Harry Potter - Book And Scroll

26.1.13

12. Zapłata i Układ Słoneczny

"Wy­bit­ne umysły są zaw­sze gwałtow­nie ata­kowa­ne przez mier­no­ty,
którym trud­no pojąć, że ktoś może odmówić śle­pego
hołdo­wania pa­nującym przesądom, de­cydując się w zamian na odważne
i uczciwe głoszenie włas­nych poglądów."

"Kiedy miałem 20 lat, myślałem tyl­ko o kocha­niu.
Później kochałem już tyl­ko myśleć. "
- Albert Einstein

    Ginny szła ciemnym korytarzem. Lubiła takie przechadzki. Mimo obowiązującej ciszy nocnej, często się wymykała i zwyczajnie spacerowała. W takich chwilach mogła spokojnie pomyśleć, poukładać swoje sprawy i zastanowić się nad nadchodzącym dniem.
    Ta noc nie była wyjątkiem. Jak zwykle młoda panna Weasley o północy wymknęła się z łóżka i owinęła szlafrokiem. Przeszła przez dziurę pod portretem i zeszła po schodach na piąte piętro. Błądziła po korytarzach oraz zakamarkach, aż w końcu przystanęła w jednym z nich i oparła się o parapet. Uniosła wzrok. Obserwowała Księżyc, który znowu robił się coraz większy i mocno świecił na czystym niebie. To właśnie on nie dawał jej dzisiaj spać i wywabił z łóżka.
    Ginny westchnęła i zatraciła się w rozmyślaniach. Nagle z marzeń wyrwał ją odgłos kroków. Ktoś szedł w jej stronę! Rudowłosa w panice chciała się schować, ale nie miała za bardzo pomysłu gdzie. Zrezygnowana, czekała aż przyłapie ją nauczyciel i dopełni się jej marny los.
    W końcu postać przystanęła i zapytała swoim zimnym głosem:
- Czego tu szukasz, Weasley?
- N-nie twoja sprawa, Malfoy – odpowiedziała, jąkając się trochę. To Draco! Co ona teraz zrobi? Przecież jest tu w piżamie i szlafroku!
- A właśnie, że moja – podszedł do niej powoli. - Tak się składa, że to korytarz przy Pokoju Wspólnym Ślizgonów, więc nie powinno cię tu być. - Ginny nie wiedziała, co powiedzieć. Zawędrowała aż do lochów?! Ale w takim razie to okno...
- Coś kręcisz, Malfoy – starała się, aby jej głos nie drżał. - Lochy są gdzie indziej.
- Nieprawda – podszedł do niej bliżej, tak, że teraz mogła dokładnie zobaczyć jego twarz i starannie ułożoną grzywkę. Dziewczyna przełknęła ślinę.
- Czego ode mnie chcesz? - Zapytała niepewnie, próbując się odsunąć, ale jej plecy natrafiły na zimną ścianę.
- Zapłaty za wejście na mój korytarz – wyszeptał tuż przy jej uchu. Rudowłosa poczuła jego oddech na swojej szyi i nagłą ochotę (no dobra, nie tak nagłą), aby w końcu unieść głowę i go pocałować, choćby nie wiem ile miało ją to później kosztować. Już podnosiła wzrok, przybliżała się do blondyna, gdy...
- Odsuń się – dziewczyna stanowczym ruchem odepchnęła Ślizgona.
- Dlaczego? - Mruknął niezadowolony i chciał się znowu przysunąć do Gryfonki.
- Bo jesteś pijany! Upiłeś się i teraz robisz coś, czego normalnie byś nie zrobił!
- A skąd wiesz, że bym tego nie zrobił? - Jego zamglone spojrzenie jakby na chwilę spoważniało. Tylko na sekundkę.
- Bo jestem z Gryffindoru i uważasz mnie za zdrajczynię krwi! - Ginny walczyła sama ze sobą, żeby tylko nie wykorzystać okazji i nie rzucić się na Malfoya.
- To tylko gra... Ginny, kochanie... Chodź tutaj! - Przyciągnął mocno spanikowaną dziewczynę do siebie i złapał w talii.
- Nie, ja tego n-nie chcę...! - Krzyknęła zrozpaczona dziewczyna.
- Przecież widzę, że jednak chcesz. Przynajmniej od początku roku... - Weasley zarumieniła się.
    Spojrzała w te stalowoszare oczy i nagle się rozluźniła. Na Merlina, przecież on i tak tego nie będzie pamiętał! Żyje się tylko raz!
    Draco znowu pochylił głowę w jej kierunku. Przybliżył swoją bladą twarz do drugiej, piegowatej, która czekała z podekscytowaniem. W końcu powoli, jakby trochę niepewnie, musnął usta Ginny swoimi. Dziewczyna westchnęła cicho, gdy poczuła zimne wargi Dracona i odwzajemniła pocałunek. Z początku nieśmiało, z każdą chwilą coraz pewniej, poznawali się na nowo (a może dopiero pierwszy raz tak naprawdę?). Zarzuciła mu ręce na szyję, pragnąc, aby to się nigdy nie skończyło, żeby trwało wiecznie. Przyciągnęła go mocniej, gdy poczuła, jak wysuwa swój język na spotkanie. Drażnili się przez chwilę, aby potem roztańczyć się w tylko im znany sposób. Dłonie Malfoya poznawały plecy Ginewry i gładziły włosy.
    Niestety, sielankowy nastrój przerwało pojawienie się starego kota (a raczej kotki) i światło latarni zza rogu. Filch zrzędził i poruszał się strasznie ociężale.
    Jeszcze chwilę cieszyli się sobą, aż w końcu w ostatniej chwili odkleili się od siebie i uciekli. Przebiegli kilka korytarzy, aby znaleźć się przed ruchomymi schodami. Zgubili i panią Norris, i woźnego. Westchnęli z ulgą. Ginny kręciło się w głowie, a serce waliło, jakby właśnie skończyła mecz quidditcha. Zmieszana i lekko zarumieniona rzuciła lakoniczne pożegnanie i już chciała odejść, gdy jeszcze na chwilę blade dłonie przyciągnęły ją do siebie.
- Niezła jesteś – powiedział Ślizgon pomiędzy pocałunkami. - Naprawdę...
    Po paru minutach rudowłosa z niechęcią ruszyła do dormitorium. Zdecydowanie miała dzisiaj o czym śnić.

***

- Nareszcie koniec! - Ucieszył się Harry, gdy zabrzmiał dzwonek na przerwę.
- Harry, historia magii, a zwłaszcza rewolucja w 1542 roku, jest fascynująca! - Zawołała oburzona dziewczyna. - To niesamowite, że...
- Hermiono, proszę... - mruknął żałośnie Ron. - Chodźmy na obiad, głodny jestem.
- A kiedy ty nie jesteś głodny? - Zapytali razem przyjaciele. Spojrzeli po sobie i ryknęli śmiechem.
- Co w tym takiego zabawnego, bo nie rozumiem? - Spytał naburmuszony i na wszystkich obrażony Ronald.
    Harry i Hermiona tylko wymienili porozumiewawcze spojrzenia i znowu zachichotali, po czym udali się do Wielkiej Sali. Po drodze dołączyła do nich Luna. Od czasu poznania przepowiedni zaczęli ją traktować (a raczej mocno starali się) na równi z innymi. Nie nazywali jej Pomyluną, a nawet dość często razem rozmawiali.
- Cześć wszystkim – powiedziała rozmarzona Krukonka.
- Hej, Luna – odpowiedzieli chórem.
- Uważajcie na sterowalne śliwki. W tym roku mamy szczególny wysyp, nic tylko mieszają w głowach...
- To bardzo fascynujące, ale nie mamy teraz czasu na... - Hermiona chciała jak najszybciej przerwać ten kolejny bezsensowny wykład. Pod tym względem blondynka się nie zmieniła.
- Mówcie za siebie, ja mam – rzekł, ku zaskoczeniu wszystkich, Ron, po czym odłączył się od przyjaciół. Gryfoni popatrzyli po sobie, zbierając szczęki z podłogi i stając jak wryci. Pierwszy odzyskał zdolność mówienia Harry:
- W-widziałaś t-to co ja? - Wybraniec aż jąkał się z wrażenia.
- Chyba tak – przytaknęła Granger. - Ronowi podoba się Luna! Czy to nie cudowne? Takie romantyczne i w ogóle...
- Ta... Cud, miód i orzeszki po prostu...
- Harry, musisz popracować nad sarkastycznym tonem, bo nie bardzo ci wychodzi – powiedziała brunetka, poprawiając włosy.
- Niestety, nie mogę – powiedział z udawanym żalem w głosie. Gdy Hermiona uniosła pytająco brew, dodał: - Nie mogę, bo nie ma mnie kto nauczyć, gdyż jedyna kompetentna osoba codziennie zakopuje się w książkach i na pewno nie znajdzie dla mnie czasu... - Uśmiechnął się szelmowsko i spojrzał w oczy dziewczyny, której na ten widok serce zaczęło bić szybciej.
- Wiesz... - zaczęła nieśmiało. - Nigdy nie pytałeś... - zarumieniła się lekko, gdy poczuła, jak palce Harry'ego ślizgają się przypadkowo po jej dłoni.
- A powinienem? - Potter uniósł lekko kącik ust.
    Nie doczekał się odpowiedzi, bo znalazła ich Carmen, która od razu zarządziła ewakuację do Wielkiej Sali. Dziś właśnie był dzień, w którym coś jadła, więc, chcąc nie chcąc, ruszyli na posiłek.
Wciąż rozemocjonowana Hermiona usiadła przy stole i zaczęła machinalnie jeść pudding. Ziewając, zakryła usta dłonią. Nie wyspała się tej nocy. Zaklęcie łączące ją i Harry'ego przestało działać dopiero o drugiej nad ranem. Nie, żeby jej to specjalnie przeszkadzało. Dużo rozmawiali i zdziwiło ją, że czarnowłosy w ogóle nie wspomniał o quidditchu. Kontrolował się pod tym względem i naprawdę był fascynującym rozmówcą, oczywiście poza momentami, w których się wygłupiali (a tych nie zabrakło).
    Wzrok dziewczyny zatrzymał się na Ginny. Też wyglądała na niewyspaną. Była też jakby... spełniona? I trochę zawiedziona, to na pewno. Musi z nią pogadać.

***

    Wieczorem Hermiona zaprosiła Ginny do swojego dormitorium. Dziewczyn akurat nie było, a ona koniecznie chciała porozmawiać z przyjaciółką. Usiadła na łóżku i, stwierdzając, że najlepiej od razu przejść do rzeczy, zapytała:
- Co się stało?
- Nic. Co się niby miało stać? - Rudowłosa unikała spojrzenia koleżanki.
- Przecież widzę. Coś robiłaś w nocy? A może kłopoty z ocenami? Mów, przecież ja nie gryzę!
- Wiem, ale to moja sprawa. Zresztą... Sama jeszcze nie wiem, co z tym zrobię.
- To tym bardziej powiedz! Może ci pomogę? Na pewno nie będę się śmiać! - Nakłaniała pani prefekt.
- No... Dobra. Ale masz NIKOMU, ale to NIKOMU o tym nie mówić! Przysięgasz?
- Przysięgam!
- Czyli tak... - zaczęła Ginny. - Hermiono, już ci kiedyś mówiłam, że podoba mi się Malfoy. – Potwierdzające skinienie. - No więc... On mnie wczoraj pocałował!
- CO?! - Zawsze spokojna Wiem-To-Wszystko nie mogła uwierzyć.
- Dobrze słyszałaś. Spacerowałam w nocy i on mnie znalazł. Był pijany, a potem tak jakoś wyszło... Hermiono, on tego nie pamięta, ale ja już nie mogę o nim przestać myśleć! Dotychczas jakoś spychałam go na boczny plan, lecz teraz nie potrafię! Gdy tylko przypomnę sobie te usta, dłonie, włosy... To wszystko wraca ze zdwojoną siłą! I tak w kółko! - Ginewra była zrozpaczona, po jej policzkach potoczyły się dwie wielkie łzy.
- Spokojnie, nie płacz! - Przyjaciółka wstała i przytuliła ją. - Poradzimy sobie. Skoro, jak mówisz, było tak świetnie, to on musi coś pamiętać. A jak nie, to sprawimy, że sobie szybko przypomni. – Hermiona uśmiechnęła się w sposób, który zwiastował rychłe i bezwarunkowe spełnienie jej słów. Nagle coś jej się przypomniało. - A tak w ogóle, to jak wyszłaś z Pokoju Wspólnego? Przecież ja i Harry byliśmy tam cały czas...
- Niby byliście – rudowłosa prychnęła szyderczo. - Ale tacy zajęci, że nie zauważylibyście nalotu dementorów, a co dopiero przejścia takiej małej osóbki jak ja.
    Hermionie odebrało mowę. Naprawdę musiała się zagadać, skoro nie zobaczyła Ginny. Na Merlina, przecież jest prefektem! Powinna pilnować uczniów! A gdyby to był jakiś pierwszoroczniak i coś by mu się stało... Z zamyślenia wyrwała ją Ginny, która zaczęła obmyślać strategię, jak usidlić Dracona Malfoya. Z całego serca mu współczuję, gdyż czeka go odtąd niejedna niespodzianka.

***

    Hermiona była z natury dość cierpliwą osobą. Owszem, czasem ponosiły ją nerwy lub za bardzo się ekscytowała, mimo wszystko uważała siebie za spokojną. Jednak jej opinia o samej sobie zaczęła gwałtownie podupadać, gdy do jej dormitorium wprowadziła się Carmen Brown. Tu również przekonała się jak bardzo można się mylić. Ta z pozoru zdyscyplinowana dziewczyna była najgorszą współlokatorką na świecie! Wiadomo, że każdy ma swoje dziwactwa, ale Carmen biła wszystkich na głowę! Czasami Hermiona zastanawiała się, czy nie powinno się wpisać jej do księgi rekordów Guinessa.
    Bo owszem, ludzką czaszkę o imieniu Bon-Bon na stoliku nocnym można znieść, uporczywe szarpanie strun skrzypiec o piątej nad ranem także. Nawet przybijanie listów nożem do ściany z plakatami Michaela Jacksona i Jeremy'ego Bretta. Ale przyznacie, że gdybyście zobaczyli leżącą na łóżku dziewczynę, która różdżką wyczarowuje żółty obłoczek w kształcie uśmiechniętej buźki, a potem rzuca w niego zaklęciem dziurawiącym, trafiającym w ścianę naprzeciwko i robiącym w niej szereg dziur, stracilibyście cierpliwość. To właśnie przydarzyło się naszej nieszczęsnej bohaterce.    Kiedy zapytała o powód tej dewastacji, usłyszała tylko:
- Nudzę się.
    Wtedy Hermionie opadły ręce. W tej chwili uwierzyła też, że już nic jej więcej w życiu nie zdziwi. Prawie natychmiast obaliła ten pogląd, zaczynając robić pracę domową na astronomię. Opisywała jeden z księżyców Neptuna, gdy poczuła na sobie wzrok Carmen, która spytała:
- Co robisz?
- Astronomię. Wiesz, Ziemia obraca się dookoła Słońca i takie tam. Powinnaś spróbować, naprawdę polecam. – Hermiona sama się zdziwiła, jak bardzo wyostrzył jej się język, wskutek przebywania z tą rozkapryszoną współlokatorką.
- Nie zamierzam. Naprawdę Ziemia obraca się wokół Słońca? A po co ci to wiedzieć... To nieistotne. - Gryfonce odebrało mowę. Czy właśnie ona, najinteligentniejsza osoba, jaką poznała, nie zna teorii Kopernika?!
- Nieist... Jak to po co?! To Układ Słoneczny! Dzieci w mugolskiej podstawówce się o tym uczą. Jak można tego nie wiedzieć?
- Nawet jeśli wiedziałam, to wykasowałam – odpowiedziała ze spokojem Brown.
- CO?!
    Nagle Car poderwała się z kanapy i wskazała na swoją głowę.
- To jest mój twardy dysk i warto tu umieszczać tylko rzeczy przydatne, naprawdę przydatne. Zwyczajni ludzie zaśmiecają sobie głowę bzdurami. Potem trudno dotrzeć do ważnych rzeczy. Rozumiesz?
- Ale Układ Słoneczny...
- A jakie on ma, na Merlina, dla mnie znaczenie? Kręcimy się wokół Słońca, wielka rzecz! Nawet, gdybyśmy kręcili się dookoła Księżyca albo domku z ogródkiem jak jakiś pluszowy miś, nie byłoby żadnej różnicy! Dla mnie liczy się tylko wiedza, umysł. Bez nich mój mózg próchnieje – zmierzwiła włosy w geście bezsilności. - O tym napisz na astronomię. Albo jeszcze lepiej, przestań narzucać światu swoje opinie!
    Okryła się szczelniej szlafrokiem i odwróciła na bok. Hermiona spokojnie wróciła do odrabiania pracy domowej. Była zła. Skoro Car tak kocha wiedzę, to dlaczego nie uczy się tak, jak powinna, na miarę swoich możliwości? I co znaczy to, że jej mózg próchnieje?
    Gryfonka z powrotem wróciła do wypracowania. Ciężko było jej się skupić, ale w końcu ukończyła pracę domową. Spakowała się na następny dzień i opadła zmęczona na łóżko. Co się dzieje z Carmen? Jest coraz bardziej drażliwa, szybciej się wścieka i to o byle co!
    Przynajmniej ma Harry'ego. Strasznie się zmienił, ale tylko na lepsze. W tym samym momencie, jakby go przywołała myślami, usłyszała, jak wykrzykuje jej imię. Szybko wstała, poprawiła szatę i zeszła do Pokoju Wspólnego. Potter siedział na kanapie przed kominkiem i wskazywał miejsce obok siebie. Odezwał się:
- Hermiono, zająłem ci miejsce. Chodź, bliźniacy znowu coś wymyślili.
- Och, czy oni nigdy nie przestaną? - Dziewczyna przewróciła oczami, ale mimo to usiadła obok. Rzuciła okiem na Freda i mimowolnie się uśmiechnęła. Tym razem nic złego (najprawdopodobniej) nie planowali. Zapytała, palona ciekawością: - Co znowu robicie?
- Dzisiaj mamy dla was niespodziankę! - odparł George.
- Wpadliśmy na pomysł, aby raz w miesiącu...
- ...organizować wieczory z opowieściami!
- My zaczynamy, a wy kończycie...
- ...a potem spisujemy historyjkę, która nam wyszła! - Wyjaśnili, dokańczając za siebie zdania, bliźniacy.
- Cóż, całkiem niezły pomysł, chłopcy. Brawo! - Pochwaliła ich Hermiona. Po chwili ciszy powiedziała zniecierpliwiona: - No, zacznijcie wreszcie!
Fred odchrząknął, chwilę pomyślał i rozpoczął:
- Opowiem wam bajkę, jak George palił fajkę...
- ...a Hermiona papierosa, przypaliła sobie nosa...
Gryfonka już wiedziała, że zapowiada się ciekawie, a niewątpliwie śmiesznie. Usadowiła się wygodniej i oparła głowę na oferowanym przez Harry'ego ramieniu. Przymknęła lekko oczy i zatraciła się w cudownej chwili. Tylko gdzieś na samiutkim skraju jej umysłu, dźwięczało jedno słowo. Carmen.

13.1.13

11. Nieudane zaklęcie

"Uważaj na wróżby. Kiedy coś jest zapisane, trudno tego uniknąć."

"- Dlaczego mam zatem słuchać serca?
- Bo nie uciszysz go nigdy. I choćbyś nawet udawał, że nie słyszysz,
o czym mówi, wciąż będzie biło w twojej piersi i nie przestanie
mówić o tym, co myśli o życiu i o świecie."
- Paulo Coelho, "Alchemik"

    Snape przez chwilę gapił się na pomiętą kartkę. Musiał zebrać myśli. O co, na Merlina, w tym chodzi? To przepowiednia, niewątpliwe, ale czego stary Drops od niego chce? Takie rzeczy rzadko się sprawdzają...
- Severusie, co o tym myślisz? - powtórzył dyrektor.
- Myślę, że niepotrzebnie mnie tu ściągnąłeś. – Mistrz Eliksirów podniósł się z krzesła z zamiarem udania się ponownie do swoich kwater. - To tylko głupi kawałek pergaminu, zapisany jakimiś bazgrołami zdesperowanej wieszczki czy kto to tam napisał, aby zwrócić na siebie uwagę... - Dumbledore parsknął śmiechem.
- Severusie, to naprawdę poważna sprawa! - W tym momencie staruszek przestał chichotać. - Chodzi prawdopodobnie o Harry'ego i możliwe, że zaszyfrowano tu sposób pokonania Voldemorta.
- Czarnego Pana!
- Dobrze, Czarnego Pana. Tę przepowiednię zapisała Luna Lovegood i wydaje mi się, że w niej coś jest. W końcu chyba pamiętasz od czego zaczęła się wojna?
- To było zupełnie co innego! Trelawney naprawdę wtedy miała wizję...
- A co, jeśli panna Lovegood też? - Dyrektor zmierzył Snape'a oceniającym spojrzeniem.
- W takim wypadku... Cóż... Trzeba będzie wyłuskać z tej marnej wierszowiny jakieś informacje.
- Zgadzam się. Chociaż nie mam wątpliwości, że chodzi o Harry'ego Pottera – tu Severus prychnął pogardliwie. - Oj, przestań się tak krzywić, chłopcze. W każdym razie, nasz Wybraniec prawdopodobnie popełni w czymś błąd, coś mu przeszkodzi. A pomóc mu może tylko miłość! - Dumbledore znowu uśmiechnął się entuzjastycznie. - Jego wybranka serca mu pomoże i pokonają zło! Musimy mu w tym pomóc. A tymczasem postaraj się o tym trochę pomyśleć.
- Jasne, już lecę – syknął "chłopiec" i odgarnął włosy z czoła. - Coś jeszcze?
- Niestety tak. Jako szpieg będziesz musiał powiedzieć o tym coś niecoś Voldemortowi. Postaraj się jak najmniej, a jeśli już, to udawaj, że kompletnie nic nie wiemy.
- Czyli standardowo. – Severus wszedł do kominka powiewając połami szaty.
- Afrodyta... Tak, będzie ciekawie... - Wymruczał pod nosem Albus z tym swoim figlarnym błyskiem w oku i sięgnął do miski z cukierkami.

***

    Snape wyłonił się z kominka w swoim salonie. Nerwowym krokiem poszedł po płaszcz Śmierciożercy i maskę. Ubrawszy się, dotknął różdżką Mrocznego Znaku.
    Pojawił się ponownie przed jakimś walącym się budynkiem. Minął straże, wszedł do środka i ruszył ciemnym korytarzem. Dotarł do masywnych drzwi, które otworzył szybkim gestem. Znalazł się w obszernym pokoju. Na środku oczywiście znajdowało się wielkie podwyższenie, a na nim tron. Siedziała tam wysoka, chuda i przeraźliwie blada postać. Mistrz Eliksirów dostał przyzwolenie i podszedł bliżej. Kleknął i z mocno ukrywanym obrzydzeniem ucałował skraj szaty Voldemorta. Wstał i pochylił głowę. Czekał.
    W końcu przytłaczającą ciszę rozdarł syczący głos:
- Cóż cię do mnie sprowadza, Severusie? Nie wzywałem ani ciebie, ani reszty Wewnętrznego Kręgu.
- Tak, mój panie. Mam jednak pewne istotne informacje.
- Kontynuuj.
- Otóż ten stary głupiec pokazał mi przepowiednię, jaką wygłosiła pewna uczennica. Dotyczy ona bezpośrednio ciebie, panie.
- Wybornie! Mów dalej. - Dało się usłyszeć nutkę podekscytowania w głosie Riddle'a.
- Jest to zaszyfrowany sposób na pokonanie ciebie, panie. Oczywiście ci idioci nie wpadli na to, więc jedynie ja wiem, o co w tym chodzi. Zamierzam podsunąć im fałszywy trop. Będę cię informować, panie, o wszelkich postępach.
- Cudownie, mój wierny sługo. Czeka cię niedługo nagroda. A teraz idź, mam ważne sprawy do załatwienia.
    Mistrz Eliksirów wyszedł z pomieszczenia. Tom myślał jeszcze chwilkę, po czym przywołał gestem postać, która dotąd stała w cieniu. Bellatrix podeszła do niego z obłędem widocznym w oczach.
- Bello, co myślisz?
- To podejrzane, panie. Stary głupiec nie jest wcale taki głupi. Może...
- Doceniam twą troskę, lecz akurat Snape'owi mogę w tym względzie zaufać. Oczywiście na tyle, na ile można ufać szpiegowi... - Voldemort wygiął usta w złowieszczym uśmieszku.
    Zapadła cisza. Lord błądził wzrokiem po pomieszczeniu. Nie był to luksus, jednak zawsze jakaś kwatera. Mimo wszystko obszarpane zasłony na zakurzonych oknach i bure ściany niezbyt przypadały mu do gustu.
    Nagle zdał sobie sprawę, że w budynku poza nimi i strażnikami (notabene na zewnątrz) nie ma nikogo innego. Śmierciożercy udzielali się społecznie.
    W tym momencie zorientował się, że wodzi wzrokiem po Bellatrix, która patrzyła tylko na niego jak zahipnotyzowana, nie wiedząc kompletnie, co zrobić. Czarny Pan podjął decyzję. Wszystko się tak dobrze układa, dlaczego by nie pozwolić sobie na trochę rozrywki? W końcu też jest człowiekiem. No, w pewnym sensie na pewno...
    Wstał i powoli do niej podszedł...

***

    Dni mijały zwyczajnie. Złota Trójca (czy też raczej już Czwórka) próbowała nadążyć za pracami domowymi, Dumbledore zastanawiał się nad przepowiednią, a o Voldemorcie na razie przycichło. Uczyli się i uczyli, aż nadeszła połowa października. Był środowy poranek i Hermiona siedziała na parapecie, rozmyślając. Ten czas tak szybko mijał! Ani się obejrzy, a będzie Gwiazdka, Nowy Rok, a potem już bardzo blisko do końca roku. Chociaż musiała przyznać, że czas ostatnio wyjątkowo przyjemnie jej płynął. Owszem, uczyła się bardzo dużo, jak zwykle zresztą, ale było też coś więcej. Czuła, że zbliża się do Harry'ego, że w końcu coś zaczyna się dziać. Ile to już razy w przejściu, niby mimochodem, zetknęli się dłońmi? Czterdzieści trzy. Ile już razy ich oczy spotkały się w najmniej spodziewanym momencie tak, że potknęli się na równej jak tafla wody posadzce? Dwadzieścia osiem. Ile to już razy...
    STOP.
    Koniec marzeń, czas wracać do rzeczywistości. Za dwadzieścia minut muszą zejść na śniadanie.
Podeszła do jednego z łóżek i podjęła się jednego z najniebezpieczniejszych zadań na świecie: obudzenia Carmen Brown, która to spała snem sprawiedliwych i nienawidziła wstawania wcześnie.
Hermiona spojrzała na postać zawiniętą ciasno w kołdrę i wzięła głęboki wdech. Szturchnęła dziewczynę, ale ta nie reagowała. Zrobiła to jeszcze raz – ten sam efekt (a właściwie jego brak). Nie mogła jej oblać wodą, bo prawdopodobnie by tego nie przeżyła. Spróbowała inaczej. Stanęła w nogach łóżka i powoli zaczęła zsuwać kołdrę. Carmen zaborczym ruchem ściskała ją jak pudełko Fasolek Wszystkich Smaków. Zirytowana już kompletnie Gryfonka, nie bacząc na konsekwecje, stanowczym ruchem ściągnęła pościel i potrząsnęła koleżanką.
- Obudź się! BROWN, wstawaj!
- Idź sobie... Chcę spać...
- Nie trzeba było siedzieć do drugiej w nocy!
- To nie było siedzenie! Tylko twórcza kontemplacja! Nie moja wina, że pracuję akurat nad nowym eliksirem!
- A właśnie, że twoja. Wstawaj, bo zamienię tę czaszkę w różowiutkiego króliczka – powiedziała poważnym tonem panna Granger.
- Nie ośmielisz się! Bon-Bon jest mój! - Powiedziała Carmen, siadając na łóżku z oburzenia.
- Mówię śmiertelnie poważnie. – Brunetka uniosła różdżkę. - Raz, dwa...
- Dobra, dobra! Już wstaję! - Dziewczyna niechętnie się podniosła, mrucząc pod nosem mnóstwo inwektyw, z czego "wredna ignorantka" i "niedająca się wyspać wiedźma" były najłagodniejsze.
- Też cię kocham, Car! - Zdążyła krzyknąć jeszcze Miona, zanim drzwi łazienki się zamknęły.
    Zeszły na śniadanie, gdzie spotkały chłopaków. Młoda Gryfonka zabrała się za tosty z dżemem dyniowym, ukradkiem obserwując Harry'ego, który rozmawiał z Ronem oczywiście o quidditchu. Uśmiechnęła się do niego łagodnie, a on, ku jej ogromnej radości, odwzajemnił się.
    W nastroju ogólnej euforii udała się z przyjaciółmi na lekcję zaklęć. Flitwick uczył ich zaklęcia zszywającego, a pani Pince dostarczyła książki z biblioteki, które trzeba było właśnie pozszywać.
    Hermiona naprawiła swoje tomiszcza i teraz z zaciekawieniem czytała jedno z nich zatytułowane "Śladami przeszłości, czyli wojny o niepodległość wróżek". To było naprawdę bardzo ciekawe, zwłaszcza system gospodarczy i ekonomiczny tych niepozornych stworzonek.
    Właśnie kończyła rozdział trzeci, gdy drzwi do sali się otworzyły. Wyłoniła się z nich profesor McGonagall, która od razu oświadczyła:
- Filiusie, mam problem. Jeden z twoich Krukonów na mojej lekcji przetransmutował swoją dłoń w popielniczkę, która na dodatek gryzie i musisz się tym zająć.
- Oczywiście, Minerwo, już idę. - Ponownie zwrócił się do klasy. - A wy ćwiczcie dalej. Jeśli skończycie z książkami, możecie iść – powiedział i odszedł wraz z nauczycielką transmutacji.
    Hermiona chciała wrócić do lektury, jednak zauważyła Harry'ego, który wpatrywał się gdzieś ponad jej ramieniem.
- Co się dzieje? - zapytała.
- Seamus coś znowu kombinuje. Chyba próbuje zmienić zaklęcie.
- No nie! Przecież mu zawsze wszystko wybucha! Jako prefekt muszę go powstrzymać.
    Szybkim krokiem podeszła do jego biurka, przy którym zgromadziła się już praktycznie cała klasa. Za nią niepewnie ruszył Harry, również ciekawy eksperymentu.
- Co robisz, Seamus?
- Nic. Zaklęcia sobie ćwiczymy, prawda, Dean? - Chłopak mrugnął do kolegi.
- Oczywiście – zapewnił gorąco.
- Patrz, wystarczy, że tylko raz machnę różdżką, a pozszywam wszystkie te książki i będziemy sobie mogli pójść.
- To chyba nie jest najlepszy pomysł... - Hermiona próbowała interweniować, ale było już za późno. Seamus rzucił zaklęcie.
    W tym momencie nastąpił (jak można się było spodziewać) wybuch. Wszyscy padli na ziemię, na szczęście nikomu nic się nie stało. Nikomu poza...
- Harry, puść moją rękę! - Rozległ się głos panny Granger. Wybraniec próbował wyszarpnąć dłoń z uścisku, ale nic z tego.
- Nie mogę!
    Wokół zebrał się już całkiem spory tłumek, przez który nieszczęśliwie mały profesor Flitwick musiał przebrnąć.
- Spokój! Rozsunąć się! - Krzyczał swoim piskliwym głosikiem. - Co tu się stało?
- Nieudane zaklęcie, proszę pana – odpowiedziała Hermiona. - Nie możemy z Harrym rozdzielić dłoni. Skleiły się, i to na dodatek moja prawa z jego lewą!
- Cóż... To dziwne. Zaklęcie musiało się przetransmutować. Klasa wolna! - Wszyscy zaczęli się pakować. - A wy dwoje chodźcie do mojego gabinetu.
    Chcąc, nie chcąc, Harry i Hermiona udali się za niskim człowieczkiem do pokoju oddzielonego od pracowni. W środku było sterylnie czysto. Wszystko ładnie poukładane i w jak najlepszym porządku. Zauważyli, że nauczyciel szuka czegoś w przepastnej szafie. Po chwili wyjął z niej średniej wielkości buteleczkę z żółtawym płynem w środku i jakiś metalowy przedmiot, podobny do mugolskiego stojaka na probówki, jednak z dziwnym mechanizmem w środku. Postawił go na stoliku, przyłożył złączone dłonie Gryfonów do zębatki i machnął różdżką. Urządzenie zapiszczało trzy razy, zaskrzypiało i wypluło kawałek pergaminu. Nauczyciel uważnie go przestudiował, kiwając przy tym potakująco głową. Zatarł ręce, chwycił buteleczkę i podał ją uczniom, mówiąc:
- Posmarujcie tym wasze ręce. Jeśli dobrze pójdzie, to za jakieś czternaście godzin się rozłączą.
- Ale profesorze! Jak my mamy w tym czasie odrobić choćby lekcje, nie wspominając już o pójściu do łazienki?! - Hermiona jak zwykle praktycznie podeszła do sprawy.
- Samopiszące pióra rozwiążą pierwszą kwestię, a druga, jak się sami przekonacie, nie stanowi problemu. – Uśmiechnął się szczerze. - Zaklęcie działa w taki sposób, że w razie potrzeby rozłączycie się na dziesięć minut, lecz nie próbujcie go oszukiwać, bo inaczej źle to się dla was skończy. Jakieś pytania? Skoro nie, to lećcie na lekcje!
    Posłuchali nauczyciela i zrezygnowani udali się do chatki Hagrida na opiekę nad magicznymi stworzeniami. Na szczęście w środy nie mieli zajęć, podczas których potrzebne by im były obie ręce.
    I tak w szkole szeptano o nowej parze w Gryffindorze. Mimo zaprzeczeń, a nawet wyczarowania przez Hermionę z tyłu ich szat napisu NIE JESTEŚMY PARĄ, TO TYLKO ZAKLĘCIE, strasznie o nich plotkowano. W końcu się przyzwyczaili, więc gdy zeszli na kolację, zwyczajnie zignorowali irytujące spojrzenia. Usiedli przy stole i tu pojawił się problem.
- Harry, jak ja mam jeść? - Miona wyglądała na zmieszaną. - Przecież jestem praworęczna... Nie dam sama rady...
- Mam pomysł – Harry nadział na widelec ziemniaczka i powoli podsunął pod jej usta. - Jedz. Nakarmię cię.
- Wiesz, że to trochę dziwne? - Mruknęła zawstydzona Hermiona.
- A co dzisiaj nie jest dziwne? - Odpowiedział Wybraniec pytaniem na pytanie. - Nie mogę przecież pozwolić, żebyś mi tu zemdlała z głodu. W końcu kto mi pomoże w lekcjach? - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Brunetka chciała coś powiedzieć, jednak Potter podsunął jej kolejny przysmak pod nos. Dziewczyna była tak głodna, że już nic nie powiedziała.
    W końcu Harry również się najadł, wstali więc, aby udać się do Pokoju Wspólnego. Szli właśnie korytarzem, gdy usłyszeli za sobą drwiący głos.
- Ej, Potter, jednak chodzisz z tą szlamą? Myślałem, że wybierzesz kogoś lepszego...
- Nic ci do tego, Malfoy. A poza tym, to zaklęcie. – Harry wyglądał, jakby zaraz miał się rzucić na Dracona i odgryźć mu nos, a potem całą resztę twarzy.
- Faktycznie. Powinienem się domyślić, że sam nie dotknąłbyś tej mugolaczki... AUUUU!!!
    Blondyn zwinął się z bólu na podłodze. Właśnie dostał dwa ciosy: jeden mocny w szczękę (od Pottera) i drugi, trochę słabszy, w podbrzusze (od arcygrzeczniej pani prefekt). Gryfoni tylko spojrzeli po sobie – i pobiegli do Pokoju Wspólnego.
    Już za portretem odetchnęli z ulgą, po czym natychmiast oboje ryknęli śmiechem.
- Niezły cios, Hermiono. O to bym cię nie podejrzewał.
- Ja siebie chyba też nie – przyznała. - Chociaż w trzeciej klasie już raz ode mnie oberwał.
- Racja. Powinien się nauczyć szacunku, nędzna fretka.
    Złapali oddech i usiedli przed kominkiem. Po chwili dołączyli do nich bliźniacy, testujący swój najnowszy wynalazek – Krówkowe Łamaczki.
- Jak to działa? - Zainteresował się Ron.
- Bardzo prosto – rzekł Fred.
- Zjadasz na lekcji brązową końcówkę – powiedział George.
- I mówisz nauczycielowi, że złamał ci się chyba nos...
- A gdy wychodzisz...
- Zjadasz czerwoną końcówkę...
- I masz wolne! - Wykrzyknęli razem.
- Wam się nudzi, chłopcy, prawda? - Spytała rezolutnie Hermiona.
- Oczywiście. Chciałabyś trochę? - Zawołali razem.
- Dziś sobie podaruję – delikatnie odmówiła.
    Przez chwilę panowała cisza. W końcu odezwał się Harry:
- Co robimy z pracą domową? - Granger westchnęła głośno.
- Dobra, upiekło ci się. Ja dyktuję, ty piszesz.
- Co?! A samopiszące pióro? - Oburzył się Wybraniec.
- A wiesz, co mu podyktować?
- Dobra, wygrałaś. Gdzie się podział ten kałamarz?
Harry Potter - Book And Scroll