Harry Potter - Book And Scroll

15.8.15

64. Dobre wyjście

"Nie ma już żadnych ograniczeń, jeśli w ogóle kiedykolwiek istniały. (...) Jestem niespójną istotą ludzką, jestem niedokończonym szkicem, jestem aberracją. Nie muszę wam tego mówić. To wyznanie nic nie znaczy..."
- Bret Easton Ellis, "American Psycho"

     Przez niezręczną ciszę powietrze było gęste i ciężkie. Siedzieli w dwóch skórzanych fotelach, naprzeciw siebie, a na stoliku obok stygła herbata. Pokój przybrał wygląd gabinetu psychologa – ściany zapełniały regały z nieużywanymi książkami.
     W końcu zbierające się napięcie ich przytłoczyło i wybuchnęli śmiechem – donośnym, serdecznym. Dawno się razem nie śmiali.
- To absurdalne – powiedział Harry. - Mamy tak wiele sobie do wyjaśnienia, a siedzimy i udajemy, jakby nic się nie stało. - Hermiona otworzyła usta, aby coś powiedzieć, lecz uciszył ją gestem dłoni. - Stało się bardzo dużo i jeszcze raz chcę ci powiedzieć, że nie miałem wpływu na tę sytuację z... z Ginny. Mimo to przepraszam, domyślam się, jak źle musiałaś się czuć i...
- Harry, to ja cię powinnam przeprosić. Zareagowałam zbyt emocjonalnie, nie myślałam logicznie. - Przesunęła się na skraj siedzenia. - To było głupie, że od razu poszłam do tego... nieważne. Powinnam cię wysłuchać.
- Co on ci zrobił? - zapytał powoli, uważnie patrząc jej w oczy. - Czy wy...?
- Nie, ale... bardzo mnie skrzywdził. Nie rozmawiajmy o nim, dobrze?
     W tej chwili naprawdę nie chciała tłumaczyć Harry'emu, że Barnabas przemienił ją w wampira. Właściwie to nie miała zamiaru jemu ani nikomu innemu o tym powiedzieć. To było zbyt żenujące, zawstydzające, nieprawdopodobne i trudne.
- Jak sobie życzysz. Ale wystarczy jedno słowo, jeden sygnał i wbiję mu kołek prosto w to zimne serce, jasne? - Mimo tych słów, na ustach Harry'ego błąkał się uśmiech. - Cieszę się, że znowu jesteś sobą – dodał.
- Tak, troszkę się pogubiłam... Patrząc teraz na to wszystko, postąpiłabym zupełnie inaczej.
- A ja nie. - Ściszył głos. - Mówiłem wtedy szczerze. Naprawdę cię kocham i tak już będzie zawsze.
     Hermionie ścisnęło się serce. Jak miała mu powiedzieć, że to nieodpowiedni czas, żeby znowu spróbować? Szalała wojna, on, Wybraniec, miał misję i od tego tak wiele zależało... Nie, żeby nic do niego nie czuła, ale...
     Chwyciła go za dłoń.
- Harry, to się nie uda... - Zobaczyła, jak marszczy czoło. - Jesteś naprawdę wspaniałym chłopakiem, opiekuńczym... Ale to się wszystko dzieje za szybko.
- Czyli mnie nie kochasz? - zapytał spokojnie.
- Właśnie chodzi o to, że... - przełknęła nerwowo ślinę – ...nadal wiele dla mnie znaczysz.
- Więc w czym problem? Mogłoby być tak jak dawniej, możemy zapomnieć o wszystkim, co się działo od Balu. Może...
- Nie. Świetnie wychodzi nam bycie przyjaciółmi, myślę, że to najlepsze wyjście. - Spojrzał na nią z bólem w oczach. - Szaleje wojna, Voldemort rośnie w siłę, to naprawdę nie jest odpowiedni moment...
- A kiedy będzie? - przerwał jej. - Kiedy zginę? Kiedy ty albo ktoś z naszych przyjaciół umrze? Czy gdy wygramy, a świat będzie wymagał, aby go na nowo poukładać? Będzie jak chcesz, ale pamiętaj, że, jeśli się dobrze zastanowimy, to dobrego momentu nigdy nie będzie.
- Po prostu potrzebuję trochę czasu – wyszeptała. - Muszę ochłonąć, poukładać sobie wszystko w głowie...
     Spojrzenie Harry'ego złagodniało. Pogładził ją lekko po policzku.
- Chcę jedynie, żebyś była szczęśliwa. Jeśli to da ci szczęście, to tak będzie najlepiej. - Pocałował ją lekko w czoło, a ona go przytuliła. - Przyjaźń?
- Przyjaźń – odparła i usiadła z powrotem na swoje miejsce. Jej twarz rozjaśnił szczery uśmiech.
- Co do Ginny... Rozmawiałem z nią o tym i jest naprawdę źle. - Hermiona uniosła brew. - Malfoy jej kazał to zrobić. Dał jej zaklęcie, wszystko przygotował. Mówi, że go kocha.
     Przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. W końcu w pewnym sensie sama do tego doprowadziła, więc... to jej wina?
- Hmmm, właściwie to... - zaczęła nerwowo wyłamywać sobie palce. - To pomogłam im się zacząć spotykać – wydusiła z siebie i wstrzymała oddech, czekając na jego reakcję.
- Co zrobiłaś?!
- To, co słyszałeś. Słuchaj, ona od wakacji była w nim beznadziejnie zakochana. Każdy by to zrobił na moim miejscu.
- Przecież to MALFOY! Wróg, zła strona! - Okulary zsunęły mu się na sam czubek nosa, ale tego nie zauważył.
- Ale póki byli w szkole, był też Dumbledore, a z nim...
- ...nic nam nie grozi. Tak, wiem – westchnął i trochę się rozluźnił. - Co nie zmienia faktu, że on przeciąga ją na swoją stronę. I nie chodzi już do Hogwartu.
- Cóż, tego plan początkowy nie ujmował...
- Domyślam się. - Podparł ręką głowę i po chwili coś sobie przypomniał. - Muszę ci jeszcze coś powiedzieć. Miałem wizję.
     Opisał wszystko, co widział, łącznie z Bellatrix. Rozmawiali o tym, co to może oznaczać dla świata czarodziejów. W końcu od zawsze Voldemort uważał miłość za słabość – skąd teraz taka zmiana? Ani się obejrzeli, a była dwudziesta.
- Chyba pora się zbierać – powiedział Harry i wstał z miękkiego fotela.
- Masz rację, już wieczór, a jutro znowu zajęcia. - Hermiona szybko się poderwała i stanęła blisko niego. Bardzo blisko.
- Czy tak się zachowują przyjaciele? - zapytał ją z błyskiem w zielonych oczach.
- Tak – odparła z uśmiechem i znowu go przytuliła. - Cieszę się, że jest znowu jak dawniej. Tęskniłam za tym.
- Ja też – przytaknął i odsunął się od niej. Powoli ruszyli w stronę drzwi. - Zresztą ferie bez ciebie to nie to samo. Zamek wydawał się taki pusty. Jak Paryż?
- Fenomenalnie! - powiedziała i już miała zacząć opisywać mu dom Carmen, gdy potknęła się o fałdkę dywanu i poleciała twarzą do przodu, prosto na drzwi. Harry szybko zareagował i złapał ją w powietrzu. - Dziękuję.
- Nie ma sprawy – rzucił i uśmiechnął się.
     Podtrzymywał ją w pasie i był bardzo blisko. Hermiona głowę opierała o jego klatkę piersiową, ale teraz lekko ją uniosła, aby spojrzeć mu w oczy. W te zielone oczy, które tak kochała. Stali tak stanowczo za długo i teraz nie wydawało się stosowne odsuwać się z zażenowaniem. Powoli ich twarze zbliżały się do siebie.
     Gdy ich usta zetknęły się po raz pierwszy, wyczuli magię w powietrzu. Jakby jakaś siła ciągnęła ich ku sobie, a teraz cieszyła się z zakończonej powodzeniem misji. Cieszyli się delikatnym naciskiem swoich warg, tym ciepłem, którego od dawna nie czuli. Serca zabiły im jednym, silnym rytmem i pragnęli więcej. Ich usta zaczęły się poruszać, najpierw wolno, leniwie, aby nacieszyć się każdym momentem. Dłonie Hermiony otoczyły szyję Harry'ego, który przyciągnął ją do siebie jeszcze bliżej. Lewą rękę wplótł w jej włosy.
     Ku jego zdziwieniu, to ona zaczęła go całować bardziej natarczywie. Lekko ugryzła go w dolną wargę, cicho warknął. Hermionę ogarnęło niesamowite gorąco, którego nie czuła, gdy była z Barnabasem. To było coś nowego, wyjątkowego. Wysunęła swój język na spotkanie, a on odpowiedział jej tym samym. Teraz poruszali się coraz szybciej, potrzebowali tego. Hermiona przycisnęła go do ściany i zaczęła wędrować po policzku, aby przygryźć mu płatek ucha i pocałować małżowinę uszną. Harry włożył swoje niecierpliwe dłonie pod jej koszulkę i dotykał zimną skórą brzucha. Zadrżała, chwycił jej twarz, przysunął do siebie i znowu pocałował, jednocześnie obracając ich tak, że teraz to jej plecy opierały się o metalowe drzwi. Jęknęła i przyciągnęła go jeszcze bliżej, co było jeśli nie niemożliwe, to na pewno nieprawdopodobne.
     Zapamiętale ssał jej górną wargę, gdy zachwiali się. Otworzyły się drzwi, a oni wypadli z Pokoju Życzeń prosto na korytarz. Oszołomieni, odsunęli się od siebie i obejrzeli dookoła. Nikogo w zasięgu wzroku.
     Gdy znowu popatrzyli na siebie, wybuchnęli śmiechem. Ocierając opuchnięte od pocałunków usta, jednocześnie powiedzieli:
- Tak, przyjaźń to dobre wyjście. Zostańmy przy tym.


***

     Mała, niebieska piłeczka odbijała się rytmicznie od ściany. Jack półleżąc na twardej pryczy powtarzał tę czynność od trzydziestu siedmiu minut, co doprowadzało więźniów z innych cel do szału. Nikt jednak nie śmiał na głos wyrazić sprzeciwu, bo jego mamrotanie przez sen mroziło im krew w żyłach.
     Oczywiście teraz nie spał. Właśnie strażnik z Ministerstwa Magii przyszedł na cogodzinny obchód, aby sprawdzić, czy on czegoś nie kombinuje. Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Był na to za sprytny. Do tego czekał na pomoc z zewnątrz... Ale to jeszcze nie ta pora.
     Strażnik zajrzał przez grube pręty do środka. Ubrany w standardowy uniform, sprawiał dość przyjazne wrażenie. Do czasu. Jego miłą twarz wykrzywił grymas wściekłości, gdy splunął w stronę chłopaka. Kropelki śliny zatrzymały się na jego potarganych włosach.
- Zdechniesz za to, co zrobiłeś – wycedził i już chciał iść dalej, gdy Jack odezwał się do niego.
- Wszyscy umrzemy. Ale to nie przeszkadza dobrej zabawie. - Mężczyzna momentalnie się obrócił w jego stronę.
- Zabawie? - krzyknął. - Przez ciebie zginęło mnóstwo ludzi! Powaliłeś Wieżę Eiffle'a! Zabiłeś mojego brata!
- To wszystko ku większemu celowi. Zapytaj Czarnego Pana.
- Pluję na twojego pana! Jak ty w ogóle możesz nazywać siebie człowiekiem?
- Posiadam wszystkie cechy człowieka: ciało, krew, skórę, włosy, ale żadnej wyraźnej emocji – powiedział spokojnie Jack. - Z wyjątkiem chciwości i obrzydzenia. Coś okropnego dzieje się we mnie, a ja nie wiem dlaczego. Czuję chęć zabijania, jestem na granicy szaleństwa. Czuję jak zsuwa się moja maska człowieczeństwa. Póki w moim życiu była Carmen, wszystko ulegało poprawie, ale teraz... Liczy się tylko zemsta i to – wskazał na Mroczny Znak na swoim przedramieniu.
- Jesteś nienormalny – prychnął strażnik i jak najszybciej poszedł w głąb ciemnego korytarza, aby sprawdzić inne cele.
- Doskonale to wiem – powiedział do siebie Singer i wrócił do rzucania piłeczką.
     Odgłos odbijania się kauczuku od ściany wypełnił podziemia Ministerstwa.


***

     Rozległ się głośny huk, gdy otwierane drzwi walnęły o ścianę. Zaciśnięta pięść uderzyła o blat biurka.
- Jak śmiałeś trzymać tu Collinsa? W końcu pokazał kły, mówiłem, że do tego dojdzie! I nie mów mi, że dostrzegłeś w nim ukryte dobro, bo to podstępna i okrutna kreatura, której nie wolno ufać!
     Dumbledore nawet nie mrugnął. Po prostu siedział na swoim starym fotelu, a splecione dłonie trzymał na kolanach. Oddychał spokojnie i uważnie patrzył w ciemne oczy Snape'a. Ten z kolei był wytrącony z równowagi, ciężko oddychał.
- Severusie, może najpierw usiądziesz? Wydajesz się lekko niespokojny.
- Lekko? - Mistrz Eliksirów rzucił dyrektorowi spojrzenie, pod którym drżeli wszyscy uczniowie, nawet ci z siódmego roku. - W zasadzie czasu już nie cofniemy. - Odgarnął swoją pelerynę i usiadł na inkrustowanym krześle.
- Co masz mi do powiedzenia na temat pana Collinsa, Severusie? - Mężczyzna sięgnął do szuflady i wziął do ust jednego cukierka. - Dropsa? - Nie doczekał się odpowiedzi.
- Powinieneś go natychmiast zwolnić. Ugryzł uczennicę.
     Oczy Dumbledore'a błysnęły gniewem, lecz twarz pozostała spokojna.
- Pan Collins już tu nie pracuje.
- Słucham? - Snape myślał, że się przesłyszał.
- Dzisiaj z samego rana złożył wymówienie. Podobno sprawy rodzinne.
- Doskonale wiesz, że on nie ma żadnej rodziny – powiedział z przekąsem Severus. - Zrobił tak, bo Czarny Pan mu kazał.
- Niewykluczone. Co z tą dziewczyną? Właściwie kto to?
- Granger, dyrektorze. Mówiłem już wcześniej, że on nie ma wobec niej dobrych zamiarów, ale nie spodziewałem się czegoś takiego...
- Rozumiem, że udzieliłeś jej niezbędnej pomocy?
- Nie potrzebowała jej – odparł, a Albusowi ze zdziwienia zsunęły się okulary. - Dobrze słyszysz. Brown wzięła sprawy w swoje ręce. - Starał się wymówić nazwisko Carmen jakby to była zwykła uczennica, ale zauważył u Dumbledore'a cień uśmiechu. On wiedział?
- Co masz na myśli?
- Collins przemienił Granger w wampira. Dziewczynie udało się odczynić klątwę.
- Dzięki Merlinowi – powiedział starzec, przymykając na chwilę oczy.
- Zaraz, to ty... wiedziałeś?
- Co? - zapytał poważnie Albus, lecz w kącikach jego ust igrał uśmiech.
- Od początku wszystko zaplanowałeś... Wiedziałeś o tym i manipulowałeś nami wszystkimi.
- Manipulacja to zbyt mocne słowo. Po prostu dopilnowałem, aby każdy wypełnił swoją rolę.
- Tak, to przykładowa definicja manipulacji. - Snape wyglądał na coraz bardziej zirytowanego. - Ona mogła zginąć! Ma odegrać w końcowym starciu tak poważną rolę, ale ty wolałeś zaryzykować! Gdyby to była inna dziewczyna...
- ...wtedy ten plan w ogóle by się nie powiódł. To musiała być Hermiona, Severusie. To jej upokorzenia pragnął Voldemort, nie kogoś innego.
- Czarny Pan!
     Dyrektor milczał.
     Snape miał dość tej dyskusji, więc skinął jedynie głową i wyszedł z gabinetu. Zamek wypełniała już cisza, wszyscy tłoczyli się w Pokojach Wspólnych, aby na ostatnią chwilę odrobić prace domowe.
     Gdy dotarł do swoich komnat, od razu położył się na łóżku i przymknął oczy. Niemiłosierny ból głowy powracał.

8.8.15

63. Powroty

Ucałuję cię i obejmę, mała,
Obietnice spełnię
W północ przysięgane.”
- Wilson Pickett

     Zmęczony Snape wszedł do wypełnionego ciszą zamku. Całą noc użerał się z tym idiotą Singerem, był wykończony. Energicznym krokiem skierował się do swoich komnat, aby wykorzystać ostatnie chwile spokoju zanim wrócą uczniowie z ferii. Gdy tylko otworzył drzwi, od razu wyczuł zagrożenie. Ktoś tu był.
     Zanim jednak jego bystre oczy dostrzegły bałagan i dwie postacie, poczuł znajome dłonie oplatające jego szyję. Tak się ucieszył, że Carmen jest bezpieczna, że od razu odwzajemnił pocałunek. Jednak coś mu tu nie grało... Często czekała na niego w pracowni, jednak teraz kątem oka dojrzał, że nie wszystko jest na swoim miejscu. Powoli odsunął ją od siebie, spojrzał jej w oczy, a ona nic nie rozumiała z jego dziwnego zachowania. Dopiero po chwili do niej dotarło.
- Granger, co ty robisz na mojej podłodze? - Snape próbował groźnie warknąć, jednak sytuacja wydała mu się tak komiczna, że nic z tego nie wyszło.
     Hermiona podniosła się na łokciach i czekała, aż komnata przestanie wirować.
- Czy ona jest trzeźwa? - zapytał Mistrz Eliksirów, podchodząc do dziewczyny.
- Tak. To bardziej skomplikowana historia, ale już wszystko w porządku – odparła Carmen, dopiero teraz zdając sobie sprawę z bałaganu, jakiego narobiły.
     W kociołku bulgotały resztki eliksiru, który teraz zaczął wydzielać bardzo nieprzyjemny dla nosa zapach. Wokół walały się puste lub do połowy opróżnione fiolki, na desce zostało kilka w połowie pociętych składników. Podłoga upstrzona była w ciemne wzory utworzone przez wymiociny. Gorzej było chyba tylko wtedy, gdy Ron o mały włos nie wysadził sali.
Evanesco! - wymruczała Carmen, przez co zapanował względny porządek.
- To ja już pójdę... - Hermiona ledwo mogła mówić. Gdy spróbowała stanąć, nogi jej się trzęsły.
- Uważaj! - warknął Snape i pomógł jej złapać równowagę. - Mamy sporo do pogadania – powiedział i rzucił wściekłe spojrzenie Carmen.
- Na mnie nie patrz, ja nic złego nie zrobiłam – broniła się, patrząc jak Hermiona powoli człapie w stronę drzwi. W końcu jej misja zakończyła się sukcesem i opuściła salę.
- Chodź.
     Mistrz Eliksirów złapał dziewczynę za rękę i poprowadził do swoich komnat. Usiedli naprzeciw siebie w fotelach.
- Opowiesz mi teraz łaskawie, co tu się działo?
- Profesor od obrony przed czarną magią. To się stało.
- Collins? - Severus przez chwilę trawił tę informację. - Przecież miał być...
- ...z Hermioną, tak. Tylko chyba za bardzo go poniosło. Nie rób takich oczu, wiem, że jest Śmierciożercą.
- W takim razie będzie mi łatwiej to wytłumaczyć.
- Słucham.
- Dostał misję od Czarnego Pana. Dowodzi całym zastępem wampirów. Więcej nie mogę powiedzieć, to cholerstwo mi nie pozwala. - Wskazał swoje lewe przedramię.
- Stoi wyżej od ciebie? - Skinął głową. - Niedobrze. Zmienił Hermionę w wampira.
- Co zrobił?! - wrzasnął Snape. Jednocześnie prawie spadł z fotela.
- To, co słyszałeś.
- Ale jak... Widziałem ją i wyglądała całkiem normalnie... - Wydawał się bardzo zmieszany.
- Odmieniłam ją.
- To niemożliwe – powiedział pewnie.
- Mów, co chcesz. Widziałeś efekt.
- W takim razie... jak?
     Gdy Carmen opowiadała mu całą historię, jego szczęka opadała coraz bardziej w kierunku podłogi. Nie mógł uwierzyć, że coś takiego jest możliwe... Ten eliksir mógłby odmienić oblicze współczesnej magii! Może ona jednak nadaje się na Mistrzynię...?
- Dobra robota. Ale nie popadaj w samouwielbienie, to mógł być tylko pojedynczy przypadek. Gdyby tylko udało się tak zmienić recepturę, żeby eliksir działał również na wampiry, które piły ludzką krew... To byłby przełom. Wygralibyśmy z Czarnym Panem, bo bez armii Collinsa jest nikim.
- Nie wiem czy to możliwe... Od lat ten przepis jest w naszej rodzinie, wielu próbowało, ale nic z tego nie wyszło...
- Wątpisz we mnie? - Snape uniósł brew.
- Jasne, że nie! - Uśmiechnęła się i usiadła mu na kolanach. - Jeśli ty tego nie dokonasz, to nikt inny również nie da rady.
     Mruknął z aprobatą i delikatnie ją pocałował. Wplotła dłonie w jego włosy.

***

     Na dworze szalał wiatr, ciemne chmury przesłoniły niebo, a śnieg zamienił się w szarą papkę. Wracający z ferii uczniowie nie byli w rewelacyjnych nastrojach, bo już następnego dnia miała zacząć się szkoła. Rozmawiali ze sobą o prezentach, jakie dostali i o czasie spędzonym z rodziną, jednak aura smutku w Nowy Rok wisiała nad całą Europą.
     Z torby trzeciorocznej Puchonki wypadł egzemplarz Proroka Codziennego. Nikt nie zauważył, że śnieg zamoczył kartki specjalnego wydania. Na każdej stronie opisano atak w innym mieście. Było ich czterdzieści pięć.
     Zniszczono Wieżę Eiffle'a, zburzono Koloseum, hektolitry krwi spłynęły ulicami Barcelony... Tylko w Londynie było spokojnie, co zainteresowało nawet mugolskie media. Oczy całego świata zwróciły się ku temu angielskiemu miastu i zadawano sobie jedno pytanie – co tak bardzo wyróżnia to miejsce, że nie doszło w nim do żadnego aktu terroryzmu?
     Podobne rozmyślania prowadziła także Ginny Weasley. Gdy szła korytarzem w stronę Pokoju Wspólnego, aby w spokoju wrócić do swojego dormitorium, nie mogła przestać rozważać, czy Draco wiedział o tych atakach i co miał z nimi wspólnego. Według szacunków zginął prawie milion ludzi. Niby niewiele, gdy spojrzy się na ogólną populację, ale jednak... To dwa miliony par oczu, milion bijących serc.
     Nawet nie zauważyła, że czyjaś silna ręka złapała ją za rękaw kurtki i pociągnęła za sobą w mrok korytarza. Usłyszała dziwne szuranie, ale w końcu zdała sobie sprawę, że to młody Malfoy ciągnie ją za sobą. Po przejściu dwudziestu metrów puścił ją i mocno przytulił.
- Na pewno możemy tu rozmawiać? - zapytała z obawą Ginny.
- Sprawdziłem to miejsce. Spokojnie.
     Znajdowali się w małej sali, nie była to nawet klasa. Dziewczyna kojarzyła to miejsce, ale nie miała pojęcia skąd. Nie było tu żadnych mebli.
- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo za tobą tęskniłem. Każda chwila bez ciebie to tortura. - Draco wciąż trzymał ją w objęciach i patrzył głęboko w oczy.
- Wiem doskonale, bo mam tak samo. - W głosie Ginny oprócz smutku, dało się teraz wyczuć iskierkę radości i zdziwienia. Chłopak pogładził ją lekko po policzku.
- Muszę ci o czymś powiedzieć. Czarny Pan się niecierpliwi.
- To znaczy? - zapytała.
- To znaczy, że albo mu powiem w końcu kim jesteś i stoisz po naszej stronie, albo... mnie zabije.
     Dziewczynę ogarnęło przerażające zimno. Poczuła, że cała drży, a jej oczy robią się szklane. Naprawdę? Aż tak bardzo miękka się zrobiła, że na wspomnienie o zagrożeniu, traci panowanie nad sobą? To nie była prawdziwa Ginny. Prawdziwa Ginny walczy o swoje, jest pewna, zdecydowana i umie podejmować decyzje.
     W tej jednej chwili, która nie mogła trwać dłużej niż dwie sekundy, na młodą Weasley w końcu spłynęło zrozumienie. To jest ten moment, w którym musi podjąć decyzję, od której nie będzie już odwrotu. Życie jej rodziny, przyjaciół, chłopaka i niej samej zależało od tych kilku słów. Poczuła chłodny spokój ogarniający jej umysł i serce. Puls wrócił do normalnego biegu. Przed oczami miała teraz te wszystkie chwile, w których coś jej nie wyszło, kiedy była po prostu słaba. Ostatnimi czasy nazbierało się ich znacznie więcej, a ona nie zamierzała tego kontynuować. Nie w taki sposób. Frustracja i jej wewnętrzne cierpienie w końcu wzięły górę.
- Powiedz mu, że... - urwała, aby dobrać odpowiednie słowa. - Że nazywam się Ginny Weasley i przekonał mnie, że trzeba coś zrobić z tym światem. Jestem po twojej stronie, Draco.
- Po naszej – powiedział i mocno ją przytulił. Po jakimś czasie dotknął jej czoła swoim. - Wiedziałem, że jesteś wyjątkowa i mogę na ciebie liczysz. Na tobie, jedynej na świecie, nigdy się nie zawiodę. I zawsze będę cię kochał.
- Spróbowałbyś nie! - rzuciła żartobliwie i oboje się uśmiechnęli.
     Zrobiła coś, za czym od dawna tęskniła. Pocałowała go mocno, a on nie pozostał dłużny. Lekko pchnęła go w kierunku ściany, a on znowu się uśmiechnął, tym razem szelmowsko i przez chwilę się z nią drażnił, odsuwając lekko usta, gdy akurat ona chciała je wziąć w posiadanie. To tylko bardziej ją zachęciło.
     Palce ich dłoni były splecione, a oni od dawna tak dobrze się nie czuli.

***

     Harry miał mętlik w głowie. Przez resztę nocy nie mógł zasnąć i czuł się winny, że zepsuł Weasleyom zabawę. A mimo to, jak można się domyślić, najbardziej niepokoiła go tajemnicza wizja. Czy Voldemort wiedział, że Harry go zobaczył? Gdy spoglądał na specjalne wydanie Proroka, nabierał coraz większego przekonania, że Riddle'a to już nie obchodzi. Zajął się teraz zniszczeniem.
Trzeba przyznać, że udało mu się zasiać panikę. Gdy Harry przemierzał drogę do Pokoju Wspólnego Gryffindoru, wszędzie dookoła słyszał ukradkowe szepty. Ludzie bali się głośno opowiadać o zdarzenia poprzedniej nocy i nawet obecność Dumbledore'a w zamku nie uspokajała wszystkich. Przynajmniej, z tego, co na razie wiadomo, żaden z uczniów nie ucierpiał.
     Dalej nie był pewny tego, co powinien zrobić i co właściwie czuje. Nadal kochał Hermionę, ale doszedł do wniosku, że zachowywała się ostatnio co najmniej dziwnie. Hermiona, którą pokochał, wysłuchałaby go spokojnie i na pewno nie rzucała się od razu na Collinsa. Coś mocno ścisnęło go w żołądku na samą myśl o tym aroganckim wampirze. Może przez ferie coś się zmieniło? Tęsknił za nią, za jej dotykiem i zwykłą rozmową. Oczy w kolorze starego złota stale go fascynowały i nie potrafił sobie poradzić z brakiem ich widoku. A deszcz za oknem przypominał mu o każdym wspólnym tańcu.
     Wśród tłumu ludzi dostrzegł Lunę siedzącą na zimnym parapecie korytarza. Wyglądała jakoś inaczej... I nie chodziło tu o ubranie, bo jak zwykle wyróżniała się z tłumu. Podszedł do niej, aby się przywitać i zapytać, jak jej minął czas wolny.
- Och, Harry, nadzwyczajnie. Tatuś pokazywał mi swoje najnowsze znaleziska i razem pisaliśmy artykuły do „Żonglera”.
- To świetnie.
- A ty jak sobie radziłeś, Harry? - Luna spojrzała na niego trochę bardziej skupionym wzrokiem niż normalnie.
- Jak zwykle, wiesz... Nora, Ron... Można powiedzieć, że tradycyjnie.
- Jesteś smutny, Harry.
- Słucham?
- Gdy nikt nie patrzy. Ale ja widzę, że jesteś smutny od czasu tego balu.
- Cóż... o tym to już chyba wszyscy słyszeli, więc jeśli pozwolisz to...
     Nie żeby nie lubił Luny, ale czuł się niezręcznie, gdy mówiła o nim i Hermionie. Jakby prześwietlała go na wylot i wiedziała coś, czego nawet on sam nie wie.
Zrobisz jak chcesz, ale powinieneś wiedzieć, że teraz już wszystko będzie dobrze. Naprawdę.
     Nagle Harry wpadł na pomysł jak przerwać tę dziwną rozmowę.
- A co z tobą i Ronem? Strasznie smutny był po tym balu. Pogodziliście się?
- Nie do końca... - Policzki Luny zrobiły się czerwone. - Nie rozmawiałam z nim od tamtego czasu. Myślę, że to nie ma sensu.
- Co? Przecież miał cię przeprosić, rozmawiałem z nim!
- I to zrobił, ale po prostu... Nie mogłam mu znowu wybaczyć. To by się powtarzało. Ron jest swobodnym duchem, nie lubi się przywiązywać. Wiem, że mnie kocha, ja jego też, ale... Doskonale wiesz, Harry, że nie mamy ze sobą wiele wspólnego. Na dłuższą metę to nie wystarczy. Za to ty i Hermiona to co innego, idealnie się uzupełniacie. Naprawdę uważam, że...
- Przepraszam cię, Luna, ale muszę już iść. Umówiłem się i... - Pomachał jej ręką, a ona uśmiechnęła się, jakby zrobił coś głupiego.
- Doskonale wiem, że to nieprawda, ale do zobaczenia!
     Miał lekkie poczucie winy, że się tak wykręca, ale nie miał obecnie ochoty słuchać o... o jego byłej dziewczynie. Nie teraz. Musi się wziąć w garść, ruszyć naprzód. Zrozumieć, że pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć i to zaakceptować. W końcu świat nie jest instytucją do spełniania życzeń.
     Z tą myślą wszedł do Pokoju Wspólnego. Tu również widać było przerażenie na twarzach niektórych uczniów, zwłaszcza z młodszych roczników, ale przywitały go też ciepłe słowa znajomych i Ron, który z cierpiętniczą miną zabierał się do odrobienia stosu zaległej pracy domowej, ale w końcu stwierdził, że właściwie to mogą razem zagrać w partyjkę szachów.
     Ledwo figury ustawiły się na szachownicy, a wejście pod obrazem się otworzyło i weszła przez nie skołowana Hermiona. Harry przełknął nerwowo ślinę. Co ten wampir jej zrobił? Wyglądała jak siedem nieszczęść, jeśli nie dziesięć!
     Ubrana była jeszcze w mugolskie ubrania: poszarpaną bluzkę, zakurzone dżinsy i coś, co mogło być kiedyś sweterkiem, ale czasy świetności miało już dawno za sobą. Burza włosów wyglądała na bardziej poplątaną niż zwykle, a oczy miała wyraźnie podkrążone, jakby całą noc nie spała. Słaniała się na nogach.
     Widząc, że nikt nie chce jej pomóc, Harry automatycznie podbiegł do niej i pomógł w przejściu przez dziurę pod portretem. Wymamrotała podziękowania i spojrzała na niego z wdzięcznością, gdy nagle... Uświadomiła sobie, kto jej pomógł i wzdrygnęła się jak oparzona.
- O! - wyrwało się z jej ust.
- Nie chciałem cię przestraszyć... - powiedział cicho Harry. - To ja już pójdę.
     Odwrócił się i chciał ruszyć w stronę Rona, gdy poczuł, że smukłe palce Hermiony owijają się wokół jego łokcia. Przystanął, zaskoczony. Spojrzał jej w oczy i zobaczył w nich ikrę dawnej Hermiony. Serce mu mocniej zabiło.
- Musimy porozmawiać.
- Też tak myślę – odparł ostrożnie.
- Ale nie tutaj. Chodź do Pokoju Życzeń.
     Harry rzucił Ronowi przepraszające spojrzenie. Ten wzruszył ramionami i zabrał się do pisania eseju z Transmutacji. Potter pomógł dziewczynie wydostać się na korytarz i razem ruszyli w ciszy w stronę miejsca dawnych spotkań GD. Obydwoje byli ciekawi co z tego wyniknie.
Harry Potter - Book And Scroll