Harry Potter - Book And Scroll

18.7.14

51. Ball - część II

    Do północy zostało niecałe pół godziny, a uczniowie bawili się w najlepsze. Zespół wytrwale grał, chociaż gorąco dawało o sobie znać. Chłopcy zdejmowali wierzchnie szaty i zostawali w samych koszulach i spodniach. Dziewczyny miały ten komfort, że sukienki były dość przewiewne. Teraz nikt nie myślał o zaklęciach i nauce. Teraz liczyła się zabawa.
    Harry i Hermiona tańczyli przeszczęśliwi. Gryfonce spięte włosy trochę się rozluźniły, parę kosmyków wymknęło się, ale to nie było ważne. Co jakiś czas ktoś odbijał Hermionę albo Harry'ego, ale zawsze potem wracali do siebie. To było jak magnes. I było nie do powstrzymania.
    Na chwilę udało się Hermionie nawet wyciągnąć Carmen, która wytrwale siedziała przy stoliku, niczym Harry i Ron dwa lata temu. Dziwne, przez ten krótki czas tyle się zmieniło! Co jakiś czas Granger przecierała oczy ze zdumienia. To wydawało się być tylko iluzją, było zbyt cudowne. Wtedy Harry chwytał ją za rękę, obkręcał wokół własnej osi, przytulał do siebie i mruczał jej do ucha:
- Tak, to się dzieje naprawdę!
    Z uśmiechem na nią patrzył, bo dla niego była najpiękniejsza na świecie. I była tylko jego. Czuł, że tę noc zapamięta na bardzo długo.
    Nawet nie wiedział jak bardzo.


Where is your boy tonight?
I hope he is a gentleman.
Maybe he won't find out what I know:
you were the last good thing about this part of town.

    Snape siedział jak kołek przy stole dla nauczycieli. Już dawno skończył rozmawiać z Dumbledorem. Wciąż miał na sobie codzienne szaty. Teraz siedział i zastanawiał się jak wybrnąć z niezręcznej sytuacji. W końcu był na spotkaniu – a to było chyba najważniejsze, prawda? Zresztą i tak nie mogą razem zatańczyć, więc czemu, gdy udaje, że na nią nie patrzy, ona gapi się na niego z wyrzutem i założonymi rękoma, a potem zaraz odwraca wzrok? Salazarze, kobiety! I siedzi ciągle przy tym stoliku! Niech sobie znajdzie kogoś młodszego... Nie, to zły pomysł. Jeszcze będzie dla niej za głupi. I zbyt impertynencki. I szczeniacki, i...
    Snape, uspokój się. Co ta głupia dziewczyna z tobą zrobiła, co? Jest coraz gorzej, zachowujesz się jak jakiś nabuzowany hormonami trzecioroczny!
- Snape! No proszę, zawsze taki wyluzowany...
- Collins, nie denerwuj mnie. - Wampir był zdyszany, włosy miał w nieładzie, ale wydawał się dobrze bawić. Usiadł obok mężczyzny, objął go ramieniem, na co ten się wzdrygnął i skrzywił. - Łapy precz! Czego chcesz?
- Och, od razu przechodzisz do rzeczy! Przyszedłem zabawić kolegę, nie mogę? - Machnął różdżką, a jego puchar napełnił się dziwnym płynem. Wypił go za jednym zamachem.
- Nie.
- Oj, Seve... Mogę ci mówić po imieniu? Takie zabawy zupełnie mnie zmieniają, zapominam jak się mówi "po staremu" i...
- To niewątpliwie fascynujące, ale w najmniejszym stopniu mnie nie interesuje.
- Może jako twój... szef – nosferatu nachylił się nad nim – coś ci powiem. Widzisz tę dziewczynę? - Wskazał na Carmen. - Uwierz mi, miałem do czynienia z kobietami. A ta jest ewidentnie nieszczęśliwa, więc albo coś zrobisz z tym, albo będę zmuszony sam zająć się twoją Gryfonką...
- Ani się waż! - Snape walnął pięścią w stół. Na szczęście było tak głośno, że nikt nie zwrócił na to uwagi.
- No widzisz. Lepiej sam do niej idź. Dzisiaj uznaj to jako rozkaz, który cię w pełni zadowala.
- Widzę, że to jednak prawda – powiedział Severus, a na jego ustach pojawił się złośliwy uśmiech.
- Co jest prawdą? - Barnabas wydawał się zbity z tropu, więc poprawił marynarkę.
- Że w Święta zwierzęta mówią ludzkim głosem.
    Wampirowi złowieszczo zadrgały nozdrza. Wyciągnął różdżkę i wycelował nią w Snape'a pod stołem, aby nikt nie zauważył.
- Uważaj na słowa. Doskonale wiesz, że mógłbym cię teraz zabić.
- Ale tego nie zrobisz, bo musisz grać rolę milusińskiego profesorka. - Mężczyzna w czerni wydawał się dobrze bawić.
- Zawsze może cię spotkać nieszczęśliwy wypadek.
- Czyżby? - Severus uniósł do góry brew. Uniósł ręce i wskazał na siebie. - Akurat mnie w tym zamku nic nie może zaskoczyć. Znam go lepiej od samego dyrektora, w zaklęciach i pojedynkach też jestem niezły. A teraz wybacz, pójdę do swoich komnat.
- Po co? Żeby w samotności użalać się nad sobą? Ponownie opróżnić cały barek? Zastanów się nad tym, Snape.
    Wampir powiedział mu coś na ucho. Jego wargi ledwo się poruszały, więc ciężko było zrozumieć, co mówi. Mimo to po chwili odsunęli się od siebie.
- Niezły pomysł, Collins.
- Mówiłem. Mogę cię nienawidzić, ale kobiet nie należy tak traktować. Zaraz, co powiedziałeś?
- Dziękuję, podnóżku Czarnego Pana.

When I wake up,
I'm willing to take my chances on the hope I forget
that you hate him more than you notice
I wrote this for you (for you, so...)

    Carmen wzdrygnęła się, gdy dostrzegła, że Snape wstaje od stołu. Jej serce zaczęło szybciej bić. Może jednak jest nadzieja...? Prawie strąciła kielich z winem. Oddychaj!
    Szedł w jej stronę. Nie patrzył na nią, ale wyraźnie podążał w jej kierunku. Nie potrafiła nic odczytać z wyrazu jego twarzy. Zostało dziesięć metrów. Pięć. Dwa. Jeden...
    Minął ją. Nie spojrzał na nią, nic. Poszedł dalej, aż do drzwi i wyszedł z Wielkiej Sali. A to dopiero dupek! Chyba gorszy od Jacka. Ale właściwie czego się spodziewała? Że podejdzie i na oczach wszystkich z nią chociaż porozmawia? Car, robisz się głupsza niż Longbottom.
    Chwilę potem w jej kielichu wino zmieniło się w coś innego. Brązowy płyn przyjemnie błyszczał i palił w gardle, ale postanowiła niczego już sobie nie żałować. On i tak ma ją tam, gdzie światło różdżki nie dochodzi.
    Czas mijał, w końcu wybiła północ. Patrick podszedł do mikrofonu i powiedział coś o romantycznej miłości i magii Świąt, po czym zagrał jakiś wolny kawałek. Ludzie ruszyli do tańca. Widziała Hermionę, która obejmowała Pottera za szyję i wpatrywała się w niego jak w ósmy cud świata. Ron tańczył z Luną, a Ginny wydawała się dobrze bawić z Nevillem, jednak wolnego sobie odpuściła.
    Brown westchnęła. Tak było zawsze i nic nie mogła na to poradzić. Zawsze spotykały ją rozczarowania, zwłaszcza w kwestii osób, z którymi się spotykała. Taka była jej klątwa i nic nie mogła na to poradzić.
    Nie, nie będzie na to patrzeć i jeszcze bardziej pogrążać się w swoim smutku. Wstała, poprawiła sukienkę, obróciła się i już chciała iść do wyjścia, gdy na sali pojawił się pewien mężczyzna.

You need him. I could be him...
I could be an accident but I'm still trying.
That's more than I can say for him.

    Wysoki, ciemne włosy miał uczesane, a ubrał garnitur, co dla niej było ogromnym zaskoczeniem. Ugięły się pod nią nogi i musiała chwycić się oparcia, aby nie przewrócić się na podłogę. Ich oczy się spotkały i wtedy ogarnął ją ich ciemny kolor. Jej serce znowu przyspieszyło swój bieg.
    Podszedł do niej, obrzucił ją swoim spojrzeniem, w którym teraz widziała... Merlinie, widziała głód! To było czyste pożądanie i jeszcze coś, czego nie potrafiła określić.
- Severus – wyrwało jej się. Rozejrzała się uważnie sprawdzając, czy nikt tego nie słyszał. - Nie powinieneś... - Próbowała zebrać słowa, wciąż się rozglądając wokół. - Nie mogę, przepraszam.
    Ruszyła do przodu, ale zagrodził jej przejście. Spróbowała uniku w bok, ale zrobił to samo. Westchnęła ciężko, gdy Patrick wykrzyczał do mikrofonu:
- Panowie proszą panie, nie odchodzimy od tradycji! - I zaczęli grać kolejną, jeszcze wolniejszą piosenkę.
    Snape rozejrzał się gorączkowo, po czym z obojętnym wyrazem twarzy wyciągnął do niej rękę. Mimo to jego oczy niebezpiecznie błyszczały. Carmen odsunęła się, instynkt jej wyraźnie podpowiadał, aby się nie zgadzać.
- No co ty, Brown? Jesteś mi winna taniec. Sama się narzucałaś. - Kąciki jego ust wygięły się złośliwie.

Where is your boy tonight?
I hope he is a gentleman.
Maybe he won't find out what I know:
you were the last good thing about this part of town.

    Stwierdziła, że raz się żyje, a drugi raz okazja się nie powtórzy. Wydało jej się tylko dziwne, że nikt nie zwraca na nich uwagi. Jakby byli niewidzialni. Podała mu rękę przysunęła się do niego, idealnie w takt muzyki. Jej ręka znalazła się na jego ramieniu, a on objął ją w talii. Ledwo powstrzymała się przed rzuceniem się na niego. Tańczyli chwilę w milczeniu, patrząc sobie w oczy. Starała się wybadać co mu chodzi po głowie. Nie mogła go rozgryźć.
- Nie powinieneś tu być – wyrzuciła w końcu z siebie.
- Ależ nie, Brown. To jest właśnie to miejsce na Ziemi, w którym powinienem być.
    Obrócił ją i na chwilę pozwolił sobie na lekki uśmiech. Carmen prawie się przewróciła. Garnitur, uśmiech... dostał jakąś klątwą? Nawet włosy wyglądały na czyste, jedynie się świeciły.
- Odejdź.
- Nie. Podoba ci się garnitur?
    Wciągnęła powietrze i spojrzała na niego z niedowierzaniem. Stanęła na palcach i wyszeptała mu do ucha:
- Cholernie.
    Skwitował to wrednym uśmiechem, a jej serce znowu przyspieszyło swoje bicie. Oby tak dalej i zejdzie na zawał.
- Martwisz się o mnie, prawda? - zapytał.
- Tak.
- A ja martwię się o ciebie. - Przechylił ją tak, że jej włosy prawie dotknęły podłogi. Zrobiła się cała czerwona. W co on pogrywał?
- Severus!
- I bez ciebie nie wyjdę.
    Nie wytrzymała i pocałowała go. Nie protestował. Przyciągnęła go za kark do siebie. Jej usta odnalazły jego usta. Tęskniła za tym. Czuła jego dłonie na swoich plecach, przesuwał nimi po fałdach sukienki. Dosłownie wpiła się w jego wargi, za nic w świecie nie chciała go puścić. Jednocześnie nienawidziła go i uwielbiała. Ich języki wariowały, aż w końcu już nawet nie tańczyli, tylko kołysali się na boki, szczepieni razem w najstarszym tańcu świata. Muzyka nadawała im rytm, aż w końcu Carmen poczuła jego dłoń na swoim udzie. Muszą przestać, przecież są w sali pełnej ludzi, a w gruncie rzeczy ona nadal jest na niego obrażona!

Someday I'll appreciate in value,
get off my ass and call you...
{but for} the meantime I'll sport my
brand new fashion
of waking up with pants on at 4:00 in the afternoon.

    Z ogromnym trudem oderwała się od niego i wtedy... zobaczyła jego twarz, bez zwykłej obojętności. Widziała na niej czułość i przywiązanie, oczy mu płonęły, a policzki pokryły się lekkim różem.
- Brown, co cię napadło? - zapytał głośno, ale nie był to krzyk. Jego głos był jakiś inny, jakby przytłumiony.
- Mnie napadło? Mnie? A kto mnie ignorował cały dzień, zostawił i dopiero przed chwilą przyszedł, aby mnie zaciągnąć do łóżka?
- Co do tego ostatniego... Raczej było odwrotnie. - Posłał jej wredny uśmiech, ale ona się nawet nie zarumieniła. Była na niego zła.
- Po tym wszystkim... Nie mówię już o braku prezentu, ale zwykłe "wszystkiego najlepszego" by cię nie zabiło!
- Byłem na zebraniu, przecież na pewno się domyśliłaś.
- To nie ma tu nic do rzeczy.
- Ma aż za wiele.
    Odsunął się bardziej i zaczął masować sobie skronie. Po dłuższej chwili rzekł:
- To nie miało tak wyglądać.
- No co ty! - prychnęła pogardliwie. Rozejrzała się dookoła – nadal nikt nie zwracał na nich uwagi. - O co, do Roweny jasnej, chodzi z tymi ludźmi? Nie widzą nas?
- Nie, Brown. Ichitiatus mohardi, mówi ci to coś?
- Ale... To Zaklęcie Uniku potrafią rzucać tylko najlepsi czarodzieje na świecie.
- Dzięki, Brown. Twoja wiara we mnie naprawdę napawa mnie ogromnym optymizmem.
- Nie ma za co – odpowiedziała przekornie. - Cóż... przynajmniej przyszedłeś.
- Co za inteligentne podsumowanie wieczoru. A dla twojej wiadomości dostaniesz prezent. Nie ciesz się tak, bo wyglądasz jak Weasley.
- Który Weasley?
- Nieważne.
- To co z tym prezentem?
    W dwóch krokach znalazł się przy niej, przyciągnął ją za biodra do siebie i wyszeptał jej do ucha:
- W sypialni.
- Szalejesz. Przez ciebie czuję się jak Julia Roberts w "Pretty Woman". Wiesz, poza tą kwestią z prostytutką.
- Cóż za porównanie! - Znowu tańczyli. - Oglądasz takie filmy?
- Bardzo rzadko. Ten obejrzałam przez przypadek. - Spojrzał na nią zaskoczony. - Nie chcesz wiedzieć.
- W tym wypadku zgodzę się z tobą. Wyjeżdżasz gdzieś niedługo?
- Tak. Jakoś za dwa dni na Sylwestra. Rodzina chce mnie zobaczyć w Paryżu. Hermiona jedzie ze mną.
- A Potter nie?
- Jeśli bardzo będzie go chciała zabrać, to niech już pojedzie. - Pogładziła go po policzku. - I tak będę myśleć o tobie.
    Wzdrygnął się, ale pozwolił jej na to. Po chwili ujął jej twarz w dłonie i delikatnie ją pocałował, jakby była lalką z porcelany. W odpowiedzi mocno przytuliła się do niego. Tańczyli jeszcze przez godzinę, po czym udali się do lochów.


You need him. I could be him...
I could be an accident but I'm still trying.
That's more than I can say for him.

    Dochodziła trzecia w nocy, połowa uczniów już udała się do dormitoriów lub ukryła w ciemnych kątach korytarzy w wiadomym celu. Hermiona już nie mogła złapać tchu. Dała obrócić się Harry'emu ostatni raz, po czym pocałowała go i powiedziała:
- Muszę chwilę odpocząć. Też idziesz?
- Jasne. - Cmoknął ją w policzek. - Chcesz coś do picia? Umieram z pragnienia.
- Ja też. Poproszę. - Uśmiechnęła się do niego i udała do ich stolika, a Harry poszedł w przeciwnym kierunku po poncz, który się skończył.
    Zdziwiła ją nieobecność Carmen. Dopiero teraz to zauważyła. Biedaczka, pewnie około północy wróciła do wieży. Żałowała jej i współczuła. Jak można być tak nieczułym draniem? Prychnęła. Mimo to Snape zawsze budził jej szacunek. Ale tylko swoją wiedzą, nic poza tym. Zerknęła do tyłu – Harry'ego ani śladu, za to dostrzegła Neville'a z McGonagall. Starsza czarownica zarumieniła się, ale bardzo chętnie tańczyła z uczniami. W końcu w czasie balu mieli się integrować.
    Zniecierpliwiona wstała i poszła go szukać. Nie mógł pójść daleko. Pewnie spotkał jakiegoś kolegę i teraz rozmawiają o quidditchu. Hermiona na samą myśl o tym przewróciła oczami. Gdy to robiła, kątem oka coś zauważyła. Nie, na pewno jej się przywidziało. Jeszcze raz spojrzała w tamtą stronę, a jej serce zamarło. Do oczu napłynęły łzy, w głębi duszy zgromadziły się poważne pokłady nienawiści.

1-2-3-4!
Where is your boy tonight?
I hope he is a gentleman.
Maybe he won't find out what I know:
you were the last good thing about this part of town.

(won't find out) he won't find out
(won't find out) he won't find out

Where is your boy tonight?
I hope he is a gentleman.
Maybe he won't find out what I know:
you were the last good thing about this part of town.

    Tuż przy wyjściu z Wielkiej Sali stała drewniana ławka. Na niej siedział Harry z Ginny. Wyglądali na bardzo zajętych sobą, co przyprawiło Hermionę o mdłości. Nie mogła w to uwierzyć. Jej chłopak i najlepsza przyjaciółka! Zupełnie jak z taniego romansu z mugolskiego kiosku. A jednak to była niezaprzeczalna prawda. A co z Draco? Może w ten sposób Ginny chciała tylko uśpić jej czujność?
    Podeszła bliżej, a oni odkleili się od siebie. Rudowłosa wpatrywała się tępo w przestrzeń. Harry poczerwieniał na twarzy, wstał i zaczął coś mówić, mocno gestykulując. Nie słyszała. Była głucha na wszystkie dźwięki. Po policzkach płynęły jej łzy, nogi drżały, serce boleśnie kłuło. Dała radę jedynie zamachnąć się i spoliczkować Harry'ego. Nawet się nie zatrzymał. Próbował do niej podejść, ale nie pozwoliła mu.
    Wybiegła z Wielkiej Sali, słysząc jedynie muzykę ze sceny...

Where is your boy tonight?
I hope he is a gentleman. (he won't find out)
Maybe he won't find out what I know:
you were the last good thing about this part of town.


__________________________________
Fall Out Boy – Grand Theft Autumn / Where Is Your Boy

11.7.14

50. Bal - część I

    Zaczęło się dość niefortunnie.
    Czarny Pan wezwał przed swoje oblicze najbardziej zaufanych Śmierciożerców. Snape drżał, ale bardziej ze złości niż z lęku. Ten idiotyczny bal się właśnie zaczynał, Brown na pewno go teraz szuka, a tego idiotę wzięło teraz na zebrania! Do tego ten wampir stoi obok niego, jakby nigdy nic! Czy on przypadkiem nie ma jakiegoś zadania...? A właśnie...
- Cisza! - Jak zwykle, gdy przemawiał Riddle, w sali wszyscy umilkli. A nie było ich dużo. - Doskonale. Jesteście moimi najwierniejszymi sługami. Jednak to nie wy, a Barnabas stoi teraz obok mnie. - Wskazał go palcem, a ten się ukłonił, odsłaniając zęby w półuśmiechu. Dzisiaj nikt nie miał maski. - Dlaczego? "Rzeź Kuby Rozpruwacza"! Nawet ja nie spodziewałem się takich tytułów i poruszenia w świecie czarodziejów i – tu się skrzywił – mugoli. Ci głupcy myślą, że to jakaś choroba! Ale nie po to was zwołałem. Wiecie bardzo dobrze, że zbieram siły do ataku na Hogwart. Nie może się to odbyć jeszcze teraz, ale wczorajszy incydent był ważnym testem. Pan Collins spisał się powyżej moich oczekiwań. A Czarny Pan wynagradza zasłużonym. Tak, tak, potrafię być bardzo hojny. Prawda, Draco? - Blondyn spojrzał na swojego mistrza z szacunkiem i skinął głową. Gdy zauważył to stojący obok Singer, cicho się zaśmiał. - Dokładnie. Co do ataku – każdy z was zgromadzonych będzie dowodził swoim własnym oddziałem. Wampiry poprowadzi najpotężniejszy z nich – Collins. To właśnie on jest naszą główną siłą. Nie, nie ilość – jakość. Zrozumiałem wreszcie swoje błędy z przeszłości i już ich nie powtórzę. Nie liczcie na to. - Uniósł lekko do góry kąciki ust. - Oficjalnie mianuję Barnabasa Collinsa również waszym przywódcą. Od dzisiaj to on wami zarządza, oczywiście wcześniej konsultując wszystko ze mną. Mimo to, gdy przyłapie kogoś na akcie nieposłuszeństwa, może go ukarać. Każdego.
    Wzrok Collinsa padł na Snape'a, który poczuł do niego jeszcze większe obrzydzenie niż zwykle. Do tego Czarny Pan kazał mu jeszcze chwilę zostać, a wampir mógł sobie lecieć na przyjęcie. Salazarze, cudownie po prostu!

She says she's no good with words but I'm worse
Barely stuttered out
"A joke of a romantic" or stuck to my tongue
Weighed down with words too over-dramatic
Tonight it's "it can't get much worse"
Vs. "no one should ever feel like..."


Stary, myślisz, że jej się spodoba?
- Niby czemu nie? Zwykle to ja się spóźniam, za to ty dzisiaj się ruszasz z temperamentem gumochłona.
    Harry po raz sto pierwszy tego wieczoru stanął przed lustrem i poprawił muszkę.
- Sam nie wiem... To bardzo ważny wieczór dla Hermiony... dla nas. Po prostu nie chcę niczego zepsuć.
- Gorzej niż w czwartej klasie nie będzie. - Ron poklepał go po ramieniu i otworzył drzwi, wskazując je przyjacielowi. Harry westchnął, poprawił włosy, które tego wieczoru trochę podniósł do góry za pomocą magii, ostatni raz wygładził czarną szatę wyjściową i z wyraźnym wahaniem wyszedł z dormitorium.
    W Pokoju Wspólnym nie było prawie nikogo, w końcu zdecydowana większość wyjechała na Święta i mieli przybyć kominkami od razu do Wielkiej Sali. Zobaczyli Neville'a siedzącego na twardym krześle i nerwowo tupiącego nogą.
- Co się dzieje, Neville? - Mimo wszystko Ron nie mógł powstrzymać uśmiechu na jego widok. - Nie masz się czego bać, nie idziemy na lekcję eliksirów.
- Bardzo śmieszne. Po prostu... Nie, to głupie.
- Zacząłeś, to dokończ – powiedział Harry. Przynajmniej na chwilę mógł pomyśleć o kimś innym.
- Wiecie... - Longbottom nabrał powietrza. - Dostałem niedawno kolejną Przypominajkę i dzisiaj zabarwiła się na czerwono.
- I? - zapytali jednocześnie.
- I boję się, że zapomniałem jak się tańczy.
    Przyjaciele wybuchnęli śmiechem, na co Neville spuścił głowę i zrobił się purpurowy na twarzy. Gdy Harry to dostrzegł, powiedział:
- Spokojnie, już przestajemy. - Ron wciąż chichotał jak dziewczynka, więc szturchnął go łokciem w żebra. Zadziałało. - Słuchaj, takich rzeczy się nie zapomina. Pamiętam jak w czwartej klasie zabrakło ci nocy do tańczenia. Na pewno znowu tak będzie, jeśli nie lepiej.
- Ale ja...
    Neville nie dokończył, bo z dormitorium dziewczyn właśnie wyszły trzy osoby. Właśnie w takich chwilach mówi się, że jest jak w filmie, ale... Tak nie było. Dla Harry'ego było znacznie lepiej.

I'm two quarters and a heart down
And I don't want to forget how your voice sounds
These words are all I have so I'll write them
So you need them just to get by

    Hermiona miała włosy związane w luźnym koku w taki sposób, że ich część opadała jej na szyję, ale tylko do ramion. Ubrała suknię za kolano, koloru wchodzącego słońca. Harry'emu od razu skojarzyło się to z momentem w pociągu, gdy chciał jej coś powiedzieć, ale Carmen im przeszkodziła. Nawet jej teraz nie zauważył, tylko wciąż wgapiał się w swoją dziewczynę i nie mógł uwierzyć, że jest jego. Tylko jego. Przetarł oczy, a z jego ust wyrwało się krótkie:
- Ja pierdolę.
    Chyba nikt inny tego nie słyszał, za to Hermiona zachichotała i pocałowała go krótko w usta na przywitanie. Gdy się odsunęła, zmierzył ją wzrokiem.
- Wyglądasz na wygłodniałą.
- Chciałeś powiedzieć "wytworną"? - Dziewczyna uniosła brew.
- Właśnie. - Skinął głową i zrobił się czerwony na twarzy.
- Ty wyglądasz na wygłodniałego – powiedziała z przekąsem, mrugając do niego.
- Bo jestem – potwierdził i podał jej ramię, którego się chwyciła.
    Tymczasem Ron ledwo poznał Ginny, która była blada i miała delikatny makijaż, ale nadal prezentowała się świetnie w zielonej sukni do ziemi, która mocno opinała ją w talii. Jej rude włosy lekko falowały, gdy szła. Neville szybko podszedł do niej i zaoferował jej ramię, a ona się lekko uśmiechnęła i poszła za Harrym i Hermioną. Może przynajmniej nie będzie sama tego wieczoru. Draco chciałby, aby się dobrze bawiła.
    Jako ostatnia wyszła Carmen. Wszystkim zebranym opadły szczęki, dziewczynom również. Jej współlokatorka uśmiechnęła się chytrze. Brown odgarnęła swoje krótkie włosy z czoła i uśmiechnęła się pewnie. W głębi duszy (tak, posiadała takową) wiedziała, że na Snapie to i tak nie zrobi wrażenia, zresztą nie będą mogli nawet ze sobą zatańczyć. W takim razie po co się w ogóle przebrała? Sama nie miała pojęcia.
    Oczy podkreśliła ciemną kredką, teraz ich brązowy kolor jeszcze bardziej się wyróżniał. Założyła czerwoną sukienkę, która może i wyglądała wyzywająco, ale przecież to była jedyna taka noc. Sięgała przed kolana, opinała ją na biodrach, lecz czuła się w niej dobrze. Zresztą dzisiaj wszystko mogło już być tylko lepsze.
    Z niesmakiem spojrzała na chłopaków, którzy mimo posiadania partnerki, gapili się na nią. Prychnęła i wtedy zauważyła, że Ron podaje jej rękę. Ostentacyjnie złapała go za nią, ale również cicho dodała:
- Na nic więcej nie licz, bo cię przeklnę bardziej niż sklątkę tylnowybuchową na lekcji u Hagrida.
    Rudowłosy przełknął ślinę i trochę się odsunął. I tak szedł do Luny, która miała na niego czekać przed wejściem.
    Po drodze te trzy pary mijały innych, którzy już przybyli i wcześniej postanowili jeszcze odwiedzić przyjaciół z zamku. Niektórzy już poczuli... zew imprezy, bo całowali się w kątach korytarzy.
    Przed wejściem do Wielkiej Sali Ron podziękował Carmen i poszedł szukać Luny, Neville zaczął rozmawiać z Deanem, Ginny oparła się o filar zamyślona, a tłum coraz bardziej się powiększał. Tylko Harry i Hermiona trzymali się za ręce i uśmiechali. Ten wieczór będzie należał do nich.

Dance, Dance
We're falling apart to half time
Dance, Dance
And these are the lives you'd love to lead
Dance, this is the way they'd love
If they knew how misery loved me

    Wrota Wielkiej Sali otworzyły się z charakterystycznym dźwiękiem. Wszyscy zgromadzeni zamilkli w osłupieniu, a przecież jeszcze nie weszli do środka. Nagle uczniowie otrząsnęli się z pierwszego szoku i zaczęli zajmować miejsca. Powstało małe zamieszanie, ale nikt się tym nie przejmował. Hermiona zerknęła w górę i zauważyła tam dziwne obłoki, gdy się rozejrzała, dostrzegła kolumny w greckim stylu i już wiedziała, jaku nauczyciele urządzili ten bal. Wszystko – od okrągłych stolików z muszelkami na białych obrusach po scenę z ciemnego kamienia i marmuru – było wzorowane na Olimpie. Przyjrzenie się bliżej szczegółom przekonało ją o tym. Delikatne greckie ornamenty na ścianach, podłoga wyłożona mozaiką, ale w taki sposób, aby można było swobodnie tańczyć, winogrona i wino w złotych kielichach. Ci jednak, którzy już wypili swoją porcję, ze zdziwieniem stwierdzali, że więcej nalać się nie da. Harry uśmiechnął się na ten widok i usiadł obok Hermiony. Przy ich stoliku siedziała jeszcze Carmen oraz Parvati i jakiś Krukon. Objął swoją dziewczynę ramieniem i dalej obserwował salę.
    Kiedy wszystkie miejsca były już zajęte, a gwar wypełniający pomieszczenie trochę przycichł, do Wielkiej Sali wkroczył Dumbledore w całym swoim majestacie. Jego bladoniebieska szata falowała, gdy szedł, oczy czujnie sprawdzały każdy najdrobniejszy szczegół wystroju. Jednak, gdy stanął na podwyższeniu, na jego usta wypłynął radosny uśmiech. Już otwierał usta, ale nie zdążył nic powiedzieć. Fala oklasków całkowicie zbiła go z tropu, nie spodziewał się czegoś tak miłego. Oczy lekko mu się zaszkliły, ale w końcu uciszył wszystkim gestem dłoni i rozpoczął mowę:
- Na początku bardzo dziękuję wam za to nieoczekiwane powitanie. Dla takiego starca jak ja – tu mrugnął - to naprawdę coś wspaniałego i wartego wspomnienia w takim przemówieniu. Ale nie smućmy się, gdyż dzisiaj nadeszła noc radości! - Uniósł ręce w górę, jakby chciał objąć całą salę. - Bawcie się dobrze, muzyką umili nam czas zespół Spadliśmy Z Miotły wraz ze specjalnym wykonawcą, ale o tym później się przekonacie. Na razie chciałbym wznieść toast za wspaniałe pierwsze półrocze i za was, drodzy uczniowie.
    Po chwili w jego dłoni pojawił się puchar, inni również ujęli swoje naczynia, nawet te puste, na znak szacunku. Po toaście dyrektor jeszcze na chwilę zabrał głos:
- Informuję was też, że od tej pory już nie opuszczę terenu szkoły, więc w każdej ważnej sprawie możecie się zgłaszać do mnie. Do tego jesteście tu bezpieczniejsi niż gdziekolwiek indziej, więc niech wasi rodzice się nie niepokoją. Wesołych Świąt i udanej zabawy!
    Klasnął w dłonie i zniknął. Za to na scenie pojawiła się magiczna perkusja, gitary, mikrofon i keyboard. Przez chwilę na sali zrobiło się ciemno, zadudniła głośna muzyka przypominająca burzę, aż nastała światłość, a z kłębów dymu wyłonili się muzycy. Było ich pięciu, mężczyźni i jedna kobieta z pałeczkami. Od razu zajęli swoje miejsca, a wysoki blondyn z postawionymi włosami podszedł do mikrofonu. Wściekle pomarańczową gitarę miał przewieszoną przez ramię.
- Dobrze się bawicie? - zapytał ludzi, którzy wciąż siedzieli. - Oczywiście, że nie, bo jeszcze nie zaczęliśmy grać! Prawda, Johnny? - Minutowa solówka na gitarze była świetną odpowiedzią mężczyzny w dziurawym kapeluszu, a uczniom już spodobał się zespół. - Jestem Patrick. Przez chwilę pogramy spokojniej, a wy się najedzcie. Potem Prefekt Naczelna otworzy bal swoim pierwszym tańcem.
    Z głośników poleciała dość łagodna muzyka, na stołach pojawiło się mnóstwo jedzenia i ponczu, a Hermiona czuła, jak coś nieprzyjemnie ją uciska w żołądku. Była jak sparaliżowana.
- Oddychaj, słyszysz? To nic wielkiego – próbował ją pocieszyć Harry.
- NIC WIELKIEGO?! - powtórzyła oburzona z wyraźną złością. - Harry, zbłaźnię się przed wszystkimi!
- Wiesz... Z kimś musisz zatańczyć, więc chętnie zbłaźnię się z tobą – powiedział spokojnie. Jego lekki uśmiech i zielone oczy dodały jej otuchy. - Zresztą... Już to kiedyś robiłem. Gorzej nie będzie.
    Hermiona powoli się uspokajała i nawet zjadła trochę pyszności. Za to Carmen siedziała sztywno i wpatrywała się w stół, gdzie siedzieli nauczyciele. Dumbledore, McGonagall, Sprout, Collins, Trelawney. Sinistra, Hagrid, Flitwick, Hooch, Burbage. Snape'a nie było. Dlaczego? Postanowił to wszystko zostawić, ot tak? Prezent, a raczej jego brak by mu wybaczyła, ale jak mógł w ogóle się nie pojawić? A może to jej prezent dla niego go wystraszył? O Merlinie, dlaczego nie zdecydowała się na coś bardziej tradycyjnego, normalnego? Wszystko się zepsuło. Było już tak dobrze, a teraz... Teraz sama stwierdziła, że jest w nim beznadziejnie zakochana. A on w niej nie. Czy mogło być większe cierpienie? A jednak nie żałowała ani jednej chwili spędzonej z nim. Kłopot w tym, że chciała więcej. Tego wieczoru nie tknęła nawet kęsa.
    Tymczasem coraz większa ilość ludzi skończyła już jeść i mimo oparcia w Harrym, Hermionie wciąż drżały nogi. Jej stres osiągnął apogeum, gdy jej chłopak nagle wstał i bez słowa podszedł do muzyków na scenie. Przez chwilę rozmawiał z wokalistą i coś mu tłumaczył. Ten na koniec uśmiechnął się, z dłoni zrobił pistolet i wymierzył w niego. Uśmiechnął się, dając znać, że wszystko będzie w porządku. Harry wrócił do stolika jakby nigdy nic, a Hermiona patrzyła na niego z niedowierzaniem.
- Co ty znowu knujesz? - zapytała.
- Ja? Nic. Skąd ci to przyszło do głowy? - odparł spokojnie i wypił trochę ponczu.
    Dziewczyna przewróciła oczami, ale nic więcej nie powiedziała.
    W końcu muzyka ucichła i wzrok wszystkich spoczął na scenie.
- Tak, panie i panowie, nadszedł czas na Prefekt Naczelną. Dodam, że kompletnie się tego nie spodziewała i teraz się rumieni. Skarbie, wszystko będzie w porządku – rzucił i mrugnął w jej stronę. - W każdym razie Hermiona Granger jest dla kogoś z was tu zgromadzonych bardzo ważna, bo zadedykował jej piosenkę. Na co czekacie? Ruchy, na parkiet! Świetnie. Zaczynamy? Okej, lecimy!
    Harry wstał, podał dłoń Hermionie, która była cała czerwona na twarzy i drżała, ale gdy tylko go dotknęła, uspokoiła się. Z ukrytych głośników popłynęła muzyka, najpierw spokojna, a potem coraz żywsza. W pewnym momencie potknęła się z wrażenia, bo zrozumiała, co to za piosenka.
- Nie zrobiłeś tego! - zawołała do chłopaka, próbując przekrzyczeć muzykę.
- Niby czego i czemu? - zapytał z wielkim uśmiechem na ustach.
    Dotarli już na środek parkietu, zatrzymali się, Harry objął Hermionę w talii, a ona położyła dłoń na jego ramieniu. Zaczęli tańczyć, gdy Patrick zaczął śpiewać zaskakująco podobnie:

My life will never be the same
'Cause girl, you came and changed
The way I walk
The way I talk


I cannot explain the things I feel for you
But girl, you know it's true
Stay with me, fulfill my dreams
And I'll be all you'll need

    Ludzie zaczęli klaskać, a Hermionie zaszkliły się oczy. Zrobili obrót, potem kolejny. Z każdym krokiem taniec wydawał się łatwiejszy, wychodził im zupełnie naturalnie, jakby właśnie po to zostali stworzeni – aby właśnie teraz trwać w tej jednej chwili.
    Przy kolejnej zwrotce ludzie zaczęli wstawać i do nich dołączać. Dumbledore ponownie tańczył z profesor Sprout, a Trelawney udało się zaciągnąć na parkiet Barnabasa. Mimo to grzecznie się uśmiechał, lecz gdy wróżka ciągnęła go za rękę, rzucił błagalne spojrzenie w stronę Hermiony. Lekko się uśmiechnęła, ale nie zbił jej z tropu. To już była przeszłość i liczył się tylko Harry. Tylko Harry.
    W trakcie jej ulubionego momentu ją pocałował. Nie musnął krótko ustami – pocałował tak naprawdę, z pasją. Myślała, że zmieni się w sowę i odleci. Bo niemożliwością było, aby jeden człowiek mógł czuć się tak szczęśliwy.

Girl, I know that this is love,
I feel the magic all in the air...
And girl, I'll never get enough
That's why I always have to have you here, hoo!

    Niektórzy się na nich gapili, ale to nie było ważne. Liczyli się oni, tu teraz. Reszta mogła zniknąć. Sam Voldemort nie byłby teraz w stanie ich rozdzielić. Mieli siebie.

You always fold just before you're found out
Drink up its last call
Last resort
But only the first mistake and I...

I'm two quarters and a heart down
And I don't want to forget how your voice sounds
These words are all I have so I'll write them
So you need them just to get by

    Carmen jako jedna z nielicznych osób siedziała przy stoliku. Poncz lał się strumieniami, ludzie tłoczyli się na parkiecie, zespół grał świetnie nawet jak na jej gust. A mimo to ona się nie bawiła.
Średnio co pięć minut znalazł się jakiś chłopak, który prosił ją do tańca, lecz uciekał tuż po tym, jak posyłała mu swoje mordercze spojrzenie. Świetnie, gorzej być nie mogło!
    Dlaczego akurat teraz, gdy zorientowała się, że coś do niego czuje? Gdy się przywiązała? On robi takie coś? Tak, to było bardzo w stylu Snape'a, ale myślała też, że przecież ma swój honor!
    Albo stało się coś niedobrego i leży teraz z odciętą głową i w przyciasnym zielonym golfie w rowie przy jakiejś mugolskiej drodze, albo jej nie chce. Zważywszy na talent do pojedynkowania się Severusa, obstawiała numer dwa.
    Westchnęła i nalała sobie wina. Udało jej się przełamać zaklęcie i teraz jej kielich się ciągle napełniał. Przełykała czerwony płyn, gdy nagle zamarła. Cała sala zamarła. Ci wszyscy stłoczeni na parkiecie idioci przystanęli i zbierali szczęki z podłogi. Zaraz, co oni tam mówią na scenie...?
- ...zaprosić do nas jednego z najlepszych muzyków swojego pokolenia. W każdym razie jedynego jeszcze żyjącego. Panie i panowie... - Blondyn zawiesił głos, ale skupił wzrok na stole nauczycielskim. - Przed wami Barnabas Collins!
    Car opluła się winem, całe szczęście na sukience w tym samym kolorze nie było nic widać. Zresztą nie miała dla kogo ładnie wyglądać. Wszystko na nic.
    Mimo to z zaciekawieniem patrzyła jak blady jak ściana wampir wskakuje prężnym krokiem na scenę. Dzisiaj jego włosy były w artystycznym nieładzie, założył jak zwykle białą koszulę, ale nie miał kamizelki. Rozpiął ją jedynie pod szyją, na jej gust trochę za mocno. Do tego miał czarną, dopasowaną marynarkę, w której podwinął rękawy, ale mankiety koszuli i tak wystawały i zasłaniały nadgarstki, i dziwnie wyglądające spodnie. Gdy dziewczyna wytężyła bardziej wzrok, zauważyła, to były to zwykłe dżinsy z wielkimi dziurami na kolanach. Cóż, jak widać profesorek bardziej elegancko ubiera się na co dzień, niż na specjalne okazje. Ironia losu. Zaraz... co on miał na nogach?! Te buty wyglądały jak prawdziwy koszmar szewca! Ubłocone, wyraźnie znoszone, kiedyś czarne...
    Carmen przewróciła oczami, ale dalej obserwowała
    Tymczasem wampir podbiegł do mikrofonu, uśmiechnął się czarująco, obrzucił wzrokiem zachwycone dziewczęta na parkiecie i zszokowanych chłopców, po czym odezwał się:
- Dzięki, Pat, za powitanie. Zaszczytem dla mnie jest granie z wami. Mam nadzieję, że jeszcze pamiętam jak to się robi... Piosenka nazywa się "Dance, Dance", czyli w sam raz na dzisiejszą noc.
    Dobiegły go oklaski, a on przewiesił sobie niebieską gitarę Fendera przez ramię i zagrał pierwszy akord. Potem poszło już szybko – Patrick mu ustąpił i teraz to on śpiewał, pobudzając całą salę do tańca. Nie mogło być lepiej.

Why don't you show me the little bit of spine
You've been saving for his mattress, love


Dance, Dance
We're falling apart to half time
Dance, Dance
And these are the lives you'd love to lead
Dance, this is the way they'd love
If they knew how misery loved me

    Widziała Harry'ego i Hermionę skaczących w rytm muzyki, Ginny, Neville'a i wiele innych znanych sobie twarzy. Bliźniacy Weasley postanowili wspiąć się na scenę i skoczyć z niej. Nie wiadomo jakim cudem, ale im się udało – tłum poniósł ich na rękach, a oni użyli swojego nowego wynalazku – Pomniejszonych Fikających Fajerwerków. Były w stu procentach bezpieczne, a efekt niesamowity. Promienie uformowały się na koniec w godła czterech domów, a potem połączyły w jedno – herb Hogwartu, po czy, rozprysły się na malutkie iskierki.
    Barnabas chciał już schodzić ze sceny, ale publiczność ubłagała go o bis. A potem jeszcze pięć kolejnych. Carmen spokojnie piła wino.
    Prawie je ponownie wypluła, gdy zobaczyła ubraną na ciemno postać, którą tak dobrze znała. Snape zakradł się do stołu nauczycielskiego i tłumaczył coś Dumbledore'owi. Stary czarodziej jedynie się uśmiechnął i... mrugnął do niej?
    Coś czuła, że ta sukienka jednak nie będzie sucha.

Why don't you show me the little bit of spine
You've been saving for his mattress (mattress, mattress)
I only want sympathy in the form of you crawling into bed with me

Dance, Dance
We're falling apart to half time
Dance, Dance
And these are the lives you'd love to lead




______________________________________________
Obecnie zakochałam się w zespole Fall Out Boy, więc jest tu parę nawiązań, w tym piosenki. Wytłuszczony druk – "Dance, Dance". Zachęcam do tłumaczenia w razie czego. Warto też słuchać w czasie czytania.
Harry Potter - Book And Scroll