Harry Potter - Book And Scroll

27.9.14

53. Kac

"Serce ustało, pierś już lodowata,
Ścięły się usta i oczy zawarły;
Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata!
Cóż to za człowiek? - Umarły.

Patrz, duch nadziei życie mu nadaje,
Gwiazda pamięci promyków użycza,
Umarły wraca na młodości kraje
Szukać lubego oblicza."
- Adam Mickiewicz, "Upiór"

    Obudziła się w nieswoim łóżku. Z początku nawet nie wiedziała, gdzie jest. Dopiero, gdy zamknęła i ponownie otworzyła oczy, wydarzenia z nocy do niej powróciły. I to nie łagodnie, powoli. Rzuciły się na nią niczym hipogryf na fretkę.
    Harry. Ginny. Płacz. Barnabas. Herbata. Łóżko.
    Ojej.
    Tego było za dużo. Poza tym, gdy przypomniała sobie, co wczoraj tu robiła... Zerknęła najpierw na kanapę, a potem na ścianę za nią i przełknęła ślinę. Normalnie by się tak nie zachowała, tego była pewna. Oczywiście wiedziała, że gwałtownie reaguje w nerwowych sytuacjach, a to, co wywołał Harry było bardzo denerwujące (delikatnie mówiąc). Mimo to pójście od razu do innego faceta zdecydowanie nie było w jej stylu...
    Więc miała się zadręczać? W samotności, kiedy wszyscy inni dobrze się bawią? Dokąd ta impreza tak naprawdę zmierzała? Proszę, niech to będzie tylko iluzja.
    Mnóstwo pytań i myśli kłębiło się jej w głowie. Naciągnęła kołdrę aż pod samą szyję i wpatrzyła się w baldachim. Były na nim wyhaftowane małe złote gwiazdki. Wciągnęła powietrze do płuc wraz z tym cudownym zapachem, który tak ją pociągał. Tak pachnął mężczyzna, z którym spędziła noc.
    I tu pojawiał się problem. Dlaczego jej pomógł? Dlaczego jej uległ? Właściwie, to ciekawe kto tu komu uległ... Dlaczego w końcu nie wykorzystał sytuacji, gdy miał okazję? Stanowczo za dużo "dlaczego".
    Czy to znaczyło, że podobała mu się? Cóż, była jego uczennicą, technicznie nie powinna się znaleźć nawet w pobliżu jego komnat. Najdziwniejsze było to, że wcale jej nie namawiał, aby odgrodziła się od Harry'ego. Przeciwnie, zwrócił jej uwagę na ich wieloletnią przyjaźń. W takim razie o co mu tak naprawdę chodziło?
    Poczuła, że ma mętlik w głowie. Do tego jej żołądek wyraźnie zaczął się buntować. Nie było tu zegara, chciała więc sprawdzić w jakiej pozycji aktualnie znajduje się słońce, ale okna były zaczarowane tak, aby nie przepuszczać światła dziennego. Z rezygnacją opadła na poduszki i wtedy coś przykuło jej uwagę. Na stoliku po lewej stronie łóżka stała srebrna taca ze śniadaniem. Nad gorącą czekoladą unosiła się jeszcze para, a rogaliki były przyjemnie ciepłe. Szybko zabrała się do jedzenia. Tak szybko, że strąciła na podłogę białą karteczkę.
    Odruchowo ją podniosła i omiotła wzrokiem.

Droga Hermiono,
Mam nadzieję, że wygodnie się spało.
Nie chciałem Cię budzić, wyglądałaś tak pięknie.
Zostawiłem Ci śniadanie i zaczarowałem, aby ciągle było ciepłe. Smacznego!
Barnabas C.

    Zarumieniła się i odłożyła papier na stolik. Dokończyła śniadanie, wyskoczyła z łóżka i ubrała swoją sukienkę, która leżała ładnie złożona na oparciu fotela. Postanowiła jeszcze skorzystać z łazienki. Łatwo ją znalazła, bo dochodził z niej znajomy odgłos... Uśmiechnęła się na tę myśl i delikatnie uchyliła drzwi.
    Zastał ją niezwykły widok. Barnabas stał przed lustrem i, mimo braku swojego odbicia, mył zęby czerwoną szczoteczką. Najśmieszniejszy był widok samej piany wiszącej w powietrzu, gdy spojrzało się na gładką taflę. Jej śmiech sprawił, że wampir odwrócił się w jej stronę i powitał ciepłym wyrazem twarzy. Miał na sobie staromodny szlafrok, który pięknie odchylał się, ukazując jego blady tors. Hermiona ponownie się zarumieniła, ale tym razem on to zauważył. Szybko dokończył toaletę i odezwał się:
- Witaj, moja droga. Wszystko dobrze?
- Tak, pewnie. Która godzina?
- Już po trzynastej.
    Gryfonka wydała z siebie cichy okrzyk zdziwienia.
- Tak późno?!
    Wampir zachichotał.
- Wcale nie późno. Uwierz mi, że wstaliśmy jako jedni z pierwszych. Hogwart na długo zapamięta ten bal...
- Czyli nikt mnie nie zobaczy, gdy będę stąd wychodzić...? - zapytała, zanim zdążyła pomyśleć. Co się z nią działo?!
- Cóż, skoro tak ci spieszno... - powiedział nosferatu, a jego oczy opuściły radosne iskierki. - Ruszaj, nie będę cię zatrzymywać.
    Coś takiego było w jego twarzy, coś tak udręczonego i sprawiającego jej ból... Podeszła do niego i delikatnie pogładziła policzki, po czym lekko musnęła jego wargi.
- Tu nie chodzi o ciebie, Barnabasie. Chodzi o to, że tak naprawdę nie powinnam się tu znaleźć. Jesteś moim nauczycielem i...
- I mamy przerwę świąteczną. Szkoły nie ma. Ja mam wolne dni, ty również. Oficjalnie nie jestem żadnym profesorem. Nie, posłuchaj. Hermiono... - Spojrzał jej głęboko w oczy, palcami obrysowując kości policzkowe. - Wiele dla mnie znaczysz. To, co wydarzyło się w nocy... Rozumiem twoje emocje, ale z doświadczenia wiem, że nie warto tłumić swoich uczuć. Wiem także, że takich rzeczy – mrugnął do niej – nie robi się, jeśli komuś na kimś nie zależy.
- To... Powiedzmy, że masz rację. Ale co na to inni?
- Nikt się nie dowie. A w każdym razie na pewno nie teraz. Jak sądzę, chcesz przemyśleć pewne sprawy?
- Tak... Tak. Potrzebuję czasu i dziękuję, że to rozumiesz. To dla mnie bardzo ważne.
- Dla ciebie wszystko, aniele.
    Uśmiechnęli się do siebie, aby po chwili znowu się pocałować. Delikatnie, a jednak z pasją. Dłoń Collinsa zawędrowała na jej kark. Czuła jego przyspieszony oddech i napięte mięśnie. Amok, który ją ogarniał, nie był do końca wytłumaczalny. Ale czy w pełni można wyjaśnić jakiekolwiek uczucie?
- Muszę już iść – oznajmiła, opierając swoje czoło o jego.
- Przyjdziesz wieczorem?
- A mogę?
    W odpowiedzi cmoknął ją w nos i odprowadził do drzwi.


***

- Czy ja ci pozwoliłem wyjść? - dobiegł ją głęboki głos zza pleców.
    Powoli się odwróciła, aby napotkać czarne oczy Snape'a. No to miała przechlapane.
- Myślałam, że zwykle ewentualnie pozwalasz komuś wejść, co do wyjścia natomiast, to wywalasz ludzi za drzwi...
- Teoretycznie... Masz rację. Wynocha, Carmen!
- Widzisz? Mój trening działa! Już nie używasz tego brzydkiego słowa na B, tylko mówisz do mnie po imieniu! - Dziewczyna się rozpromieniła i w dwóch krokach znalazła się z powrotem obok niego w łóżku.
- Trening? - Uniósł pytająco brew. - Nie myślałem, że trenuję wymawianie twojego imienia.
- Czyżby wczesne oznaki demencji cię dotknęły? Mam ci przypominać jak w nocy...
    Uciszył ją kolejną serią pocałunków. Zamruczała i przyciągnęła go do siebie za szyję. Wciąż nie miała dość. To było zbyt perfekcyjne, oni razem. I właściwie to nie wierzyła w swoje szczęście, że jej uczucia są odwzajemniane. Nie powiedział tego wczoraj wprost, ale doskonale wiedziała, co miał na myśli. Właściwie pseudonim "katastrofa" przypadł jej do gustu. A takie Święta mogłaby spędzać cały czas.
- Wiesz, chętnie zostałabym do końca wolnego, ale wypadałoby, żebym pokazała się też w Pokoju Wspólnym i tak dalej. - Dzielił ich może jeden centymetr, tylko na tyle zdołała odsunąć swoje usta od jego. - Przyjdę wieczorem.
    Skrzywił się.
- Co jest? - zapytała z niepokojem.
- Mam zebranie.
- Znowu? - Przytaknął ruchem głowy. - Merlinie, czy on cierpi na jakiś zespół osamotnienia? Brakuje mu towarzystwa, że ciągle ciebie wzywa? Mam być zazdrosna?
- Daj spokój.
- Mam nadzieję. Wiesz, teoretycznie nie wiem, co tam ciągle robisz...
- Carmen, to jest obrzydliwe! - Gryfonka zaczęła się śmiać. - Przestań, bo moje eliksiry się zepsują przez tą twoją wyobraźnię. A zaraz spadniesz z łóżka.
- Nie spadnę.
- Spadniesz.
- Nie.
- Tak – odpowiedział Snape i ruchem różdżki zrzucił ją na ziemię. Z posadzki dobiegły go jej utyskiwania na "złośliwego nietoperza" i "pseudozgryźliwego Romeo". - Ja nie rzucam słów na wiatr, moja droga.
- Ja też. - Car wstała i zaczęła rozmasowywać ramię. - Wychodzę. Gdybyś mnie potrzebował to...
    W kilka sekund Mistrz Eliksirów znalazł się przy niej, przyparł do ściany, złapał za nadgarstki i brutalnie pocałował. Ich usta były już opuchnięte, a i tak nie mieli dość. Przeszedł ją przyjemny dreszcz, jego dłonie zawędrowały pod jej koszulę, czule masując brzuch, po czym... Odsunął się od niej na pięcie, rzucając jedynie:
- To wiem, gdzie cię szukać. - Z tymi słowami wszedł do łazienki.
    Stała tak jeszcze przez chwilę z uchylonymi ustami. Zdołała jedynie westchnąć z dezaprobatą i oblizać wargi.
    Wyszła na korytarz, rozglądając się w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby ją zobaczyć, lecz dostrzegła jedynie leżącego i chrapiącego pod ścianą Ślizgona. W ręku trzymał pustą butelkę po jakimś trunku. Prychnęła, minęła go i zaczęła wspinać się po schodach.
    Mimo popołudniowej godziny wyglądało na to, że większość uczestników balu spędzająca Święta w Hogwarcie albo jeszcze odsypiała, albo leczyła dokuczliwy ból głowy. W takich chwilach była dumna ze swojej filozofii – alkohol osłabia. Jej mikstura to już inna historia...
    W Pokoju Wspólnym zobaczyła Pottera z Ginny i Rona półleżącego w fotelu przed kominkiem. Oprócz nich jeszcze Seamus siedział oparty o ścianę, a do czoła przykładał woreczek z lodem. Ciekawe.
    W dormitorium zastała Hermionę. Nie robiła niczego zaskakującego – czytała książkę. Do tego miała całkiem zadowoloną minę, jednak coś tutaj nie pasowało.
- Możesz mi wyjaśnić, dlaczego już nie jesteś z Potterem? - zapytała zdezorientowana Brown.
- Skąd wiesz? - Hermiona zaznaczyła stronę i usiadła na łóżku, patrząc dziwnie na Car.
- Wasze zdjęcie stało jeszcze wczoraj na stoliku nocnym. Teraz go nie ma. Opowiadaj.
    W ten oto sposób nasz Sherlock Holmes w... w szacie poznał całą tę pogmatwaną historię. Oczywiście nie obyło się bez jej przypominania, że przecież ona mówiła, że tak będzie, że od początku wiedziała, że Potter to kompletny głupek, że jest tego nie wart, że nie powinna się załamywać...
- Zaraz, ale w takim razie... Gdzie byłaś w nocy? Widać, że nie spałaś w łóżku. W każdym razie w TYM łóżku.
    Hermiona się zarumieniła.
- O nie, błagam. Nie mów mi, że... Poszłaś do Collinsa, prawda? - Wzrok Granger mówił wszystko. - Uff, jesteś taka przewidywalna... Proszę, powiedz tylko, że byłaś na tyle cnotliwa, że nie...
- Nie, nie! - Hermiona zamachała dramatycznie rękami. - Do niczego tak poważnego nie doszło! Słowo harcerza!
- Byłaś harcerzem? - zapytała Carmen z nutą drwiny w głosie.
- To było przed Hogwartem. Nie wracajmy do tego.
- Serio, śpiewałaś piosenki, zbierałaś odznaki i takie tam?
- Może! Ale obecnie ważniejsza jest dla mnie kwestia tego, że muszę patrzeć na Harry'ego, gdy skończą się ferie, a właściwie to już teraz, codziennie!
- No właśnie, jest taka sprawa, o której ci nie powiedziałam... - zaczęła powoli Carmen.
- Co zrobiłaś? Albo co ja mam tym razem dla ciebie zrobić? - Hermiona przyjęła ponownie swoją udręczoną minę trzeba-więc-to-zrobię.
- Właśnie nic... To bardziej ja dla ciebie. Za dwa dni wyjeżdżam do Francji i moja mama napisała mi, że... że chętnie ciebie zaprasza.
    Pani prefekt zamrugała parę razy.
- Oczywiście zrozumiem, jeśli się nie zgodzisz – dodała szybko Brown. - Masz teraz trudny okres i ta twoja nauka to...
- Carmen, czy ty żartujesz? Powiedz tylko na ile dni, a już się pakuję! - Hermiona wręcz rzuciła się na przyjaciółkę i ściskała ją tak długo, aż nie zagroziła jej rzuceniem na nią paskudnej klątwy.
- Wyjedziemy po Nowym Roku. Akurat zdążymy na lekcje. Może być? - spytała z zażenowaniem brunetka.
- Jak najbardziej. Jeszcze raz dziękuję!
- To jeszcze nic. Chodź na dół, dopiero wtedy mi podziękujesz.
- Co ty chcesz zrobić?
- Zobaczysz. Stań na schodach tak, aby widzieć Pokój Wspólny, ale zostań w cieniu. Mam pomysł.




***

    Ginny w końcu przyszła do Pokoju Wspólnego, na co Harry tak długo czekał. Miał ochotę pochwycić ją i krzyczeć "DLACZEGO???", ale postanowił to załatwić spokojnie. Dlatego opanowany siedział przed kominkiem i wysłuchiwał Rona opowiadającego o nocy z Luną. Właściwie jemu też nie wiodło się różowo.
    Dziewczyna przeszła cicho przez dziurę pod portretem i od razu udała się w kierunku sypialni, jednak Harry wstał i delikatnie złapał ją za ramię.
- Najpierw mi coś wyjaśnisz. I dokładnie wiesz co.
    Rudowłosa przełknęła nerwowo ślinę, a w jej oczach pojawiły się łzy. Była cała blada i wyraźnie przemęczona, ale nie zwracał na to uwagi.
    Usiedli w najbardziej odosobnionym kącie komnaty. Ginny nie miała odwagi ani siły unieść wzroku, więc wpatrywała się w wytartą wykładzinę.
- A teraz powiedz mi, dlaczego to zrobiłaś. - Jego głos był zimny, choć lekko drżał. Z nerwów, z niepewności, ze złości. Z nienawiści.
- J-ja...
- Odpowiadaj! - powiedział głośniej, ale i tak nikt nie zwrócił na niego uwagi. Walnął pięścią w parapet pobliskiego okna. - Teraz!
- Ja nie chciałam.
    Harry wybuchnął śmiechem, w którym słychać było coś w rodzaju obłąkańczej desperacji.
- Nie chciałaś? Właśnie zniszczyłaś moje życie! Jedyna dziewczyna, którą kochałem... Tak, dobrze słyszysz. JEDYNA, już nigdy mnie nie zechce! To koniec. Wszystko przez ciebie. Coś ty sobie myślała? A to głupie zaklęcie?
- To... To długa historia...
    Po policzkach Ginny spłynęły kolejne łzy.
Harry Potter - Book And Scroll