem, że cię skrzywdziłem, ale proszę... Daj mi jeszcze jedną szansę. Kompletnie się zagubiłem. Ja... Proszę.
- Wiesz, jak byłam mała, mama śpiewała mi tę piosenkę. Ma tytuł "Drzewo wisielców". - Mówiła tak, jakby zupełnie nie dosłyszała jego przeprosin. Mimo to słuchał. Już dawno się nauczył, że jest to niezbędne, aby chociaż w pewnej mierze ją zrozumieć. - Na początku jej nie rozumiałam, ale w miarę jak dorastałam, znaczenie stawało się jasne. Najpierw wydaje się, że ktoś chce się spotkać ze swoją dziewczyną pod drzewem wisielców, ale prawda jest inna, bardziej przerażająca. Piosenkę śpiewa martwy morderca, którego tam powieszono. Chce ochronić swoją miłość, jednak nie każe jej uciekać. Chce, aby przyszła do niego. Na tamten świat. - Ron zadrżał. Kto by pomyślał, że ta stosunkowo cicha dziewczyna może mieć takie myśli!
- Na tym polega miłość... - zaczął chłopak. - Na byciu wiernym, aż do końca i dłużej.
- Zadziwiające, że to rozumiesz – powiedziała chłodno blondynka, poprawiając lewą dłonią kolczyk w uchu o kształcie przypominającym marchewkę. Ale niebieską.
- Zrozumiałem dopiero teraz. Naprawdę przepraszam. Nie chciałem tego, ja... Zagubiłem się. Taki już jestem. Mam nadzieję, że coś na to poradzisz. – Uśmiechnął się niepewnie. Krukonka przez chwilę mierzyła go oceniającym spojrzeniem, jednak po chwili odwzajemniła uśmiech.
- Ron, mam nadzieję, że już więcej tego nie zrobisz, bo... Tatuś sprowadził buchorożca do domu! - powiedziała z nieskrywanym entuzjazmem. Oczy znowu jej błyszczały, na policzki wróciła dawna barwa różu.
- W takim razie muszę uważać – wybuchnął śmiechem chłopak i porwał ją w ramiona, po czym uniósł do góry. Gdy już postawił ją na ziemię, pochylił się i ją pocałował. Tak, tego mu brakowało. Sam nawet nie wiedział, jak za nią tęsknił. Po chwili jeszcze zapytał: - Nauczysz mnie tej piosenki?
    Luna znowu się uśmiechnęła i ochoczo przytaknęła.

***

    W niedzielę, dzień meczu, Carmen znowu obudziła się nie w swoim dormitorium. Nie była do tego przyzwyczajona, ale nie ukrywała, że zaczynało podobać się jej w lochach. Na pewno duży wkład miał w to pewien nauczyciel eliksirów, który leżał na boku obok niej i wciąż jeszcze tkwił w objęciach Morfeusza. Spojrzała na niego, na tłustawe włosy, opadające na policzek, nierówny nos, bladą cerę... I powieki, pod którymi kryły się czarne jak węgiel oczy.
    Nie kochała go. On raczej jej też nie. Magia bratnich dusz sprawiała, że siebie potrzebowali, przywiązywali się do siebie. Nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek będzie między nimi coś więcej. Na razie przebywali razem, bo im to pomagało. Mogli przetrwać kolejny dzień ze świadomością, że nie są na tym świecie sami, a ich samopoczucie tylko na tym zyskiwało. Uciążliwe bóle głowy w końcu minęły, myśli trochę zwolniły bieg, więc praktycznie mogli cieszyć się z życia.
    Mimowolnie odgarnęła kosmyk ciemnych włosów z twarzy Snape'a, a ten nagle się wzdrygnął i otworzył oczy. Na jego twarzy pojawił się grymas.
- Nie budź mnie – burknął i mocniej wtulił się w poduszkę.
- Nie zrobiłam tego – wyszeptała Car, wpatrując się w niego. Mimo wszystko ją fascynował.
- Akurat – warknął. Nagle nieoczekiwanie wstał, zdenerwowany.
- Co się stało? - zapytała z jawnym zdziwieniem dziewczyna.
- Mecz, Brown. Dzisiaj jest mecz – powiedział oschłym tonem Mistrz Eliksirów, kierując się do szafy, aby się ubrać.
- I co w związku? - uniosła pytająco brązową brew.
- Wydedukuj sobie – odparł zjadliwym tonem Severus. Jako nauczyciel musiał się tam stawić, w innym wypadku byłoby to podejrzane. A nie miał specjalnej ochoty iść, więc im szybciej stąd wyjdzie, tym dla niego lepiej.
- Nie potrzebuję. Nie spiesz się, masz jeszcze czas... - powiedziała, wstając. Podeszła do niego, gdy założył koszulę i zapinał guziki.
- Nauczyciele muszą być wcześniej, Brown.
- Nieprawda. Ja to wiem, a ty tym bardziej... - wyszeptała mu do ucha, kierując swoje usta w stronę jego podbródka. - Zostań jeszcze chwilę...
- Uhmm... - wymruczał i pozwolił jej zawładnąć swoimi ustami. Po chwili jednak oderwał się i warknął: - Pół godziny, później idę.
- Więcej – szepnęła Car i spojrzała na niego swoimi karmelowymi oczami.
- Jak sobie życzysz – odparł zjadliwie. - Każda minuta dłużej – minus dziesięć punktów od Gryffindoru! - Ponownie go uciszyła, a on specjalnie się nie wyrywał.

***

    W dzień meczu Harry obudził się dziwnie spokojny. Zwykle się denerwował, nie jadł i był osowiały, ale tego dnia energia aż w nim buzowała. Był pewny zwycięstwa, w końcu dużo ćwiczyli. Drużyna także była świetna. Jedynie martwił się o Rona, który wrócił późno w nocy. Nawet nie dowiedział się, jak z Luną. Westchnął głośno. Zerknął na zdjęcie Hermiony, które postawił sobie na stoliku nocnym. Przedstawiało ją podczas prób GD w zeszłym roku. Oczywiście zrobił je Collin Creevey i, trzeba przyznać, wyszło mu świetnie. Dziewczyna widać pozwoliła sobie na chwilę oderwania się od rzeczywistości, bo jej oczy były rozmarzone, a spojrzenie nieobecne. Patrzyła w jakiś punkt ponad aparatem, włosy miała rozwiane i delikatny uśmiech na twarzy. Bardzo mu się podobała, wyglądała tak... szczęśliwie. Jakby była dokładnie tam, gdzie być powinna.
    Wystarczy. Wstał i poszedł do łazienki. Gdy już się ubrał, wyszedł z dormitorium i spróbował zawołać Hermionę. To było niesprawiedliwe, że nie mógł jej odwiedzić. Przecież czasy się zmieniły! Dumbledore powinien coś z tym zrobić.
    Zauważył, że dziewczyna wychodzi, więc od razu się uśmiechnął. Podeszła do niego i przytuliła. Cieszyli się chwilą, gdy nagle dobiegł ich jakiś chichot od strony schodów.
- Jak wytrzymujesz z Lavender w jednym dormitorium? - zapytał zdziwiony Harry.
- Nie wytrzymuję. Powstrzymuję się od chęci mordu – rzuciła w jej stronę zjadliwe spojrzenie. - Ale jest coraz trudniej – dodała.
- Chodź, nie mam ochoty na nią patrzeć. Szczególnie dzisiaj.
    Hermiona przytaknęła. Splotli razem palce i ruszyli do Wielkiej Sali. Tego dnia panowało jeszcze większe ożywienie niż zwykle. Ludzie głośno rozmawiali o prawdopodobnym wyniku meczu, a Fred i George już zbierali zakłady. Gdy Harry wszedł do jadalni, wiele par oczu zwróciło się w jego stronę. Nie mógł jednak odgadnąć ich intencji. Odkąd Voldemort powrócił, nie był już ciągle poniżany, ludzie mu uwierzyli. Wielu osobom było wstyd, że uznawali, iż kłamie. Mimo to Wybraniec i tak wiedział, że może polegać tylko na prawdziwych przyjaciołach.
    Usiedli razem przy stole, zaczynając śniadanie. Obok siedziała Ginny, trochę weselsza, niż gdy poprzednim razem rozmawiała z nią Hermiona. A właśnie, pozostawała ważna kwestia.
- I co, powiedziałaś już braciom o... o waszej mamie? - zapytała dyskretnie Granger.
- Nie, jeszcze nie... Po meczu – obiecała rudowłosa. - A Harry... wie?
- Też nie. I lepiej niech dowie się razem z Ronem. Nie chcę, żeby z emocji zawalili ten mecz.
- Masz rację. Sama przecież gram i będzie mi niełatwo, a reszta...
- Dasz radę, Gin. Naprawdę – pocieszyła ją Hermiona.
- A co wy tam tak szepczecie? - dopiero teraz zapytał Potter.
- Babskie sprawy, mój drogi – powiedziała brunetka i dała mu całusa w policzek.
- A może chciałbym wiedzieć? - wymruczał pod nosem chłopak, smarując tosta dżemem truskawkowym.
- Nie marudź, tylko jedz. Masz to wygrać! - zarządziła Hermiona z poważną miną. Po chwili jednak nie wytrzymała i zaczęła się śmiać. Przyjaciele do niej dołączyli.
- Co robicie i dlaczego beze mnie? - zapytał rozanielony Ron.
- Czekamy na mecz – odparła Ginny, uważnie przyglądając się bratu. Wyglądał jakby... inaczej. I był weselszy.
- To się przygotujcie na świetną grę – powiedział Weasley i również zabrał się do jedzenia.
    Śniadanie dojedli już w milczeniu. Musieli się przecież jeszcze przygotować, dlatego w końcu Hermiona została sama przy stole. Znad swojej jajecznicy spojrzała na stół nauczycielski. I to był błąd, bo znowu napotkała spojrzenie Barnabasa. Na dodatek dzisiaj na kamizelce i apaszce miał czerwono-złoty wzorek. Dyskretny, ale jednak. Westchnęła. Musi coś z tym zrobić, zwłaszcza, że zauważył jej spojrzenie i się uśmiechnął.
    Stanowczo wstała i przeszła przez Wielką Salę, aż do wyjścia, starając się nie oglądać za siebie. I udało jej się, jednak już przy drzwiach wpadła na kogoś. Ten ktoś miał czarne, obszerne szaty. Gdy podniosła wzrok, okazało się, że jej modły nic nie dały i był to niestety Snape. Mimo że pałał nienawiścią na kilometr, był delikatnie zarumieniony na policzkach i miał lekko przyspieszony oddech. I niezapięte dwa guziki pod szyją.
- Długo będziesz podziwiać, Granger? - warknął tak, że Hermionę przeszedł dreszcz. Ten człowiek był straszny.
- Przepraszam, panie prof...
- Szacunku nauczycielowi też okazać nie umiesz, mówiąc zwykłe "dzień dobry". Ach, ci Gryfoni... Odejmuję Gryffindorowi dwadzieścia punktów.
- Dzień dobry, panie profesorze – wycedziła. Zacisnęła pięści, aby nie powiedzieć, jak jawnie niesprawiedliwe to było.
- Widzisz? Można. A teraz zjeżdżaj, Granger, bo zastanowię się jeszcze może nad kolejną karną lekcją...? - zagroził, ale dziewczyny już nie było. Szybko podszedł do stołu nauczycielskiego.
    Tymczasem Hermiona już przemierzała błonia w drodze na stadion. Po drodze mijała mnóstwo innych uczniów, ale nie miała specjalnie ochoty na rozmowę z nimi. Snape strasznie ją zdenerwował, czuła się kompletnie rozchwiana i zagubiona. I ten cholerny wampir! Cholernie przystojny wampir! Dlaczego Dumbledore nie mógł zatrudnić kogoś brzydszego, straszniejszego?
    Westchnęła. Ma Harry'ego. Wszystko się świetnie układa. Są szczęśliwi. Czego chcieć więcej? Sama nie wiedziała, ale nie czuła się też do końca spełniona.
    Dotarła do szatni. Ciekawe, czy jeszcze omawiają taktykę. Hermiona delikatnie uchyliła drzwi i weszła do środka. Zauważyła Harry'ego, który siedział na ławce, widocznie przygotowując się mentalnie do meczu. Był już przebrany w szaty szukającego i kapitana. Dalej siedzieli Fred z George'm, reszta drużyny musiała być gdzieś dalej.
    Nagle Hermionie zrobiło się szkoda swojego chłopaka. Przecież powinna go wspierać, cały czas, a zwłaszcza poprzedniego wieczora, a ona zamiast tego była z tym wampirem! To nie fair, zwłaszcza w stosunku do Wybrańca.
- Psst! Harry... - zawołała cicho.
- Hermiona? - zapytał zdziwiony. - Co ty tu...
- Chodź tu!
- Dobrze. – Wstał i podszedł do niej. - Stało się coś?
- Tak – powiedziała cicho, zarzucając mu ręce na szyję. - Chciałam ci jeszcze raz życzyć powodzenia...
    Dotknęła wargami jego ust, a on, po chwili oszołomienia, odpowiedział jej tym samym. Zatopił dłonie w jej miękkich włosach i przyciągnął jeszcze bliżej do siebie. Hermiona wysunęła swój język na spotkanie, a chwilę potem już zatracali się w sobie. Nie delikatnie, jak zwykle, tym razem z większą zaborczością. Harry miał trudności z zaczerpnięciem oddechu. Dawno go tak nie całowała. Właściwie to jeszcze nigdy. To było cudowne, jak spotkanie dwóch idealnie do siebie pasujących części, które razem tworzą coś niesamowitego. Delikatnie zjechała ustami na jego szyję, oddając całe uczucie, jakie do niego żywiła. Jak fantazja, czuł jej ciepłe ciało w swoich ramionach i wiedział, że jest najszczęśliwszą osobą na świecie. Oboje są. Chwycił jej twarz w dłonie, opuszkami palców delikatnie obrysowując usta. Spojrzeli sobie w oczy i w tej chwili nie było dla nich piękniejszego widoku. Czysta radość. Harry znowu złączył ich usta, zapominając kompletnie o meczu, o Hogwarcie, o świecie. Byli tylko oni.
- Może w końcu zaczniemy grać, co? - dobiegł ich głos z boku, a oni natychmiast odskoczyli od siebie przynajmniej na metr, oboje mieli twarze koloru szat Gryffindoru. Bez złotego.
- Freddy, nieładnie tak podglądać – powiedział bliźniak do swojego brata i razem się roześmieli.
- To ja... Ja już pójdę – rzuciła Hermiona i błyskawicznie zatrzasnęła za sobą drzwi.
- Dobrze chociaż całuje? - zapytał George, puszczając oko.
- Nie wasza sprawa. Idziemy, już czas.
- Nareszcie – westchnęła Ginny, wychodząc zza rogu. - To co teraz, kapitanie?
- Teraz? Teraz wygramy.


______________________________________
 Igrzyska Śmierci, piosenka mnie urzekła: taka dziwna, ale fajna. Tu jest tłumaczenie, gdyby ktoś nie rozumiał:

Czy chcesz, czy chcesz
Pod drzewem skryć się?
Tu zawisł ten, co troje zginęło z jego mocy.
Dziwnie już tutaj bywało,
Nie dziwniej więc by się stało,
Gdybyśmy się spotkali pod wisielców drzewem o północy.

Czy chcesz, czy chcesz
Pod drzewem skryć się?
Choć trup ze mnie już, uwolnię cię od przemocy.
Dziwnie już tutaj bywało,
Nie dziwniej więc by się stało,
Gdybyśmy się spotkali pod wisielców drzewem o północy

Czy chcesz, czy chcesz
Pod drzewem skryć się?
Tu do mnie miałaś zbiec, żeby uniknąć przemocy.
Dziwnie już tutaj bywało,
Nie dziwniej więc by się stało,
Gdybyśmy się spotkali pod wisielców drzewem o północy

Czy chcesz, czy chcesz
Pod drzewem skryć się też?
W naszyjniku ze sznura u boku mego nie czekaj pomocy.
Dziwnie już tutaj bywało,
Nie dziwniej więc by się stało,
Gdybyśmy się spotkali pod wisielców drzewem o północy
Harry Potter - Book And Scroll