Harry Potter - Book And Scroll

28.7.13

28. Zamęt

"Znajdujesz na tym świecie odrobinę szczęścia
i zawsze ktoś pragnie je zniszczyć.
Kiedy jesteś znany, ludzie cię obserwują.
I zawsze znajdą sposób, żeby cię zniszczyć."
- "Marzyciel"

    Harry był kompletnie zdezorientowany. Na dodatek to uczucie pogłębił fakt, że Lavender błyskawicznie oderwała się od niego, skrzywiła i odepchnęła go mocno od siebie, bijąc dłońmi w klatkę piersiową. Gdy już jako tako wstał, otrzymał od niej siarczysty policzek, wskutek czego aż się zatoczył. Ona natomiast zaczęła wrzeszczeć.
- Ten idiota dobierał się do mnie! - Wskazywała palcem na chłopaka. Oczy wszystkich zwróciły się w ich stronę.
- Nie, ja naprawdę nic nie... - próbował tłumaczyć się Wybraniec, lecz nie dane mu było dokończyć.
- Hermiono, widziałaś to! Widziałaś na własne oczy! - Lavender podeszła do Granger i podniosła głos jeszcze bardziej. - On...
- Rozejść się! - dobiegł ich głos nauczycielki. Na dzisiaj koniec, spotykamy się za tydzień. Panno Brown, proszę tak nie krzyczeć, to naprawdę nie jest stosowne.
- Ale, pani profesor, Potter...
- Nie obchodzi mnie to! - warknęła McGonagall. - Poza tym, mając na uwadze pani... hmmm... opinię w szkole raczej panna Granger nie ma się o co martwić. A teraz rozejść się! - ogłosiła i wyszła z Pokoju Wspólnego.
- Może sobie mówić, co chce, ale ty i tak znasz prawdę, co, Hermiono? - powiedziała groźnym szeptem Lavender. - Wiesz, że on prędzej czy później znajdzie sobie kogoś innego, kogoś odpowiedniejszego i...
- Dlaczego to robisz? - zapytała Gryfonka ze łzami w oczach i wyraźnie słyszalnym szlochem w głosie.
- A czy ja coś zrobiłam? - odparła niewinnie pytaniem na pytanie dziewczyna, uśmiechając się drwiąco. - To nie ja jestem szla...
- Zamknij się, Brown – warknął Harry. Podszedł do Hermiony i ją objął, po czym łypnął złowieszczym wzrokiem na jej współlokatorkę.
- Bo co mi zrobisz, kochanie?
- Może on nic, ale ja tak – dobiegł ich głos Carmen zza pleców Lavender. Trzymała różdżkę gotową do ataku. - I radzę ci, abyś spuściła z tonu.
- Nie boję się was – rzuciła Brown, lecz jej głos brzmiał już mniej pewnie. - Tacy kretyni jak wy mogą mi najwyżej...
Levicorpus!
    Promień pochodzący z różdżki Car trafił prosto w ciało Lavender, która nagle zawisła do góry nogami. Wszyscy zgromadzeni w Pokoju Wspólnym zawyli śmiechem. Nasi bohaterowie uśmiechnęli się złowieszczo, sadowiąc się na kanapie przed kominkiem. Dziewczyna miała sobie jeszcze długo tak powisieć. Dodatkowo postanowili rzucić na nią zaklęcie wyciszające.
- Czyli się nie gniewasz? - zapytał Harry z wyraźną wdzięcznością w zielonych oczach.
- A skąd – prychnęła Hermiona. - Ta paskudna, zawszona sklątka tylnowybuchowa zrobiła to specjalnie. Tylko nie mam pojęcia po co!
- Zazdrość – odparła machinalnie Carmen. - Zawiść. Niektórzy ludzie po prostu chcą patrzeć, jak świat płonie. Nic na to nie poradzisz.
- Dla mnie to kompletnie niezrozumiałe. Jak można być takim okrutnym? - dziwił się Potter.
- Uwierz mi, można – powiedziała Car, po czym wstała i zniknęła za portretem Grubej Damy.
- Dokąd ona poszła? - Ron dopiero teraz się odezwał.
- Nie wiem, od tygodnia co chwilę tak znika – oświadczyła Hermiona.
- Może ma chłopaka?
- Daj spokój, Ron. To niemożliwe.
- Niby dlaczego?
- Jak będzie chciała, sama ci powie. - Zwróciła się do Harry'ego: - A teraz proszę o buziaka na drogę, bo wybieram się do biblioteki.
- Jasne. Może pójść z tobą? - zapytał brunet.
- Nie, tylko byś się nudził. Poza tym muszę coś przemyśleć – powiedziała Hermiona, po czym wstała, pocałowała Pottera w policzek i również zniknęła za wyjściem przez portret.

***

    Gdy tylko przeszła przez próg biblioteki, od razu poczuła radość. Wciągnęła do płuc powietrze pachnące starymi książkami, kurzem i pergaminem, które tak bardzo kochała. Pani Pince już wychodziła, ale pozwoliła jej wyjątkowo zostać dłużej.
    Hermiona weszła pomiędzy wysokie regały, napełnione po brzegi książkami. Po tylu latach w Hogwarcie przeczytała już bardzo dużo tomów, jednak nadal większość z nich pozostawała dla niej zagadką. Dlatego uwielbiała je kartkować i czytać chociaż fragmenty, aby przynajmniej spróbować poznać część tajemnic, które kryły.
    Tym razem wzięła coś o transmutacji i, zamiast iść do stolików do tego specjalnie przeznaczonych, oparła się o przeciwległy regał. Próbowała zagłębić się w lekturze, ale jej myśli błądziły w zupełnie inną stronę.
    Myślała o Lavender. Co ona chciała przez to osiągnąć? O co jej chodziło? Hermiona zastanawiała się nad słowami Carmen, nad tym, że niektórzy po prostu cieszą się z czyjegoś nieszczęścia. Ale nigdy by nie wpadła na to, że jej współlokatorka może taka być, tak okrutnie postąpić! Owszem, Lavender pokorą nie grzeszyła, rozumem tym bardziej, ale nie wydawała jej się mściwą i zakłamaną osobą. Jej reputacja w szkole też za dobra nie była, ale mimo wszystko uważano ją za dość spokojną. Jak widać do czasu.
    Hermiona poczuła niemiłe ukłucie w żołądku. Czyżby zazdrość? Nie, to niemożliwe. Przecież doskonale wiedziała, że Harry by jej nigdy nie zdradził, nie porzucił ot tak. Więc o co chodziło? I w tym sęk. Sama nie była do końca pewna. Miała po prostu przeczucie, dziwne i strasznie palące jej wnętrzności. To było jak potwór skręcający się w supeł w jej brzuchu. Tak, trochę nienormalna metafora, ale opisująca prawdę.
    Dziewczyna westchnęła głośno. Dosłownie sekundę później usłyszała jakiś dźwięk – jakby ciężka książka spadła na podłogę. Wstrzymała oddech. Ktoś tu jest. Ktoś oprócz niej. Cicho wstała i zaczęła posuwać się wzdłuż regału. Wysunęła lekko głowę i rozejrzała się – nikogo. Nawet nigdzie indziej nie widziała światła kaganka ani świecy.
    Pewnie jej się przywidziało. Już chciała wrócić na swoje miejsce, gdy ponownie usłyszała ten odgłos – tym razem bliżej. Dochodził z prawej strony. Hermiona przestraszyła się. A jeśli to Filch? Albo, co gorsza, Snape? Jeśli ją znajdą, dadzą jej szlaban. Przecież nie powinno jej tu być, mimo pozwolenia od pani Pince. Na dodatek niepisemnego. Szybko ukryła się za półką z książkami, próbując wstrzymać oddech albo chociaż go wyciszyć na tyle, aby nikt poza nią go nie słyszał.
Tym razem usłyszała kroki. Nie były głośne ani ociężałe, przeciwnie – kimkolwiek była ta osoba, stąpała z niesamowitą lekkością, ale pewnie. Odgłos się przybliżał. Hermiona zacisnęła powieki, a zaraz potem je otworzyła. Nie może pokazać, że się boi. Zbierając wszystkie siły, odczepiła się od książek i wyjrzała za róg. Nikogo nie ma. Rozejrzała się na boki – nic. Dobra, to już było niepokojące.
    Odwróciła się z zamiarem szybkiego wyjścia z biblioteki. I na zamiarze się skończyło. Jej ciało natychmiast napotkało przeszkodę w postaci innego. Krzyknęła głośno z wrażenia i chciała się wycofać, jednak poczuła czyjeś zimne dłonie na ramionach. Podniosła oczy ku górze i napotkała inne, tryskające ciepłem i życzliwością.
- Panno Granger, bardzo mi przykro, iż panią przestraszyłem. Wierz mi, nie taki był mój zamiar – usłyszała. Była tak zdziwiona, że nie mogła wydusić z siebie słowa. - Proszę, usiądź. To ci dobrze zrobi. - Znowu te dłonie, które delikatnie spychają ją w dół.
- D-dobrze – wykrztusiła. Nic innego nie przychodziło jej do głowy.
- Proszę się nie bać. Przecież nic bym panience nie zrobił.
- Ja... Ja to wiem, profesorze Collins – powiedziała cicho Hermiona. Twarz mężczyzny rozjaśnił uśmiech.
- Proszę... Może mi panienka mówić po imieniu. Barnabas. - Po chwili ciszy dodał: - Oczywiście, jeśli to dla pani zbyt niestosowne, to nie...
- Wszystko w porządku, Bar... Barnabasie – odpowiedziała Granger. - I owszem, to niestosowne. Nawet bardzo – rzuciła, ale już pewniej i z figlarnym uśmieszkiem.
- Cieszę się, że cię rozbawiłem, Hermiono. - Wampir przysunął się do dziewczyny, również opierając się o regał.
- Prof... Co robiłeś w dziale magomedycyny? - zapytała Gryfonka. Brunet wahał się przez chwilę, po czym odpowiedział:
- Nic takiego. Sprawdzałem coś na najbliższą lekcję. - Dziewczyna nie wydawała się usatysfakcjonowana, ale dała sobie spokój. - Przykro mi, ale miałem w tym tygodniu ważne sprawy do załatwienia, więc dopiero od poniedziałku zajmiemy się dżinami. Ty oczywiście wiesz już o nich prawie wszystko, prawda? - spytał z błyskiem w oku.
- Tak – odparła Hermiona, zadowolona z zainteresowania nauczyciela. - To cudownie, że tak pan się angażuje.
- Ależ to moja praca. – Błysnęły białe kły. Nie dodał tylko, że tymi "ważnymi sprawami" były spotkania Śmierciożerców.
    Gryfonka znowu zadrżała. Nosferatu bez słowa okrył ją swoją peleryną, a ta uśmiechnęła się z wdzięcznością.
- Wybacz mi, że pytam, ale widzę, iż coś cię trapi. Zdradzisz mi? - Uniósł brew.
- Cóż... - zastanawiała się dziewczyna. - Nie wiem, czy powinnam. To raczej są typowe sprawy nastolatków, chyba niezbyt ciekawe dla nauczycieli i...
- Mimo to, proszę – powiedział, przeciągając samogłoski. Nadal nie była do końca przekonana, jednak gdy przypomniała sobie o ciężarze peleryny na ramionach, zaczęła mówić.
- No dobrze. Wie pan, że...
- Uhm, uhm – chrząknął dyskretnie, mrugając przy okazji. Mrugając!
- Wiesz, że – poprawiła się – bardzo się z Harry'm lubimy i... Och! Po prostu mam kłopot z pewną dziewczyną, która nam dokucza, bez powodu. Nie wiem, co robić, na dodatek... chyba jestem zazdrosna – przyznała z niechęcią.
- Hmmm... - zamyślił się Barnabas. - To trudne. Bardzo trudne. Wiem, jak bardzo takie sprawy są skomplikowane. Niektórzy ludzie czują po prostu zawiść do całego świata, są źli na to, że innym żyje się lepiej lub że po prostu sami nie są wyjątkowi.
- Ale dlaczego krzywdzą innych ludzi? To tak, jakby zabijać im cząstkę duszy, a z czasem całą osobę... - Collins spochmurniał. Sam przecież co chwilę mordował właściwie niewinnych ludzi.
- Cóż... Każdy człowiek jest inny, nie da się przewidzieć, co kłębi mu się w głowie. Teoretycznie wszystko zależy od wszystkiego.
- Rozumiesz to, prawda? Przecież przez tyle lat musiałeś kogoś pokochać...
- Cóż, ja... Hermiono, w zasadzie to moje serce stanęło wieki temu i już nie bije. Nie wiem, czy mógłbym jeszcze... Czy bym podołał... Nadawał się do tego.
    Zapadła cisza, zakłócana jedynie przez ich spokojne oddechy. Hermionie podobał się zapach, jaki wyczuwała z materiału peleryny i jaki pochodził od Barnabasa. Był słodki, ale nie mdlący, tylko przyjemny. Wyczuwała też woń starego drewna i metalu. Nagle coś jej przyszło do głowy.
- Skoro już rozmawiamy szczerze, to mógłby... możesz mi opowiedzieć jak stałeś się wampirem? - Wstrzymała oddech. Był to ogólnie dość drażliwy temat dla samych poszkodowanych. Mężczyzna jednak tylko uśmiechnął się dobrodusznie.
- Cóż... To dla mnie trudne, jak chyba dla wszystkich mojego pokroju... Byłabyś przerażona, ile mam lat – zaśmiał się cicho. - Urodziłem się jako czarodziej, dlatego teraz również znam się na czarach. Mimo to wielu nosferatu nie zna magii, większość pogryzionych była pierwotnie mugolami. - Dlatego Czarnemu Panu tak zależy na mnie, dodał w myślach. - W każdym razie, żyłem i dorastałem w średniowieczu. Pewnego razu matka znowu nie wróciła do domu na noc, a ojciec... Tego dnia odszedł od nas. Miałem wtedy dwadzieścia lat, ale wciąż byłem młokosem, jednak zrozpaczony wybiegłem w noc szukając matki. Padało, zabłądziłem. Gdy przechodziłem przez jedną z bram, straciłem przytomność. Obudziłem się w takim oto stanie – podniósł swoje dłonie i udawał, że uważnie je ogląda. To było niesamowite, jak bardzo długie i chude miał palce. I blade.
- To fascynujące, być świadkiem historii przez cały czas... Pamiętasz rewolucję we Francji? - zapytała Hermiona z ożywieniem.
- Tak, nawet wspinałem się na barykady. W nocy, oczywiście – odparł znowu z tym uśmiechem. - A raz zostałem piratem! Marny był ze mnie marynarz, wychodzący tylko po zachodzie słońca, ale spotkałem podobnego dziwaka. Na morzu ich pełno, ale ten był doprawdy wyjątkowy – powiedział z melancholią w sarnich oczach.
- Znam go? Może Czarnobrody?
- Wątpię. Chociaż on sam pewnie by się obraził. – Znowu mrugnął. Hermiona zagryzła wargę. To jej się stanowczo zbyt podobało. - Nazywał się Jack Sparrow. O, przepraszam. Kapitan.
- A umiał latać? - zachichotała dziewczyna. - Ładne nazwisko, "Wróbelek".
- Zdziwiłabyś się, co on wyprawiał. Za to za butelkę rumu oddałby wszystko!
    Zaczęli się śmiać. Długo, głośno i bez zahamowań. Hermionie w pewnym momencie spadła peleryna i wtedy poczuła na sobie dłoń i wzrok Barnabasa. Przestał się śmiać i na nią patrzył. Ten wzrok palił i... Przerażona, że zaraz zrobi coś głupiego, wstała i oddała mu szybko materiał. Zarumieniła się.
- Ja... Ja chyba już pójdę. Robi się późno.
- Oczywiście. Hermiono, dasz radę. Jesteś wielką, mądrą czarownicą, która ze wszystkim sobie poradzi.
- Przepraszam, ale... O co chodzi?
- O twoje "typowe sprawy nastolatków". – Znowu pokazał białe jak śnieg kły.
- O... Oczywiście. Dziękuję.
- Mówię samą prawdę. Pozwolisz, że ci powiem komplement? - zapytał.
- Pozwalam – odparła ze śmiechem.
- Masz najurodziwsze biodra, jakie kiedykolwiek widziałem. - Gryfonka skamieniała, a potem parsknęła głośno. - Coś nie tak?
- Nie, ale... Ale... - nie mogła wydusić z siebie. - W dzisiejszych czasach nikt już tak nie mówi. Ale to miłe i bardzo zabawne, dziękuję. – Znowu się zarumieniła.
- Nic nie poradzę na fakty... - zaczął Barnabas. Odgarnął jej kosmyk włosów z czoła, a potem pogładził delikatnie jej policzek opuszkami palców. Granger aż przymknęła oczy. Po chwili jednak się opamiętała.
- Dob... Dobranoc, Barnabasie – powiedziała, odsuwając się.
- Dobranoc, moja droga. I miłych snów – dodał. Dziewczyna odwróciła się i już miała iść, gdy nagle poczuł, jak mocno go obejmuje w pasie i przytula.
- Dziękuję – usłyszał. W tym momencie znikła mu z oczu, a on wymamrotał ledwo słyszalnie:
- Dwadzieścia punktów dla Gryffindoru.

***

    Hermiona była na siebie wściekła. Dlaczego, na różowe bokserki Roweny (albo Godryka), ona to zrobiła?! Przecież nie powinna! Tak samo, jak nie powinna się zgodzić na zwracanie się do niego po imieniu. To nieodpowiednie, niestosowne, a kontakty z nauczycielem (!) są na pewno mocno karane! Wszystko wydawało jej się dziwne, surrealistyczne, jakby było tylko iluzją. Jakim cudem można sobie tak zagmatwać życie? I to w tak krótkim czasie.
    Dziewczyna westchnęła, gdy dotarła do obrazu Grubej Damy. Wypowiedziała hasło i przeszła do Pokoju Wspólnego. Rozejrzała się i stwierdziła, że prawie nikogo nie ma. Podeszła do Harry'ego, który wciąż siedział tam, gdzie go zostawiła, ku jej ogromnego zdziwieniu. Usiadła obok i spytała:
- Ciągle tu czekasz? Tyle czasu?
- Jasne. Poza tym, nie mógłbym bez pożegnania zasnąć. - Hermiona walnęła się dłonią w czoło.
- No tak! Jutro wielki mecz! Dacie radę?
- To Krukoni, a poza tym ćwiczyliśmy, więc...
- Która godzina? - zapytała szybko.
- Trochę przed dziesiątą... A co?
- Marsz do łóżka, masz się wyspać! - zarządziła Granger, wstała i szybko pociągnęła go za rękę.
- Spokojnie, to nie mój pierwszy mecz w życiu – uśmiechnął się Harry. Odprowadził ją pod dormitorium. - A do tego Ron chyba poszedł pogodzić się z Luną. - Mrugnął.
    Odebrało jej mowę. Jak to? On nigdy tego nie robił! Czy może to z nią jest coś nie tak? Czyżby wyrzuty sumienia? Nie, to niemożliwe. Przecież nic takiego nie zrobiła...
- Hermiono... wszystko w porządku? - W głosie Harry'ego słychać był niepokój.
- Tak, tak. Tylko się zamyśliłam. – Uśmiechnęła się i pocałowała go. - Dobranoc.
- Dobranoc. Miłych snów!
    Tak. Znowu miała dzisiaj o czym śnić.

22.7.13

27. Nieoczekiwanie

"Ja jestem grajkiem twym,
Tym właśnie jestem ja,
Zjawiłem się tu po to,
By zrobić, co się da..."
- K.C. and The Sunshine Band

    Mimo tego, że był środek dnia, w budynku panowały wręcz egipskie ciemności, rozświetlane tylko delikatnym światłem świec. Przenikliwy chłód dotykał każdego nowego przybysza, który od razu okrywał się szczelniej płaszczem i poprawiał maskę na twarzy. Lord Voldemort czekał, gładząc palcami różdżkę. Bellatrix stała obok niego, uśmiechając się szaleńczo i obracając przebiegle oczami. Sala powoli się wypełniała.
    Tak się złożyło, że Severus, Barnabas i Draco natknęli się na siebie w progu. Każdy z nich zmierzył innych srogim spojrzeniem. W milczeniu udali się na zgromadzenie.
    Czarny Pan nie zwołał wszystkich Śmierciożerców, jacy wstąpili w jego szeregi, jednak ich ilość była znacząca. Otoczyli przywódcę ciasnym kręgiem i czekali aż zjawią się wszyscy wezwani.
    Nawet kiedy czarodzieje przestali przybywać, w sali panowała cisza. Ciężka, okropna i zwiastująca na pewno coś złego. Coś strasznego. Jednak nikt, żaden śmiertelnik lub wampir nie ośmielił się jej przerwać. A Riddle i Lestrange wciąż świdrowali ich wzrokiem.
    W końcu, kiedy wszystkim zdawało się, że to się nie skończy, Voldemort, ich przywódca, odezwał się. Nie było to jednak to, czego się zwykle spodziewali.
- DLACZEGO NIE MA ŻADNYCH POSTĘPÓW?! - ryknął na całą salę. Echo zwielokrotniło jego syczący głos, jednak nikt nie ośmielił się poruszyć. - DLACZEGO TEN CHŁOPAK WCIĄŻ ŻYJE? - Spojrzał na Dracona. - DLACZEGO BRATA SIĘ Z TĄ SZLAMĄ? - Przesunął wzrok na Collinsa. - DLACZEGO NIC MI NIE WIADOMO O PLANACH DUMBLEDORE'A?! - Przeszył czerwonymi oczyma Snape'a.
    Wszyscy stali jak skamieniali. Czarny Pan był tego dnia w wyjątkowo złym, okropnym i paskudnym humorze. Bella zachichotała szaleńczo za jego plecami. Każdy Śmierciożerca przełykał nerwowo ślinę. Nie było dobrze.
    W końcu Mistrz Eliksirów, stwierdziwszy, że niewiele ma do stracenia, odezwał się cicho:
- Obawiam się, mój panie, że za wiele od nas wymagasz w zbyt krótkim czasie. Niestety nie można wszystkiego zrobić od razu. My...
- Severusie, ufałem ci i nadal ci ufam, ale nie może być tak, że przez dwa miesiące nie mam żadnych wieści! Ty, jako mój najwierniejszy sługa, powinieneś najlepiej to wiedzieć – odparł zimnym głosem Lord.
- Pochlebiasz mi, panie. - Ukłonił się lekko. - Jednakże... Jednakże nic nie mogę poradzić na oporność starego dyrektora. On po prostu nic nie robi, zupełnie jakby zapomniał o twoim istnieniu, panie.
- W istocie, to dość dziwne, nawet jak na tego głupca. - Riddle zamyślił się głęboko. - Mimo wszystko ty, Severusie, powinieneś zostać wtajemniczony w jego plan, a wiem, że na pewno jakiś ma! Czy chcesz mi coś... powiedzieć? - zapytał Voldemort, podnosząc głos.
- Nie, mój panie. On naprawdę nic nie...
Crucio! - wykrzyknął Czarny Pan, a z końca jego smukłej różdżki wystrzelił promień, który szybko wniknął w ciało czarnowłosego czarodzieja. - Nawet, jeśli aktualnie niczego nie ma na papierze, ty powinieneś znać jego najskrytsze myśli! Crucio! Masz tego dokonać, rozumiesz?!
    Seveus wił się w agonii na podłodze, maska spadła mu z twarzy. Ból wykręcał jego ciało w okropnym tańcu, którego szczerze nienawidził. Wiedział jednak, że musi teraz osłonić swój umysł, aby Voldemort nie wychwycił jego ważnych wspomnień. Tych mniej ważnych też.
    Uderzył głową o posadzkę, a z jego lewego ucha wytrysnęła fontanna ciemnoczerwonej krwi. Zrobiło mu się ciemno przed oczami, w głowie szumiało. Powrócił ból. Miał ochotę krzyczeć, ale nie chciał pokazać po sobie słabości. Zagryzł mocno wargi i pokiwał potakująco głową. Kolejne zaklęcie. W następnym spazmie ataku szarpnęło mocno całym jego ciałem. Ból był straszliwy, nie do zniesienia i opisania. Nagle mignął mu przed oczami obraz karmelowych oczu i włosów, a także gryfoński krawat. To była tylko sekunda, nic więcej. Na pewno tylko iluzja, wytwór jego zmęczonej wyobraźni. Mimo to, nagle poczuł się lepiej. Po chwili zaklęcie ustało.
    Poruszył drżącymi dłońmi i powoli ustał na chwiejnych nogach. Mogło być gorzej. Wrócił na swoje miejsce, zakładając ponownie maskę. Znowu zapadła cisza, tym razem krótsza.
- Draco, czy znasz kogoś, kto chciałby do nas przystąpić? - zapytał Riddle. Blondyn zdziwił się, ale odpowiedział:
- Ciągle przekonuję ich, panie.
- To dobrze. Bądź posłuszny, a czeka cię nagroda, chłopcze – powiedział Tom z okropnym uśmiechem na czymś, co kiedyś zapewne było ustami.
- To zaszczyt służyć ci, panie. - Draco ukłonił się.
- Wiem. - Voldemort podszedł do Collinsa. Musiał zadrzeć lekko głowę, bo wampir był wyższy od niego i stał wyprostowany, z wysoko uniesioną głową. - Barnabasie... Co z tą szlamą? Miałeś się jej pozbyć.
- Nie jest to łatwe, panie – powiedział miękko. - Ale dam radę, na pewno.
- Uda ci się do końca roku? - zapytał znowu wysokim głosem Voldemort.
- Zdecydowanie, panie. Nie będzie to łatwe, jednak dla ciebie zrobię wszystko – pewnie odparł wampir.
- Cudownie. - Po sali rozległ się śmiech Czarnego Pana. - Jednak rozumiesz, że muszę cię jakoś bardziej do tego zmotywować, zachęcić... Użyć perswazji – szeptał, bawiąc się różdżką w dłoniach.
    Barnabas patrzył twardo w czerwone oczy. Wiedział, co go czeka. Nie Cruciatus, z pewnością nie. Ten potwór wymyśli coś gorszego, ale jednocześnie łatwiejszego, coś...
    Nie dokończył myśli, bo mężczyzna machnął różdżką w stronę ciężkich zasłon, które się natychmiast rozsunęły, wpuszczając do środka mnóstwo słonecznego światła. Barnabas zaczął się palić, nie ruszył się jednak z miejsca. Był to ogromny, straszny ból, jednak doświadczał go już nie raz. Z tyłu dobiegły go ciche jęki innych wampirów. Po chwili zasłony zostały zaciągnięte.
- Na dzisiaj wystarczy – zjadliwie rzucił Voldemort. Wszyscy odetchnęli z ulgą i zaczęli zbierać się do wyjścia. Takie masowe egzekucje nie były czymś niezwykłym. Wyjątkiem były tylko dwie wysoko postawione osoby, które poddano torturom. Widocznie nawet najbardziej zaufani Śmierciożercy nie są całkowicie bezpieczni. - Barnabasie, podejdź jeszcze na chwilę.
- Czego sobie życzysz, mój panie? - zapytał szybko.
- Cóż... Znasz doskonale moje ambicje o byciu nieśmiertelnym – zaczął i zmierzył go wzrokiem. - To, co mam do tej pory, to tylko tymczasowa powłoka. Ludzka, ale... śmiertelna. Oczywiście chronią mnie zaklęcia i eliksiry, jednak to nie to samo...
- Do czego zmierzasz, panie? Mam cię pogryźć? - Barnabas uniósł brew w zdziwieniu.
- Nie, lecz jesteś blisko. Podobno masz jedną z najczystszych i najlepszych krwi wśród wampirów. Słyszałem o jednym sposobie... Niedługo odwiedzi cię pewna kobieta, doktor Hoffman. Chciałbym, abyś z nią porozmawiał. - W tym wypadku oznaczało to definitywny nakaz. - Nie stanę się nosferatu, za to będę nieśmiertelny. Wynagrodzę ci to, Barnabasie. Gdy zawładniemy światem magii, ród wampirów stanie się jednym z najznamienitszych na świecie. Potrzebuję jednak twojej krwi.
- Transfuzja? - zapytał wampir.
- Zgadza się. Nie pytaj o więcej. Możesz odejść.
    Nauczyciel obrony przed czarną magią wyszedł z budynku i jako nietoperz wzbił się w powietrze. Nie chciał tego, ale... Musiał.
    Wystartował z zamiarem udania się do Hogwartu, jednak... Jednak instynkt wziął swoje, a skrzydła same nakierowały go na przedmieścia Londynu. Wleciał do domu przez otwarte okno i niemal rzucił się na niczego niespodziewającą się Angelicę.
- Myślałam, że nie wrócisz.
- Wróciłem. Ale tylko na chwilę. – Uśmiechnął się drwiąco. Wampirza natura dała o sobie znać. Pocałował ją głęboko, a ona mu odpowiedziała. Co z tego, że po wszystkim ją zabije...?

***

    Tydzień mijał ciężko, naprawdę. Na dodatek nie wszystkim się dobrze układało. Ron przeprosił Lunę, ale nadal sytuacja pomiędzy nimi była ciężka i niejasna. Przynajmniej dał sobie spokój z Carmen. Coraz częściej znikała, całe jednak szczęście, że na krótko. Za to z Harry'm i Hermioną było coraz lepiej. Zaczęli mocniej sobie ufać, nie kłócili się i byli bardzo szczęśliwi. Po prostu sielanka. Dobrze, że była Car, która swoim pesymizmem często rozpraszała zbyt idylliczny nastrój. Eliksiry Gryfoni jakoś przeżywali, za to z pracą domową średnio sobie radzili. No dobra, prawie wcale. Tony książek i pergaminów piętrzyły się na biurkach w nadziei, że nie zostaną całkiem zapomniane. I nie były, bo wszystkim spędzały sen z powiek. Tylko Hermiona była na bieżąco i to z wielkim wysiłkiem. Ale jakoś dawali radę.
    Dlatego, gdy tylko obudziła się w sobotę rano, po ciężkim tygodniu pracy, odetchnęła z ulgą. W końcu mogła dłużej pospać, czego nie mogła powiedzieć o Harry'm, który miał trening quidditcha. Następnego dnia miał się odbyć mecz. Mimo wszystko dalej nie rozumiała, czym tu się zachwycać. Latanie na kawałku kija za jakimiś piłkami. Ale i tak jutro pójdzie.
    Nie wstając z łóżka sięgnęła po leżącą nieopodal książkę, ułożyła się wygodnie i zaczęła czytać. Minęła może godzina, gdy z lektury wyrwał ją głos Carmen.
- Nie idziesz na śniadanie?
- Nie mam ochoty. Później zjem – powiedziała i wróciła do lektury. Po chwili zerwała się na nogi. - Co się stało?
- Eee... Nic. Co się niby miało stać? - zapytała zdziwiona dziewczyna.
- Przecież ty prawie nic nigdy nie jesz. A jeszcze się o mnie troszczysz. Co się stało?
    Car przywołała w myślach moment, gdy tydzień temu Snape wrócił ze spotkania Śmierciożerców. Z rany na głowie ciekła mu krew, ale nie chciał od niej pomocy. Wiedziała, że jego ból będzie się nasilać, póki jej do końca nie zaakceptuje. I dlatego wczoraj po lekcji do niej podszedł i... I stwierdził, że jednak jej potrzebuje, bo za trochę oszaleje. Dzisiaj po śniadaniu miała do niego przyjść.
- Nic – ucięła. - Pomyślałam, że to będzie miłe.
- O nie. Ty nie jesteś miła. Ty jesteś irytująca i dobrze o tym wiesz.
- Masz rację – westchnęła Car. - Masz rację.
    I wyszła. Hermiona nie mogła w to uwierzyć. Tak po prostu. I po co powtórzyła drugi raz? Przecież tego nie lubi. To było dziwne. Wszystko. Cała ta sytuacja z nią.
    Straciła nastrój do czytania. Poszła do łazienki i wzięła długi, gorący prysznic. Przebrała się i zeszła do Wielkiej Sali, bo jednak zrobiła się trochę głodna. Zdążyła na sam koniec, gdy prawie nikogo już nie było. Zauważyła, że Ginny dłubie bez entuzjazmu widelcem w jajecznicy. Usiadła obok.
- Co jest? - zapytała, nalewając sobie soku z dyni. - Coś z Malfoyem?
- Nie. Nie, skąd – zaprzeczyła rudowłosa. Wciąż wpatrywała się w talerz.
- To co się dzieje? Kłopoty z nauką? Cokolwiek? - dopytywała się Granger.
    Ginny milczała, w odpowiedzi podając jej pomiętą kopertę. Brunetka zerknęła na adres. Pismo znała, podobnym pisali wszyscy Weasleye. Wyjęła kartkę, rozłożyła ją i zaczęła czytać.

Moja droga Ginny,
Ogromnie tęsknimy tu za Tobą. Z ojcem mamy nadzieję, że wszystko dobrze. Jak szkoła, oceny? Nadążacie z pracą domową? (Tak się chyba teraz mówi). Pamiętaj, że i tak zawsze jesteśmy z Ciebie dumni. Fred i George jeszcze nic nie wysadzili? Przypilnuj ich, jako jedyna dziewczyna z rodziny jesteś za to odpowiedzialna.
Jest także inna ważna sprawa. Chodzi o naszą rodzinę. Doskonale wiesz, że kocham Was wszystkich bardzo mocno i każdego tak samo. Merlinie, nie wiem, jaki ci to przekazać... Chodzi o to, że jestem w ciąży. Będziecie mieli kolejne rodzeństwo. Nie wiem jeszcze, czy to chłopiec, czy dziewczynka, jednak z całą pewnością nie są to bliźniaki. To już końcówka drugiego miesiąca, termin porodu mam na przełomie kwietnia i maja. Chciałam napisać o tym wcześniej, ale naprawdę nie potrafiłam się zebrać. Mało osób o tym wie, tylko ojciec, Bill, Charlie i Percy. Piszę do Ciebie, abyś możliwie jak najdelikatniej przekazała to bliźniakom i Ronowi. Wiem, jakie to będzie dla nich zdziwienie, dla mnie też było. Ale nic nie poradzę, mam nadzieję, że dasz sobie radę.
Pozdrawiam i całuję,
Mama

    Hermiona odłożyła list i złapała się za głowę. Kolejny Weasley! Nie spodziewała się tego, a co dopiero Ginny. Położyła jej dłoń na ramieniu i lekko przytuliła. Dziewczyna zaczęła płakać.
- Gin, nie płacz! Spokojnie, będzie dobrze. Już tylu was jest, że jeden członek rodziny więcej nie zrobi różnicy – próbowała ją pocieszyć Hermiona.
- Ty nic nie rozumiesz... Znowu rodzice wydadzą mnóstwo pieniędzy, to bez sensu. Już dawno powinni coś z tym zrobić, najlepiej gdy urodził się Percy, żeby nie zamartwiać się o fundusze. A teraz...
- Już dobrze, spokojnie! Ginny, uśmiechnij się! Nie będziesz już najmłodsza, wiesz? A może to będzie dziewczynka? Miałabyś siostrę! - przekonywała Gryfonka. Po chwili ciszy dodała: - A czemu ty nie jesteś na treningu?
    Ginny spojrzała na nią dziwnie i nagle w jej oczach pojawiło się przerażenie. Zerwała się z ławki i pobiegła w kierunku wyjścia.
- Godryku, Harry mnie zabije! Zaavaduje mnie, zobaczysz! - wrzasnęła do Hermiony. Ta tylko zachichotała i dokończyła śniadanie.

***


    Punktualnie o siedemnastej Pokój Wspólny Gryfonów tajemniczo się powiększył. Większość sprzętów zniknęła, pozostawiając nagi parkiet. Zebrali się wszyscy Gryfoni, a było tyle miejsca, że spokojnie się pomieścili. Wzrok wszystkich spoczął na stojącej dokładnie na środku pomieszczenia McGonagall. Jej słynna spiczasta tiara lekko się przekrzywiła, ale mimo to zaczęła mówić.
- Jak wiecie, już niedługo odbędzie się nasz Bożonarodzeniowy bal. Oczywiście bal to, jak już kiedyś mówiłam, przede wszystkim tańce. I nie ma nikt mi siedzieć bezczynnie! - Tu zmierzyła karcąco wzrokiem Rona i Harry'ego. Ten drugi jednak mocno przytulił się do Hermiony, jakby obiecując, że tym razem będzie inaczej. - Doprawdy, panie Potter? Zgłasza się pan na ochotnika? Och, jak cudownie! Najpierw Weasley, a teraz ty. Świetnie.
    Harry niechętnie się obejrzał, ale gdy jednak stwierdził, że tu faktycznie o nim mowa, ruszył powoli do przodu. Przypominało to pochód żałobny na ścięcie.
- Co mam robić, pani profesor? - zapytał.
- Tańczyć, to jasne – odparła nauczycielka.
- No tak... Ale z kim? Może Hermio...
- Właśnie, z kim! - przerwała mu McGonagall, zupełnie jakby nie usłyszała ostatniej sugestii. - Może panna Granger... Nie! O, już mam. Panno Brown, zapraszam!
    W tym momencie z tłumu uczniów wystąpiły dwie dziewczyny, jedna wyraźnie niezadowolona. Całe szczęście profesorka nie była aż taką sadystką, jak o niej mówiono, więc odesłała Car z powrotem. Lavender podeszła do Pottera.
- Już kiedyś to pokazywałam, mam nadzieję, że pamiętacie – powiedziała i machnęła różdżką. Z nieznanego miejsca popłynęła muzyka.
    Harry'emu nie uśmiechało się tańczenie z tą dziewczyną, nigdy jej specjalnie nie lubił. Mimo to o dziwo uśmiechała się do niego, co on musiał niestety dla pozorów odwzajemnić. Popatrzył przepraszającym wzrokiem na Hermionę i... stanął na stopę Lavender.
- Przepraszam – powiedział szybko. - Naprawdę nie chciałem. - Ona zachichotała. Powoli dołączały do nich inne pary, więc poczuł się trochę raźniej.
    Hermionie zdawało się to nie przeszkadzać. Dla żartu Ron poprosił ją do tańca i zaczął z nią niezgrabnie tańczyć, cały czas będąc blisko nich. Wybraniec zauważył, że Lavender uważnie się w niego wpatruje.
- Tańczysz lepiej niż w czwartej klasie – rzuciła.
- Dziękuję. Trochę ćwiczyłem.
- Z nią? - Dziewczyna wskazała głową na Granger. - Chyba mi nie powiesz, że to na poważnie...
- Całkowicie – odparł pewnie chłopak. - Słuchaj, nie wiem, co od niej chcesz, ale zostaw nas w spokoju. A teraz dotrwajmy do końca, bo...
    Ale nie dokończył. Muzyka owszem, ustała, ale z tyłu ktoś na niego wpadł. Harry potknął się i spadł na podłogę, a w zasadzie... To Lavender spadła na podłogę, a on na nią. Chciał natychmiast wstać, ale nadal czuł, że trzyma go jak do tańca. Szybko przyciągnęła go i pocałowała. Nie zapowiadało się to dobrze, podsumował w myślach.

11.7.13

26. Chcesz tego?

"Ludzie ge­nial­ni są jak me­teory.
Ich przez­nacze­niem jest, by spa­lając się,
przy­dali blas­ku epo­ce, w której żyją."
- Napoleon Bonaparte


    Severus stał jak sparaliżowany. Nie mógł się nadziwić zuchwałości dziewczyny. Ale też jej odwadze. Owszem, miał mętlik w głowie, ale... Głowa. Nie bolała. Przestała tak nagle, tak... Zacisnął dłonie w pięści. Nie, nie może dać się ponieść, musi to skończyć... To uczennica! Ale też jego bratnia dusza. A może nie? Może sobie to wymyśliła, może udaje...
    Carmen wciąż nie puszczała jego kołnierza, mało tego, jeszcze mocniej przyciągnęła go do siebie. Całowała go coraz bardziej zapalczywie, łapczywie. Upajała się każdą chwilą, sekundą. W końcu, gdy jej język prześliznął się po, teraz już odrobinę cieplejszych, ustach Mistrza Eliksirów, ten stracił całą kontrolę. W jednej chwili rozluźnił pięści i mocno przyciągnął dziewczynę do siebie, jednocześnie szybko i mocno oddając pocałunek. W międzyczasie jeszcze zdążył pomyśleć "A niech te zasady idą w cholerę".
    Carmen z wrażenia zakręciło się w głowie. Przez chwile zastanawiała się, czy nie ma halucynacji, czy to wszystko nie jest tylko iluzją, ale potem... Zarzuciła mu ręce na szyję. Otworzyła oczy i zajrzała w jego, nawet z tej odległości nieprzeniknione, ciemne. Przypominały jej dwa tunele, wydawały się nie mieć źrenic. W ogóle jej to nie krępowało, ale nagle... poczuła coś. Jakby krążyła między nimi jakaś niewidzialna siła. Jakby poczuła wokół magię. I rzeczywiście – drobne fioletowe i złote iskierki zaczęły tańczyć wokół nich.
    Teraz już wiedziała, że miała rację. Starożytna magia bratnich dusz. Połączyli się i teraz już powinni być razem. Takie jest przeznaczenie.
    Nagle Car poczuła, jak usta Snape'a zjeżdżają niżej i zaczynają błądzić po jej szyi. To było takie przyjemne, cudowne, że aż przymknęła oczy. W międzyczasie jego dłonie gładziły jej plecy, delikatnie i powoli wyciągając jej koszulę ze spodni. Gryfonka odchyliła szyję mocniej i zaczęła powoli rozpinać jego surdut. Ciężko było poradzić sobie z tymi setkami guzików, ale w końcu dała radę. Ciężki, czarny materiał zsunął się na posadzkę, ukazując białą koszulę. Carmen znowu odnalazła usta Snape'a. Przebiegł ją przyjemny dreszcz. Biła wręcz od niego siła, ale też zapach, którego nigdy wcześniej nie czuła. Ten aromat otumaniał jej zmysły, sprawiał, że był dla niej jak narkotyk, którego chciała więcej i więcej.
    Po omacku sięgnęła do kołnierzyka jego koszuli i zachłannymi ruchami zaczęła ją rozpinać. Tu było mniej guzików, więc poradziła sobie szybciej. Wsunęła ręce pod lekki materiał i chciała go zsunąć, ale nagle poczuła, jak jego dłonie chwytają ją za nadgarstki i powstrzymują. Oderwał się od niej i spojrzał jej głęboko w oczy.
- Wierz mi, nie chcesz tego. Nie chcesz tego oglądać ani zrobić.
    Brunetka spojrzała na niego palącym wzrokiem. Widział w jej oczach pewność siebie i zdecydowanie. Głosem, którego jeszcze nigdy u niej nie słyszał, powiedziała dobitnie:
- Nawet nie masz pojęcia, czego chcę, a czego nie.
    I szybkim ruchem zrzuciła z niego jedyną białą część garderoby. Mistrz Eliksirów nawet nie drgnął, czekając, aż zobaczy wszystkie jego blizny i ucieknie. Był blady, bardzo, ale jeszcze jaśniejsza siatka szram przecinała pod różnymi kątami całe jego ciało. Carmen westchnęła, widząc to. To nie było okropne, za to bardzo straszne, ale też w pewnym sensie... ją pociągało.
    Snape również westchnął. Ona na to nie zasługiwała. Był paskudny, był potworem, który zabijał i zaklęciami, i wyglądem. Poza tym...
    Warknął cicho, gdy poczuł jej usta na swoim obojczyku. Dobra, już miał trochę mniej wątpliwości. Nie, za bardzo mu się to podobało. Musiał... Na Salazara, teraz nic nie musiał! Chwycił jej twarz w dłonie i znowu pocałował, tym razem zachłannie. Powoli zaczął poruszać się, wraz z nią, do przodu. Po chwili Carmen poczuła, że o coś się opiera. Domyśliła się, że to jej stanowisko pracy na lekcjach. Palcami lewej ręki dotknęła kamiennego blatu. Drugą zanurzyła w ciemnej czuprynie Snape'a. Owszem, włosy miał tłuste od ważenia eliksirów przez tyle lat, jednak nie aż tak, na jakie wyglądały. Były dość przyjemne w dotyku. Merlinie, w tej chwili wszystko dla niej było cudowne!
    Dłonie Severusa prześliznęły się po jej szyi, delikatnie jej dotykając opuszkami palców i aż zadrżała. Powoli, metodycznie rozluźnił węzeł jej krawata, a później zdjął jej go. Później przyszła kolej na koszulę. Car skutecznie odwróciła uwagę nauczyciela od blizny po upadku na prawym ramieniu. Chociaż i tak pewnie ją kiedyś o to zapyta...
    Jęknęła, gdy ponownie zabrał się za jej szyję. W międzyczasie lekko ją uniósł, tak, że teraz mogła położyć się na zimnej ławie. Zachowując ostatnie resztki przytomności, Car wyjęła z kieszeni spodni różdżkę i rzuciła na drzwi zaklęcie zamykające i wyciszające. Jeszcze raz spojrzała w czarne oczy Snape'a i powiedziała:
- Naprawdę chcę tego, Severusie.

***

    Obudził się pierwszy raz od wielu lat z kompletnie czystym umysłem. Było to takie przyjemne uczucie... Gdyby nie był Naczelnym Postrachem Hogwartu, pewnie by mógł nawet stwierdzić, że się za tym stęsknił.
    Próbował wstać, ale coś mu przeszkodziło. Rozejrzał się dokładniej. O MÓJ DROPSIE!!! Na samego Slytherina, na Komnatę Tajemnic i tego Bardzo Wielkiego Gada!!! Czy to jest to, co on myśli, że jest? Nie, to niemożliwe... Aż nagle zaczęły do niego docierać wspomnienia z nocy.
Karna lekcja szóstego roku... Potem ta rozmowa. Bratnie dusze (tu zaklął cicho). A potem... A potem przespał się z uczennicą! Dwa razy! Co mu strzeliło do głowy?!
    Znowu zaklął. Z tym samym uczuciem obudził się na twardej posadzce lekko po północy. Chciał udawać, że nic się nie stało, wyprosić ją i mieć wszystko z głowy, ale... Ale. Gdy machnął różdżką, aby ich ubrać, a potem zaczął zdejmować zaklęcia z drzwi (nawiasem mówiąc, bardzo silne), dziewczyna zaszła go od tyłu, mocno objęła i ponownie uwiodła. Tym razem trafili do łóżka, na szczęście, bo jego krzyż pewnie już by nie wytrzymał. Skrzywił się. Był dla niej za stary. Dwadzieścia lat! Co z tego, że to znacznie mniejsza różnica w świecie czarodziejów niż u mugoli? Brown będzie napiętnowana! Nie, zdecydowanie nie może jej więcej ulec. Wygoni ją i będzie traktował opryskliwie, jak wszystkich innych uczniów.
    Jego przemyślenia przerwał cichy pomruk zadowolenia. Pochodził on od leżącej po lewej stronie dziewczyny. Teraz jej piękne, brązowe włosy z blond pasmami były w nieładzie, ale nadal dobrze wyglądały. Przypomniał sobie jej oczy. Karmel, prawdziwy karmel. A jej usta...
    Przestań, stary zboczeńcu! Obudź ją w końcu i skończ to!
    Wyjątkowo niepewnym jak na niego ruchem potrząsnął lekko jej ramię. Dobiegł go tylko niezrozumiały pomruk. Spróbował jeszcze raz. Znów to samo. Ponownie. I nic. Widać była śpiochem, a to nie ułatwiało mu zadania. Tym razem mocnym ruchem przewrócił ją na plecy. Tylko poszukała palcami srebrzystozielonej kołdry i przykryła się mocniej. Wyglądała tak spokojnie. Jaka szkoda, gdyby...
- Przestań! To nie jest śmieszne! - wykrzyknęła oburzona i chciała się głębiej zakopać pod kołdrą. Chyba w ogóle nie zmieszało jej to, że nie jest u siebie w dormitorium. - Mówiłam, żebyś mnie nie łaskotał! - powiedziała i zrezygnowana podniosła się do pozycji siedzącej. - Nie lubię, gdy ktoś mnie budzi.
- A ja nie lubię, gdy ktoś bezprawnie przebywa w moich komnatach – wyrzucił z siebie Mistrz Eliksirów.
- Bezprawnie? - Dziewczyna uniosła brew. - Nie tylko ja jestem winna... - wyszeptała i lekko musnęła jego wargi. - Bratnie dusze muszą być razem. Cały czas... - Dalej mówiła tym swoim aksamitnym głosem i Snape znowu był... oczarowany? Uznajmy, że otumaniony.
- I co teraz będzie?
- Teraz? Nic bym nie zmieniała... - mruknęła, całując go. Severus przyciągnął ją do siebie i zaczął błądzić palcami po jej ciele.
- Która godzina...? - wymamrotał niewyraźnie opiekun Ślizgonów.
- Chyba późna... Przeszkadza ci to?
- Nieszczególnie – wycedził przez zęby, a wtedy...
- A mi tak – odsunęła się i szybko wstała. Machnęła różdżką i szybko się ubrała. - Nie było mnie na noc w dormitorium – wyjaśniła i pocałowała go w czoło. Odwróciła się na pięcie i ruszyła do drzwi, nie oglądając się na zesztywniałego ze zdziwienia Mistrza Eliksirów i jego uchylone w wyrazie zdumienia usta.

***


    Hermiona obudziła się z mieszanymi uczuciami. Była sobota i czekał ją miły dzień z chłopakiem i przyjaciółmi, ale... Gdy rozejrzała się po dormitorium, stwierdziła, że albo Carmen do tej pory nie wróciła, albo wyszła znacznie wcześniej. Bardziej prawdopodobne było to pierwsze. Łóżko nie było używane, to przemawiało za tą teorią. Cóż, Gryfonka się martwiła. Cały poprzedni wieczór szukali Brown, ale nigdzie jej nie znaleźli. Co takiego mogło się stać?
    Brunetka przeciągnęła się i poszła do łazienki. Tam w miarę doprowadziła się do porządku. Wróciła do sypialni, aby przed śniadaniem coś jeszcze poczytać, gdy nagle... prawie wpadła na Carmen. Była ubrana tak samo, jak poprzedniego dnia, ale włosy miała w nieładzie. Wyglądała jednak na szczęśliwą.
- Coś ty całą noc robiła? - zapytała Hermiona. Była oburzona, że przyjaciółka dobrze się bawiła, a oni martwili się cały czas.
- Czy to ważne? - rzuciła Car.
- Tak, ważne. Szukaliśmy cię wszędzie, ale ciebie nie było! Co robiłaś? - zagrzmiała pani prefekt. Uraczyła ją też swoim słynnym spojrzeniem, które przeważnie onieśmielało innych. Ale inni to nie Carmen.
- Traciliście tylko czas, byłam w bibliotece – odparła spokojnie.
- Myślisz, że tam nie zajrzeliśmy? - żachnęła się, coraz bardziej wkurzona, panna Granger.
- A Dział Ksiąg Zakazanych?
- No... A skąd niby masz pozwolenie? - zmieszała się Hermiona.
- Od dyrektora. Tak samo, jak na myślodsiewnię. Swoją drogą, chyba zadziałała, co...? - zapytała przebiegle Brown. Przyjaciółka nie dała się zwieść.
- Tak i... Ej, ty zmieniasz temat! Co robiłaś? Nie wyglądasz na zmęczoną...
- Ach... Moja szkoła nie poszła w las, prawda?
- Prawda – odparła z dumą Miona.
- Kiedyś ci powiem. Obiecuję, dobra? - spytała niepewnie.
- Dobra – zgodziła się po chwili ciszy Hermiona. - Ale idź się przebrać.
- Marzę o tym.
    I już jej nie było. Po chwili wróciła w swojej ulubionej, wyświechtanej marynarce i dziewczyny razem zeszły do Pokoju Wspólnego. Chłopaków nie było, zauważyły tylko Ginny, która właśnie wchodziła przez dziurę pod portretem.
- A ty już po śniadaniu? - zapytały niemalże jednocześnie.
- A wy co: Fred i George? - odparła z rozbawieniem rudowłosa.
- Prawie. I nie unikaj odpowiedzi, proszę. Za dużo jak na jeden dzień. – Hermiona spojrzała sugestywnie na Carmen.
- Dobra, nie wnikam. Mam spotkanie z Draconem – powiedziała Gin.
- Świetnie, że podziękowałaś – rzuciła Car, przewracając oczami. Miona szturchnęła ją za to w żebro.
- Jest po prostu głodna – wyjaśniła. - I zmęczona. Na razie, Gin!
- Dzięki. Pa!
    Dziewczyny przeszły przez portret i schodami zeszły aż do Wielkiej Sali. Po drodze Granger spytała:
- Co ci strzeliło do głowy?
- Nic. Jakbyś nie zauważyła, to cała ja – odcięła się Car. - Ale głodna jestem naprawdę.
    I weszły do jadalni. W środku śniadanie trwało w najlepsze, nastroje też były wesołe. Podeszły do stołu Gryffindoru, przy którym siedział Harry z Ronem. W najlepsze dyskutowali o zbliżającym się meczu quidditcha. Mieli grać z Krukonami. Jednak chłopcy gdy tylko je zobaczyli, przerwali rozmowę. Hermiona usiadła obok Harry'ego, a Ron ucieszył się na widok Carmen. Cóż... chyba trochę zbyt entuzjastycznie.
- Car, gdzie ty byłaś? - zapytał z niepokojem w głosie, po czym wstał i mocno ją uściskał. Zdrętwiała. Nie chciała tego, nie lubiła, a on nie miał prawa! - Martwiłem się i...
- Nie dotykaj mnie! - Wyrwała mu się i usiadła jak najdalej od niego. - Mówiłam ci, co o tym myślę, jasne? - warknęła. Po chwili dodała trochę łagodniej: - Słuchaj, to tylko iluzja, tobie się wydaje, że mnie lubisz. Jestem arogancka, wredna i egoistyczna, a ty masz już dziewczynę! Spójrz na nią! - Wskazała w stronę stołu Krukonów. Była tam Luna i patrzyła na nich. Niby była spokojna, ale dało się zauważyć, że miała czerwone oczy. - Płakała przez ciebie! Czy do ciebie nie dociera, że nie możesz jej tak zostawić, bez słowa, i zachowywać się jak skończony dupek?!
- Ja... Ja nie...
- Nie wiedziałeś? Oj, jak mi przykro! Przeproś ją i odczep się ode mnie – powiedziała i zabrała się za jedzenie. Była głodna jak hipogryf. Musiała dzisiaj coś zjeść.
    Rzuciła okiem na stół nauczycielski. Siedział tam i wpatrywał się w nią swoimi nieprzeniknionymi oczami. Uniosła lekko puchar z sokiem dyniowym w jego stronę i wzięła łyk napoju. Chwilę później on zrobił to samo.
    Obok Snape'a siedział wampir i obserwował to wszystko z kamienną twarzą. Nie wyrażał emocji, ale zastanawiał się nad znaczeniem tego wszystkiego. Severus i ta Gryfonka coś knuli. Zaraz, jak ona się nazywała? Ach tak, Brown. Była dziwna, bardzo apatyczna na jego lekcjach, ale... Ale niewątpliwie inteligentna. I na pierwszy rzut oka zauważył, że coś ich łączy. No tak, lecz Severus miał być szczęśliwy. W końcu.

***

    Ginny szła korytarzem na siódmym piętrze, aby dotrzeć w końcu do Pokoju Życzeń. Otworzyła ciężkie, masywne drzwi i weszła do środka. Znalazła się w przytulnym pokoju, z palącym się ogniem w kamiennym kominku i wielką kanapą na środku. Podłogę przykrywała przyjemna w dotyku i miękka wykładzina, na ścianach była drewniana boazeria.
    Podeszła bliżej, a drzwi same się zamknęły. Zobaczyła postać w ciemnym garniturze, siedzącą plecami do niej na kanapie i wyraźnie nad czymś myślącą. Na palcach doszła do niej i pochyliła się nad chłopakiem, po czym szybko klepnęła go w ramiona. Blondyn aż podskoczył, ale na jej widok się uśmiechnął.
- Chciałaś, żebym zszedł na zawał? - zapytał z szyderczą nutką w głosie.
- Nie. Kto by mi wtedy dostarczał rozrywki?
- Twoi bracia – zadrwił Malfoy.
- Nieprawda – szybko zaprzeczyła. Usiadła obok niego na kanapie. - Dobrze wiesz, że to nieprawda.
- Masz rację – odparł i zaczął bawić się jej włosami. - Zmieniasz się.
- Zmieniam? Draco, ja... ja się boję – zająknęła się. - Już nie czuję tej braterskiej więzi z nimi. Oni... przestają być dla mnie ważni.
- Dlaczego to cię martwi? - Uniósł blond brew. - To raczej dobrze, w końcu jesteś ze mną.
- Draco, to moja rodzina! Nie mogę ich nie kochać, to jest... dziwne, złe i okrutne!
- Zdefiniuj mi te trzy słowa. Uspokój się, dorastasz i twoje więzi rodzinne nie są już takie trwałe. Wszystko będzie dobrze.
- Na pewno? - zapytała z nadzieją.
    W odpowiedzi otrzymała długi pocałunek. I mimo, że w głębi duszy się obawiała, uwierzyła mu. Jak można nie wierzyć swojemu chłopakowi? Zwłaszcza takiemu upragnionemu. Czasami przez głowę Ginny przebiegała myśl, czy to nie jest przypadkiem zwykły sen, tylko iluzja. Nawet jeśli, nie chciała się budzić. Nigdy.
    Nagle Draco odsunął się od niej i złapał za lewe przedramię. Skrzywił się z bólu.
- Wszystko w porządku? Wytrzymasz? - zapytała.
- Jasne – wykrztusił. - Nie martw się. Czarny Pan mnie wzywa, ale wrócę.
- Mam nadzieję, Draco. Wróć tylko cały.
- Obiecuję. Również to, że gdy Czarny Pan wygra, będę z tobą.
- Nie jestem pewna czy... - zaczęła, ale blondyn jej przerwał.
- Wszystko będzie dobrze. Opowiem mu kiedyś o tobie i cię oszczędzi. Zrobi to dla mnie.
- Jesteś pewien? A moja... - Skrzywił się mocniej.
- Muszę iść. Nie wiem, ile to zajmie. – Pocałował ją w policzek i wyszedł.
- ...moja rodzina? - dokończyła pytanie, chociaż on już tego nie słyszał.
    Siedziała tam jeszcze z pół godziny, zastanawiając się, jak z tego wybrnąć. Nie chciała z niego rezygnować, ale rodzina...
    Rodzina była ważna.

6.7.13

25. Bratnie dusze

"Zdarza się, że dusza zrodzona w niebie,
może się podzielić na dwie identyczne połowy,
które ulecą ku Ziemi, niczym spadające gwiazdy...
Choć rozdzielone przez morza i kontynenty,
w końcu spotkają się, wiedzione magiczną siłą
i połączą z powrotem w jedną całość. Jak inaczej
wytłumaczyć miłość od pierwszego wejrzenia?"
- Don Juan DeMarco


    W piątek nastroje wśród uczniów jak zwykle były radosne. W końcu czekał ich weekend, będą mogli odpocząć, wyspać się i nadrobić stosy zadań domowych, wciąż coraz wyżej się piętrzących. Wszyscy ze współczuciem patrzyli na szóstorocznych Gryfonów i Ślizgonów, którzy nie wiedzieli, co ich dokładnie czeka wieczorem. Snape był nieobliczalny.
    Tego dnia mieli przynajmniej trochę mniej lekcji niż zwykle, więc do kolacji zostało im trochę czasu. W Pokoju Wspólnym Gryffindoru panował ponury nastrój. Nieszczęśni uczniowie zbili się w małą grupkę, z wyjątkiem Harry'ego, Hermiony i Rona, którzy usiedli przy stoliku pod ścianą. Carmen znowu gdzieś zniknęła.
    Nasza ukochana para próbowała uspokoić przyjaciela, którego co chwilę ktoś obrzucał morderczym spojrzeniem. Chłopak był załamany, od wypadku na lekcji prawie się nie odzywał, na dodatek pokłócił się z Luną. Blondynka chciała go pocieszyć, gdy tylko dowiedziała się o całym zdarzeniu, ale młody i bardzo porywczy Weasley nie chciał jej słuchać. Mało tego, miał jakieś nieokreślone przeczucie, że dobrze robi. Że już nie chce więcej patrzeć w niebieskie oczy Krukonki. Zamiast nich widział inne, tak bardzo mu obce, a jednak jakby znajome... Były obojętne, zimne i wyrażały pogardę do niego, a jednak... Jednak wtedy, wczoraj, widział w nich swoje odbicie. I chciał, aby one cały czas na niego patrzyły. Cały czas... Carm...
- Ron, odezwij się w końcu! - prawie krzyknęła Hermiona, machając rudzielcowi dłonią przed nosem.
- Och... Umm... Ja...
- Od wczoraj jesteś kompletnie nieobecny! Rozumiem, że afera u Snape'a była dla ciebie strasznym przeżyciem, ale ty się zachowujesz, jakbyś doznał jakiegoś urazu! Otrząśnij się! - Po chwili dodała już spokojniej: - Jak tam z Luną?
- Umm... Dobrze, ja... Jest dobrze – zapewnił ją Ron bez entuzjazmu. Wciąż widział tylko karmelowe oczy.
- Czy ja wiem? - wtrącił się Harry. - Nie wyglądasz za dobrze. Wcześniej, jak o niej mówiłeś, wręcz promieniałeś, byłeś szczęśliwy. Teraz wpatrujesz się tylko w jakiś nieokreślony punkt.
- Podobno wczoraj się pokłóciliście – dorzuciła dziewczyna.
- Dajcie mi spokój! - krzyknął Ron. Wstał i obrzucił ich dziwnym spojrzeniem. - Wam się układa, a ja już nie wiem, co robić! Wydawało mi się, że ją kocham, aż do... aż do...
- Co się wczoraj stało, Ron? - zapytała delikatnie Hermiona.
    Chłopak nie odpowiedział. Rzucił im zdezorientowane spojrzenie i wybiegł z Pokoju Wspólnego. Ruszył do biblioteki. Może tam znajdzie Carmen. Ale co wtedy zrobi? Sam nie wiedział. Chciał ją po prostu zobaczyć. Jeszcze jeden raz.
    Jakimś cudem znalazł ogromne pomieszczenie z regałami pełnymi książek. Często tu nie bywał, jednak sześć lat spędzonych z Hermioną zrobiło swoje. Pani Pince otaksowała go zdziwionym wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Chłopak wszedł w korytarz pomiędzy regałami, aby sprawdzić, czy ktokolwiek tam jest. Doszedł już do połowy i nigdzie nie widział dziewczyny. Tylko kilkoro Puchonów i dwie Ślizgonki. Poszedł dalej, przyspieszając kroku, coraz bardziej zdesperowany. W końcu prawie na samym końcu znalazł Car. Stanął z boku i tylko na nią patrzył, upajał się widokiem. Siedziała oparta o ścianę i czytała książkę. Parę brązowych kosmyków spadło jej na czoło, ale grzywkę miała zagarniętą za ucho. Nie była ubrana w uczniowskie szaty, tylko w niebieską koszulę w kratkę z luźno wiszącym krawatem Gryffindoru. Jej brązowe oczy błądziły po kartach ciężkiej, oprawionej w skórę księgi. Złote litery na okładce układały się w napis "Sekrety podświadomości". Ron zdziwił się, widząc tytuł, jednak dalej ją obserwował. Dziewczyna co chwilę zamykała oczy, jakby bardzo chciała coś zapamiętać. Po chwili znowu je otwierała i czytała dalej. Weasley cicho westchnął, a Car od razu poderwała się, przy okazji wyciągając różdżkę i mierząc w niego. Gdy go ujrzała, lekko opuściła dłoń, jednak nadal celowała w niego. Szorstkim głosem zapytała:
- Co ty tu robisz?
- Nic... - speszył się Ron. W zasadzie to nie wiedział, co ma powiedzieć.
- Nie kłam. Po co przyszedłeś do... do biblioteki?! - spytała wyższym głosem. Ponownie wymierzyła różdżką. - Gadaj!
- No... Ja... Ten...
    Ron plątał się i jąkał. Na ten żałosny widok Carmen przestała w niego celować i przez chwilę przyjrzała mu się. Nieobecne spojrzenie, cienie pod oczami, niechlujny ubiór... Spojrzenie.
Nie, to nie może być prawda! Przecież była wredna dla niego, tak? Bardzo. Przecież przez nią... O najdroższy Merlinie! To przez nią był ten wypadek wczoraj! Ale przecież on miał tę dziwaczkę, Pomylunę i...
    Musiała mu odmówić. Sama wiedziała, że z nim nie może być, a zresztą... To tylko zauroczenie. Przejdzie mu. Zawsze przechodzi. Tylko jak to zrobić delikatnie? Nie była za dobra w tych sprawach (no dobra, była okropna) i nie chciała wcale być lepsza. Sama myśl o tym, co zamierzała zrobić dzisiejszego wieczora, dziwiła ją, a co dopiero takie rzeczy! Jak by to mu powiedzieć... Hermiona by wiedziała. Ale nie może się wysługiwać. Musi to zrobić tu i teraz. Sama. Znowu.
    Cała ta jej wewnętrzna dywagacja trwała nie dłużej jak dwie sekundy. W tym czasie zdołała zachować obojętny wyraz twarzy. Musi go wkurzyć. Musi go zniechęcić.
    Nie zdążyła. Ron, ku jej zdziwieniu, zaczął pierwszy.
- Carmen, ja... Ja szukałem ciebie. Chciałem cię przeprosić za wczoraj. I przepraszam, że jestem takim idiotą.
- Słusznie. Myślisz, że przeprosiny wystarczą? - zaczęła drwiąco. Zagryzła wargi. - Gdzie ta twoja dziewczyna?
- Cóż, ja... My... pokłóciliśmy się.
- Trudno. Zdarza się. Coś jeszcze? - Uniosła pytająco brew.
- N-nie... To znaczy tak – wydukał.
- Zdecyduj się. – Przewróciła oczami.
- Carmen, ja... Czy pójdziesz jutro gdzieś ze mną? - wypalił. Zrobił się przy tym czerwony jak lokomotywa Hogwartu Express.
- Jutro? Nie, będę zajęta – odparła kwaśno.
- Pojutrze? Popojutrze? Popopojutrze...? - Ron był coraz bardziej zdesperowany.
- Nie. Mam zajęty grafik do końca semestru. - Chłopak już otwierał usta, ale szybko dodała: - I później też. A poza tym ja się nie umawiam – rzuciła szybko, odłożyła książkę i wyszła z biblioteki.
    Ron siedział tam jeszcze przynajmniej godzinę, z twarzą ukrytą w dłoniach. Co on narobił? Dlaczego jest taki głupi? Co ma teraz zrobić? Miał Lunę i nadal ją kochał, ale Carmen... Poruszyła jego świat.

***


    Harry z Hermioną szybko wymknęli się z Wielkiej Sali i ruszyli do lochów, razem z garstką innych uczniów. Wszyscy byli tak zdenerwowani i przerażeni tym, co ich czeka, że Ślizgoni i Gryfoni nie dokuczali sobie. Nikt nie zwracał na nikogo uwagi.
    Para dotarła na miejsce, gdzie czekała już Carmen. Wyglądała jakby trochę inaczej, jej szaty idealnie się układały, a na twarzy miała nawet lekki makijaż. Coś tu było nie tak.
    Chwilę później przyszedł Ron, który był jeszcze bardziej dobity niż wcześniej (o ile to w ogóle możliwe). Powłóczył nogami i na nikogo nie patrzył. Po prostu szedł przed siebie.
    Hermiona westchnęła i mocniej wtuliła się w Harry'ego. Niepokoili się o Rona. A zwłaszcza o dzisiejszy wieczór.
    Punktualnie o siódmej drzwi gabinetu się otworzyły. Klasa wyglądała zwyczajnie, tylko tuż przed tablicą stał dodatkowy stół do przyrządzania eliksirów. Był zwrócony w odwrotnym kierunku niż pozostałe. Wszyscy zajęli swoje miejsca. Czekali. Zapadła śmiertelna cisza, uczniowie bali się nawet oddychać.
    Nagle ciszę przeciął odgłos otwieranych drzwi od prywatnych komnat Mistrza Eliksirów. Wkroczył powoli do sali, a jego czarne szaty lekko powiewały, jakby pod wpływem jakiegoś zaklęcia. W końcu Snape stanął na środku klasy i objął ich wszystkich swoim zimnym wzrokiem. Gdy jego spojrzenie zatrzymało się na Weasley'u, uśmiechnął się szyderczo, po czym oznajmił:
- Pan, panie Weasley, zajmuje dzisiaj honorowe miejsce. - Jego głos ciął ostro powietrze niczym gorący nóż masło. W tej chwili nikt nie ośmieliłby się mu sprzeciwić.
    Ron przełknął nerwowo ślinę, wstał i podszedł we wskazane miejsce. Znajdował się dokładnie na widoku i niemalże czuł na sobie gniewne, ale i zaciekawione spojrzenia innych. Dostrzegł też współczujące oczy Hermiony.
- Zastanawiacie się pewnie, co będziecie musieli dzisiaj zrobić i jak długo. Otóż oznajmiam: wszystko zależy od tego nieudacznika Weasley'a. Dosłownie – wycedził, a w każdym słowie, każdej sylabie i literze dało się wyczuć czystą, niczym nieskażoną nienawiść.
    Snape machnął różdżką i drzwi wyjściowe zamknęły się z hukiem. Na kamiennych ławach pojawiły się składniki i kociołki, wszystko było identyczne u każdego. U Rona także. Nauczyciel ponowił ruch różdżką w stronę rudzielca. Ten poczuł, jak przez jego ciało przepływa fala magii i lekko się wzdrygnął. Wzdrygnęli się wszyscy w klasie.
- C-co to było? - wykrzyknęli.
- To, moi drodzy uczniowie, jest Zaklęcie Powtarzalności. Polega ono na tym, że powtarzacie dokładnie ruchy osoby, którą wskażę. Tą osobą jest wasz kolega. – Severus wskazał rudzielca i zwrócił się do niego. - Słuchaj, Weasley. Masz przyrządzić mi ten eliksir perfekcyjnie albo chociaż na tyle dobrze, żeby nie wybuchł. Inni będą dokładnie powtarzać twoje ruchy. Jeśli zrobisz cokolwiek źle, kociołki samoczynnie się wyczyszczą i zaczynasz od nowa, aż go uwarzysz. Oczywiście inni robią to samo, jednak na nic nie mają wpływu.
- Ale to będzie męczarnia! - wykrzyknął ktoś z tyłu.
- Podziękujcie koledze – wycedził Snape. Omiótł spojrzeniem całą klasę. - Nie wyjdziecie, póki nie skończy. A właściwie skończycie – powiedział, obrócił się na pięcie i usiadł przy biurku. Nikt nie śmiał wydać słowa protestu.
    Ron skamieniał z przerażenia. Im mniej się będzie starał, tym dłużej zostaną w tych lochach. Zobaczył, jak Hermiona posyła mu lekki uśmiech. Spojrzał też w nieruchome oczy Carmen. Musiał coś zrobić. Omiótł wzrokiem wszystkie składniki i podręcznik. Wziął do rąk książkę i otworzył na przesławnej stronie 394. Usłyszał szum wielu kartek.
    Powiódł palcem po przepisie i przełknął nerwowo ślinę. Zabrał się do pracy, a z nim reszta uczniów. Ręce strasznie mu się trzęsły i już na początku źle posiekał pancerze żuków, które po chwili zniknęły. Wziął następne i tym razem mu się udało. Wrzucił je do kociołka. Co dalej? Ron mimowolnie podrapał się po głowie i ze zdziwieniem stwierdził, że reszta również to uczyniła. Szybko skarcił się w duchu.Wrócił do przepisu. Według książki wywar powinien być teraz ciemnozielony i taki był. Szybko dorzucił trochę sierści wilkołaka. Potem zabrał się za siekanie liści bananowca. Gdy dodał je do wywaru, zawartość zniknęła. Merlinie, nie doczytał! Powinien wcześniej zmniejszyć temperaturę!
    Starał się dalej i po dwóch godzinach kociołki czyściły się już trzynaście razy. Był coraz bardziej zdesperowany, tak jak reszta, ale nikt nie ośmielił się mu podpowiadać, gdy Snape obserwował wszystko z kąta sali i wydawał się doskonale bawić. Ronowi koszula kleiła się do pleców, palce były wilgotne od potu. Pomyślał, że nie da rady.
    I wtedy usłyszał w głowie jakiś głos. Najpierw myślał, że mu się wydawało, ale potem usłyszał go znowu. I znowu. Znał ten głos i teraz go uspokoił. Zaraz, co on mówi? Aaa... Ona.
    Kretynie, zacznij od początku. Wszyscy się na ciebie gapią.
    Carmen. To była Carmen. Czyżby to była...
    Legilimencja? Tak. A teraz bądź cicho, bo każdy chce już stąd wyjść.
    Dobrze. Zrobi wszystko. Byle się tylko wydostać z lochów.
    Wykonuj moje polecenia, co do joty. Rozumiemy się?
    Jasne. Aż za bardzo.
    Jego ruchy stały się pewniejsze, dłonie już mu nie drżały. Eliksir zaczął coraz bardziej przypominać swoją końcową formę i Ron w końcu pozwolił sobie na lekki uśmiech. Nie ośmielił się jednak spoglądać w oczy Car. Szybko dokończył wywar, a wtedy znowu poczuł falę magii, lecz już odpływającą z niego. Przez klasę przeszło głośne westchnienie ulgi, jednak nikt nie ośmielił się jeszcze oddalać. Wszyscy patrzyli w oczekiwaniu na Mistrza Eliksirów. Ten w końcu wstał i niespiesznie podszedł do kociołka Rona. Zerknął nonszalancko do środka. Skrzywił się i tylko wycedził przez zęby:
- Wynocha.
    Wszyscy zerwali się jak oparzeni. Harry chwycił szybko Hermionę za rękę i razem wyszli z sali. Przed drzwiami poczekali na Rona i wręcz pobiegli do Pokoju Wspólnego. Dopiero tam odetchnęli z ulgą i usiedli na swoich ulubionych miejscach przed kominkiem. Po chwili ciszy Harry rzucił:
- Nie było tak źle.
- Nie, wcale! - warknął Ron. - Tylko musiałem pod presją...
- Nie kłóćcie się! - przerwała Hermiona. - Dajcie spokój, już koniec. Lepiej opowiedz jakim cudem tak nagle skończyłeś eliksir.
- To nic takiego – próbował wybrnąć Weasley.
- Psułeś wywar raz za razem i nagle ci wyszło. To nie mógł być przypadek.
- Ja tylko... - Ron nie chciał im o tym mówić. O pomocy. O dziewczynie. O... - Zaraz... – Nagle się ożywił. - A gdzie jest Carmen?

***


    Podczas gdy wszyscy uczniowie wychodzili pospiesznie z klasy eliksirów, Car ociągała się, jak mogła. Nie minęła minuta, a została sama w sali. No, prawie sama.
- Brown, czego ty szukasz? Czy nie wyraziłem się jasno? Wynocha. - Snape odwrócił się w jej stronę z grymasem na twarzy.
- Wyraził się pan jasno. Ja... Mam sprawę do pana – powiedziała dziewczyna. Mimo że ćwiczyła i wyobrażała sobie tę rozmowę setki, a może i tysiące razy, teraz prawie cała jej pewność siebie nagle uleciała.
- Tylko szybko. Jest późno, a ja mam jeszcze masę roboty. – Wskazał niechętnie na drzwi prowadzące do jego kwater.
    Car chciała się odgryźć, że gdyby nie on i karna lekcja, w ogóle by jej tu nie było, ale powstrzymała się. Nie teraz. Zamilkła, zbierając w sobie całą odwagę. Snape uniósł pytająco brew i nerwowo zastukał palcami w biurko, o które się lekko opierał. Głowa go znowu bolała i tracił cierpliwość. W końcu Carmen wypaliła:
- Pan też tak ma, prawda? - Severus uniósł drugą brew. - Nie może się pan uwolnić od natłoku myśli. Czuje pan hałas własnych przemyśleń, nieprzewidziane tornado w pamięci. Ciąg różnorodnych myśli przelatuje przez głowę i formułuje się wniosek. Ułamek sekundy. Myśli pędzą z prędkością światła, żeby za chwilę...
- ...uderzyć w jakiś twardy mur problemu, a wtedy rozszczepiają się na miliardy cząstek i zaczynają robić w głowie jeszcze większy mętlik – dokończył z zaskoczeniem Mistrz Eliksirów. Mało tego, on był przerażony. - Co tu się, do cholery, dzieje?! - krzyknął.
- Też tak mam, panie profesorze. I to się nasila, prawda?
- W rzeczy samej. Powiedz mi, jak się dowiedziałaś, że ja... - zapytał Snape, podchodząc trochę do dziewczyny.
- Pierwsza kolacja w Wielkiej Sali. Próbował pan na mnie Legilimencji, a ja...
- Odparłaś to, Brown. Jakim cudem? - zapytał, chociaż już znał odpowiedź. Doskonale.
- Wie pan. I musimy to powiedzieć. My... jesteśmy bratnimi duszami. Czytałam "Sekrety podświadomości", wiele razy. Nie ma mowy o pomyłce.
- Czytałaś wszystko? Naprawdę?
- Tak. I wszystko się zgadza. Inaczej pojmujemy świat. Nasze umysły są wybitne, nikt temu nie zaprzeczy. Normalnie bylibyśmy skazani na samotne życie, ale... to bardzo rzadkie, aby dwie takie osoby się spotkały. Często rodzą się w innych stuleciach. Jednak gdy się spotkają, są sobie przeznaczone.
- Czy pani coś sugeruje, panno Brown? - Snape dziwił się coraz bardziej, również śmiałością dziewczyny. Było w jej zachowaniu coś takiego... innego. Nie umiał tego zdefiniować. Jeszcze nie.
- Tylko to, że bóle będą się nasilać. Nasze życie może być do końca nieszczęśliwe, jeśli...
- Jeśli co? - przerwał ostro Severus.
- ...jeśli nasze umysły się nie połączą, aby zaznać wiecznego spokoju – powiedziała dobitnie i z pewną dumą Carmen.
    Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, Snape z wyraźnym przerażeniem. Zapadła cisza, podczas której brunetka cały czas sobie powtarzała w myślach "Tak miało być". A potem zrobiła coś, czego mury Hogwartu jeszcze nigdy nie widziały. Szybko poderwała się z miejsca, podbiegła do Snape'a, chwyciła mocno za jego kołnierz i przyciągnęła do siebie. Gorące usta Carmen dotknęły zimnych warg jej bratniej duszy, umysłu, ciała...
Harry Potter - Book And Scroll