Harry Potter - Book And Scroll

20.6.14

49. Nalot na East End

"A mój Bóg w dłoniach ma błyskawice, 
miotając gromy, odbiera życie, 
ten mój Bóg sam się we mnie zatraca, 
bo gdy mnie widzi, oczy odwraca."
- IRA, "Mój Bóg"


    East End w Londynie był cichy i mroczny. Nawet biały śnieg leżący na ulicach i parapetach małych okien nie sprawiał, że robiło się przyjemniej. Wcale nie miało.
    Wigilia Bożego Narodzenia w wydaniu Voldemorta? Czemu nie.
    Barnabas pojawił się bezszelestnie na głównej ulicy. Otulił się szczelniej peleryną, mimo że nic nie czuł. W jego brązowych oczach widać było determinację. Był wierny Czarnemu Panu. I dzisiaj miał okazję tego dowieść. Nie tylko poza Hogwartem.
    Mroczny Znak zapiekł na przedramieniu. Chwilę później za nim pojawił się oddział jego wojowników śmierci, a Collins usłyszał w głowie jedno słowo.
- Zaczynaj – wysyczał Riddle i zniknął z jego umysłu. Pewnie teraz siedział przy kominku z Bellą. Nieważne – to robota dla nosferatu.
    Barnabas wsłuchał się w ciszę. W oddali dobiegł go ledwie słyszalny dźwięk. Kolejny oddział gotów.
    Uniósł do góry lewą rękę na znak przygotowania. Wszystkie wampiry zgodnie skupiły na nim wzrok. Już miał otworzyć usta, gdy poczuł coś. Kogoś. Błyskawicznie odwrócił głowę i zobaczył dziecko. Chłopiec wyglądał na zadbanego i z dobrej rodziny. Miał na sobie płaszczył i buciki wyszywane złotą nitką.
- Halo? Pomoże mi pan? Zgubiłem się i...
    Collinsowi zaświeciły się oczy. Wskazał palcem mężczyznę w pierwszym rzędzie.
- Nie bój się. Xavier się tobą zajmie – powiedział łagodnym głosem, jednocześnie rzucając blondynowi porozumiewawcze spojrzenie. Ten kucnął, a gdy chłopiec ufnie podszedł do niego, Barnabas wycedził: - Zabij.
    Dziecko nawet nie zdążyło przetrawić tej informacji, a już było martwe. Xavier odrzucił zwłoki na bok, wstał i uśmiechnął się, ukazując zakrwawione kły i poplamiony kołnierz kurtki.
- Gra się zaczęła! - wykrzyknął Barnabas. Gestem dłoni zachęcił ich do rozpieszchnięcia się po całej dzielnicy. Na odchodnym jeszcze dodał, przeraźliwie krzycząc: - Zabijajcie wszystkich, bez żadnej litości! Najpierw robota, potem jedzenie!
    Sam również zabrał się do pracy. Wszedł do pierwszego z brzegu domu. Nawet nie musiał różdżką zapalać światła, jego oczy idealnie widziały. Wyczuł zapach ludzi w pokoju na lewo. Otworzył drzwi i zobaczył śpiącą w łóżku dziewczynkę. Z zadowoleniem wgryzł się w jej szyję, nawet nie zdążyła się przebudzić. Potem ruszył do sypialni jej rodziców i uczynił to samo. Gdy udał się do kolejnego budynku, na ulicy już wybuchła panika. Słyszał krzyki i zawodzenie, tłumione przez coraz to nowe żniwo śmierci. Dzisiaj rozkazy były proste: nikogo nie oszczędzamy.
    Zaśmiał się krótko i również zaczął wyłapywać ludzi z ulicy. Biegali w piżamach lub prawie nadzy, jedynie ułatwiali im zadanie swoją paniką. Wcześniej zadbali o odpowiednią osłonę magiczną, więc nikt nie mógł nawet wezwać pomocy.
    Barnabas popatrzył w czarne niebo, z którego zaczął sypać drobny śnieg, roztapiając się w zetknięciu z czerwonymi kałużami. To będzie długa, krwawa noc.

***

    W Hogwarcie panował świąteczny nastrój. Hagrid jak co roku przyniósł ogromną choinkę z Zakazanego Lasu, a nauczyciele dekorowali korytarze. W powietrzu dało się wyczuć napięcie i ekscytację z powodu wieczornego balu. Uczniowie, którzy wyjechali na Święta z zamku, mieli przybyć specjalnymi kominkami do Wielkiej Sali.
    Kilkoro uczniów, w tym Harry, Ron, Ginny, Carmen i Hermiona kończyło śniadanie przy stole Gryffindoru, gdy usłyszeli znajomy łopot skrzydeł. Sowy przyleciały ze spóźnionymi prezentami i kartkami. Harry'emu Hedwiga przyniosła "Proroka Codziennego". Nie miał specjalnie ochoty go czytać, ale wszyscy zebrani dostrzegli dziwne litery na okładce. To znaczy dziwniejsze niż zwykle. Hermiona wzięła gazetę do ręki i zaczęła czytać.

RZEŹ KUBY ROZPRUWACZA!!!
Z przykrością donosimy, iż wczoraj, tj. w Wigilię Bożego Narodzenia doszło do straszliwego wydarzenia w East Endzie w Londynie. Jak pamiętamy i zapewne wszyscy wiemy, w tej dzielnicy wiele lat temu panował terror Kuby Rozpruwacza – i choć zabił on kilka osób, to morderstwa w końcu ustały. Poprzedniego dnia zabójców musiało być znacznie więcej, jednak już określa się to wydarzenie mianem "rzezi Kuby Rozpruwacza" lub "horroru Kuby Rozpruwacza". Najdziwniejsze jest to, że nikt nic nie słyszał, a zamieszkujący tam czarodzieje nie wysłali żadnych sygnałów ratunkowych, zupełnie, jakby zostali odcięci od reszty świata.
W czym jednak rzecz? Otóż około godziny szóstej rano wracał do domu pewien młody mężczyzna. Pan Jack Singer, gdy tylko wszedł do swojej dzielnicy, wręcz utopił się w krwi. Nie jest to żadna metafora. Od razu wezwał odpowiednie służby, które przeszukały CAŁĄ dzielnicę i nie znalazły tam ANI JEDNEJ żywej osoby! Nawet zwierzęta uciekły lub zostały także zabite. "To był koszmar", opowiada pan Singer. "Wszystko było we krwi, wszystko! Ściany, parapety, bruk... Nie mogłem w to uwierzyć! Znałem tych ludzi, lubiłem ich. Mieliśmy plany na przyszłość, a teraz... Dobrze, że moja rodzina akurat wtedy wyjechała. Cudem uniknąłem tego horroru. Z całego serca pragnę przekazać rodzinom ofiar moje wyrazy współczucia."
Eksperci, którzy wypowiedzieli się do tej pory, stwierdzili, że to robota wampirów, gdyż ofiary miały charakterystyczne dziurki na szyi. Kłopoty sprawia natomiast głównie jedna rzecz: wampiry nigdy nie organizowały się w grupy większe niż dwadzieścia osobników, skąd więc aż taka ich liczebność w tych ataku? I czemu ma on służyć? Wspomniany wyżej mężczyzna twierdzi, że widział Mroczny Znak na niebie, gdy zgłaszał zajście, jednak nikt inny go potem nie zauważył. Czy to możliwe, aby Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać aż tak urósł w siłę? Wszyscy pamiętamy wydarzenia z zeszłego roku w Departamencie Tajemnic. Może to właśnie kwestia Chłopca, Który Prze...

Nawet w takie ludobójstwo muszą ciebie wplątać! - powiedziała zdenerwowana Hermiona do Harry'ego, który machnął na to ręką, a ona westchnęła, zwijając gazetę.
- Voldemort naprawdę się wkurzył – stwierdziła Carmen. - Żeby urządzić coś takiego? Musi mieć niezłą armię. Ciekawe, czy nasz szkolny wampirek brał w tym udział...
- Na pewno nie! Przecież profesor Collins nie może być Smierciożercą, Dumbledore by go nie przyjął i... - zaoponowała Granger.
- Snape jakoś tu siedzi – wycedził Ron, zerkając ukradkiem na stół nauczycielski. Wszyscy wywrócili oczami i nie skomentowali tego. Rozmowa zeszła na prezenty.
    Hermiona dostała jak zwykle książki od rodziców, słodycze od Rona i bliźniaków, sweter od pani Weasley i piękne kolczyki od Harry'ego, które świetnie pasowały do wisiorka, jaki jej wcześniej dał. Ku jej zaskoczeniu, Carmen też jej coś dała – był to "Poradnik początkującego detektywa" z bardzo ładną okładką i dedykacją w środku:

Dla Hermiony, aby jej otwarty umysł nigdy mi nie przeszkadzał.

    Ucieszyła się, bo sama dała jej coś podobnego – specjalną książkę o eliksirach. Była pewna, że jej nie ma, bo sama cudem ją zdobyła. Istniało tylko kilka takich egzemplarzy, więc nie napisała dedykacji w środku, tylko dołączyła karteczkę.

Dla Carmen, która sprawia, że nigdy nie jest nudno i rozświetla moje życie niczym zaklęcie Lumos.

    Sama Carmen oczywiście nigdy tego nie przyzna, ale jedna łza spłynęła po jej policzku, gdy to przeczytała. Dostała też głównie słodycze, nawet Ron je jej przysłał, a Potter... Cóż, wbrew pozorom dyplomatycznie kupił jej książkę. Wiedziała, że od rodziców dostanie prezent, gdy do nich przyjedzie, ale jedno ją zmartwiło... Snape nic jej nie przysłał. Nawet na nią dzisiaj nie spojrzał. Czyżby to znowu... Nie, nie może tak myśleć. Już Singer w gazecie wystarczająco ją rozdrażnił. Dzisiaj będzie wspaniale. Jest bal i powinna się świetnie bawić. Tyle, że nie zatańczy z obecnie najwięcej znaczącym dla niej mężczyzną. Spokojnie, będzie dobrze.
    Tymczasem Ginny nie uczestniczyła w rozmowie. W ogóle ostatnio niewiele mówiła, bo wiedziała, że Draco musi wyjechać. Już nie będzie go mogła codziennie widywać, przytulać, dotykać... To się skończy. Owszem, ma magicznego galeona, ale to nie to samo... Już za nim tęskniła.
    Gdy wychodzili z Wielkiej Sali, dostrzegła go i specjalnie została z tyłu. Chciała z nim porozmawiać jeszcze przed jego odejściem, więc weszli do kolejnej opuszczonej klasy. Pozwiedzali już prawie wszystkie.
- Tak. Ginny, naprawdę muszę jechać. Jestem potrzebny. - Draco przesunął palcami po swoich platynowych włosach.
- Już mi to mówiłeś, wiem. Po prostu... Będzie mi ciężko bez ciebie.
- Mam tak samo, naprawdę. Gin, jesteś dla mnie teraz wszystkim, ale chcę zapewnić nam dobrą przyszłość. Nie możemy bez końca się ukrywać, tak żyć.
- To wczorajsze w Londynie... Wiedziałeś o tym? - Rudowłosa nagle uniosła wzrok i wpatrywała się w niego.
- Nie miałem pojęcia. Wampiry to osobny sektor.
    Bez słów przytuliła go i wdychała jego zapach. Uspokajał ją.
- Ginny, mam do ciebie prośbę.
- Zrobię, co tylko chcesz – odparła pewnie.
- Właśnie chyba akurat nie to... - I powiedział jej.
    Dziewczyna zaniemówiła i w szoku nie mogła wydusić z siebie ani słowa.
- Nie mogę tego zrobić! Hermionie, Harry'emu... wszystkim!
- Wiedziałem, że tak zareagujesz. Ale to ważne, misja jednego z naszych szpiegów zawodzi i ktoś musi mu pomóc. Zrób to, a gdy wygramy, Czarny Pan sowicie cię wynagrodzi. Będziesz bohaterką.
- Nie chcę. Nie zrobię tego. Nie mogę.
- Ginny, inaczej będzie po mnie! Tylko tak możesz mi pomóc, jeśli zawiedziesz, Czarny Pan wyładuje swoją złość na mnie! Chcesz tego? - Złapał ją na przeguby dłoni i przyciągnął do siebie. Zapłakała.
- N-nie. Nie chcę, aby stało ci się cokolwiek złego.
    Przytulił ją znowu i trwali tak przez jakiś czas. To była trudna decyzja i wiele od tego zależało. Czy powinna to zrobić? Ale to właśnie Hermiona kazała jej iść za głosem serca. A ten głos mówi w tej chwili, że...
- Zrobię to. - Odsunęła się i otarła twarz. Na twarzy Draco zagościł uśmiech.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham. - Pocałował ją na pożegnanie.
Harry Potter - Book And Scroll