Harry Potter - Book And Scroll

22.2.15

57. Co tu robisz?

"- To nie twoja wina. - Dotyka czołem mojego czoła.
- Ale powinnam... powinnam mu przebaczyć.
- Może. Może my wszyscy powinniśmy więcej zrobić.
Ale teraz niech poczucie winy przypomina nam,
żeby następnym razem lepiej się postarać."
- "Niezgodna", Veronica Roth

- Carrie, jesteś w końcu!
    Ciemnowłosa kobieta w jednej chwili znalazła się przy Carmen i objęła ją mocno ramionami. O dziwo, młoda Brown także się do niej przytuliła, a na jej twarzy zagościł uśmiech. Hermiona nigdy wcześniej jej takiej nie widziała. W końcu odsunęły się i spojrzały na siebie.
- Wszystko w porządku? - zapytała kobieta, wpatrując się z troską w rozmówczynię. - Wbrew pozorom wyglądasz dobrze.
- Dzięki, mamo – odpowiedziała Carmen i zwróciła się w stronę przyjaciółki. - To jest Hermiona. A to moja mama, ale to pewnie już wiesz.
- Miło mi panią poznać, pani Brown. - Gryfonka pewnie wyciągnęła rękę na przywitanie, którą kobieta uścisnęła. - Car niewiele o pani mówiła, ale już mi się tu bardzo podoba.
- Och, wystarczy Em. Nazywam się Emma, ale wolę zdrobnienie. Car, mówisz? - Emma zachichotała. - To dość zabawne, bo po francusku znaczy "ponieważ". Idealnie wpisuje się w naturę Carrie, już kiedy była mała...
- Mamo!
- Dobrze, przepraszam. Chociaż tata i tak pewnie narobi ci wstydu. Od tego są rodzice, prawda? - zapytała retorycznie, po czym mrugnęła w stronę Hermiony. - Chcesz zobaczyć swój pokój?
- Tak, chętnie – odpowiedziała Hermiona. Nie przypuszczała, że będzie miała swój pokój! Jeśli już spała u kogoś, to zwykle na kanapie albo w pokoju koleżanki. Zapowiadało się naprawdę dobrze. - Zaraz... gdzie mój bagaż?
- Och, przeniosłam go zaklęciem do pokoju. Ale dojść tam musisz o własnych siłach.
    Wyszły z obszernego salonu na trochę mniejszy korytarz pomalowany na biało. Obok znajdowały się schody, zaczęły wchodzić nimi na górę. Hermiona zauważyła na ścianach mnóstwo zdjęć w ramkach. Podobała jej się taka rodzinna atmosfera.
    Weszły na drugie piętro, Carmen, nie wiedzieć czemu, nie chciała jej powiedzieć, co jest na pierwszym. W końcu Granger stwierdziła, że to nieładnie tak wypytywać, więc już nic nie mówiła. Wpatrywała się w żelazne poręcze, w których wykute były ornamenty w kształcie liści winogron.
U szczytu schodów dostrzegła napis nad wejściem na korytarz: "Śmiej się tak mocno, jak oddychasz, i kochaj tak długo, jak żyjesz". Kolejny cytat? To jakaś moda? Hermionie wydawało się, że przeszła ze sto metrów, zanim Emma Brown pokazała jej ciemne, drewniane drzwi.
- Czuj się jak w domu! - powiedziała, po czym zwróciła się do Carmen: - Tutaj są drzwi do łazienki. - Wskazała miejsce po prawej stronie od okna. - Będę na dole. Zaraz wróci tata, będziecie mogły zejść na obiad.
    Nie traciły czasu i weszły do dużego pokoju w jasnych kolorach. Na ścianę przyklejone zostały tapety z panoramą Londynu, oczywiście czarodziejskie, a więc się ruszały. Do tego na środku stało ogromne łóżko, a obok, na mahoniowym biurku, gramofon. Kilka winylowych płyt ułożono w stosik przy oknie. Carmen szybko je przejrzała, wybrała jedną i włączyła sprzęt. Lekka muzyka popłynęła z głośników rozmieszczonych w różnych kątach pokoju:


Every night she walks right in my dreams
Since I met her from the start
I'm so proud I am the only one
Who is special in her heart...


    Hermiona jeszcze trochę rozglądała się po pokoju. Zauważyła plakat na ścianie z postacią z komiksu "V jak Vendetta", a także wielkie okno, z którego rozciągał się widok na ogród, zimowy i szary, ale nadal piękny. Obok parapetu dostrzegła napis "Będę żył dziś najlepiej, jak potrafię!". Wskazała go palcem z pytającą miną. Carmen westchnęła.
- Rodzice nazywają je motywatorami – wyjaśniła. - Są wszędzie. Jak ci się tu podoba?
- Jest genialnie, Car! - zawołała Hermiona i przytuliła dziewczynę, po czym opadła z radością na łóżko. - Nic mi nie mówiłaś, że jesteś bogata!
- Cóż... Chciałam, żebyś mnie poznała od tej... mniej miłej strony.
- Udało się – parsknęła Gryfonka i przymknęła oczy. - Tu jest cudownie. Już kocham Francję.
- Poczekaj, aż znajdziesz się w Paryżu – rzuciła obojętnie Car i wyszła z pomieszczenia. Hermiona poszła za nią.
- Pokażesz mi swój pokój? - Brown zamarła. Wpatrywała się dziwnym wzrokiem w podłogę, aż w końcu ponownie westchnęła i machnęła ręką.
- Chodź.
    Minęły trzy pary drzwi, aż w końcu Carmen stanęła przed zupełnie czarnymi. Tego się nie spodziewała. Jeszcze bardziej zdumiało ją wnętrze. Ściany były puste, nie licząc wiszącej w rogu gitary, pomalowanej na intensywnie niebieski kolor. Na parapecie stało kilka mocno zużytych książek, łóżko było jednoosobowe i dość małe. Dostrzegła na nim pościel z amerykańską flagą. Zdziwiło ją to, że nie było tu żadnego luksusu. Dom nim wręcz promieniował, oprócz tego pokoju. Weszła głębiej, aby dokładniej zbadać widok z okna, gdy o coś się potknęła. Spojrzała w dół i zauważyła jasny dywan. Jej wzrok powędrował trochę w bok i aż przetarła oczy. W samym rogu pokoju, na lewo od drzwi, został ustawiony cały stos książek średniej grubości. Wszystkie były w twardych, brązowych okładkach.
- Co to jest...? - zapytała cicho.
- Moje dzienniki. Prowadzę je, odkąd pamiętam. To trochę pomaga, mam już kilka zapisanych w Hogwarcie.
- Zbierasz je wszystkie? I nie boisz się, że ktoś...
- Ktoś przeczyta? Spokojnie, rzuciłam na nie zaklęcie. Tylko ja i osoby, które wiedzą, co jest w środku, mogą je otworzyć. - Zapadła cisza. - Podoba ci się pokój? - Nawet nie dała czasu na odpowiedź. - Nie? Tak myślałam. Sama go urządzałam, w przeciwieństwie do reszty domu. Ale jest mój i ma charakter. Chodź na obiad. Spróbujesz czegoś zupełnie innego.
    Na dole w jadalni czekał już zastawiony stół. Na jednym z krzeseł siedział mężczyzna w średnim wieku. Włosy posiwiały mu na skroniach, ale były bardzo gęste i zaczesane do tyłu, co nadawało mu tylko czaru. Rękawy koszuli podwinął do łokci, lecz czarny krawat miał porządnie zawiązany pod szyją. Z uśmiechem wstał i ucałował Hermionę w dłoń.
- Salut, 'Ermiona! Wiele o tobie słyszałem.
- Witam, panie Brown. Miło mi pana poznać.
- Proszę, Étienne wystarczy. - Granger się zarumieniła i usiadła do stołu. Bardzo przyjemny zapach ciepłego jedzenia jeszcze bardziej ją rozweselił. Zauważyła też kieliszek przy swoim nakryciu. Dziwne.
    Zdziwiło ją natomiast to, że na stole była tylko bagietka, jakaś sałatka i mała deska z serami. To wszystko? Z zamyślenia wyrwał ją odgłos otwieranego wina przez pana Browna. Widząc jej zdziwione spojrzenia, powiedział:
- We Francji zwykle pijemy wino do posiłku, podajemy je nawet les enfants... To znaczy dzieci też trochę mogą wypić. To nic dziwnego.
    W milczeniu zaczęła jeść. Pani Brown i Car rozmawiały o czymś zawzięcie po francusku. Dopiero teraz zauważyła u przyjaciółki delikatny akcent, aż sama się zdziwiła jak płynnie mówiła. Piękny język.
- Bonjour, na mnie nikt nie czekał?
    Hermiona odwróciła się i zobaczyła niską dziewczynkę. Miała może dziesięć lat, ubrana była w czerwoną koszulkę i szarą spódniczkę. Włosy przewiązała kokardką.
- Melody, może się przywitasz? - zapytała pani Brown.
- Niby dlaczego? Nie ja jestem gościem.
    Carmen rzuciła Gryfonce zbolałe spojrzenie. Jej oczy wyrażały jedno: masz przechlapane. Co było dziwne, ponieważ dziewczyna nie miała pojęcia, o co chodzi. Car nagle wstała i podeszła do dziewczynki.
- No, Sherlocku, nareszcie się znowu spotykamy!
- Skończ z tym idiotycznym przezwiskiem, to naprawdę nie jest zabawne.
- Dla mnie jest. Brzmi tak słodziutko... Chyba że wolisz nazywać się Mycroft.
- Wolę Melody . Moje prawdziwe, dostojne imię.
- Dostojne? Brzmi, jakby je ktoś...
- Dziewczyny, spokój! - Pan Brown ostrzegawczo zaczął unosić się z krzesła. Usiadły przy stole, a tymczasem pani Brown machnęła różdżką i na stole pojawiła się kolejna sałatka i wyjątkowo przyjemnie pachnący półmisek z jagnięciną.
- Musisz się przyzwyczaić, że moja siostrzyczka jest taka... wybuchowa - rzuciła cicho Carmen i puściła jej oko.
- Miło mi cię poznać – powiedziała Granger, licząc na zyskanie dodatkowych punktów.
- Wcale nie. Witasz się, bo tak wypada. Nie znoszę tego.
- Bądź miła albo chociaż nic nie mów. - Emma wydawała się trochę zażenowana, ale zatuszowała to łykiem wina.
    Mimo początkowej niezręczności, rozmowa szybko się rozwinęła, a jedzenie się nie dłużyło, chociaż cała ta celebracja trwała ponad godzinę. Po wszystkim Car wyszła z Hermioną, aby pokazać jej ogród, który był naprawdę przepiękny. Francuskie powietrze wydawało jej się przesycone radością, chociaż niebo zasnuły ciemne chmury. Mimo to widoki wydawały jej się wyjęte z jakiejś fantastycznej książki, zwłaszcza mały labirynt zrobiony z żywopłotu.
    Gdy wieczorem wróciła do swojego pokoju, była wykończona. Idąc do góry, słyszała jeszcze jak Étienne gra na fortepianie w salonie. Ta rodzina była mocno zakręcona, a jednak jej się podobało. Widać jednak nie wystarczy być bogatym, aby być szczęśliwym, Car była tego najlepszym dowodem.
    Przymknęła oczy i już prawie zasypiała... Gdy usłyszała stukanie w okno. Spojrzała w tamtą stronę, ale nic nie zobaczyła, więc stwierdziła, że to pewnie wiatr. Hałas jednak się powtórzył. Uchyliła okno i wyjrzała w ciemną noc. Po chwili usłyszała znajome pohukiwanie i do pokoju wleciała Hedwiga.
- Co ty tu robisz? - zapytała zdziwiona Hermiona.
    W odpowiedzi sowa wystawiła w jej stronę nóżkę z listem. Dziewczyna z wyraźną obawą odwiązała i rozwinęła kartkę.


Droga Hermiono,
Chciałbym tylko wiedzieć czy bezpiecznie dotarłaś i wszystko w porządku. Dobrze cię traktują? Martwię się o Ciebie. Powtarzam, że nie chciałem Ci sprawić przykrości. Zrobię wszystko, aby Cię o tym przekonać. Naprawdę Cię kocham.
Nie musisz odpisywać na ten list, wystarczy, że Hedwiga do mnie wróci.
Tęsknię za Tobą,
Harry


    Westchnęła cicho. Nie dawał za wygraną. Właściwie to za to go na początku podziwiała, ale teraz... Starał się, naprawdę, ale ona nie mogła mu wybaczyć. To, co zrobił, było niewybaczalne.
Wypuściła Hedwigę, usiadła na łóżku i wpatrywała się w ścianę. Co miała zrobić? Co Car zrobiłaby na jej miejscu? Właściwie to akurat wiedziała – wybaczyłaby mu, bo wie, że przełamanie zaklęcia wymagało ogromnego wysiłku. Rozumiała to, więc tym bardziej nie rozumiała jego postępku z Ginny. Czy on nie rozumie, że w ten sposób zranił je obie? Przecież to wszystko...
    Stukanie. Znowu Hedwiga? Raczej nie, przecież to mądra sowa.
    Wyjrzała przez okno. Nic. Powoli zaczęła je otwierać – a wtedy jej uszu dobiegł znajomy szelest skrzydeł. Do pokoju wleciał mały, czarny nietoperz. Nie mogła uwierzyć własnym oczom!
    Przemiana zajęła tylko chwilę, i proszę, już stał tuż przed nią Barnabas Collins, czarujący uśmiechem jak zawsze. Niewiele myśląc, rzuciła mu się na szyję i zaczęła całować. Wampir chętnie jej odpowiadał, aż w końcu prawie przestała oddychać. Z czerwonymi policzkami w końcu wydusiła:
- Co tu robisz?
- Hmmm... Trochę późno zadane pytanie, nie sądzisz? - zapytał z szelmowskim uśmiechem i przyciągnął ją bliżej do siebie, tak że prawie stykali się nosami. - Nie pożegnałaś mnie należycie, a ja też wczoraj zachowałem się nieodpowiednio...
- Na pewno miałeś bardzo ważny powód, doskonale to rozumiem i...
- Moja śliczna Hermiona – powiedział i ujął jej twarz w dłonie, kciukiem gładził policzek. - Nie zasługuję na ciebie.
- Oj, daj spokój. - Objęła go mocno w pasie i przytuliła głowę do jego klatki piersiowej. - Jest raczej odwrotnie. To ja teraz zaprzątam ci głowę, a na pewno jesteś strasznie zajęty pracą dla Zakonu...
    Wyczuła, że zesztywniał, więc podniosła wzrok, a potem głowę i delikatnie pocałowała go w usta. Wysunął swój język na spotkanie z nią i delikatnie wplótł długie palce we włosy. Chłonęła go całego, jego zapach, dotyk skóry, ciepło warg... Niby nie krążyła w nim krew, ale wydawał się normalnym człowiekiem. Tyle że tak nieziemsko całował...
    Lekko popchnęła go na łóżko, usiadł, a ona usadowiła mu się na kolanach. Dlaczego ona zawsze musiał nosić kamizelki? Był w nich tak pociągający, że to powinno być nielegalne. Tak samo ta koszula... Czy on nie wiedział, co z nią wyrabia?
- Jak mogłeś... założyć... tę koszulę? - udało jej się wymruczeć.
- To specjalnie dla ciebie. - Uśmiechnął się diabolicznie i musnął jej czubek nosa.
- Zostaniesz ze mną?
- A chcesz? - Udawał zdziwionego, cwaniaczek.
- Jasne.
    Ułożyli się na łóżku, Barnabas jedną ręką obejmował ją w talii. Ucałował jej włosy i mówił jej do ucha wiersze, które pamiętał z młodości, aż usłyszał jej równy oddech i też zasnął.
Harry Potter - Book And Scroll