Harry Potter - Book And Scroll

29.9.13

35. Przepraszam

"Her hair was pressed against her face, her eyes were red with anger
Enraged by things unsaid and empty beds and bad behavior
Something's gotta change
It must be rearranged

I'm sorry, I did not mean to hurt my little girl
It's beyond me, I cannot carry the weight of the heavy world
So goodnight, goodnight, goodnight, goodnight
Goodnight, goodnight, goodnight, goodnight
Goodnight, hope that things work out all right!"
- Maroon 5, "Goodnight, Goodnight"

    Draco jeszcze raz spojrzał na kawałek pergaminu, który trzymał w dłoni. Tam, gdzie zawsze. Będę czekać. Westchnął, a po chwili litery zniknęły, pozostawiając po sobie tylko pustkę.
    Sam nie wiedział, co myśleć. Miał tylko nadzieję, że Ginny w końcu powiedziała braciom o... o kolejnym członku rodziny. Jemu samemu to się zbytnio nie podobało, ale cóż... Skoro to było dla niej ważne, to również powinno być takie dla niego. Mimo to nie czuł jakiegoś przymusu – po prostu był.
    Na siódmym piętrze skręcił w odpowiedni korytarz i wszedł do Pokoju Życzeń. Ostatnio było to ich stałe miejsce spotkań. Przy ludziach nauczyli się już grać – odnosili się do siebie chłodno i z udawaną nienawiścią. Czasami Malfoyowi wymsknęła się jakaś aluzja, a wtedy Ginny rumieniła się i szybko odchodziła. Lubił ją taką. To znaczy kochał ją, tak przynajmniej myślał. Nieważne, miał jeszcze czas na podjęcie decyzji.
    Rozmyślania przerwała mu sama Ginny, która wparowała do pomieszczenia jak rozpędzona Błyskawica i wręcz rzuciła się na niego. Blondynowi zabrakło tchu, bo aż przygwoździła go do ściany. Owszem, nie narzekał na sytuację, skoro sama pchała mu się w ramiona, ale... Coś musiało się stać. Nigdy się tak nie zachowywała, więc...
    Z trudem i w sumie z ciężkim sercem odsunął ją do siebie i starał się złapać oddech. Spojrzał jej w oczy. Włosy miała w nieładzie, policzki zarumienione. Wręcz emanowała wściekłością.
- Ginny, co jest? - zapytał cicho, nie ufając swojemu głosowi. Ona tylko prychnęła i spróbowała się znowu przysunąć. Nie wyszło.
- O co ci chodzi? - zapytała z oburzeniem.
- Dlaczego jesteś taka wkurzona?
- Nie jestem.
- Jesteś.
- Nie jestem.
- Przestańmy się zachowywać jak dzieci! - wykrzyknął Draco, coraz bardziej zdenerwowany. - Do rzeczy. Mieliśmy mówić sobie, gdy coś się wydarzy. Opowiadaj. - Zapadła cisza, którą przerywało tylko nerwowe tupanie nogą Malfoya. W końcu Ginny poddała się.
- Ron. Znowu. Coraz bardziej mnie denerwuje – wyrzuciła z siebie. - Dzisiaj przegiął, naprawdę. Najpierw się obraził, a po jakiejś godzinie znowu zaczął mieć wyrzuty DO MNIE. Rozumiesz? Nie obchodzi go, że to nasza mama jest w ciąży. Zupełnie jakby to była moja wina, ja z nim już po prostu nie wytrzymuję... Przepraszam - wymruczała, masując sobie skronie. Draco objął ją lekko i pocałował w czoło.
- Nie martw się. To idiota, sama to przyznałaś.
- Niby tak, ale... To mój brat, Draco. Moja rodzina nauczyła mnie kochać, jego też powinnam i...
- Nie kwestionuję tego. Ale nie możesz... nie powinnaś tak na to patrzeć – przerwał jej. Spojrzała na niego z powątpiewaniem. - To wcale nie znaczy, że masz go lubić, że masz z nim przebywać, a nawet szanować go. Sam sobie pracuje na opinię.
- Nie mówmy o tym, dobrze? - poprosiła. Przytuliła się mocniej do chłopaka, a on zaczął lekko gładzić jej włosy.
- Będzie dobrze. Po prostu... - zawahał się.
- Tak? - zapytała.
- Musimy być razem, po tej samej stronie – wyszeptał.
    Ginny zadrżała na te słowa. Przecież byli po dwóch stronach barykady, tak naprawdę nie powinni się w ogóle kontaktować! A oni na dodatek się spotykali... I czyżby on sugerował jej, żeby... Nie, to niemożliwe. Może to on właśnie chce się zmienić, stać się dobrym?
    Nie miała siły teraz o tym myśleć. Nie chciała. Bała się.
    Usta dziewczyny odszukały zimne wargi chłopaka.

***


    Carmen się obudziła. Nie miała ochoty wstawać, ale należałoby wrócić do wieży. Hermiona pewnie już była u Pottera. Nie powinna być teraz sama.
    Brown westchnęła i wtuliła się mocniej w zagłębienie szyi Snape'a. Jeszcze tylko chwilkę i pójdzie. Momencik.
    Gdy wczoraj powiedziała mu o Jacku, przyjął to spokojnie. To było aż dziwne. Spodziewała się krzyków, wrzasków, napadu wściekłości, czegokolwiek – nic, tylko standardowa maska na twarzy. I nic więcej. Nawet się nie odezwał, nie poruszył palcem. Stał.
    Cisza, która wtedy zapadła, była chyba najbardziej bolesna. Wwiercała się w duszę Carmen, a w każdym razie w jej resztki, ale sama jednocześnie czuła dziwny spokój. Nic nie musiała ukrywać i to było dobre. Bardzo, bardzo dobre.
    Podeszła do niego i niezgrabnie przytuliła. Nie miała co liczyć na to, że on to zrobi. Zresztą tak naprawdę żadne z nich nie miało w tym jakiegoś ogromnego doświadczenia. Po chwili poczuła jak jego mięśnie tężeją, niemrawo odwzajemniając uścisk. To już było dużo. Stali tak długo, dwoje sztywnych ludzi, których zraniło i zmieniło życie. Ale mieli siebie.
    Powoli się rozluźniali. W końcu Carmen się odezwała.
- Przepraszam. To było głupie.
- Nie da się ukryć – syknął złośliwie. Dobry znak.
- Nie skomentuję tej dziecinnej odzywki.
- A jednak to robisz – skrzywił się w parodii uśmiechu.
- Oj, zamknij się – powiedziała Brown i skutecznie go uciszyła.
    Teraz odsunęła się od mężczyzny i spróbowała przeciągnąć się tak, aby go nie obudzić. Merlinie, nie miała ochoty wstawać. Nie chciała...
- Budzisz mnie ot tak czy masz może jakiś konkretny powód? - zapytał ją sarkastyczny głos.
- Nie chciałam cię budzić – odparła.
- W takim razie marne są efekty twoich działań – burknął. - Wybierasz się gdzieś?
- Eee...
- Twoja elokwencja mnie poraża – przewrócił oczami. - Jest trzecia nad ranem, gdzie idziesz?
- Do dormitorium. Nie mogę ciągle zostawać tu na noc, inni już coś podejrzewają i...
- Inni? - uniósł brew.
- Hermiona – wydusiła z siebie Carmen. - Pokłóciłyśmy się. - Opuściła smętnie głowę.
- Ach, więc zamierzasz ją... przepraszać o trzeciej rano, tak? - Snape wydawał się być rozbawiony.
- Może. Coś w tym rodzaju.
- Rozumiem, że na razie nie powinienem pytać? - zapytał, ziewając w międzyczasie.
- Twa dedukcja mnie poraża, mój drogi Watsonie.
- Watsonie? - zapytał ze zdziwieniem. Carmen wybuchła śmiechem na widok jego miny.
- Widzę, że masz wyraźne braki w dobrej literaturze mugolskiej. - Mrugnęła do niego. - No dobra, nie obrażaj się – powiedziała i pocałowała go. Wplótł rękę w jej włosy i wydawał się przyjąć te... przeprosiny. W każdym razie Carmen zapomniała po co w ogóle wstawała. Znowu nic poza nimi dla niej nie istniało, byli tylko oni. Tylko oni i ich usta poruszające się z potrzebą, w tylko im znanym rytmie. Ich dłonie znowu poznawały ich ciała, a to, że byli tak blisko siebie było dla nich największą magią na świecie. Jednak po chwili... No dobra, po bardzo długich chwilach do świadomości Carmen zaczęła przedostawać się jakaś informacja. Coś o dziewczynie z niemiłosiernie kręconymi włosami.
Z ogromną niechęcią odsunęła się, oblizując usta jak kot.
- Muszę iść.
- Cholerne Gryfonki – warknął Snape, odwracając się na bok i wtulając głowę w poduszkę.
- Jasne, też cię lubię – syknęła Car przez zęby, ubrała się i ruszyła w stronę wyjścia.
- Widzę cię dzisiaj na eliksirach, Brown – usłyszała głos dobiegający spod kołdry i zacisnęła zęby, żeby nie parsknąć śmiechem.
    Szybko wyszła, rzucając na siebie zaklęcie, aby nikt niepowołany jej nie zobaczył. Ruszyła schodami w górę, starając się iść w miarę cicho, aby nie pobudzić obrazów drzemiącym w swoich ramach. W pewnym momencie zdała sobie sprawę, że jej nogi nie wiodą jej do Pokoju Wspólnego. Zdezorientowana rozejrzała się wokół. Ku swojemu zdziwieniu zauważyła wielkie drzwi, które były zaskakująco znajome. Ze zrezygnowaniem wyjęła różdżkę i mruknęła Alohomora! Drzwi od razu się otworzyły. Mogliby chociaż na noc jakoś to zabezpieczać.
    Szybko wkroczyła wgłąb Skrzydła Szpitalnego. Po co tu przyszła? I to prawie o czwartej rano! Podrapała się w głowę i doszła do wniosku, że widocznie chodziło o Pottera. Podeszła ostrożnie do jego łóżka. No cóż, nigdy nie był według niej jakoś cudownie piękny, ale teraz wyglądał po prostu tragicznie.
    Usiadła obok na krześle, gdy dojrzała, że otwiera oczy. Na jej widok uśmiechnął się paskudnie.
- Proszę, kogo moje oczy widzą? Ty też się chcesz poużalać? Wiecznie zawziętej Carmen zmiękło serce, którego nie ma?
- Doskonale wiesz, że mnie to nie ruszy – odparła spokojnie.
- Więc po co tu jesteś?
- Nie wiem. Samo tak wyszło. Jakoś nigdy specjalnie nie rozmawialiśmy, może nadszedł w końcu na to czas?
- Ty się mnie pytasz? Teraz, kiedy PODOBNO nie jestem sobą?
- Tak, właśnie teraz. Może w końcu będziesz obiektywny. - Zainteresowało go to, więc uniósł się wyżej na łóżku. - Gdzie pielęgniarka?
- Śpi. - Harry machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. - Mógłby zaatakować sam Voldemort, a i tak by się nie obudziła. - Spojrzał na nią znowu. - O co chodzi?
- Sama nie wiem. Coś mnie tu samo przyprowadziło.
- Taa... To ja idę spać – oznajmił Harry, ziewając i odwracając się na drugi bok.
- Nie, czekaj. Masz w ogóle jakiś plan pokonania Voldemorta czy coś w tym rodzaju?
- W sumie... - podrapał się po głowie – to nie. Nie mam najmniejszej ochoty go pokonywać.
- Nie czujesz się tym... Wybrańcem?
- Nie. Właściwie to odkąd tylko trafiłem do Hogwartu, to chciałem być normalnym chłopakiem. A tu nagle pojawia się jakiś psychol, który na dodatek zabił moich rodziców, próbuje mnie zamordować i zabrać jakiś kamyk, który uczyni go nieśmiertelnym, potem właściwie to samo chce zrobić jego wspomnienie. Później jest z nim spokój, ale i tak muszę ratować mojego ojca chrzestnego. Następnie ktoś zgłasza mnie do niebezpiecznego konkursu i wygrywam, ginie jakiś Krukon, Węża Morda znowu żyje i wabi mnie do Ministerstwa Magii, gdzie przecież od razu powinni go złapać aurorzy, a jego psychowielbicielka morduje mojego jedynego żyjącego członka rodziny. Raczej niezbyt normalne.
- Ale w sumie... inaczej byłoby ci nudno – powiedziała Carmen, ponownie tego dnia skrywając uśmiech. To było aż dziwne.
- A... odezwała się ta, co nie lubi nudy.
- O co ci chodzi? - zapytała zdziwiona.
- "Mój umysł nie znosi stagnacji. Chcę problemów. Chcę pracy. Dajcie mi najprostszy kryptogram lub skomplikowaną analizę i jestem w swoim żywiole. Ale nie zniosę nudnej rutyny. Tęsknię za mentalnym uniesieniem" - wyrecytował Harry, udając głos Brown.
- Super. Masz z tym jakiś problem? W ogóle kiedy to słyszałeś? - warknęła przez zaciśnięte zęby.
- Już dawno temu – znowu machnął ręką. - Nie denerwuj się tak, żyłka ci pęknie. Poza tym nieładnie, Carmen, nieładnie... - Wyglądał, jakby przyłapał ją na czymś złym.
- Naprawdę jesteś wkurzający.
- Staram się. Wracając... Co robisz tu tak późno? Wracasz skądś. Masz wyraźnie pomięte wczorajsze ubranie. Czyżby chłopak, co? - Dziewczynie zamarło serce, ale wzięła się w garść.
- Widzę, że zaklęcie zrobiło z ciebie geniusza dedukcji. Wcześniej nawet nie potrafiłeś odkryć sensu przepowiedni, a teraz takie wnioski... Zupełnie nie jestem pod wrażeniem.
- Ja też nie. Ty tylko grasz, jesteś nikim. - Carmen przed oczami stanął obraz Jacka. - I niedługo wszystko się wyda, stracisz przyjaciół, każdego, na kim ci zależy. - Znowu ten paskudny uśmiech. W jego zielonych oczach widoczne było szaleństwo i Brown musiała się bardzo powstrzymywać, aby mu nie przyłożyć. Wstała tylko i rzuciła na odchodne:
- Mam nadzieję, że to zostanie między nami. - Harry już otwierał usta, aby coś powiedzieć, ale przerwała mu. - W innym wypadku w jednym ze swoich eliksirów leczniczych możesz znaleźć truciznę. Nie ryzykowałabym na twoim miejscu.
    I zostawiła go zszokowanego.
    Co ją podkusiło, żeby tu przychodzić? Nic dobrego z tego nie wynikło. W zasadzie to w ogóle było to jedno wielkie NIC. Westchnęła i ponownie zaczęła wspinać się po schodach. Obudziła oburzoną Grubą Damę i szybko weszła do dormitorium. Na zewnątrz robiło się już widno.
    W pokoju zastała dwa puste łóżka. Parvati ciągle rozpaczała po Lavender i pewnie siedziała gdzieś teraz w zamku, płacząc. Dostrzegła Hermionę leżącą w pościeli i wgapiającą się w baldachim. Miała zapuchnięte oczy i wyglądała tragicznie. Właściwie teraz to pasowała do Pottera leżącego w Skrzydle Szpitalnym.
    Carmen podeszła do niej i zauważyła, że dziewczyna trzyma w dłoniach jej poduszkę i wtula się w nią. Dobra, to było dziwne. Podeszła do niej i wpatrywała się w nią tak zażenowana. Co powinna zrobić? To ludzie zwykle ją pocieszali, ona tego nie umiała. I czy powinna przeprosić? Sama nie wiedziała. W końcu to Hermiona źle zinterpretowała jej zachowanie. Nieważne.
    Niepewnie usiadła na brzegu łóżka. Dziewczyna nie zwróciła na nią uwagi, chociaż zapewne zorientowała się, że tu jest. Powiedzieć o Snapie czy nie powiedzieć? Ugh! Dlaczego to wszystko musi być takie trudne?!
    Zastanowiła się, czego sama by oczekiwała w takiej sytuacji. Zebrała się w sobie i odgarnęła Hermionie włosy z czoła. To nie było dla niej łatwe, ale powinna jej zaufać. Nie miała prawie nikogo innego.
- Przepraszam – wyszeptała gładko.
    Hermiona jakby mechanicznie skinęła głową.
- To moja poduszka?
    Ponowne skinienie.
- Chcesz, żebym została?
- Tak – wychrypiała Granger i przesunęła się, aby zrobić miejsce przyjaciółce.
    Carmen położyła się niepewnie obok. Nie, to zdecydowanie nie było normalne. A może jednak?
Poczuła jak Hermiona chwyta ją za rękę. Zobaczyła jak przymyka oczy. Tak, to była długo noc.
- Dziękuję – wyszeptała, a po chwili Brown usłyszała jej spokojny oddech.
- Dobranoc – słowa samoistnie wyszły z jej ust.

6.9.13

34. Prawda?

"Kochałbym cię (psiakrew, cholera!),
Gdyby nie ta niepewność,
Gdyby nie to, że serce zżera
Złość, tęsknota i rzewność.

Byłbym wierny jak ten pies Burek,
Chętnie sypiałbym na słomiance,
Ale ty masz taką naturę,
Że nie życzę żadnej kochance.

Kochałbym cię (sto tysięcy diabłów),
Kochałbym (niech nagła krew zaleje!),
Ale na mnie coś takiego spadło,
Że już nie wiem, co się ze mną dzieje:

Z fotografią, jak kto głupi, się witam,
Z fotografią (psiakrew!) się liczę,
Pójdę spać i nie zasnę przed świtem,
Póki z grzechów się jej nie wyliczę,

A te grzechy (psiakrew!) malutkie,
Więc (cholera) złości się grzesznik:
Że, na przykład, wczoraj piłem wódkę
Lub że pani Iks – niekoniecznie.

Cóż mi z tego (psiakrew!), żem wierny,
Taki, co to "ślady po stopach"?...
Moja miła, minął październik,
Moja miła (psiakrew!), mija listopad.

Moja miła, całe życie mija...
Miła! Miła! - powtarzam ze szlochem...
To mi życie daje, to zabija,
Że ja ciągle (psiakrew!) ciebie kocham.
- Władysław Broniewski, "Ze złości"


    Był blisko. Za blisko. Za blisko! Nie, niech nie podchodzi bliżej. Merlinie, nie, bo nie wytrzyma!
Uśmiechnął się szyderczo.
- Dalej coś do mnie czujesz, prawda? Chociaż sama nie wiesz, dlaczego. Nie potrafisz sobie poradzić z tym, że w końcu ktoś ma nad tobą władzę... Że jesteś od kogoś uzależniona...
    Przełknęła ślinę, próbując się odsunąć, otrząsnąć. Musi to przerwać!
- Czego ty właściwie chcesz? - zapytała, patrząc w te szare, bezdenne oczy.
- Skąd pomysł, że czegoś chcę? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Niech pomyślę... Bo masz na imię Jack? A, i na nazwisko Singer? - Roześmiał się.
- Bezbłędna dedukcja. Jak zwykle, Car.
- Miło mi. Do rzeczy – warknęła.
- Och, zawsze taka poważna – powiedział niby urażonym tonem. - Chciałem, żebyś przeszła na słuszną stronę... Tęskniłem.
- TY?! Ty... tęskniłeś?
- Tak i... postanowiłem ci wybaczyć. Po tym, jak mnie zostawiłaś i zrobiłaś się taka dziwna... Wybaczam ci, Car.
- Ty... - Dziewczyna zacisnęła dłonie w pięści i spojrzała na niego morderczym wzrokiem. On jedynie uniósł brew. - Ty paskudny, okropny, egoistyczny, zadufany w sobie, krótkowzroczny, szowinistyczny...
    Nie dokończyła swojej tyrady, a było w niej jeszcze wiele innych, przeważnie niecenzuralnych, słów. Dlaczego przestała? Otóż została pocałowana. I to z taką siłą, że prawie się przewróciła. Jack bardzo skutecznie ją uciszył, mimo że ona tego nie chciała. Nie chciała, prawda?
- Puść mnie! - udało jej się krzyknąć. Pięściami uderzała o jego klatkę piersiową, chciała się odsunąć i to jak najdalej. - Mhmmm... puść! Mhmmm... Puść...
    Zabrakło jej tchu. Zabrakło jej siły. Zabrakło jej woli walki, bo nogi stały się jak z waty. Uderzenia osłabły, przestała próbować krzyczeć. A wspomnienia wróciły. Gdy byli razem, gdy wszystko było takie piękne, gdy nie mieli żadnych problemów... A może to była właśnie jej wina? Przecież wiele nocy się nad tym zastanawiała, może miała rację? Wszystko było przez nią, a Jack z dobrego serca jej wyb...
    NIE. Carmen, otrząśnij się! Jack i dobre serce w jednym zdaniu? Przecież to Śmierciożerca! Severus to co innego, on jest szpiegiem, a ten chłopak... on jest zły. Jest bardzo, bardzo zły. Przecież to przez niego cierpiała i nie było w tym w ogóle jej winy! Musi to skończyć, szybko.
    Ale te cudowne, czerwone usta tak nieziemsko całowały! Może faktycznie była od niego uzależniona? Nie. Carmen Brown nigdy nie była, nie jest i nie będzie od nikogo zależna!
    Odsunęła się gwałtownie. Usłyszała nerwowe mruknięcie Jacka, ale nie zareagowała.
- Czego ty chcesz?! - wrzasnęła. Założył nonszalancko ręce na piersi.
- Żebyśmy do siebie wrócili – oznajmił spokojnie.
- Przecież jesteś Śmierciożercą! Nędznym, paskudnym zabójcą!
- Nie patrz tak na to, skarbie – powiedział, unosząc ręce w uspokajającym geście. - Byliśmy razem i było fajnie. Naprawdę. Ostatnio zatęskniłem i chciałbym, abyś przeszła na właściwą stronę.
- Jestem już dawno po właściwej stronie – wycedziła.
- Daj spokój. Oboje wiemy, że Dumbledore długo nie pociągnie. Czarny Pan ma taką armię, że zmiecie was z powierzchni Ziemi. Nie wygracie. Przemyśl to. Szkoda byłoby, gdyby taka ładna buźka miała się zmarnować... - Sięgnął dłonią, aby pogładzić ją po policzku, ale szybko się odsunęła.
- Wygląd to nie wszystko.
- Co ty nie powiesz... Wiesz, Car, myślałem, że jesteś inna. Byłaś w każdym razie taka na początku. Potem się zmieniłaś. Kochałem cię taką, jaka byłaś wcześniej. Ale już ochłonęłaś, prawda?
- Co masz na myśli, mówiąc, że się zmieniłam? - zapytała cicho Carmen.
- Och, wiele rzeczy. - Zaśmiał się krótko. - Wcześniej byłaś dla mnie idealna, perfekcyjna i...
    Nie dokończył, bo Brown podeszła do niego i z całej siły, pięścią, walnęła go w twarz. I znowu. I ponownie. Przestała dopiero, gdy poczuła ciepłą krew na dłoniach. Spojrzała mu prosto w oczy i wycedziła przez zaciśnięte zęby:
- Perfekcja jest przereklamowana.
    Uśmiechnęła się z satysfakcją, gdy zobaczyła jego zszokowaną minę. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia. W drzwiach na krótką chwilę zatrzymał ją głos Jacka. Był zimny, jak nigdy, i wręcz tryskał nienawiścią.
- Nawet nie wiesz, co spowodowałaś. Jeszcze będziesz żałować.
Carmen! CARMEN! Znowu wzięłaś to świństwo? Otrząśnij się! Nie możesz...
    Te słowa huczały jej w głowie, nie mogła się poruszyć, była jak sparaliżowana. Koszulka lepiła się od zimnego potu, przylegała ciasno do ciała. Nie mogła uchylić powiek. Jednak na krańcu podświadomości wciąż słyszała Jacka. Żałować. Będziesz żałować. Zapłacisz za to. Popełniłaś błąd.
    Tak. Popełniła błąd. Taki, że w ogóle z nim rozmawiała. Powinna go od razu zabić albo chociaż zaprowadzić do zamku, a tam by się nim zajęli. Śmierciożercom się nie odpuszcza. Zaraz, kto ją łapie za ramię? Z wysiłkiem otworzyła jedno oko. A, to Hermiona. Ciekawe, kiedy zauważyła, że jej nie ma. Czemu ona nią potrząsa? Spokojnie, jest w porządku. No dobra, nie jest, ale ona nie musi o tym wiedzieć, prawda? Zaraz, coś mówi...
- ...i to szybko! Wstań i powiedz coś, błagam! Nie rób mi tego, nie zostawiaj mnie! - Głos Hermiony był właściwie szlochem, bardzo nerwowym, ale nie płakała. Jeszcze.
    Carmen poczuła dziwne ukłucie w sercu, coś jakby w nim drgnęło. Wbrew sobie, polubiła tę dziewczynę. Musi się otrząsnąć. Dla niej. I zrobić coś jeszcze, coś ważnego.
    Z wysiłkiem sama usiadła i spróbowała uspokoić oddech. Unikała jej wzroku, ale mimo to zaczęła mówić. Głos jej nie drżał, ale był niepewny.
- Spokojnie, to tylko zły sen. Nic więcej, zapewniam cię. - Granger spojrzała na nią dziwnym wzrokiem, jakby oceniając.
- Nie wierzę ci – stwierdziła po chwili. - Brałaś ten swój eliksir. Od dawna coś przede mną ukrywasz i radzę ci w końcu powiedzieć mi, o co chodzi!
- Bo? - Carmen uniosła brew. Na brodę Merlina, jej arogancja ujawnia się w najmniej przychylnym momencie.
- Bo podobno jesteś moją przyjaciółką! Otrząśnij się wreszcie! - Hermiona była już naprawdę zła.
- Nie piłam go. Słowo honoru.
- Ty nie masz honoru – warknęła brunetka.
    Zabolało. Carmen poczuła jak jej gardło się ściska w nerwowych skurczach, serce przyspiesza bicie. O nie. Tak nie będzie.
- Tego nie wiesz – oznajmiła cicho i wstała. Machnęła różdżką, przebierając się w czyste ubrania. - A co do tych przyjaciółek, to chyba powinnaś się zainteresować, co mi się stało. Bo o wielu rzeczach jeszcze nie masz pojęcia, nawet, jeśli chcę ci o nich powiedzieć – rzuciła i wyszła.
    Gryfoni w Pokoju Wspólnym gapili się na nią, gdy szła do dziury pod portretem, ale nie zwracała na to uwagi. Miała teraz ważniejsze sprawy na głowie. Musi coś załatwić. Automatycznie skierowała swoje kroki do lochów.
    Rano nie chciała go widzieć. Teraz wręcz musiała. Ten koszmar, to przypomnienie, wspomnienie dało jej znak do podświadomości. Powinna mu wszystko wyjaśnić. Magia bratnich dusz miała tę wadę, że nie dawało się nic ukryć przed swoją drugą połówką. Jak to wytrzyma? Car uważała, że to zniesie. W końcu się jednak otrząsnęła, prawda?
    Weszła do klasy, a potem do jego komnat. Był tam. Siedział na fotelu i czytał książkę. Gdy weszła, nawet na nią nie spojrzał. Ona trzasnęła drzwiami i zajęła drugi fotel. Zapowiadało się poważnie.
- Musimy porozmawiać – oznajmiła.

***


    Hermiona miała mętlik w głowie. Co jest znowu z Carmen?! Jak mogła ją okłamać? Bo musiała skłamać, prawda? Ludzie, nawet, gdy mają koszmary, nie zachowują się tak, jak ona. Musiała wziąć ten eliksir, stąd jej dziwne zachowanie.
    Już do innej należy kwestia, czy w ogóle nie mówiła prawdy. Bo po co? Brown zwykle waliła prosto z mostu, łapała hipogryfa za pióra. Dlaczego miałaby kłamać? To było bez sensu. A przecież od jakiegoś czasu coś przed nią ukrywała. Przynajmniej temu nie zaprzeczała.
    Hermiona pokręciła z rezygnacją głową. Ta rozmowa miała wyglądać inaczej. Nie powinna być dla niej taka ostra. Westchnęła głośno, pomasowała przez chwilę skronie i wzięła się za lekcje.
Napisała kolejny esej dla Snape'a i powtórzyła historię magii. Po wszystkim nie miała pojęcia, co ze sobą zrobić. Przeciągnęła się leniwie i pomyślała, że warto byłoby się położyć, chociaż na chwilę. Ale nie, przydałoby się odwiedzić Harry'ego. Tak, to dobry pomysł.
    Narzuciła na siebie pierwszy z brzegu sweterek i wyszła z dormitorium. Chciała przemknąć niezauważona przez Pokój Wspólny, ale dobiegła ją, dość głośna, rozmowa.
- Ron, daj spokój. Ciesz się – mówiła uspokajającym głosem Ginny.
- Z czego? - warknął chłopak.
- Z tego, że nasz kochany Ronuś...
- ...zostanie starszym bratem! - zawyli z uciechy bliźniacy.
- Dla was to znowu zabawne? Nie uważacie, że ósemka dzieci, to za dużo?
- Oczywiście, że tak – powiedziała Ginny, kładąc mu uspokajająco rękę na ramieniu. - Czwórka to już niemało, a co dopiero dwa razy tyle. Ale dadzą radę, zawsze dają. - Ron prychnął pogardliwie.
- Ledwo. Ledwo wiążą koniec z końcem, a my na tym cierpimy!
- Uspokój się. Jak niby cierpisz? - zapytał, poważnym już głosem, Fred.
- Właśnie. Mając rodzinę, która cię kocha? Doświadczając miłości i szczęścia? - dołączył się George. Ginny milczała.
- No nie, ale... - próbował tłumaczył się ich brat. Jego koniuszki uszu zaczęły robić się czerwone.
- A może będąc z Luną, też cierpisz? - Ron zbladł. - Zacznij myśleć racjonalnie i ciesz się, że będziesz mieć kolejną bliską sercu osobę.
    Chłopak jeszcze coś pomruczał pod nosem, ale nie było to nic konkretnego (a w każdym razie zrozumiałego) i powlókł się w stronę okna, aby poćwiczyć grę w szachy. Hermiona uważała, że to dobrze – zawsze go to uspokajało. Natomiast na bliźniaków patrzyła z podziwem. Zwykle żartowali, drwili ze swojego brata i dokuczali mu, ale musiała przyznać, że gdy chodziło o ważne sprawy, potrafili się odpowiednio zachować. W każdym razie Ginny ma już to za sobą. Przyjaciółka ją zauważyła i posłała jej słaby uśmiech, ale było w nim już więcej optymizmu niż wcześniej. A tak swoją drogą, to ciekawe, co z Malfoyem...
    Wyszła szybko z Pokoju Wspólnego i skierowała się w stronę Skrzydła Szpitalnego. Może Harry już się obudził? Chciała z nim porozmawiać, potrzebowała tego. W końcu co jej mógł zrobić? Jest dobrym człowiekiem i na pewno nic jej się nie stanie. Prawda?
    Otworzyła drzwi i po cichu weszła do środka. Zobaczyła panią Pomfrey, która od razu do niej podeszła.
- Mogę zobaczyć się z Harrym? - zapytała z nadzieją w głosie Hermiona.
- Panno Granger, to raczej nie jest najlepszy pomysł... - Głos pielęgniarki nie był nieuprzejmy, ale dziwnie piskliwy.
- Proszę, tylko kilka minut. Naprawdę, zaraz sobie pójdę. - Po długim momencie wahania, pani Pomfrey skinęła niechętnie głową. - Czy już się obudził?
- Tak, ale...
    Ale Hermiona już nie słuchała. Podeszła (a właściwie podbiegła) do parawanu i szybko się za niego wślizgnęła, jak poprzednio. Z szerokim uśmiechem na ustach odwróciła się w stronę łóżka. Tam był Harry. Siedział, wyprostowany i wpatrzony w nią. Szybko podeszła do niego, chciała go dotknąć, pocałować, porozmawiać z nim. Wątpliwości znikły, bo przecież siedział tu, był zdrowy, prawda? Ciągnęło ją do niego jak nigdy.
    Gdy usiadła na skraju jego łóżka i chwyciła za rękę, stało się coś dziwnego. Coś, co zakuło Hermionę głęboko w sercu, zraniło do głębi. Coś jednak było z nim nie tak. W chwili, kiedy jej palce ledwo dotknęły skóry chłopaka, ten odskoczył jak oparzony, otwierając szeroko oczy. To znaczy odskoczył na tyle, na ile pozwalało mu to łóżko. A to nie był koniec.
    Oparł się o wezgłowie, zmierzwił włosy, które i tak już były w tragicznym stanie i uśmiechnął się szyderczo. Nigdy go takiego nie widziała, więc patrzyła z przerażeniem. Napotkała jego zimny wzrok. Po chwili przemówił głosem o podobnej temperaturze.
- Po co tu przyszłaś? Poużalać się nade mną? Nie masz po co.
- J-jak... Jak możesz tak mówić? - zapytała cicho Hermiona, czując, że robi jej się słabo.
- Normalnie. Nareszcie mogę mówić prawdę. Mogłaś chociaż uczesać dzisiaj te kłaki na głowie. Chociaż wtedy pewnie i tak byłoby niewiele lepiej.
- Harry, uspokój się, nie jesteś sobą i... - Granger przypomniała sobie wszystko, co mówiła Carmen. Że ją będzie ranił. Ale nie myślała, że to będzie aż tak bolało. I nie chodziło tu tylko o słowa, które wypowiadał. Był zimny, był nieswój, był inny. Był zły. Jego celem było zranienie jej, jak najgłębiej i najokrutniej. I wyglądał też inaczej. Jednak wiedziała, że to wina zaklęcia i on też cierpi. Widziała na jego czole krople potu, pięści miał zaciśnięte.
- Wiesz, nie mogę cię rozgryźć – oznajmił i założył ręce na piersi. - Niby taka mądra, przez wszystkich uznawana za przykład, i tak dalej, i dalej. Ale tak naprawdę jesteś strasznie miękka. Na początku szkoły nie mogłaś znaleźć sobie przyjaciół, więc przyczepiłaś się do mnie i, pożal się Merlinie, Rona – imię przyjaciela wymówił z obrzydzeniem, krzywiąc się okropnie. Nigdy nie widziała go takiego. Jedno jest pewne – Voldemort, gdyby go widział, byłby dumny. On jednak kontynuował: - Przynajmniej byłaś w miarę użyteczna, bo miałem pracę domową, ale to i tak przesada... ZABIERAJ ŁAPY! - wrzasnął, gdy spróbowała dotknąć jego ramienia, aby go uspokoić. Ledwo powstrzymywała się od płaczu. - Nie zachowuj się jak histeryczka – zadrwił. W jego zielonych oczach czaiło się szaleństwo.
- Harry, nie jesteś sobą. Nie jesteś taki, nie byłeś.
- No to przyzwyczaj się! - warknął, po czym złapał się za usta. Hermiona nie zdążyła się odsunąć, gdy Harry zwymiotował na podłogę. To było straszne. Widziała, jak się męczy, a sama nie czuła się najlepiej. Po chwili zjawiła się pani Pomfrey.
- Panno Granger, mówiłam, że to nie jest najlepszy pomysł! - powiedziała i wyczarowała miskę dla chłopaka. - Musi odpoczywać, dojść do siebie.
- Rozumiem. Przyjdę jutro, Harry – rzuciła cicho, nie chcąc patrzeć mu w oczy.
- Idź, dziecko, wyśpij się. Masz tak potwornie czerwone oczy... - mówiła pielęgniarka, ale Hermiona już zniknęła.
    Gdy tylko wyszła ze Skrzydła Szpitalnego, wybuchła płaczem. Nawet po zmianie, jak on mógł być taki okrutny? Przecież ją kochał, a ona jego! I wystarczyło tylko zaklęcie, aby to zmienić? Mało tego, odwrócić o sto osiemdziesiąt stopni. Złapała się za głowę. A co, jeśli Snape'owi się nie udało? Harry zostałby taki już na zawsze. Sama nie była pewna, czy wciąż by go takiego kochała. W końcu wtedy na pewno już nie mogłaby liczyć na wzajemność. Nie. Dosyć. Poczeka, wytrzyma. To tylko tydzień, prawda?
    Z tym postanowieniem ruszyła w stronę wieży Gryffindoru. Ale, jak to bywa, po drodze musiała kogoś spotkać. Tym kimś oczywiście musiał być Barnabas Collins. Nie chciała z nim rozmawiać, naprawdę. Była zrozpaczona i jeszcze zrobiłaby jakąś głupotę...
- Hermiono, co się stało? Mógłbym wiedzieć, dlaczego płakałaś? - zapytał delikatnie.
- Nie pana sprawa. Chociaż właściwie... Niech pan odwiedzi Harry'ego, to się dowie – oznajmiła chłodno.
- Ach... Klątwa Darskiego, czyż nie? Spokojnie. - Wyczarował chusteczkę i odpuścił jej formalny zwrot. - Severus jest świetnym czarodziejem i na pewno zrobił wszystko, co w jego mocy. Niedługo będzie dobrze.
- Dz-dziękuję.  – Uśmiechnęła się blado. Otarła oczy czerwoną chusteczką. - A dlaczego nie pomogłeś Harry'emu, Barnabasie? - Jego oczy roziskrzyły się, gdy usłyszał swoje imię.
- Cóż... Pomoc wymagała znajomości bardzo czarnej magii, a ja... nie lubię się nią posługiwać.
- To dobrze – wyszeptała. Po chwili ciszy dodała: - Chyba powinnam już iść i...
- Tak, tak, moja droga. Wyśpij się, odpocznij. Ochłoń i przemyśl to sobie. Wiem, jakie to trudne – oznajmił i pożegnał się, całując ją w dłoń.
    Odszedł, a Hermiona mimo wszystko poczuła się lepiej. Może ten wampir nie jest taki zły? Ruszyła w stronę dormitorium, chcąc jak najszybciej położyć się do łóżka. To był trudny dzień, a następne wcale nie zapowiadały się lepiej. Ale przecież nie może być już gorzej, prawda?
Harry Potter - Book And Scroll