Harry Potter - Book And Scroll

7.11.15

66. Jeden dzień z życia Barnabasa C.

“Got a big plan, this mindset maybe its right
At the right place and right time, maybe tonight
And the whisper or handshake sending a sign
Wanna make out and kiss hard, wait nevermind

Late night, in passing, mention it flipped her
best friend, it's no thing, maybe it slipped
but the slip turns to terror and the crush to like
when she walked in he froze up, leave it to fright”



            Otworzył oczy i jak zwykle zobaczył tylko nieprzeniknioną czerń. Każdy inny na jego miejscu by się przeraził, lecz nie on. Dla niego to była codzienność.
            Na skinienie dłoni ciężkie wieko otwarło się, a ze starej trumny wyłonił się on – trochę rozczochrany i zaspany wampir. Ziewnął przeciągle, rozprostował kości i uśmiechnął się na myśl o czekającym go dniu. Dużo pracy, ale nie aż tak nieprzyjemnej.
            Wyszedł ze swojego legowiska i starannie domknął drzwiczki – w końcu ostatnim, czego chciał, to zakurzona poduszka. Po drodze do łazienki minął zwłoki swojej wczorajszej kolacji. Nawet nie spojrzał na tę drobną blondynkę, obecnie pozbawioną słodkiej krwi. Nie musiał się nią przejmować – pani Evers jak zwykle wszystkim się zajmie. Jednym z atutów mieszkania w jego starej rezydencji była służba, która umiała dobrze posprzątać i jednocześnie zachować dyskrecję.

Either way he wanted her and this was bad
He wanted to do things to her it was making him crazy
Now a little crush turned into a like
And now he wants to grab her by the hair and tell her

            Gdy już założył swoją ulubioną koszulę i kamizelkę, a pod szyją zawiązał jedwabną apaszkę, zajrzał do kuchni. Czuł, jak paliło go pragnienie – całe szczęście w lodówce uchowała się jeszcze jedna szklana butelka z ciemnoczerwonym płynem (i bynajmniej nie był to sos pomidorowy). Już po chwili Barnabas ocierał usta z resztek krwi. Od razu lepiej. Teraz czas działać.
            Jego pierwszym krokiem było teleportowanie się do Francji. Aby nie zwracać na siebie szczególnej uwagi, pojawił się dwa kilometry od miejsca przeznaczenia. Zamarł na moment, aby wciągnąć do płuc mroźne powietrze. Teraz musi się skupić.
            Za najbliższym rogiem przybrał postać nietoperza. Wzbił się dość wysoko i obserwował pod sobą Paryż, który tętnił życiem. Kochał to miasto i wielka szkoda, że nie mógł w nim zostać dłużej. Przypomniał mu się ostatni raz, kiedy tu był. Wraz z tym wspomnieniem, w jego umyśle wypłynął obraz Hermiony. Odrobinę żal mu było, że przemienił ją i zostawił, ale z drugiej strony to było jego zadanie. Liczyła się przede wszystkim służba Czarnemu Panu, reszta była drugorzędna. Szkoda, bo polubił tę dziewczynę, miała potencjał. Jeśli w ogóle przeżyła przemianę, to musi teraz strasznie cierpieć.
            Wylądował w wąskiej uliczce, blisko centrum. Z powrotem przyjął swoją dostojną postać i jak gdyby nigdy nic, dołączył do tłumu na głównej ulicy. W trzy minuty doszedł do pubu „Le Chien”. Otworzył drzwi, przeszedł przez salę i bezceremonialnie przeszedł na zaplecze. Zdziwiony właściciel zdołał tylko wykrztusić:
- Monsieur, tu nie wolno! Nie jest pan pracownikiem Mini…
            Nie zdążył dokończyć, ponieważ Avada Kedavra zamknęła mu usta.
            Tymczasem wampir, nie tracąc czasu, skręcił w lewo i natknął się na ogromny kocioł. Wszedł do środka i mimo swoich sporych rozmiarów, gdy przykucnął w ogóle z niego nie wystawał. Po chwili jakby z wnętrza ziemi dobiegł go cichy, kobiecy głos:
- Jazda do dołu. Francuski oddział Ministerstwa Magii życzy miłego dnia. Proszę się nie trzymać.
            Gdy tylko rozbrzmiało ostatnie słowo, Barnabas poczuł jak dno kociołka zanika, a on sam spada w dół. Był na to przygotowany, jednak i tak jazda nie była zbyt przyjemna. Gdy po pełnej minucie wyleciał z szybu w suficie i wylądował na stosie materacy, był nieźle poobijany.
            Mając się na baczności, wytężył wszystkie zmysły. Zerwał się na nogi, jednak nikogo innego w pomieszczeniu nie wyczuł. Pokój miał może szesnaście metrów kwadratowych. Wyjął różdżkę i przeszedł przez żółte drzwi w rogu.
            Trafił na sporych rozmiarów korytarz. Mijali go czarodzieje pędzący w różnych kierunkach i nikt specjalnie nie zwracał na niego uwagi. Cóż, widać tu mieli znacznie luźniejsze podejście do bezpieczeństwa niż w Anglii. Ach, ci Francuzi – ich strata. Przechodził przez labirynt schodów, przedsionków, pokoi i innych dziwnych rozmiarów pomieszczeń, aż w końcu natrafił na żelazne kraty i wartownika blokującego dalszą drogę.
- Nazwisko, monsieur? – zapytał czarodziej.
- Dracula. Może by też Collins, nie jestem wybredny – powiedział z szerokim uśmiechem. Patrzył jak twarz strażnika tężeje ze strachu. Mężczyzna wydawał się zupełnie sparaliżowany, gdy Barnabas ukazał mu swoje błyszczące kły. Chwilę później wgryzł się w jego szyję, a po siedmiu sekundach odrzucił od siebie pozbawione krwi zwłoki. Machnięcie różdżki wystarczyło, aby otworzyć wejście do podziemi.
            Jego kroki odbijały się echem od wyłożonej kamieniem klatki schodowej. Właściwie zdziwił się, że nie przypomina to katakumb, czyli jego ulubionego miejsca w Paryżu. Po drodze zabił jeszcze ośmiu strażników. Gdy dotarł do cel, więźniowie zaczęli wyciągać ręce w jego stronę i błagać o uwolnienie. Odsunął się od nich ze wstrętem i szukał dalej. W końcu jakoś w połowie korytarza, gdzie mieścili się najgorsi przestępcy, znalazł tę osobę, której szukał.
- Wybacz, przyjacielu, że tak długo, ale Francuzi mają naprawdę przepyszną krew – powiedział wampir i błysnął kłami.
            Tymczasem postać leżąca do tej pory bezmyślnie na wąskiej pryczy, zerwała się na nogi i przybliżyła do krat. W tych oczach dało się dostrzec cień obłędu.
- Barnie, jak miło! Myślałem już, że się nie doczekam.
            Innych więźniów dobiegł odgłos giętej stali i rzucanych zaklęć. Doszło do tego też wycie alarmu.
- Nie mamy dużo czasu, Jacku. Jak tylko stąd wyjdziemy, musimy się teleportować – mówił Collins. – Dasz radę to zrobić czy za bardzo cię osłabili?
- Nie wierzę, że rzeczywiście to mówisz. Kogo jak kogo, ale mnie nie da się tak szybko złamać. Masz dla mnie różdżkę? – zapytał Singer. Jego rozmówca pokręcił głową.
- Przykro mi, ale musisz zaczekać, aż dotrzemy do Kwatery Głównej. Rossier jakimś cudem ją zdobył i czeka na ciebie. A teraz już nie traćmy czasu.
            Barnabas złapał Jacka za ramię i wyciągnął z celi. Zauważył, że drogę powrotną miał odciętą, ale odmówił sobie przyjemności zabicia kolejnych ofiar. Nie w sytuacji, gdy jest za kogoś odpowiedzialny. Singer w tym czasie zdążył posłać kilku więźniom pogardliwe spojrzenie. Wampir zauważył, że chłopak dorobił się paru blizn na twarzy i dłoniach. Później zapyta, co się stało.
            Pognali w głąb korytarza, nawet nie oglądając się za siebie. Po kilku zakrętach napotkali schody prowadzące jeszcze bardziej w dół, tym razem niestrzeżone. Szybko pokonali kilkanaście stopni, z konieczności zabili aurorkę, która stała na samym dole i pchnęli ciężkie drzwi z klamką tylko z jednej strony. Znaleźli się w ciemnych tunelach, a ryczący dotąd w ich uszach alarm ucichł.
- Gdzie jesteśmy? Wiesz, jak stąd wyjść? – Jack rozglądał się na wszystkie strony, chociaż za wiele nie widział.
- Nie muszę. Ważne, że jesteśmy już poza terenem Ministerstwa, czyli możemy bez przeszkód się teleportować. Przygotuj się – nakazał Barnabas. Chwycił Jacka za ramię, w myślach jednak postanowił, że kiedyś zwiedzi dokładniej to miejsce.
            Jedno mocne szarpnięcie później byli już w Anglii.

***
“Then he walked up and told her,
Thinking maybe it'd passed
And they talked and looked away a lot, doing the dance
Her hand brushed up against his, she left it there
Told him how she felt and then they locked in a stare”

            Chmury wisiały ciężko na niebie, a powietrze przesycał aromat deszczu. Dwóch Śmierciożerców pozbawionych swoich wyjściowych szat pojawiło się znikąd przed ich stałym miejscem spotkań. Po wejściu do środka zostali od razu skierowani przed oblicze Toma Riddle’a. Ten pochwalił ich za udaną akcję i ponowne zasianie strachu w sercach ludzi. Jacka odesłał do swoich kwater, aby doprowadził się do porządku, natomiast z Barnabasem wolał porozmawiać na osobności.
- Coś nie tak, mój panie? – zapytał Collins, chociaż bardzo w to wątpił. Szkolenie całej armii szło perfekcyjnie, on też się spisał, więc nie miał najmniejszych powodów do obaw.
- Doskonale wiesz, że nie, Barnabasie – odparł chłodno Voldemort. – Nie wiem jednak, czy pamiętasz, o czym rozmawialiśmy pod koniec zeszłego roku. – Collins uniósł w zdziwieniu brwi. – Tak też myślałem. Masz sporo na głowie, więc mogłeś zapomnieć, jednakże… Coś mi obiecałeś i dzisiaj najwyższa pora, aby zaczął dotrzymywać danego słowa. Idź do laboratorium, doktor Hoffman się tobą doskonale zaopiekuje – rzucił zdawkowo Czarny Pan, gestem dłoni popędzając wampira.
            Powoli zaczynało do niego docierać. No tak, jak mógł zapomnieć… Trochę się zdenerwował, jednak obraz lekarki, który stanął mu przed oczami, łagodził jego nastawienie. Zmęczenie dawało już o sobie znać, lecz postanowił je zignorować dla dobra sprawy. Wszedł do pomieszczenia pachnącego środkami chemicznymi i zastygł w bezruchu.

"I want to hold you close
Skin pressed against me tight
Lie still, and close your eyes girl
So lovely, it feels so right”



            Wyglądała dokładnie tak, jak zapamiętał. Rude włosy sięgające ramion i okulary w cieniutkiej oprawce zsunięte na sam czubek nosa. Właśnie robiła coś przy jednym ze stołów, więc go nie zauważyła. Przez chwilę wpatrywał się w nią, po czym lekko odchrząknął. Kobieta podskoczyła z nerwów i upuściła jedną ze szklanych fiolek. Trzęsły jej się ręce.
- Przepraszam, nie wiedziałem, że tak się pani przestraszy, Julio – powiedział aksamitnym głosem i powoli do niej podszedł.
- N-nic nie szkodzi. I mówiłam już, że wystarczy mi mówić po imieniu – posłała mu lekki uśmiech, zażenowana. Po zapadnięciu dość krępującej ciszy, wampir zapytał:
- To dzisiaj robimy już tę transfuzję czy tylko mnie przygotujesz psychicznie, Julio? – Szczególnie zaakcentował jej imię, ona jednak nie dała zbić mu się drugi raz z tropu i podwinęła rękawy kwiecistej koszuli.
- Usiądź, proszę, tutaj. Musisz odsłonić przedramiona, więc najlepiej będzie jak zdejmiesz kamizelkę i te wszystkie ozdobniki. – Tu zrobiła nieokreślony ruch ręką w jego stronę. – Nic cię nie będzie bolało, w końcu i tak niewiele czujesz. Deficyt krwi wyrówna się w ciągu doby, chociaż myślę, że u ciebie nastąpi to wcześniej. – Gdy tylko to usłyszał, uśmiechnął się, ukazując swoje błyszczące kły. – Czeka nas sporo takich sesji, więc myślę, że porządnie się wynudzisz.
- Niby dlaczegóż to? – obruszył się.
- Ponieważ nie jestem zbyt interesująca – powiedziała spokojnie. – Poza tym z każdym rokiem jestem dwa razy brzydsza i bardziej pijana.
- Jeśli to prawda, to musiałaś być, pani, najpiękniejszą istotą, jaka kiedykolwiek żyła.
            Słyszał, jak jej serce zaczęło szybciej bić, a krew intensywniej krążyła jej w żyłach. Po chwili wahania odezwała się znowu:
- Barnabasie, czy znany jest ci termin „tajemnicy lekarskiej”? – Spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Nie. Może mnie, pani, łaskawie oświecisz?
- W porządku – powiedziała, zdejmując okulary. Coraz uważniej ją obserwował, bo nie miał absolutnie pojęcia, jakie były jej zamiary. Ona tymczasem zaczęła schylać się coraz niżej i niżej. Wychylił się, aby sprawdzić, co robi. Majstrowała przy jego lewym bucie. – Miałeś rozwiązane sznurowadło – wyjaśniła. – Co do oświecenia… - Wstała, więc teraz dzieliło ich może pięć centymetrów. – Wszystko w swoim czasie.
            Odsunęła się i sięgnęła po przezroczyste rurki oraz igły. Zaczęła wkłuwać się w żyły, które były ciężkie do znalezienia. Ilekroć przy tym dotykała jego bladej skóry, unosił głowę i spoglądał w jej piękne, brązowe oczy. Coś niesamowitego było w tej kobiecie, coś, z czym już się kiedyś spotkał… I gdy tylko naszła go ta myśl, wszystko dookoła pociemniało, a z jego umysłu wyłoniło się jedno z licznych wspomnień.
            Stał pośrodku małego pomieszczenia na poddaszu. Miał zakrwawioną koszulę i kamizelkę, w dłoni trzymał brzytwę. Przez drzwi weszła kobieta w staromodnej sukni i spojrzała na niego z przerażeniem.
- Panie T.! Nie zrobił pan tego! – Cisza wystarczyła jej za odpowiedź. – Jesteś obłąkany! Zabijasz niewinnego człowieka?
- Rozpoznał mnie. Zaszantażował. Chciał połowy zysków – wyrwało się z jego ust.
- No cóż… To już inna sytuacja. Już myślałam, że straciłeś fason. – Podeszła do skrzyni w rogu pomieszczenia i otworzyła ją. W środku znajdowały się świeże zwłoki. – Dużo krwi. Biedak. A co tam… - Kobieta przeszukała kieszenie denata i znalazła sakiewkę z kilkoma monetami. – Lepsze to, niż nic. – Schowała pieniądze i zamknęła wieko. – Więc… co zrobimy z chłopcem?
            Oczy mężczyzny zapłonęły żądzą krwi.
- Dawaj go – wyrzucił z siebie, sugestywnie unosząc brzytwę.
- Nie musimy się nim przejmować…
- Dawaj go! – wrzasnął.
- Panie T., może na dziś już starczy? – zapytała z troską, kładąc dłoń na jego ramieniu. Trochę się uspokoił. – Myślałam, że mógłby przydać się w sklepie. Nogi już nie te same, co kiedyś.
- W porządku.
- Oczywiście najpierw musimy ukryć dżin. Chłopak pije jak marynarz.
            Odwrócił się w jej stronę i wyszeptał:
- Wszyscy zasługujemy na śmierć. Nawet ty, pani Lovett, nawet ja…
            Obraz się rozmył, a on odkrył, że cały czas siedzi w laboratorium, z tym, że przez przezroczyste rurki podłączone do jego ciała, sączy się teraz krew. Zadrżał na myśl, że znajdzie się ona kiedyś w Czarnym Panu. W pewnym sensie było to… niesmaczne.
- Wróciłeś już? Odpłynąłeś na jakieś dziesięć minut – oznajmiła doktor Hoffman. Dopiero teraz pojął, że jest prawie taka sama jak kobieta z wizji. – W zasadzie nie spotkałam się jeszcze z czymś takim u wampirów i…
- Czy my się już wcześniej nie spotkaliśmy? – Zadał to pytanie, uważnie się jej przypatrując. Niestety, na jej twarzy malowało się szczere zdumienie.
- Jestem pewna, że nie. Zapamiętałabym taką osobę, jak ty, nawet mimo mojego upodobania do whiskey – rzuciła pół żartem.
            Przez kolejne trzydzieści minut nikt się nie odzywał. W końcu kobieta pozwoliła wampirowi opuścić swój gabinet. Posłusznie wstał, lecz zamiast udać się do drzwi, podszedł do niej na taką odległość, jaka ich dzieliła przed rozpoczęciem transfuzji. Był pewny, że była na tyle blisko niego, aby policzyć jego rzęsy.
- Mogę cię teraz przerażać, ale wierz mi, nie jestem taki, jaki się wydaję… - powiedział i wyszedł z pomieszczenia. Julia chciała coś jeszcze dodać, lecz już nie zdążyła. Zabrakło jej słów.
            W głowie Barnabasa toczyła się teraz tak ogromna bitwa, że chcąc, nie chcąc porwał przypadkową dziewczynę z ulicy i zabrał ją do swojej rezydencji na kolację. A raczej to ona była kolacją. Krew nie była rewelacyjna, lecz jakoś musiał zaleczyć ranę, która zaczęła tworzyć się w jego zimnym, niebijącym sercu.
“I want to hold you close
Soft breath, beating heart
As I whisper in your ear
I want to fucking tear you apart”
- She Wants Revenge, “Tear You Apart”
Harry Potter - Book And Scroll