Harry Potter - Book And Scroll

26.10.12

7. Pechowe Eliksiry

"Wie­dza jest wte­dy, gdy o czymś nie tyl­ko wiesz,
lecz możesz to zo­baczyć, opi­sać, zde­finiować,
a na­wet dot­knąć. A wiara, gdy nie widzisz,
nie zo­baczysz, nie dot­kniesz, a mi­mo
to jes­teś pe­wien, że jest."
- Dorota Terakowska

    Snape szybkim krokiem wszedł do klasy. Było tak cicho, że wszyscy słyszeli łopotanie jego czarnej peleryny. Stanął pewnie przed biurkiem i rozpoczął swoją coroczną tyradę:
- Eliksiry. Wyrafinowana sztuka precyzyjnego odmierzania składników, bulgotania podgrzewającej się wody w kociołku... Skoro tu jesteście, to musieliście dostać na SUM-ach Wybitnego – tu zmierzył zimnym wzrokiem Harry'ego i Rona, aż przełknęli głośno ślinę z nerwów. - Od teraz mam was przygotować do owutemów. Macie pamiętać, że waszym obowiązkiem jest systematyczne uczenie się tego przedmiotu – inaczej to zauważę i wylatujecie. Tak, dobrze słyszeliście. Wylatujecie. I nie pomogą tu skargi, a nawet prośby samego dyrektora. Macie. Się. Uczyć.
    Zagryzł wargi i zaczął sprawdzać obecność. Przy nazwisku Carmen na chwilę się zatrzymał i uśmiechnął szyderczo. Gdy już skończył, przemówił:
- Dzisiaj macie półtorej godziny na uwarzenie mi bazy do Eliksiru Gravesa. Kto mi powie, do czego ta mikstura służy? - Ręka Hermiony natychmiast wystrzeliła w powietrze, ale Snape ją zignorował. - Nikt? To może pan Potter?
- J-ja... Nie wiem, panie profesorze. - Harry'ego oblał zimny pot.
- Dziesięć punktów od Gryffindoru! A kto mi powie, gdzie występuje Owoc Rakuli? Też nikt? Weasley!
- Nie wiem, proszę pana... - Ron cały się zaczerwienił – ni to ze wstydu, ni to ze złości.
- Kolejne dziesięć punktów od Gryffindoru! Do trzech razy sztuka? Ile czasu musi dojrzewać Eliksir Gravesa? Może nowa? Brown!
    Carmen jakby ocknęła się z transu. Snape już otwierał usta, aby znowu odjąć punkty, gdy zaczęła mówić:
- Eliksir Gravesa musi dojrzewać przez dokładnie trzynaście dni. Jest to konieczne ze względu na jego zastosowanie. Służy on bowiem jako silny środek odstraszający różne magiczne stworzenia. Nie wszystkie, ale większość. Jego najważniejszym składnikiem jest właśnie wspomniany Owoc Rakuli. Dodaje się go na samym końcu, gdyż to bardzo rzadka ingrediencja, występuje tylko podczas pełni księżyca w tropikalnych lasach na Madagaskarze. - Wydawało się, że skończyła i Mistrz Eliksirów już chciał coś powiedzieć, gdy nagle jeszcze dodała. - Radzę wam to zapisywać, bo profesor Snape zaraz na was nakrzyczy.
    W trakcie jej monologu wszyscy gapili się na nią jak głodne hipogryfy na świeże fretki. Jednak gdy tylko usłyszeli jej ostatnie zdanie, od razu zabrali się do notowania. Severus ocknął się i powiedział:
- Masz rację, Brown. Ale skoro to wiedziałaś, to dlaczego, do jasnej cholery, się nie zgłosiłaś?!
- Bo jestem Gryfonką.
- I co z tego?
- Pan powinien wiedzieć najlepiej. W końcu Hermiona też się zgłaszała, ale pan ją zignorował. Ze mną byłoby tak samo. Poza tym bolałaby mnie ręka.
- Dosyć! Gryffindor traci piętnaście punktów przez twoje chamskie odzywki!
- Odjąłby pan mi punkty tak czy siak, więc wolałam powiedzieć prawdę. Poza tym, to nie ja przeklinałam.
    Uczniowie wstrzymali oddech. Nikt nigdy nie odzywał się tak do tego tłustowłosego nietoperza z lochów!
    Nauczyciel tylko machnął różdżką i na tablicy pokazał się przepis.
- Macie półtorej godziny. Instrukcje są na tablicy. Jak skończycie, przelejcie wasze wypociny do słoików i postawcie u mnie na biurku – po czym wkurzony zaczął czytać książkę. Jak ona śmiała się tak do niego odzywać? Jak?! Przecież budził strach w uczniach, przerażenie, nerwówkę...
    Tymczasem Hermiona podwinęła rękawy szaty i zabrała się do pracy. Ustawiła kociołek na ogniu (dokładnie sześćdziesiąt trzy stopnie Celcjusza), wlała wodę (dwa litry i trzysta osiemdziesiąt siedem mililitrów) i zaczęła kroić kiełki jakiegoś zielonego paskudztwa. Powoli wykonywała wszystkie polecenia z tablicy. Zaczęła się martwić, gdy po dodaniu starej pajęczyny jej eliksir miał lekko żółtawą barwę. Cholera, przecież powinien być pomarańczowy! Uważnie zerknęła na przepis i jeszcze raz sprawdziła składniki – nie było mowy o pomyłce. Popatrzyła na kociołek Carmen – właśnie miała dodać ten sam składnik. Jednak zauważyła, że dziewczyna się waha, a potem nieśmiało podnosi rękę. Snape spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
- O co chodzi, Brown? Czyżbyś sobie nie dawała rady?
- Nie, wszystko jest świetnie, tylko... Natablicyjestbłąd – wyrzuciła szybko z siebie.
- Że co? Powtórz!
- Na tablicy jest błąd, panie profesorze... - Nagle wszystkie głowy zwróciły się w jej kierunku.
- Niemożliwe.
- Możliwe... Chodzi o to, że w punkcie siedemnastym powinniśmy zamiast pajęczyny dodać cierpiętnika...
    Snape spojrzał zaskoczony na przepis i cicho zaklął. Faktycznie. Ale jak to tego doszło? Jak on, najmłodszy na świecie Mistrz Eliksirów, mógł popełnić taki karygodny błąd?!
    Machnął różdżką i usunął całą recepturę. Uczniowie spojrzeli na niego zdziwieni.
- Na dziś koniec. Postawcie słoiki na moim biurku i zjeżdżać na korytarz!
    Błyskawicznie wykonali polecenie i udali się do Wielkiej Sali. Zaczęli jeść drugie śniadanie. Wieść o pomyłce Snape'a obiegła już cały zamek i wszyscy współczuli tym, którzy zaraz mieli z nim lekcje. Carmen też nie uniknęła rozgłosu. Dziewczyna, Która Poprawiła Strasznego Dupka – ludzie do niej podchodzili, próbowali zagadywać i klepali porozumiewawczo po plecach.
    Natomiast Hermiona? Była wściekła! Postanowiła, że musi zrobić z tą dziewczyną porządek. Ona psuła jej reputację! Tak ciężko wypracowaną reputację wiedzącej wszystko o wszystkim Gryfonki. Tak nie mogło być dłużej. Chciała poznać tę dziewczynę, zrozumieć, może nawet się zaprzyjaźnić, ale ona odbierała jej wszystko! Chłopaka, naukę, pewność siebie... Już ona sobie z nią porozmawia! Ale wieczorem, sam na sam!
    Pocieszona tą myślą, wgryzła się w kanapkę z pomidorem. Harry spojrzał na nią pytającym wzrokiem, ale zignorowała go. Musiała się skupić.

***

    Po posiłku ruszyli na obronę przed czarną magią. Weszli do klasy, w której nigdy wcześniej nie byli. W środku nie stały ławki, tylko pojedyncze krzesła pod ścianami. Na okna zostały zaciągnięte ciężkie kotary. W sumie wyglądało to jak Pokój Życzeń podczas spotkań GD w zeszłym roku.
Ustawili się pod ścianami i czekali na nauczyciela. Po chwili do sali dumnie wkroczył Albus Dumbledore w swojej ulubionej, błękitnej szacie. Mrugnął porozumiewawczo do Harry'ego i zaczął mówić:
- Witajcie, drodzy uczniowie! Jak już wiecie, będziecie musieli się ze mną przemęczyć na lekcjach w tym roku – tu znowu puścił łobuzersko oko. - Ale do rzeczy. Macie tu się nauczyć obrony przed czarną magią. Nie w teorii, ale w praktyce. Zdaję sobie sprawę, że w zeszłym roku uczyliście się tylko na tajemnych spotkaniach. Wiem jednak, jak wiele już umiecie, lecz niestety też przeraża mnie wasza niewiedza w pewnych kwestiach. Dlatego, choć może zabrzmi to dziwnie w ustach dyrektora, musimy jakby reaktywować Gwardię. Oczywiście tym razem w pełni legalnie i podczas zajęć. Mimo to będziecie musieli też dużo ćwiczyć po zajęciach. Dodatkowo postaram się zorganizować wam i siódmym klasom pewne wypady za zamek od czasu do czasu – tłum uczniów od razu się ożywił. - Oczywiście potrzebne mi zgody od waszych rodziców lub opiekunów – Harry'ego Pottera tu nie wliczam, gdyż wszyscy wiecie, jak bardzo nam jest potrzebny. - Gryfoni i Krukoni pokiwali potakująco głowami. - Ale dość gadania! Odłóżcie torby, wyjmijcie różdżki i do roboty! Dzisiaj przypomnimy sobie zaklęcie rozbrajające! Dobierzcie się w pary!
    Hermiona wylądowała z Nevillem, Harry z Carmen, a Ron z Luną. Wszyscy dziwili się, jak dobrze szło Longbottomowi. Prawie rozbroił partnerkę i tylko jej szybka reakcja pomogła zablokować zaklęcie.
- Wow! Chyba dużo ćwiczyłeś, co? - spytała brunetka.
- No wiesz... Tak trochę... - Chłopak wyraźnie się zarumienił, ale było mu bardzo miło.
- Chyba trochę dużo, bo jesteś o wiele lepszy, Neville!
    Czarnowłosy tylko się uśmiechnął i dalej kontynuował ćwiczenie. Po dziesięciu minutach odezwał się Dumbledore:
- Na dzisiaj koniec! Idzie wam świetnie, oby tak dalej! To teraz praca domowa...
- Nie! Prosimy, profesorze, dziś nie!
- No dobrze, ale tylko dlatego, że jest ładna pogoda! W ramach pracy domowej macie dziś po południu pójść na spacer i przypomnieć sobie zaklęcie oszałamiające.
    Wszyscy westchnęli z ulgi. Nawet Hermiona się cieszyła, bo dzień był naprawdę piękny i aż chciało się wskoczyć do srebrzącej się wody jeziora.
    Ostatnią lekcją było zielarstwo. Szybko zeszli do cieplarni i zostali powitani przez panią Sprout. W tym tygodniu mieli zajmować się czyrakobulwami. Niestety, nie było to zbyt przyjemne, jednak Gryfoni zyskali trochę punktów dla domu. No i bardzo grzeczna i uczynna panna Granger przypadkiem opryskała Carmen tryskającą ropą z roślin.
    Gdy wyszli, udali się na obiad i do dormitoriów. Dziewczyny rzuciły torby w kąt i zmęczone po całym dniu walnęły się na łóżka. Przynajmniej Hermiona, bo jej współlokatorka siedziała i mruczała coś pod nosem. Nagle przypomniało się jej, co miała zrobić. Porozmawiać i wygarnąć jej wszystko. Tak, zrobi to! Da radę! Podniosła się i odezwała:
- I jak ci minęły lekcje?
- Średnio – Brown zdziwiona podniosła głowę, w szoku, że ktoś chce z nią rozmawiać. Może wcale nie będzie w tej szkole taka samotna jak zawsze?
- A eliksiry?
- Też.
- Aha. Wiesz, bo ja bym była w siódmym niebie, gdybym została bohaterką Hogwartu...
- Jaką bohaterką?
- Nie udawaj, że nie wiesz! - Oburzona Gryfonka wstała i patrzyła na rozmówczynię ostrym wzrokiem.
- Chodzi ci o ten błąd na tablicy? Przestań... On też jest człowiekiem i, jak każdy człowiek, ma prawo się pomylić. - "Zwłaszcza w takich okolicznościach" – dodała w myślach.
- Ale to Snape! Snape! On się jeszcze nigdy nie pomylił!
- A gdy przystąpił do Śmierciożerców?
    Na to Hermiona nie miała argumentu. Ale była coraz bardziej wściekła. W jej oczach tliła się żądza mordu. Chciała coś zrobić, wyżyć się na czymś! Wydusiła przez zaciśnięte zęby:
- Ale przecież w końcu jest z nami! I wyszło to na dobre! Poza tym, Snape to Snape, zawsze był największym dupkiem na świecie i taki pozostanie!
- O co ci chodzi, Granger? - Carmen wydawała się być zaciekawiona.
- O nic! - Brunetka tupnęła nogą ze złości. Po chwili zastanowienia jednak dodała:
- A wiesz? Tak właściwie to jednak jest coś, co mi przeszkadza! TY!!! - Po czym mocno się zamachnęła i walnęła dziewczynę z całej siły pięścią w twarz. Ta tylko złapała się za bolący policzek i zaśmiała szyderczo.
- Myślisz, że jak mnie uderzysz, to coś zmienisz? O nie, wręcz przeciwnie, moja droga! Będę jeszcze bardziej sobą. Tak, tą sobą, której tak nie znosisz i nienawidzisz! Myślałaś, że nie wiem? Widziałam, jak na mnie patrzyłaś! Muszę przyznać, że dawno nie miałam do czynienia z taką mieszanką emocji. Fascynacja i obrzydzenie, zainteresowanie i niechęć, chęć poznania i...
- Och, ty nic nie wiesz! Nie masz pojęcia! Rujnujesz mi życie! Zabierasz mi prestiż, naukę, przyjaciół, chłopaka... - w tym miejscu zdała sobie sprawę, co właśnie powiedziała. - To znaczy... To nie o to... Ja...
- Przestań. Już wcześniej widziałam.
- Widziałaś? Jak? Przecież nikt wcześniej tego nie zauważył! Ty też nie mogłaś!
- Mogłam. Ale nie panikuj. To, że podoba ci się Potter, nie znaczy, że ja chcę go dla siebie. Nie chcę. Nie interesuje mnie. Nie tylko on. Nikt. Rozumiesz? To, że chłopacy za mną latają, nie znaczy, że to lubię. Przeciwnie. Nienawidzę tego! To mnie obrzydza, jasne?
- To znaczy, że ty... Że ty... Nie masz chłopaka?
- Nie. Nie mój rejon.
- Aha. A... A dziewczynę? - Zapytała zakłopotana Hermiona.
- Słuchaj, naprawdę wydajesz się fajna, ale ja ten, no... Jakby to powiedzieć... Jest mi bardzo miło i w ogóle, ale musisz wiedzieć, że poślubiłam swoją wiedzę i w tej chwili nie szukam... - Dziewczyna wydawała się być zmieszana.
- Nie, nie! Nie o to mi chodzi! Merlinie, nie! - Szybko odpowiedziała Gryfonka.
- To dobrze...
Zapadła niezręczna cisza. W końcu Hermiona nie mogła się powstrzymać i spytała:
- Nie powiesz nikomu, prawda?
- Nie.
- To dobrze. Słuchaj, zastanawiałam się nad tym, jak ty to... hmmm... robisz. Jak tak łatwo możesz odgadywać ludzkie uczucia, myśli, zainteresowania?
- To wbrew pozorom nie jest takie łatwe. Dużo można się samemu nauczyć, ale ja się już taka urodziłam. Często jest to bardzo pomocne – rzucam okiem na człowieka i od razu wiem, co jadł na śniadanie, gdzie pracuje albo jaki jest jego status krwi. Ciąg różnorodnych myśli przelatuje mi przez głowę i formułuję wniosek. Przeważnie trwa to ułamek sekundy, nie więcej. Jest to jednak bardzo męczące i irytujące... Nie ustaje. Nigdy. Moje myśli pędzą z prędkością światła, żeby za chwilę uderzyć w jakiś twardy mur problemu, a wtedy rozszczepiają się na miliardy cząstek i zaczynają robić w mojej głowie jeszcze większy mętlik.
- To... straszne – Miona spojrzała na koleżankę zupełnie inaczej. Zdziwiło ją jednak najbardziej to, jaka była z nią szczera. Na Merlina, przecież niedawno ją uderzyła! - Jaa... Przepraszam, Carmen... Byłam zaślepiona... Nie chciałam... Ja... Nie mogłam. Teraz już wiem, co czujesz, jak ci ciężko. A mimo to mam prośbę. Nauczysz mnie podstaw dedukcji? - Dziewczyna wstrzymała oddech. Gdy tak patrzyła w te karmelowe, głębokie oczy, widziała w nich jednocześnie pewną, opanowaną osobę, a z drugiej strony osamotnioną i bez przyjaciół.
- Wiesz... W sumie, to mogę. Ale musisz być przygotowana, że nie od razu zacznie ci wychodzić. To zajmie dużo czasu. Bardzo dużo czasu.
- Dzięki – Brązowowłosa sama nie wierzyła w to, co robi, ale przytuliła się do niej. Chciała ją jakoś wspomóc psychicznie, wesprzeć. Po chwili coś jej się przypomniało. Machnęła różdżką i twarz Carmen wróciła do normy.
    Po chwili zeszły do Pokoju Wspólnego. Obie czuły się znacznie lepiej. Wyjaśniły sobie wszystko i o to przede wszystkim chodziło.
    Razem z Harrym i Ronem zeszli na błonia. Słońce chyliło się już ku zachodowi. Usiedli pod drzewem nad jeziorem i wpatrywali się w bezchmurne niebo. Było to ich zapewne ostatnie już na długi czas wolne popołudnie i chcieli się nim cieszyć jak najdłużej. Trochę porozmawiali o lekcjach, pośmiali się ze Snape'a i podyskutowali o piątkowych eliminacjach do drużyny Quidditcha. Było już po dziewiętnastej, gdy weszli do Wielkiej Sali na kolację. Szybko zjedli i poszli do Pokoju Wspólnego. Tam wraz z bliźniakami i Ginny przegadali wieczór. Wszyscy byli zmęczeni, więc wcześnie udali się do dormitoriów. Hermiona zdziwiła się, że nie ma jeszcze Lavender i Parvati. Nie widziała ich cały dzień. Ale pewnie świetnie się bawią.
    Tak rozmyślając, przebrała się w piżamę, spakowała na wtorek i położyła do ciepłego łóżka. Od razu zasnęła.
    Tymczasem Carmen również się kładła. Natomiast nie mogła zasnąć. W jej głowie kłębiło się mnóstwo myśli, więcej niż zwykle. Zrobiła to. Obiecała, że nauczy tę dziewczynę dedukcji. Nie wiedziała, czy da radę, ale po raz pierwszy od wielu miesięcy była pozytywnie nastawiona. Ta szkoła zaczęła jej się podobać. Nareszcie ktoś zaczął ją rozumieć, wspierać. Tu było inaczej, lepiej. No i jeszcze Hermiona. Carmen po raz pierwszy spotkała kogoś takiego. Ta dziewczyna była bardzo inteligentna, mogła daleko zajść. No i przytuliła ją. Tak po prostu, z przyjaźni. Pierwszy raz w życiu doświadczyła czegoś takiego. Nigdy nie miała przyjaciół, a teraz pojawiła się taka szansa... Szansa na prawdziwą przyjaciółkę. Szansa na wybawienie od beznadziejności egzystencji. Szansa na lepsze życie.

20.10.12

6. Przemijanie i kapitan

"W świecie pełnym niena­wiści ciągle mu­simy mieć nadzieję.
W świecie pełnym zła, wciąż mu­simy być pełni otuchy.
W świecie pełnym roz­paczy, na­dal mu­simy mieć od­wagę,
by marzyć. W świecie za­nurzo­nym w nieuf­ności,
my ciągle mu­simy mieć siłę, by wierzyć."
- Michael Jackson

    Severus Snape był w złym humorze. Mało tego – gotowało się w nim ze złości. Oczywiście nie dawał tego po sobie poznać – przybierał swoją zwykłą maskę obojętności. Jego męska duma kazała mu ukrywać złość z powodu nowego roku szkolnego. Znowu będzie musiał się męczyć z tymi idiotami! Sprawdzać debilne eseje, pilnować, żeby jakiś gamoń nie spowodował wybuchu kociołka, dyżurować na korytarzu w nocy i odsyłać zbyt mocno zaznajamiających się uczniów do dormitoriów... Przynajmniej mógł odbierać punkty.
    Z zamyślenia wyrwał go szum oklasków. To Dumbledore skończył swoją coroczną przemowę. Nagle na stole pojawiło się mnóstwo najróżniejszych potraw. Mistrz Eliksirów nałożył sobie dużą porcję pieczonego kurczaka z ziemniakami i zabrał się do jedzenia.
    Uporawszy się z udkiem, zaczął wodzić wzrokiem po stołach uczniowskich. Jego wzrok spoczął dłużej na tym Gryffindoru. Kolejny rok męczenia się z Potterem i Weasleyem... Chociaż nie! Nie zdali SUM-ów na Wybitny, więc nie będzie musiał na nich patrzeć co lekcję! Z radości aż miał ochotę zatańczyć taniec zwycięstwa na stole, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Przecież jakby to wyglądało! Owszem, był dobrym tancerzem, lecz nie uśmiechał mu się widok tych wszystkich zdziwionych i rozdziawionych ust osób wpatrujących się w niego. Nie, to zdecydowanie nie był dobry pomysł.
    Tak rozmyślając, wziął się za skrzydełko i jego wzrok powędrował dalej. Zauważył nową i, mimo wszystko, dość ładną dziewczynę siedzącą przy Granger. Tak, na pewno była nowa. Wkładała przecież Tiarę Przydziału. Pewnie kolejna wielce "odważna i bohaterska" dziewucha chcąca uratować świat przed Czarnym Panem. Zapewne teraz Święta Trójca zmieni się na Świętą Czwórkę. Albo Czworo Wspaniałych. Albo Drużynę Czterech... Zaraz, STOP! Za dużo się naoglądał mugolskich filmów!
    Nagle dziewczyna się odwróciła i spojrzała w jego stronę. Poczuł się dziwnie, jego umysł zaczął krzyczeć jeszcze bardziej niż zwykle, myśli zapętliły się w węzeł gordyjski, a puls przyspieszył. Nie wiedział, co się dzieje, ale ani się spostrzegł, a już jego usta cichutko szeptały jedno słowo. Legilimens! Wszystkie wspomnienia zawirowały, w głowie mu zaszumiało i... nic! NIC! Ta szesnastolatka odepchnęła go swoim umysłem! JEGO! Wielkiego Mistrza Eliksirów, Severusa Snape'a, potrójnego szpiega, człowieka, który codziennie oszukiwał myślami samego Czarnego Pana!!!
    Nie miał pojęcia, dlaczego chciał wejść do jej głowy, ale nagle zrozumiał, że oto patrzy na kogoś, kto dorównuje mu umysłem! A może ona też nie może powstrzymać tego ciągłego, nieprzerwanego strumienia myśli, który targał nim przez całe życie i nie pozwalał umysłowi odpocząć? Może też ma to ogromne poczucie beznadziejności egzystencji i idiotyzmu większości ludzi stąpających po świecie? Może...
    Rozważania Severusa przerwał nagły ból. Ból w lewym przedramieniu. Mroczny Znak.
Szyko dokończył jeść i wstał od stołu, po drodze porozumiewawczo zerkając na dyrektora. Później się zastanowi nad tą niewątpliwie ciekawą kwestią.
    Wyszedł na pusty korytarz i dotknął różdżką symbolu swojej wcześniejszej słabości, nienawiści do wszystkiego i wszystkich, a zwłaszcza do Jamesa Pottera, Syriusza Blacka, Remusa Lupina i Petera Pettigrew. To oni go dręczyli i poniżali przez całe siedem lat. To właśnie przez nich zainteresował się czarną magią i zgodził przystąpić do Voldemorta. Zrobili mu z życia piekło, jakby mało mu było w domu. Ojciec alkoholik, a matka... szkoda słów.
    Stał przed mrocznym budynkiem. Szybko wszedł do środka, minął innych Śmierciożerców i przybrał maskę pokory oraz wiecznego oddania. Wnętrze było bardzo ciemne i obskurne. Poszarpane zasłony ledwo przysłaniały ogromne okna, a mimo to wewnątrz panował mrok. Albo po prostu w powietrzu kłębiły się złe plany knute przez Wężą Mordę? Ukląkł przed Tomem Riddlem i głosem pełnym największego uwielbienia, rzekł:
- Panie...
- Wstań, Severusie – dobiegł go złowieszczy syk z góry.
    Bez wahania wykonał polecenie. Wiedział, czym w tym przypadku grozi choć chwila zwłoki czy nieposłuszeństwa.
- Powiedz mi... Co się stało w Expresie Hogwart-Londyn?
- Nie mam pojęcia, panie... Victor miał się tylko rozejrzeć, a nie zatrzymywać pociąg i wąchać szyję Pottera...
- Nie wymawiaj tego nazwiska!!!
- Oczywiście, panie... Jak już mówiłem, nie było w planach, aby go ktoś zauważył!
- Ale zauważył! I co ja teraz poradzę? Przecież potrzebna jest mi ta gromada krwiopijców!
- Można wiedzieć, do czego, panie?
- Wszystko w swoim czasie, Severusie... Wszystko w swoim czasie... A tymczasem masz misję do wykonania! Masz spróbować rozbić Święte Przymierze z Wybrańcem na czele. Skłóć ich. Zrób coś, żeby nie byli wiecznie razem.
- To zaszczyt, mój panie.
- Wiem. Możesz odejść. Niech wszyscy się rozejdą. Ty nie, Bello. Zostań na chwilę.
    Snape szybko się deportował, podobnie jak reszta Śmierciożerców. Została tylko Bellatrix. Stała tam, wpatrując się w Voldemorta z uwielbieniem, z żądzą, z pożądaniem... Jej oczy lśniły z podniecenia niezdrowym blaskiem.
    Riddle podszedł do niej powolnym krokiem, a ona aż zadrżała, gdy zaczął bawić się kosmykiem jej czarnych włosów. Przyłożył swoje usta do jej ucha i cicho wyszeptał:
- Możesz już iść. Pamiętaj o swojej misji...
- Tak, mój panie... - Jej głos wręcz ociekał rozkoszą, jaką powodował dotyk Toma...
    Gdy tylko odsunął się od niej, rzuciła mu ostatnie, tęskne spojrzenie i odeszła.
    Lord Voldemort z lubością rozsiadł się na swoim tronie na podwyższeniu. Spojrzał w kierunku wyjścia. Tak... Bellatrix była bardzo piękna, w dodatku na każde jego zawołanie i czasem się zastanawiał, czy aby sobie nie pozwolić na...
    STOP. Lord Voldemort nie ma uczuć. On nie pożąda, nie kocha. Nie powinien...

***

    Hermiona szła pustym dziedzińcem w stronę sali od transmutacji, gdy nagle ujrzała Harry'ego. Myślała, że chce ją o coś zapytać, o czymś porozmawiać. Ale nie. Podszedł do niej zdecydowanym krokiem. Był blisko. Bardzo blisko. Za blisko? Jak dla niej to mógłby być jeszcze bliżej...
    Położył dłonie na jej biodrach i przysunął do siebie. Nie opierała się. Pragnęła tego, marzyła o tej chwili od dawna... Już ich głowy pochylały się ku sobie, usta były coraz bliżej, wargi wręcz się stykały...
    Nagle rozległ się okropny krzyk. Rozbłysło zielone światło, które ją oślepiło. Usłyszała wrzask bólu Harry'ego. Gdy otworzyła oczy, od razu je zamknęła. Leżał tam, przed nią. Cały we krwi, z pustymi, niewidzącymi oczyma... W dłoni ściskał różdżkę. Uniosła powoli wzrok i zobaczyła to, czego obawiała się jeszcze bardziej. Niepewnie spojrzała w te wąskie, czerwone źrenice i wężowatą twarz. Poczuła, jak Nagini owija się wokół jej nóg. Słabła. Ostatkiem sił wydusiła z siebie:
- Nie dam ci wygrać... Nie zwyciężysz... Nie masz miłości, nie rozumiesz, czym ona jest... Dobro zawsze zwycięży, słyszysz?! Zawsze! Avada...
    Ale nie zdążyła dokończyć, bo padła martwa na ziemię. Lord Voldemort tylko uśmiechnął się szyderczo i dokończył za nią:
- ...Kedavra! Żryj gruz, nędzna szlamo!!!
    I zaśmiał się złowieszczo.
    Wygrał.

***

    Hermiona obudziła się cała zlana potem. Dyszała ciężko i mimo powtarzania, że to tylko zły sen, nie mogła się opanować. W końcu złapała oddech i usiadła na łóżku. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Wdech...
    Spojrzała w stronę okna. Słońce właśnie wschodziło. Rozszczepiało kolory nieba na różowy, pomarańczowy, żółty... Przypomniała jej się tamta chwila w pociągu. Nagle ogarnęła ją niepohamowana złość. Gdyby nie ta głupia dziewczyna (oczywiście nie w kwestii inteligencji, tylko jej... jej... Och, no wiecie, o co chodzi!), to może Harry powiedziałby jej coś ważnego, coś, co zmieniłoby wiele w ich relacji. A ona tak sobie wchodzi bez pardonu i rujnuje atmosferę! Na dodatek ją upokarza i sprawia, że Potter zapomina o całym świecie!
    SPOKÓJ!
    Opanuj się, może ona taka wcale nie jest! A co, jak jest? To będziesz miała cały rok, żeby się na nią wkurzać.
    No, dobra... Może jej przecież dać szansę, prawda?
    Dopiero teraz zauważyła, że Carmen siedzi przy oknie i wpatruje się w horyzont. Nogi miała podciągnięte pod samą szyję, a kolana oplotła dłońmi.
- Cześć, jak się spało? - Spróbowała zagadnąć dziewczynę.
- Szczerze mówiąc, to średnio. - Hermiona nie wiedziała, co odpowiedzieć. - Spójrz na to niebo.
- Patrzę. Jest piękne.
- Owszem, jest piękne, ale się zmienia. Na dodatek nigdy nie przemija. Jest inne niż człowiek. Słońce zachodzi, żeby później z powrotem wzejść, ale tak naprawdę, to świeci zawsze. W innym miejscu na świecie, lecz zawsze. Ma to jakiś większy cel. My natomiast rodzimy się pewnego dnia, wiedziemy życie ograniczające się do bezproduktywnej i szarej codziennej egzystencji, by pewnego dnia po prostu zejść z tego świata i już nigdy nie wrócić. Nigdy. Chociaż zapewne ma to jakiś głębszy sens, musi mieć. Po cóż w takim razie warto byłoby żyć? Po coś trzeba żyć, trzeba coś robić, bo inaczej człowiek zwariuje! - Nawet nie zauważyła, że dziewczyna trzymała ją za ramiona i lekko potrząsała, patrząc przy tym niewidzącym wzrokiem w ścianę za burzą brązowych loków. - Ty to wiesz i ja to wiem, ale czy oni wiedzą?
- Nie wiem, nie sądzę...
- Aha! - Carmen poderwała się szybko. - O nie, znowu to samo. Musisz się przyzwyczaić. Czasami mówię bardzo dużo, aż robią się z tego filozoficzne wywody, a czasem bywa tak, że całymi dniami siedzę zamyślona i się nie odzywam. Nie jestem wtedy obrażona, po prostu tak mam.
- Nie szkodzi. Każdy ma swoje dziwactwa, prawda?
    Brown tylko wzruszyła ramionami. Hermiona umyła się i ubrała, a potem zaczęła budzić Parvati i Lavender.
- Jeszcze tylko chwileczkę...
- Sekundkę chociaż, małą chwilkę...
- Nie ma mowy! - Zagrzmiała brunetka i zaklęciem ściągnęła im kołdry. - Dzisiaj pierwszy dzień szkoły, musicie wcześniej wstać. Och, ruszajcie się, no! Dobra, same tego chciałyście... Aguamenti!
    Nastolatki poderwały się jak oparzone. A właściwie to jak pomoczone. Woda skutecznie przepędziła im resztki snu i teraz tylko patrzyły naburmuszone na Mionę i Carmen, które nie mogły powstrzymać śmiechu.
- To nie jest zabawne – fuknęła, udając obrażoną, Patil.
- Ależ jest – powiedziała, w pauzie pomiędzy kolejnymi wybuchami chichotu, Granger. - To jest... haha... bardzo... haha... zabawne... HAHAHA!!!
    Teraz już wszystkie zwijały się na podłodze. Po pięciu minutach, gdy już rozbolały je brzuchy, postanowiły się pozbierać.
    Hermiona zeszła z Carmen do Pokoju Wspólnego. Tam już czekali na nich Harry, Ron, Fred, George i Ginny. Przywitały się i już mieli wychodzić, kiedy nagle zapanowało głębokie poruszenie. Na tablicy ogłoszeń widniała bowiem kartka:

Informuję, że w tym roku kapitanem drużyny
Quidditcha został pan Harry Potter.
Natomiast przesłuchania do szkolnej reprezentacji
Gryfonów odbędą się w ten piątek
o godzinie siedemnastej na szkolnym boisku.
Własna miotła nie jest wymagana, jednak mile widziana.

 Profesor Minerwa McGonagall


- Gratulacje, Harry! - Wszyscy rzucili się na niego i życzyli jak najlepiej.
- Ale przyjmiesz nas do drużyny, co? - Bliźniacy wyszczerzyli zęby w uśmiechu.
- Dajcie mu spokój, przecież musicie najpierw być najlepsi – skarciła ich Hermiona.
- A kto powiedział, że nie jesteśmy? - Fred i George wydawali się być zdziwieni, że nie wie, jakimi są cudownymi pałkarzami. Brunetka natomiast tylko wywróciła oczami i zaciągnęła ich do przejścia pod portretem.
    Korytarze były pełne uczniów, zarówno tych starszych, jak i zdezorientowanych i trochę przerażonych pierwszorocznych.
- My naprawdę byliśmy kiedyś tacy mali? - Zapytał ze zdumieniem Ron.
- Trudno uwierzyć, prawda? - Harry uśmiechnął się do niego smutno. - Jak ten czas szybko zleciał.
- To prawda, ale pamiętaj, że trzeba iść cały czas do przodu i nie oglądać się na przeszłość – podsumowała Ginny. - A teraz chodźcie już w końcu na śniadanie! Padam z głodu.
    Przytaknęli i wkroczyli do Wielkiej Sali. Usiedli przy stole na swoich stałych miejscach i zaczęli jeść. W trakcie śniadania profesor McGonagall rozdawała im plany lekcji. Hermiona spojrzała na swój i cicho zaklęła. Dwie godziny eliksirów ze Ślizgonami! Nie zapowiadało się dobrze. Potem co prawda miała być obrona przed czarną magią i zielarstwo, ale i tak była wkurzona. Natomiast Harry i Ron patrzyli ze zdziwieniem i rozdziawionymi ustami na swoje rozkłady zajęć. Dziewczyna natychmiast ich zapytała:
- Co się tak gapicie? Coś nie tak?
- No raczej! Mamy eliksiry! - Wybuchnął skonsternowany Weasley.
- Jak to?! Przecież nie dostaliście Wybitnych na SUM-ach...
- Nie dostali, panno Granger, to prawda – potwierdziła opiekunka Gryfonów. - Ale profesor Dumbledore stwierdził, że dla pana Pottera i jego przyjaciół eliksiry to priorytet, jeśli mamy pokonać Voldemorta. No i dzięki temu możecie pomyśleć o zostaniu aurorami.
- Profesor Snape już wie? - Harry skrzywił się wymawiając to nazwisko. Nienawidzili się wzajemnie. Mimo wszystko chłopak cieszył się nową nadzieją na zdobycie wymarzonego zawodu.
- Zaraz go poinformuję. Coś mi się wydaje, że nie będzie zachwycony, ale musi uszanować i zaakceptować decyzję dyrektora. – Minerwa uśmiechnęła się na myśl szału, w jaki wpadnie Severus, i jego wyrazu twarzy, gdy dowie się o kolejnych lekcjach z Wybrańcem.
    Przyjaciele w spokoju dokończyli śniadanie. Przez cały ten czas Carmen nie odezwała się ani słowem, chociaż starali się ją trochę zagadać. Nic. Tylko dłubała widelcem w swoim talerzu z jajecznicą.
    Wstali od stołu i ruszyli w stronę lochów. Na miejscu było już trochę ludzi, w tym Malfoy ze swoją obstawą. Całe szczęście, że Ginny miała lekcje gdzie indziej, bo mogłaby dostać wytrzeszczu. Draco miał nieskazitelnie białe zęby, głębokie oczy i starannie ułożone blond włosy. Ubrany był w gustowną czarną koszulę i szmaragdowy krawat oraz nową, również czarną, szatę. Odgarnął dłonią grzywkę i zwrócił się do Hermiony najbardziej pogardliwym tonem, na jaki było go stać. A stać go było na bardzo wiele.
- Ej, Granger, co się tak na mnie gapisz? Chcesz zobaczyć, jak wygląda prawdziwy czarodziej?
- Nie, Malfoy. W przeciwieństwie do ciebie, JA wiem, że czarodziej powinien umieć się wyrażać. A i jeszcze nie mieć rodziców Śmierciożerców.
- Oni przynajmniej nie są nędznymi mugolami, wredna szlamo!
- Racja. Mają lepiej. W końcu są podnóżkami Voldemorta, to chyba o wiele lepsze zajęcie...
    Ale nie dokończyła, bo właśnie wyczuła, że ktoś za nią stoi. Cholera! Snape zgromił ją wzrokiem i odjął Gryffindorowi piętnaście punktów. Nie pomogły tłumaczenia – przyzwyczaiła się już.
Mistrz Eliksirów był zdecydowanie nie w humorze. Ruchem ręki wpuścił ich do środka i warknął coś o siadaniu. Wszyscy go posłuchali. Wiedzieli, czym w takim wypadku kończy się choć chwila nieposłuszeństwa. Szybko się rozpakowali i obserwowali, jak ich nauczyciel się o coś wścieka i przechodzi przez ciężkie, czarne drzwi do gabinetu. Tak, to będą zdecydowanie ciekawe dwie godziny...

12.10.12

5. Hogwart

"Bo coś w sza­leństwie jest młodości,
wśród lotu wichru, skrzy­deł szumu,
co jest mądrzej­sze od mądrości
i ro­zum­niej­sze od rozumu."
- Leopold Staff

- Jak to kieł wampira?! - Harry nie wiedział czy Hermiona żartuje, czy mówi na serio. - To żart, prawda? Zrobiłyście mi dowcip... Dobra, było śmiesznie, ale teraz powiedzcie prawdę!
- To prawda, Harry... Przecież bym cię nie okłamała... - powiedziała dziewczyna i zarumieniła się lekko, co było dosyć widać, bo miała bladą twarz z przerażenia. Carmen tylko prychnęła cicho i przewróciła oczami.
- Chłopaku, niech W KOŃCU do ciebie dotrze, że właśnie mógł cię wyssać wampir!
- Ale... ale ja myślałem, że...
- Że co? Że nie istnieją? Ocknij się, żyjemy w świecie magii. A to oznacza nie tylko miłe i przyjemne stworzonka, takie jak gumochłony, ale też krwiożercze bestie!
    Harry był w szoku. Niby wiedział, że takie istoty żyją, ale nie przejmował się tym specjalnie. Według jego informacji żyły daleko od niego i nie chciały mieć nic wspólnego z Voldemortem... A tu taka "niespodzianka".
- Jeszcze raz dzięki, Carmen.
- Już ci mówiłam, żebyś z tym skończył.
- I tak ci dziękuję!
- Dobra!!! Przyjmuję! A teraz się zamknij, bo zaraz będziesz Chłopcem, Który Przeżył, Ale Nie Wytrzymał Spotkania Z Carmen Brown. A teraz szybko się przebierajcie! Dojeżdżamy.
    Rzeczywiście. Do Hogsmeade zostało pięć minut, a oni jeszcze nie byli w szkolnych szatach. Potter odwrócił się i poczekał aż dziewczyny się ubiorą. Potem się zamienili. Nagle coś mu się przypomniało.
- Ej, Hermiono, tak w ogóle to gdzie jest Ron? Miał pójść do toalety...
    W tym momencie drzwi od przedziału się otworzyły i wysunęła się przez nie ruda czupryna.
- Hej, tęskniliście? - Weasley wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Ronaldzie, gdzie ty byłeś? - Zapytała oburzona Granger.
- No, ten... - rudzielec zmieszał się. - Spotkałem Lavender i jakoś tak... straciłem poczucie czasu...
- Aha, jasne...
- Ej, a to kto? - Ron spojrzał pytającym wzrokiem na brunetkę, żeby szybko zmienić temat.
- To nowa uczennica, Carmen – odrzekł szybko Harry.
- Cześć, jestem Ron Weasley. Miło mi cię poznać – rudzielec posłał jej, jego zdaniem, czarujący uśmiech.
- A mi ciebie nie bardzo – odpowiedziała Brown bezbarwnym tonem. Wszyscy wytrzeszczyli na nią oczy. - Co się tak gapicie? Spójrzcie tylko na jego kolana! Przyjemnie zdradzało ci się swoją dziewczynę? - Chłopak zarumienił się. - Cóż, widzę, że tak...
    W tym momencie pociąg się zatrzymał i wszyscy zaczęli wysiadać. Na peronie zobaczyli Hagrida, który, jak zwykle, wołał do siebie pierwszorocznych. Szybko zabrali rzeczy i poszli w stronę powozów. Siedzieli razem z Luną, Nevillem i bliźniakami. Chwilę później ruszyli.
    Gdy dotarli przed szkołę, udali się na Ceremonię Przydziału. Usiedli przy stole, bez Carmen, która czekała na swój przydział wraz z pierwszakami, co było dla niej dość upokarzające (dość to raczej zbyt łagodne słowo na określenie nastroju dziewczyny, ale przekleństwa ładne nie są).
    W końcu do Wielkiej Sali dumnie wkroczyła profesor McGonagall i ustawiła na środku mały stołek ze starą tiarą. Nagle Tiara Przydziału zaczęła swoją coroczną piosenkę:

Witajcie, drodzy uczniowie,
co wiedzy magicznej łakniecie.
Zważajcie na to, co w głowie,
wtedy nie pobłądzicie.
Dzisiaj piosenka jest inna,
jednoczyć Wam się każę.
Czarnego Pana to wina,
lecz to Wam później pokażę.
Wpierw przydział do domów Was czeka.
Na siedem lat tam traficie
i chociaż droga daleka,
myślę, że znajdziecie cel życia.
Teraz Wam domy opiszę,
słuchajcie więc uważnie,
bo więcej nie powtórzę,
to moje zadanie właśnie.
Gryffindor dzielnych przyjmuje,
z sercem dobrym i czystym.
Tam wielka odwaga króluje
i brak spojrzeń nienawistnych.
Slytherin to drugi dom wielki,
przebiegli tam trafiają,
co nie stronią od walki
i sprytem się przechwalają.
Ravenclaw mądrych królestwem,
inteligencja tam kwitnie.
Jest bardzo przyjemnym miejscem
dla ludzi z bystrym umysłem.
Został jeszcze dom czwarty,
najmniej z wszystkich doceniany,
lecz Hufflepuff najbardziej prawy -
z wierności i prawdy jest znany.
Tak oto na cztery domy
podzieleni będziecie,
włożycie mnie na głowy
i na stołku siądziecie.
Lecz strzeżcie się zła od dzisiaj,
bo prawda niestety jest taka,
że Voldemort może z ukrycia
namieszać w Waszych planach.

    Rozległy się oklaski i Ceremonia Przydziału się rozpoczęła. Pierwsza była "Allen, Marta", a po niej "Blake, Rose". Obie trafiły do Hufflepuffu.
    W końcu nadszedł czas na Carmen. Spojrzenia wszystkich chłopców przeniosły się na nią, za to dziewczyny zaczęły cicho pokasływać. Podeszła zdecydowanym krokiem do taboretu i nałożyła Tiarę na głowę. Opadła jej na czoło.

***

    Carmen Brown siedziała na środku Wielkiej Sali ze starą czapką na głowie i zastanawiała się, po co to wszystko. Od razu powinna trafić do Ravenclawu, ewentualnie Slytherinu.
- Decyduj się już – powiedziała do kapelusza (JA MÓWIĘ DO KAPELUSZA!). - Nie trać czasu.
- Nie tracę... Interesujące... Z takim mózgiem powinnaś trafić do Ravenclawu...
- Więc rób swoje.
- Ale czekaj... Ciekawe, bardzo ciekawe... Widzę w tobie spryt i złość, powinnaś z tym być Ślizgonką, chociaż widzę też skrupuły, zasady moralne i...
- Przestań gadać bzdury i mnie przydzielaj! Skąd w ogóle ty to wszystko wiesz?
- To proste, wszystko jest tu, w twojej głowie...
- Co z tego. - Bardziej stwierdziła niż zapytała.
- A to, moja droga, że właśnie oglądam sobie wnętrze twojej duszy, twoje pragnienia i wszystkie, najgłębiej skrywane uczucia... I na samym dnie tego twojego zimnego, pozbawionego emocji i racjonalnego umysłu oraz serca widzę odwagę, jakiej nie powstydziłby się sam dyrektor tej szkoły... Uwierz mi, wyjdzie z ciebie coś dobrego, coś, co zmieni całe twoje życie i nie tylko.
- Nie mów mi, że...
- Powiem, kochana. Powiem.
- Nie, tylko nie...
- GRYFFINDOR!!!

***

    Tiara Przydziału wrzasnęła na całą salę nazwę domu Godryka Gryffindora. Wszyscy wytrzeszczyli na nią oczy, bowiem powiedziała coś, czego nikt się po niej nie spodziewał. Carmen Brown w tym domu? Miała być w zupełnie innym! Hermionie zrobiło się niedobrze. A co, jeśli... Jeśli będzie musiała dzielić z nią dormitorium? W końcu miały tyle samo lat, a w pokoju jej, Lavender i Parvati było wolne łóżko! Ona tego nie zniesie... Widziała, jak Harry nie mógł oderwać od niej wzroku, jak działała na wszystkich chłopaków! Na dodatek miała na nazwisko tak, jak Lavender... Ale się porobiło. Dwie panny Brown w jednym dormitorium. Coś czuła, że to będzie ciężki rok...
    Podniosła wzrok i zobaczyła Carmen, która niepewnym krokiem szła w stronę ich stołu. Wszyscy ją zapraszali, żeby usiadła obok nich, ale dziewczyna wybrała miejsce przy Hermionie. Wyglądała na rozczarowaną, smutną i... zawiedzioną? Albo po prostu wściekłą na Tiarę. W każdym razie było jej niewesoło. Z ponurym spojrzeniem wpatrywała się uparcie w gładki blat stołu. W końcu Ceremonia Przydziału się zakończyła i zastępczyni dyrektora wyniosła kapelusz z sali. W tym samym momencie powstał Albus Dumledore i rozpoczął swoją mowę powitalną:
- Witajcie, drodzy uczniowie! Mam nadzieję, że wakacje miło wam minęły, ale zaczął się rok szkolny i teraz czas na zdobywanie wiedzy. Pragnę wam ogłosić, że w tym roku to ja będę uczył was obrony przed czarną magią, chociaż mam nadzieję, że za rok nikt mnie nie będzie musiał zastępować – cicho zachichotał, a młodzież mu zawtórowała. - Ale to nie wszystko. Pamiętajcie, aby być ostrożnym, nawet w murach tej szkoły. Niestety, Lord Voldemort powrócił i wszyscy musicie przyjąć to do wiadomości. Nastały ciężkie czasy dla świata, ale pamiętajcie, że dobro zawsze zwycięży. - Tutaj westchnął ciężko. - Reszta ogłoszeń: pan Filch przypomina o zakazie wchodzenia do Zakazanego Lasu i powiadamia, że na listę rzeczy zabronionych trafiły w tym roku Żelujące Żelki, Bombowe Karmelki i Fikuśne Ząbniki. To wszystko. Możecie zacząć opychać się do nieprzytomności!
    Klasnął w dłonie, a oczom wszystkich ukazały się najróżniejsze potrawy. Kurczaki, indyki, żeberka, pieczone ziemniaki i frytki, ryby i smażone jajka, puddingi i pyszne ciasta... Uczniowie natychmiast rzucili się na jedzenie. Wszyscy, oprócz Carmen. Hermiona spojrzała na nią pytającym wzrokiem znad góry sałatki i spytała:
- Czemu nic nie jesz?
- A jaki dzisiaj dzień?
- Niedziela, jak sądzę.
- W takim razie obejdę się.
- Co?!
- Słyszałaś. Zjem coś dopiero jutro. Trawienie przeszkadza w myśleniu. To strasznie rozprasza.
- Dziewczyno, zagłodzisz się!
- Nie przesadzaj. Robię tak od dwóch lat i nic mi się jeszcze nie stało.
- Zależy jak dla kogo... - mruknęła pod nosem Granger. - W ogóle, co myślisz o naszym dyrektorze?
- O Dumbledorze? To gej.
- CO?!
- Dobrze słyszałaś. Gej. Nie widzisz tego? Jak wygląda, jak się porusza, jak mówi?
- Widzę, ale...
- Na tym polega twój problem. Ty patrzysz, ale nie widzisz. Zresztą większość ludzi taka jest. To idioci. Ignoranci. Oni w ogóle nie myślą. Tylko myślą, że myślą.
- Ale w takim razie z kim...
- Z Grindelwaldem.
    Hermionę zatkało. Podejrzewała to, to fakt, ale nigdy nie myślała, że to może być w stu procentach prawda. Nagle zaczęła czuć respekt do tej dziewczyny. Czytała o dedukcji i analizie, ale to była teoria, a tu miała żywy przykład. Zobaczyła, że Carmen patrzy w stronę stołu nauczycielskiego. Jej wzrok spoczął na mężczyźnie w czerni. Nagle zapytała:
- Jak nazywa się ten nauczyciel eliksirów?
- Snape. Severus Snape. - Dziewczyna już nawet nie spytała, skąd wie, że uczy tego przedmiotu.
- Aha.
    Brown szybko odwróciła wzrok, ale dało się dostrzec tajemniczy błysk w jej oku. Błysk, który zwiastował niewątpliwie ciekawe wydarzenia.
    Gdy wszyscy się już najedli i napili, Albus Dumbledore powstał ze swojego miejsca. Klasnął w dłonie i nakrycia zniknęły.
- Teraz możecie udać się do swoich dormitoriów. Pierwszorocznych mają obowiązek odprowadzić prefekci. Dobranoc!
    Zapomniała! Przecież była z Ronem prefektem! Szybko wstała od stołu, powiedziała o wszystkim przyjaciołom i ruszyła w kąt sali.
    Jedenastolatkowie byli bardzo nerwowi, ale dała radę z rudzielcem ich zaprowadzić. Gdy stanęli przed wejściem do Pokoju Wspólnego Gryfonów, powiedziała:
- To jest portret Grubej Damy. Aby wejść, musicie podać jej hasło. Dyniowe paszteciki!
    Wkroczyli do pomieszczenia. Hermiona słyszała ciche okrzyki zachwytu. Było tu pięknie. Czerwono-złote dekoracje, kotary i mnóstwo foteli oraz kanap. Miękkie dywany miały fantastyczne wzory. Pod oknami stały stoliki z szachami czarodziejów, a Krzywołap już wylegiwał się na parapecie. W kominku palił się ogień, który oświetlał swoim płomieniem twarze osób siedzących naprzeciwko. Ku swojemu zdumieniu ujrzała tam Ginny, Harry'ego, bliźniaków i... Carmen! Szybko pokazała pierwszakom dormitoria i podeszła do nich.
- Hej, Miono. Jak tam? - Fred wyszczerzył swoje zęby w wielkim uśmiechu.
- W porządku. O czym rozmawiacie?
- O Dumbledorze. Ma przecież nauczać obrony przed czarną magią!
- Wydaje mi się, że on czuje się za nas odpowiedzialny i chce być pewny, że się czegoś nauczymy na tych lekcjach. W końcu Voldemort powrócił i to w wielkim stylu! Och, Ronald, przestań się krzywić!
    Wszyscy wybuchnęli śmiechem, oprócz Carmen, która wydawała się jakby nieobecna. Dłonie złożyła w sposób, jak do modlitwy, oczy miała przymknięte i mruczała coś niewyraźnie pod nosem. Nikt nie zwrócił na nią specjalnie uwagi.
    Było już późno, więc postanowili położyć się spać. Hermiona powiedziała wszystkim "Dobranoc!", przytuliła każdego po kolei (Harry'ego troszkę dłużej) i razem z koleżanką udały się do dormitorium. Lavender i Parvati już spały. Szybko się rozpakowały. Granger zobaczyła, jak dziewczyna wyjmuje z kufra czaszkę (!) i stawia ją na stoliku nocnym. W odpowiedzi na uniesioną pytająco brew, brunetka odpowiedziała:
- To mój przyjaciel. Wiesz, kiedy mówię przyjaciel to...
    Nie musiała dokańczać. Hermiona taktownie postanowiła, że tego nie skomentuje. Ta dziewczyna robiła się coraz dziwniejsza. A to dopiero pierwszy dzień! Zastanawiała się, do czego jeszcze może dojść...
    Wsunęła się pod kołdrę i jej myśli popłynęły ku Harry'emu... Patrzył na tę dziewczynę z takim głodem w oczach! Zresztą wszyscy tak patrzyli! Co prawda zainteresowana nie zwracała na to uwagi, wręcz irytowało ją to, ale jednak... Poczuła ucisk w żołądku. Wiedziała, że nie jest dla niego kimś wyjątkowym, że jeśli szybko coś się między nimi nie stanie, to ona go straci... W końcu był Wybrańcem. Niby ludzie szeptali wcześniej przeciwko niemu, ale był przystojny i podobał się dziewczynom.
    Westchnęła cicho i pomyślała o jego pięknych oczach, cudownym uśmiechu, wiecznie rozczochranych włosach, okrągłych okularach, idealnych ustach, zapachu, od którego czuła motylki w brzuchu... Wyobraziła sobie, że ją dotyka i mocno przytula... Potem ich usta łączą się w pocałunku, który trwa wieczność... Przewróciła się na bok, nie mogąc przestać o nim myśleć. Znowu. Zasnęła, czując jego ciepły oddech na policzku...

6.10.12

4. W pociągu

"Zawsze twardo stąpaliśmy po ziemi i niech tak zostanie.
W naszej rzeczywistości nie ma miejsca na żadne duchy."
- Sherlock Holmes

 - Hermiono! Wstawaj! Dzisiaj jedziemy do Hogwartu!
    Te oto słowa usłyszała Hermiona Granger w niedzielny poranek, 31 sierpnia, od Ginny Weasley. Z jednej strony była bardzo szczęśliwa z tego powodu, a z drugiej – chciało jej się spać. I to nie była zwykła senność, tylko taka, która aż prosi, żeby nie wstawać i przyciąga magnetyczną siłą do łóżka. Dziewczyna wydała swojemu ciału stanowcze polecenie – wstawać! - ale nie ruszyła się z miejsca. Było jej ciężko, powieki same opadały na oczy, a dłonie nie chciały odgarnąć kołdry. Całą siłą woli, jaka była teraz do jej dyspozycji, podniosła się powoli i spojrzała sennym wzrokiem na przyjaciółkę.
- Która godzina?
- Ósma dwadzieścia. Mama mówi, że za dziesięć minut śniadanie, a o dziewiątej wyruszamy, więc lepiej się pospiesz!
    Nagle cała senność zniknęła, a Hermiona zerwała się z łóżka i z prędkością Błyskawicy Harry'ego pobiegła do łazienki. Musiała się umyć, ubrać i oczywiście spróbować ułożyć te niesforne włosy, które nigdy nie były w takim stanie, w jakim chciała, żeby były.
    Sama nie wiedziała, jak tego dokonała, ale zdążyła na śniadanie i wyglądała całkiem nieźle. Oczywiście całkiem nieźle jak na Hermionę. Szybko dosiadła się do stołu, a że była głodna jak hipogryf, nałożyła sobie cały talerz jajecznicy. Natychmiast zabrała się do jedzenia. Zresztą nie ona jedna – wszyscy się spieszyli i wyglądali na strasznie wygłodniałych. Pani Weasley, na przykład, pochłaniała już dziewiątego naleśnika z syropem klonowym, a Ron pożerał dwunastą kanapkę z wołowiną (chociaż może akurat to nikogo nie dziwiło – Hermionie zawsze się wydało, że je, jakby miał trzy żołądki).
    Gdy wszyscy się w końcu najedli, poszli ostatni raz do swoich pokoi po kufry. Następnie wyszli przed Norę, gdzie czekał już na nich Kingsley z samochodem. Wnętrze wozu było magicznie powiększone, więc bez problemów się zmieścili. Jeszcze raz się upewnili, czy wszystko zabrali i ruszyli. Pociąg odjeżdżał o 11, a przed nimi było dobre półtorej godziny drogi.
    Podczas jazdy bliźniacy zabawiali się grą w lewitujące szachy, a Ginny grała z Harrym i Ronem w eksplodującego durnia. Hermiona musiała niestety tłumaczyć panu Weasley'owi do czego służy lampka nocna.
    W końcu dojechali. Szybko wypakowali bagaże i ruszyli na dworzec. Dopiero tutaj Hermiona zobaczyła, że bliźniacy też mają kufry. Postanowili zaliczyć siódmy rok w Hogwarcie, skoro odeszła "ta stara, pomarszczona, wredna, ropuchowata, wadliwa sklątka tylnowybuchowa".
    Tymczasem trójkę przyjaciół czekał już szósty rok nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa. Hermiona zdała wszystkie SUMY na Wybitny i oczywiście zamierzała kontynuować rozpoczęte przedmioty. Chłopcy mieli gorzej, ale i tak o karierze aurorów mogli pomarzyć, bo profesor Snape na eliksiry przyjmował tylko osoby z W. Za to obrona przed czarną magią poszła im rewelacyjnie, a przecież to było najważniejsze.
    Po kolei przechodzili przez barierkę pomiędzy peronami 9 i 10. W ten oto iście magiczny sposób znaleźli się na peronie 9 i ¾. Czerwona lokomotywa już na nich czekała. Na stacji aż roiło się od młodych magików w każdym wieku, ich rodziców i zwierzątek.
    Wszyscy szybko pożegnali się z państwem Weasley i wsiedli do pociągu. Bliźniacy udali się gdzieś w głąb wagonów, a Harry, Ron, Hermiona i Ginny znaleźli wolny przedział. Rozsiedli się wygodnie i czekali, aż pociąg ruszy.
    Szybko wdali się w rozmowę o czekającym ich nowym roku szkolnym i nawet nie zauważyli, kiedy wyjechali z Londynu i zaczęli podążać w stronę Hogwartu. W pewnym momencie Ron oznajmił, że musi iść do toalety, a Ginny poszła do koleżanek ze swojego roku. Zapadła cisza.
    Hermiona wpatrywała się w widok za oknem. Przemierzali pola, lasy i łąki. Mijali różne miasteczka i wsie. Krajobrazy były naprawdę piękne, bardzo malownicze. Zachodzące słońce rysowało na niebie pomarańczowo-różowy pejzaż, który każdy człowiek mógł odczytać na swój własny, niepowtarzalny sposób. Nagle dotarło do niej, że Harry coś mówi.
- Przepraszam, zamyśliłam się. Co powiedziałeś?
- Mówiłem, że to słońce wygląda pięknie. A ty jak uważasz?
- Noo... jest całkiem ładne. Wiesz, takie kolorowe i w ogóle.
- Dokładnie – przytaknął Harry i przysunął się bliżej. - Tak właściwie, to myślałem, że...
    Ale nie zdążył dokończyć, bo do ich przedziału weszła ładna, wysoka brunetka. Wyglądała na taką w ich wieku i była po prostu śliczna. Miała pięknie zarysowane kości policzkowe, orzechowe oczy i cudowne, brązowe włosy przeplatane blond pasemkami. Były lekko falowane, co tylko dodawało jej uroku.
- Cześć, mogę się przysiąść?
- Jasne, nie ma sprawy – odparł szybko chłopak, nie mogąc oderwać od niej wzroku. - Kim jesteś?
- Och, no tak, nie przedstawiłam się. Jestem Carmen Brown, nowa. Przeniosłam się z Francji do Anglii, więc od tego roku będę chodzić do Hogwartu do szóstej klasy. A ty to pewnie Harry Potter? Zawsze chciałam cię poznać! Wiem o tobie wszystko, przeczytałam mnóstwo książek! Zresztą, widzę, że obecna tu Hermiona Granger też jest typem mola książkowego.
- Ja... Ty... Skąd... - Hermiona nie wiedziała, co powiedzieć. Znowu.
- Och, przecież to elementarne, wystarczy się rozejrzeć... Twoja inteligencja jest już wręcz legendarna, więc naprawdę muszę ci to tłumaczyć?
- Cóż... Ja... No...
- Czyli to chyba tylko legendy... No dobra. Zdjęcia Harry'ego są we wszystkich gazetach, poza tym przez grzywkę widać mu bliznę, a jego okulary mówią same za siebie. Natomiast ty... To już trochę trudniejsza sprawa. Twoja walizka jest podpisana, ale o tobie już tyle nie piszą, więc z prasy za wiele o tobie nie wiem. Z odgnieceń na twoich nadgarstkach wnioskuję, że dużo siedzisz przy biurku, a przecież były wakacje. Zatem kochasz naukę. A powiedz mi, moja droga, jaki człowiek, który się ciągle uczy w wakacje nie lubi książek?
- Żaden, ale...
- Tak, wiem, to nie tłumaczy wszystkiego. Otóż, sposób w jaki mrużysz oczy, odgarniasz włosy z czoła, mrugasz, a nawet poruszasz się, mówi wiele o tobie. Nie będę tracić czasu i wszystkiego wymieniać, bo i tak nic to nie da. Powiem tyle: twoje ruchy wskazują na to, kim jesteś. Zadowolona?
    Hermiona zdecydowanie nie wyglądała na zadowoloną z monologu Carmen. Ta dziewczyna już jej się nie podobała, jednak imponował jej jej niewątpliwy intelekt. Sposób, w jaki odgadywała cudze zainteresowania, wady i zalety, a nawet najgłębiej skrywane myśli (bo Gryfonka w to też nie wątpiła) wywierał na niej spore wrażenie.
    Carmen usiadła obok Harry'ego, z czego chłopak wydawał się być niezmiernie szczęśliwy, natomiast dziewczyna zabrała się za czytanie "Mistrza" – magazynu dla czarodziejów mających zamiłowanie do eliksirów. Siedzieli tak w milczeniu, nie mając pojęcia, o czym mieliby rozmawiać. Do Hogsmeade zostało już tylko pół godziny drogi. Właśnie mieli zacząć przebierać się w szkolne szaty, gdy pociąg stanął. Nikt nie wiedział, o co chodzi. Ludzie wyjrzeli ze swoich przedziałów i szeptali nerwowo. Nagle zapadła ciemność i nieprzenikniona cisza ogarnęła wszystkie wagony. Rozległ się głośny huk i rozbłysło zielone światło.
    Przez pociąg przeszła fala paniki. Na dodatek drzwi od wszystkich przedziałów zaczęły się po kolei same otwierać i po sekundzie zamykać. Sylwetki uczniów owiewał silny podmuch jakby wiatru, chociaż to musiało być coś innego. Gdy do przedziału Harry'ego, Hermiony i Carmen wdarł się ten zdradziecki i zimny wicher, chłopak poczuł przeraźliwy ból. Blizna. Zaczął krzyczeć, miał przed oczami pustkę, a jego ciało nie mogło się ruszyć. Zabolała go szyja i pomyślał, że ktoś chce go udusić, ale tego nie zrobił. Starał się odchylić głowę, ale zamiast tego poczuł przeraźliwie zimny, przenikający całe ciało oddech na karku. Nagle rozbłysło żółte światło, usłyszał okrzyk bólu i od razu odetchnął z ulgą. Był wolny. Już nic mu nie groziło.
    Zapaliło się światło i pociąg ruszył. Potter chciał się dowiedzieć, co się stało.
- C-co to by-yło?
- Nie wiem, Harry – odparła Hermiona. - Nie ruszałeś się, byłam przerażona. I ten zimny podmuch... Brr! W każdym razie coś się z tobą stało i wyglądałeś, jakby coś cię miało zaraz zabić. Masz, zjedz czekoladę. – Dziewczyna podała mu kawałek brązowego szczęścia. - No i tak właściwie to Carmen cię uratowała. Rzuciła zaklęcie, nie będę ci mówić jakie, bo i tak nie zapamiętasz, ale pomogło. Na dodatek przyłożyła temu czemuś jakby w twarz i wtedy wszystko wróciło do normy. Na pewno nic ci nie jest?
- Nie, w porządku. Dzięki. Tobie Carmen też dziękuję. Bardzo. Zawdzięczam ci życie.
- Jasne. Nie rozczulaj się. Jakby to coś ciebie zabiło, to pewnie mnie też, więc chroniłam własną skórę. Tak w ogóle to chyba coś tu leży na podłodze.
    Harry podniósł mały, biały, trochę mokry przedmiot i uważnie mu się przyjrzał.
- Wygląda jak ząb. Pewnie wybiłaś go temu stworzeniu.
- To na pewno. Pytanie, do kogo konkretnie należy. Jakieś pomysły, Granger?
- Tak. Widzisz, jest podłużny i...
- Nie przedłużaj. Po prostu mu to powiedz.
- Co ma mi powiedzieć? - Harry nie mógł się za bardzo połapać w tym wszystkim.
- Widzisz, to nie jest zwykły ząb. Jest wyjątkowy, bardzo ważny dla jego... hmmm... posiadacza - tłumaczyła Carmen znudzonym głosem.
- Ale do kogo należy?! Powiecie mi w końcu?
- Więc, Harry... - Hermiona z trudem wymawiała kolejne słowa. - Ten ząb... ten kieł... To jest kieł wampira.
Harry Potter - Book And Scroll