Harry Potter - Book And Scroll

24.3.13

16. Niechciane wspomnienia


Dla Karola. Za całe zło, które mi wyrządziłeś.

"Jeżliś zdradzony w życiu kilka razy,
Oh! jakiż to wielki ból...
Współczuję skargę twą ponad wyrazy:
Łez moich tyś Pan! Tyś król!

Lecz skoro w roku zdradzili cię ludzie
Trzysta-sześćdziesiąty-raz?...
Serca mi nie stać i byłbym w obłudzie,
Nie będąc głuchym jak głaz.

Im mniej kto zdradzan, tym srożej zdradzony! -
Lecz kto nie doznał - jak zdrad:
Męczeńskich nie dość mu palm i korony,
Nad które cóż? dawa świat..."
- Cyprian Kamil Norwid, "Obojętność"



    Koniec. Pustka. Nic.
    Leżała na kanapie w Pokoju Wspólnym. Oczy miała na wpół przymknięte. Nie widziała. Ręce splotła na piersi. Wyglądała, jakby spała. Spokojnie. Jednak w pewnym momencie zagryzła wargi. Zacisnęła pięści, a z gardła dobył się ledwo słyszalny krzyk. W kącikach jej oczu pojawiły się łzy, które nie wypłynęły. Nie mogły. Nie u niej.
    W jej umyśle trwała walka. Tysiące myśli kłębiło się na tej stosunkowo niewielkiej powierzchni, jaką jest ludzki mózg. Po raz pierwszy, odkąd zażywała swój eliksir, pogorszyło jej się, zamiast polepszyć.
    Wróciły wspomnienia. Te wspomnienia. Przecież już dawno wymazała je z pamięci! Nie powinno ich być. Nie. Nie...
    Jest tu. Nie widzisz Go? Stoi tuż obok ciebie. Drżącymi wargami czule całuje twój policzek na pożegnanie. Ostatni raz wtulasz się w Jego ramiona. Ostatni raz tu jesteście. Odchodzi. Nie dotkniesz już żadnego detalu jego ciała. Nie ucałujesz troskliwie jego spierzchłych i przekrwionych ust. Znikniesz, wraz z mrugnięciem jego ospałych powiek. Twoja miłość będzie trwała wieczność, pamiętaj o tym...
    Ale ja nie chcę pamiętać. Nie Jego. To nie miłość. Ja nie czuję. Ja nie mam uczuć, rozumiesz?! A wtedy? To nie było uczucie. To było oszustwo.
    Każda cząstka tego uczucia do Niego, wypalała się w niej bardzo powoli. Bolało to bardziej niż cokolwiek innego, jednak w ten sposób chciała odciąć się od Tej osoby. Tak, jakby nigdy nie istniał, zniknął razem z porywistym wiatrem, który lekko poświstuje. "Nigdy nie byłeś w moim życiu", ciągle żyje tym przekonaniem. Nie wraca do przeszłości, która często komplikuje naszą przyszłość. Doznała amnezji, ale tylko w stosunku do Tej osoby. Piękny sen o przyszłości prysł, niczym bańka mydlana.
    Chciałaby, żeby tak było. To byłoby najprostsze. Dostać amnezji. Zapomnieć. Ale Jego nie da się nigdy do końca zapomnieć. Po tym wszystkim, co zrobił. Czego nie zrobił. Jak ją zostawił. Upokorzył. Zdradził. Oszukał. Zniszczył tę cieniutką nić zaufania do otaczającego świata, jaka zaczęła się w niej tworzyć.
    Przyzwyczajenie do drugiego człowieka może prowadzić do obłędu. Uzależnienie tak silne, że aż toksyczne. Bardzo trudno jest się tego wyzbyć. Obłęd przerodzi się w obsesję. Obsesja doprowadzi do depresji. A koniec? Będzie okrutny. Powolna i bolesna egzekucja uczuć, prowadząca do śmierci. A wszelkie uczucia będą wypalać się, nie zostanie z nich nic. Serce będzie jedną, ogromną pustką przestrzenną.
    Jak w tej baśni – "Włochate serce czarodzieja". Po tych wydarzeniach wyzbyła się wszystkich uczuć. Po tym, jak jedna z niewielu osób, którym pozwoliła zbliżyć się do siebie i lepiej poznać, wbiła jej trujący sztylet prosto w to małe, nieokiełznane jeszcze serce. Była zagubiona, a on wtedy pomógł. Cały czas pomagał. Do czasu.
    Siedziała samotnie w swoim pokoju. W pustych czterech ścianach. Podeszła do lustra, spojrzała na siebie i krzyknęła z całych sił: "Gdzie jesteś?! Widzisz, jak ja wyglądam? Widzisz, jak się staczam na dno? Nic nie ma dla mnie znaczenia, rozumiesz? Bez ciebie jestem nikim. Błagam cię, na wszystko, co dla mnie ważne, wróć!". W tym samym momencie jej pięść ze zdwojoną siłą zderzyła się z lustrem. Ona, stojąc roztrzęsiona ze łzami w oczach, przyglądała się jak kawałki szkła spadały w przeciągu kilku sekund na ziemię. Jej mama szybko wbiegła do pokoju, przytulając córkę i mówiąc: "Już dobrze, uspokój się. Jestem przy tobie". To smutne, jak miłość może zniszczyć człowieka.
    Miłość? Ale czy to właśnie była miłość? Myślała, że tak. Miała nadzieję. Był tak blisko niej, nawet w tych najgorszych chwilach. A dlaczego ją zostawił? Nadal tego nie wiedziała.
    Pamiętała, jak się poznali. Siedziała w swoim ulubionym miejscu na ławce w parku, niedaleko swojego domu na obrzeżach Paryża. Nie potrzebowała wtedy jeszcze plastrów ani eliksiru. To wszystko nastąpiło po Nim. Obserwowała zachód słońca. Wtedy przysiadł się do niej wysoki, dosyć blady chłopak. Miał ciemne włosy i zielono-szare oczy. Hipnotyzowały. Był przystojny i to strasznie. W każdym razie na pewno dla innych. Na początku nie zwróciła na niego uwagi – jeszcze jeden chłopak, któremu wpadła w oko, jak to inni mówili. Wydawał się zwykły, ale taki nie był. Tego jednego była całkowicie pewna. Był inny. Tak jak zresztą ona. Nadal wpatrywała się w horyzont, aż nagle usłyszała jego głos:
- Cześć, Carmen. Słyszałem o tobie. Podobno masz niesamowity umysł. Może poćwiczysz na mnie? - Posłał jej jeden z tych uśmiechów, które potem zaczęła uwielbiać, a po wszystkim nienawidzić. Były zbyt perfekcyjne.
- Co tu ćwiczyć? - zapytała apatycznie, wciąż wpatrując się w zachód słońca. - Jesteś Francuzem, w moim zresztą wieku, masz dwie młodsze siostry i małego psa razy shih-tzu o imieniu Chester... Aha, i urodziłeś się dziewiątego czerwca. Coś jeszcze? - Chłopak przez chwilę nie mógł wydusić z siebie słowa. Po chwili wyciągnął do niej rękę i powiedział:
- Tak, jestem Jack. Nie tłumacz mi, skąd to wiesz, bo pewnie wtedy cały urok twojej błyskotliwej dedukcji by przepadł. – W tym momencie poczuła coś na kształt szacunku do niego. Pierwszy raz nikt jej o to nie spytał.
    A przecież to było takie proste... Sierść, tatuaż, smycz wystająca z kieszeni... I był czarodziejem, wyczuła magię od niego. Nawiasem mówiąc, całkiem potężną.
    Później były inne spotkania. Wiele spotkań. Jemu jako pierwszemu chłopakowi pozwoliła się złapać za dłoń. Ufała mu. Rozumiał ją i nie miał nic przeciwko długim rozmowom z nią. Po prostu był.
    Carmen wzdrygnęła się na kanapie. Chciała przestać, zapomnieć, nie myśleć o człowieku, który tyle dla niej znaczył, aby potem tak strasznie zdradzić. Porzucić.
    Dotyk jego ust. Na szyi, na wargach, na policzku... Jackie. Jego cudowne oczy i miękkie włosy. Delikatna skóra na dłoniach, długie palce. Jego gra na skrzypcach. Ich wspólna gra. Myślała, że się zakochała. Myślała. Bo wtedy nadszedł ten dzień. Dzień, w którym wyszła na spotkanie z nim, a on nie przyszedł. Nie odezwał się. Nie wysłał sowy.
    Potem go spotkała. Minął ją, nawet na nią nie spojrzawszy. Szedł z jakimś chłopakiem i blondynką. Nie zamienił z nią słowa. Po tym, jak ją przytulał, obiecywał, że nigdy nie opuści. Jak mówił, że ją kocha. Ona też to zrobiła. Jeden, jedyny raz, gdy była już absolutnie pewna.
    Kocham cię, Jackie.
    Już nigdy nie zamieniła z nim słowa. Nie odezwał się. Ignorował ją. Tak po prostu. Nie wiedziała, czy coś o niej usłyszał albo kogoś poznał. Nic. Potem było jeszcze gorzej. Zaczął rozpuszczać o niej plotki. A może to nie był on? Ale tylko Jack znał te wszystkie jej sekrety. Tylko on. Później doszły jeszcze szyderstwa. W końcu nikt się do niej nie odzywał. Nikt do niej nie podchodził. Zawsze już była sama, bez nawet znajomych. Był też taki moment, że chciała skończyć ze sobą. I z tym całym okropnym światem. Nikt by za nią nie płakał.
    Tłumiąc w sobie uczucia, katujemy samych siebie. Niewyznane cholernie bolą, a nieodwzajemnione powodują na sercu bardzo głębokie rany. Serce wykrwawia się, zwalniając swój rytm. Cierpi coraz mocniej i mocniej, zbliżając się ku wyczerpaniu. To proces końcowy serca, które mozolnie umiera razem ze wszystkimi uczuciami, bez wyjątku.
    Stłumiła je w sobie. To było tego lata. Przeniosła się do innej szkoły, bo nie chciała go już widzieć. Już nigdy. To był koniec, zdecydowanie. Z tym, że to jeszcze bolało. Cholernie mocno. Jemu jedynemu tak ufała. Otworzyła się. Uznała to za błąd. Przez niego już nigdy się nie otworzy. Już nikomu nie pozwoli, aby odkrył jej prawdziwe uczucia.
    Nigdy nie...
- Carmen, obudź się! Znowu wzięłaś to świństwo? Zbudź się!
    Dziewczyna poderwała się z miejsca i głośno zaczerpnęła oddech. Była tu, w Hogwarcie, a nie w Paryżu. Przetarła dłonią czoło, na którym pojawiły się kropelki potu. Już jest dobrze. Już wszystko jest...
- Podaj mi wody – wyszeptała do wstrząśniętej Hermiony spierzchniętymi ustami.
- J-jasne. – Gryfonka po chwili podała jej szklankę. Brown piła łapczywie. - Coś się stało? - Car spojrzała na Granger swoimi karmelowymi oczami.
- Kiedy wykluczy się niemożliwe, wówczas to, co pozostanie, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą.
- Co to znaczy? - zapytała Miona z obawą w głosie. Spojrzała na drżącą rękę przyjaciółki, trzymającą szklane naczynie z wodą.
- Spójrz na mnie, ja się boję. Boję – powtórzyła drżącym głosem. - Zawsze potrafiłam patrzeć z rezerwą. Dystansować się od uczuć – wzięła łyk płynu. - A teraz, zobacz, ciało mi się sprzeniewierza – wskazała, niemal pogardliwie, na swoją dłoń. Po chwili zaśmiała się obłąkańczo. - Interesujące, nie? Emocje. Sól w oku, kłody pod nogami...
- No już dobrze, spokojnie, może... trochę się uspokój. Byłaś ostatnio dosyć zdenerwowana, wiesz, że tak. Myślę, że...
- Wszystko ze mną w porządku! Zrozumiałaś?! - wykrzyknęła. - Mam ci to udowodnić? Od kogo by tu zacząć? Może od nich? - Carmen wskazała na dwójkę uczniów przechodzących kawałek dalej. - Dwójka "przyjaciół" wracających ze spotkania klubu gargulkowego. On ma dziewczynę, ona udaje, że prawie go nie zna. Są razem od trzech miesięcy, ukrywają się, bo ich znajomi się nie lubią. Na dodatek on ma w Hogwarcie młodszego brata o imieniu Henry."Ależ skąd to wiesz?" Jechał z nami pociągiem do szkoły i słyszałam jak go wołał. Nie oszukuję, słucham. W przeciwieństwie do niektórych, używam swoich zmysłów. Jak więc widzisz, nic mi nie jest. A właściwie nigdy nie było lepiej, więc zostaw mnie w spokoju!
- Jasne. Dlaczegóż miałabyś mnie słuchać? Jestem tylko jedną z twoich przyjaciół.
- Ja nie mam przyjaciół – odwarknęła Car i rzuciła się na kanapę, wtulając twarz w poduszkę.
- Nie masz – prychnęła Hermiona, wstała i zaczęła odchodzić od dziewczyny. Na odchodnym rzuciła: - Ciekawe, czemu.

***

    Reszta października minęła z ogromną prędkością. Hermiona w pierwszej chwili nie wierzyła własnym oczom, gdy zerknęła na kalendarz. Był piątek, 31 października. Ubrała się i zeszła na śniadanie, gdzie usiadła obok Harry'ego.
- Cześć, Hermiono – powiedział i pocałował ją delikatnie w policzek.
- Cześć – odpowiedziała brunetka, odurzona zapachem bijącym od chłopaka. Z każdym dniem, chwilą, czuła, że coraz bardziej się do niego przywiązuje, bardziej niż do przyjaciela.
- Słyszałaś, że Dumbledore odwołał dzisiaj lekcje? - rzucił mimochodem Potter, pomiędzy kęsami tosta z dżemem dyniowym.
- Nie. A dlaczego? - zapytała z zainteresowaniem.
- Ponieważ, moja droga – dziewczyna się zarumieniła – mamy dzisiaj Noc Duchów i dyrektor stwierdził, że konieczne są wielkie przygotowania! - Czarnowłosy odsłonił rząd równych i białych zębów.
- Idziesz tam?
- No, tak. Pomyślałem, że pójdę z kimś, kto jest wyraźnie spragniony zabawy...
- Ach tak... To świetnie. Miłej zabawy z Nevillem – powiedziała poważnym tonem, grzebiąc widelcem w talerzu z omletem.
- Hahaha... To było niezłe. - Harry przysunął się bliżej i objął ją ramieniem. Zaczęli śmiać się razem.
- Uczę się być rozrywkowa. Masz na mnie zły wpływ – wyszeptała to tak, aby tylko on usłyszał.
- A, to szkoda. – Wybraniec udawał, że nieco posmutniał. - W takim razie nie idę. Myślałem, że pójdziemy tam razem, ale w takiej sytuacji...
- Oj, nie denerwuj mnie! Oczywiście, że pójdziemy tam razem. Ron przecież idzie z Luną.
- Właśnie. Tylko muszą być stroje wieczorowe. – Harry się lekko skrzywił.
- Oj, nie marudź! Dobrze wyglądasz w szacie wieczorowej. I przecież będziesz musiał ją ubrać na Bal Bożonarodzeniowy. A zresztą z tego, co mi wiadomo, to wystarczy schludne ubranie, więc możesz po prostu ubrać koszulę - rzekła Hermiona i przytuliła mocno Harry'ego. Po chwili odsunęła się, poprawiła włosy i dodała: - Zabieram Ginny do dormitorium i lecę się przygotować...
- Ale to się zaczyna dopiero o dwudziestej...
- Wiesz, że zawsze chcę mieć wszystko przygotowane. Spokojnie, zaraz wrócę. W końcu to tylko kolacja – odrzekła Gryfonka, uśmiechnęła się i jeszcze raz pocałowała go w policzek. Chwyciła Ginny za rękę i zaciągnęła do Pokoju Wspólnego.
    Usiadły w pustym dormitorium i zaczęły przeglądać szafę. Hermiona ominęła swoją kreację na Boże Narodzenie i sięgnęła w czeluście wielkiej garderoby. Przeważnie większości ubrań nie nosiła, jednak dzisiaj był wyjątkowy moment. W końcu zdecydowała się na ładną, biało-czarną spódniczkę i ciemną bluzkę z wielkim, czerwonym kwiatem na ramieniu, który zaczarowała tak, że pachniał jak prawdziwy. Odłożyła ubrania na bok i postanowiła porozmawiać z rudowłosą.
- Ginny, jak ci idzie z Draco?
- Wiesz... Trochę się boję. – Hermiona uniosła pytająco brew.
- Czego?
- No bo... Mam ten eliksir, ale boję się go mu podać. A co, jeśli on sobie przypomni i zacznie się ze mnie śmiać? Właśnie tego się obawiam. Że go już na zawsze stracę.
- Na pewno tak nie będzie, Gin – pocieszyła ją przyjaciółka. - Owszem, Malfoy jest wredny, ale na pewno nie głupi. A musiałby taki być, gdyby cię odrzucił. Poza tym, gorzej już nie będzie. Może być tylko lepiej, a zawsze trzeba próbować. – Rudowłosa od razu odzyskała humor.
- Dzięki, Hermi. Naprawdę. Bez ciebie w ogóle bym nie próbowała.
- Nie ma sprawy. A więc ustalone? Podasz mu to dzisiaj na kolacji z okazji Nocy Duchów?
- Tak. Pójdę wcześniej do kuchni i powiem Zgredkowi, że jako "niespodziankę" ode mnie ma nalać do pucharu Draco eliksiru. Chyba dobry pomysł, co? - zapytała niepewnie Ginewra.
- Nawet bardzo dobry. Na pewno chętnie pomoże przyjaciółce Harry'ego Pottera. – Zaśmiały się razem.
- Dobra, ja lecę się przygotować. Na razie, Miona!
- Trzymaj się, Gin. I powodzenia – powiedziała brunetka, wychodząc z dormitorium.

***

    Harry stał przed lustrem w swoim pokoju i nerwowo przygładził włosy. Nie pomogło – nadal niesfornie układały się według własnego upodobania. Czasem myślał, że mają wolę akurat przeciwną do jego. Poprawił kołnierzyk koszuli i zerknął na Rona, który również nieźle się ubrał – Luna miała na niego zaskakująco dobry wpływ.
    W końcu wybiła za piętnaście dwudziesta i chłopcy zeszli do Pokoju Wspólnego. Czekali na dziewczyny. Harry dodatkowo trzymał w dłoni czerwoną różę z małą karteczką, której nikt poza Hermioną nie będzie mógł odczytać. Przygryzł nerwowo wargę.
    Bardzo chciał zrobić na dziewczynie dobre wrażenie. Najlepiej mu wyszło wtedy nad jeziorem. O piosence dowiedział się od Carmen, zaklęcie ćwiczył chyba z tydzień. A moment przyszedł sam. Zupełnie, jakby los chciał go popchnąć do czynu.
    Nareszcie czuł się szczęśliwy. Odkąd tylko pamiętał, dziewczyny chciały się z nim umówić ze względu na jego sławę. Hermiona była inna. Zaprzyjaźnili się i poznawali coraz lepiej. A chwilowe kryzysy w ich relacji tylko umacniały tę więź.
    W tym roku wszystko było inne, jakby nierzeczywiste. W wakacje trochę ze sobą pisali, ale coś się zmieniło. Nagle Harry zobaczył nie tylko przyjaciółkę i Pannę-Wiem-To-Wszystko-Granger, ale dostrzegł też coś innego. Inteligentną i ładną dziewczynę, która naprawdę go znała i chciała takim, jaki jest. A on w końcu przejrzał na oczy. Żałował na przykład, że w czwartej klasie uganiał się za Cho, aby pójść z nią na Bal, a potem i tak nic z tego nie wyszło. Do tej pory widział czasem przyjaciółkę w objęciach Kruma.
    Postanowił, że w tym roku się to nie powtórzy. I w ten weekend zamierza to udowodnić.
    Otrząsnął się z rozmyślań, gdy poczuł kuksańca w boku. Ron przywrócił go do rzeczywistości. Przez chwilę błądził wzrokiem, ale potem zobaczył – Hermiona stała na schodach i uśmiechała się do niego. Tylko do niego. Odwzajemnił się i zaoferował jej ramię. Gdy go dotknęła, poczuł jej cudowny zapach. Wtedy Harry'emu zaparło dech.

7.3.13

15. Nietoperz z eliksirem

"Kogo szukasz?
Jak się nazywa?
Pewnie go znajdziesz
Na boisku
Miasto nie jest wielkie
Łapiesz, w czym rzecz?
Miasto nie jest wielkie, kotku
I wszyscy gramy razem."
- James McMurtry

    Draco Malfoy stał przed ciężkimi, czarnymi drzwiami i zastanawiał się, co on tu właściwie robi. Miał plan – szukał tej dziewczyny, cały czas. W końcu zdenerwowany stwierdził, że powinien podjąć jakieś konkretne kroki. Jakie? Choćby przypomnieć sobie tamtą noc. I oczywiście dziewczynę.
Na początku chciał skorzystać z myślodsiewni, jednak uznał, że nikt mu jej nie udostępni. A już na pewno nie z tak prozaicznego powodu. Poza tym musiałby jeszcze wyjaśnić dlaczego nie pamięta tej nocy, a to nie wchodziło w grę.
    Draco przygładził starannie swoje blond włosy, uniósł bladą dłoń i zapukał. Po chwili dobiegło go nieco przytłumione:
- Wejść!
    Otworzył drzwi i wszedł do zimnego pokoju. Często tu bywał, podobnie jak większość Ślizgonów. On jednak miał też wyjątkowy powód, uprawnienie. Nie pytając o pozwolenie, usiadł w wygodnym fotelu i założył nogę na nogę. Uśmiechnął się w ten swój malfoyowy sposób i czekał. W końcu mężczyzna, który go wpuścił, zaczął:
- Dlaczego tu przyszedłeś, Draco? Czyżby jakieś kłopoty? - Snape uniósł pytająco brew.
- Ależ skąd, wujku. Po prostu mam prośbę.
- Tak myślałem. I mówiłem ci, żebyś nie nazywał mnie wujkiem! - Ostatnie słowo wymówił z nieskrywanym obrzydzeniem.
- To jak mam się zwracać do mojego ojca chrzestnego? Po imieniu? - zapytał lekko skonsternowany chłopak.
- Merlinie broń! Nie ma mowy. Absolutnie. Wystarczy z szacunkiem. – Położył nacisk na ostatnie słowo. Przez chwilę świdrował blondyna swoimi czarnymi jak węgiel oczami, aż w końcu się zreflektował. - Do rzeczy, Draco. Jestem dość zajęty.
- Tak, oczywiście. Kociołki wzywają, nieprawdaż? - Severus prychnął pogardliwie. - Dobrze już, dobrze. Nie denerwuj się tak, bo ci żyłka na skroni pęknie. – Młody Malfoy widocznie miał pyszną zabawę.
- Wiesz, chłopcze, czasami naprawdę żałuję, że jesteś w moim domu. W innym wypadku już dawno poleciałoby sporo punktów i przynajmniej jeden szlaban z Filchem. Streszczaj się albo cię stąd wyrzucę!
- Jasne, jakby to ująć... Hmmm... - Chłopak przez chwilę zbierał myśli. Po chwili jednak zdecydował, że najlepiej walnąć prosto z mostu. Pójdzie szybciej. I może mniej boleśnie. Może. - Potrzebuję Eliksiru Golgiego. I trochę Amortencji.
    Snape'a zatkało. Co ten dzieciak sobie myśli? Że tak po prostu da mu te eliksiry? Te tak trudne do uwarzenia i, nie oszukujmy się, ważne eliksiry? Po co mu one? Czyżby...
- Draco. – Severus zmierzył go wzrokiem. - Coś ty takiego narobił? Po co ci eliksir miłosny i ten, który przywraca pamięć?
- Spokojnie, to nic takiego... To znaczy, co do Amortencji... Chciałem ją po prostu powąchać. Jakiś zapach mnie prześladuje i...
- Rozumiem. Proszę bez szczegółów. – Profesor podszedł do brązowej komody i otworzył malutką szufladę. Wyjął z niej fioletowy flakonik i podał chrześniakowi, który obserwował to wszystko w niezłym szoku. - Tu jest dawka, która nikomu nie zaszkodzi, a możesz sobie ją... hmmm... wąchać, ile chcesz. Coś jeszcze?
- T-tak. Eliksir Golgiego... - Nauczyciel nie dał mu dokończyć.
- Nie ma mowy. Nie mogę ci go dać, nawet minimalnej porcji. Dumbledore by mnie za to powiesił. No i jest zbyt silny oraz może wywołać skutki uboczne. Nie ma mowy.
- Ale ja... Proszę! To ważne! Bardzo! - W głosie Dracona dało się wyczuł nutkę histerii. Snape tylko pokręcił przecząco głową.
- Możesz sobie na niego popatrzeć. – Wskazał na przeszkloną szafkę w rogu pomieszczenia. - To ten w dużej, niebieskiej butelce. Ale ani myśl mi go ukraść, bo zauważę i wtedy masz zagwarantowane szorowanie kociołków bez użycia magii przez dwa miesiące. Codziennie. Zrozumiałeś?
- Tak.
- Wybornie. Pamiętaj o zamknięciu drzwi, gdy będziesz wychodził. Wiesz, przeciągi. – Mężczyzna posłał mu krzywy uśmieszek. I tym oto sprytnym sposobem pozbył się chrześniaka ze swojego gabinetu.
    Brrr! Faktycznie tu zimno! Owinął się szczelniej swoją czarną jak noc peleryną i udał się do salonu, aby napalić w kominku. Zamknął głośno za sobą drzwi. Nie wiedział, że właśnie pomógł pewnej rudowłosej Gryfonce, która nareszcie przestała trząść się z przerażenia.

***

    Ginny słuchała wymiany zdań pomiędzy Draconem a Snape'em i zastanawiała się, co ona tu właściwie robi. Chciała, aby Śłizgon przypomniał sobie tamtą noc, ją, wszystko co zrobił i mówił. Aby znowu ją pocałował. A do tego potrzeba było nadzwyczajnych środków.
    Na początku pomyślała o myślodsiewni. Ale niby jak miała tam zaciągnąć blondyna? Zresztą, zawsze mógłby stwierdzić, że wspomnienia są zmodyfikowane lub to wytwór jej wyobraźni.
A potem Hermiona podsunęła jej pomysł – podwędziła Carmen egzemplarz "Mistrza" i znalazła eliksir, który przywracał pamięć. Nie działał na skutki Obliviate, ale na zwykłe urwanie filmu owszem. Ginny ucieszyła się ogromnie i pożyczyła od Harry'ego pelerynę-niewidkę, po czym udała się do lochów i czekała, aż ktoś zapuka do gabinetu Snape'a. W końcu dziwnie by wyglądało, gdyby drzwi samoczynnie się otworzyły i zamknęły. Jakież było jej zdziwienie, gdy po chwili ujrzała Malfoya, który wszedł do pomieszczenia. Wślizgnęła się szybko za nim i stanęła w pustym rogu pomieszczenia, aby o nikogo nie zahaczyć. Słuchała.
    I wtedy szczęka jej opadła. Blondyn też chciał ten eliksir! Całe szczęście, że go nie dostał. Za to dziewczyna dowiedziała się, gdzie się znajduje. Odczekała aż w pokoju zrobi się pusto. Gdy powiewające szaty profesora zniknęły za głośno zamykającymi się drzwiami, odetchnęła z ulgą. Najgorsze za nią. Na palcach podeszła do szafy i spróbowała ją otworzyć. Nic. Alohomora! Też nic. Czyli było tak, jak Hermiona przewidziała - Snape miał zabezpieczenia. Jednak nie zraziło to jej – i na taką ewentualność się przygotowała.
    Wyjęła z kieszeni pomiętą kartkę pergaminu i znalazła odpowiedni akapit. Mocne zaklęcie otwierające – to powinno pomóc. Przeczytała trzykrotnie instrukcję, aby niczego nie zepsuć. Przećwiczyła też skomplikowany ruch różdżką. W końcu uznała, że jest w miarę gotowa. Skupiła się mocno i wycelowała w szafę. Przez chwilę mruczała pod nosem inkantację i machała ręką w taki sposób, który niedoświadczonemu obserwatorowi wydałby się co najmniej dwuznaczny.
    Skończyła. Bała się, czy wyszło. Przecież to była jej ostatnia deska ratunku! Niepewnie uchyliła jedno oko i niemal natychmiast je zamknęła. Jej umysł potrzebował chwili, aby przetrawić ujrzany obiekt. Po sekundzie żołądek podskoczył jej radośnie, a powieki natychmiast powędrowały w górę.
Ginny schowała pergamin i ostrożnie otworzyła szerzej przezroczyste drzwiczki szafki. Nie zaskrzypiały. Ręką chwyciła niebieską butelkę i przelała jej zawartość do niedużej fiolki. Braku takiej niewielkiej ilości eliksiru Snape nie powinien zauważyć (w każdym razie nie w najbliższym czasie). Zakorkowała buteleczkę i ukryła w kieszeni spodni. Resztę odstawiła na miejsce i rzuciła zaklęcie przywracające poprzedni stan szafki. Nałożyła pelerynę i ostrożnie podeszła do drzwi. Uchyliła je najciszej jak mogła, wyszła na korytarz i zamknęła je. Niestety, z emocji zrobiła to za szybko i gdy do ściany zostało zaledwie kilka centymetrów, skrzypnęły.
    Ginny zatrzasnęła już głośno drzwi i popędziła w głąb korytarza, byle dalej od tego piekielnego gabinetu i Przeklętego Nietoperza. Dobiegła do schodów. Obejrzała się niepewnie i słyszała dudnienie swojego serca. Było to straszliwe, basowe łomotanie, które brzęczało jej w uszach. Czuła pulsującą krew w skroniach.
    Wbiegła szybko na górę. Chociaż było to kilka pięter, to adrenalina zrobiła swoje – dziewczyna przebyła tę trasę bez ani jednego przystanku. Gdy dotarła do Grubej Damy, zdjęła pelerynę, rzuciła hasło i weszła szybko do Pokoju Wspólnego. Zmęczona opadła na fotel obok Hermiony, Harry'ego i Rona.
    Dopiero teraz poczuła ból w nogach. Nareszcie pozwoliła sobie odetchnąć z ulgą. Oszalałe serce wciąż mocno biło w jej piersi, jednak powoli się uspokajało. Chłopcy gapili się na nią zaskoczeni. Hermiona ich ignorowała i tylko zapytała przyjaciółkę, przejęta:
- Masz?
    Rudowłosa wyszczerzyła się w triumfalnym uśmiechu. Dotarło do niej, co zrobiła. Właśnie wykonała pierwszy krok w stronę Dracona. Uśmiechnęła się czule, ale też jednocześnie zawzięcie i poklepała się po kieszeni, w której teraz spoczywała mikstura.
- Mam. Strzeż się, chłopcze, albowiem twój los właśnie się dokonał. – I razem z koleżanką wybuchnęły śmiechem.

***


    Szóstoroczni Gryfoni z Krukonami siedzieli zniecierpliwieni w ławkach. Właśnie miała zacząć się obrona przed czarną magią z ich nowym nauczycielem. Każdy był podekscytowany, zwłaszcza dziewczyny. Harry siedział razem z Hermioną, która właśnie coś zapisywała na pergaminie. Przygryzła dolną wargę w skupieniu, oczy jej błyszczały. Chłopak wpatrywał się w nią z zainteresowaniem.
    Za nimi siedzieli Ron z Luną. Przeglądali z widocznym zafascynowaniem najnowszy numer "Żonglera". W pewnym momencie rudowłosy roześmiał się i mocno przytulił blondynkę. Ona odpowiedziała mu miłym spojrzeniem i kontynuowała swoją debatę o wyższości wnykopieniek nad pędrowężkami.
    Nagle drzwi od sali się zamknęły, a na okna opuściły się ogromne, ciężkie kotary. Zapaliły się świece. Wszystkie szepty ucichły. Uczniowie czuli na twarzach podmuch chłodnego powietrza. Magiczna tablica zawirowała od wiatru, a papiery na masywnym biurku załopotały. W pewnym momencie na środku klasy zmaterializowała się wysoka postać nauczyciela. Przez klasę przeszedł pomruk zdziwienia. Mężczyzna poprawił kołnierzyk, uśmiechnął się czarująco i rzekł:
- Witam was wszystkich. Jak już pewnie wiecie, nazywam się Barnabas Collins. Będę waszym nauczycielem obrony przed czarną magią. Dzisiaj zrobimy sobie lekcję organizacyjną, a od jutra zaczną się prawdziwe zajęcia.
    Wszyscy popatrzyli po sobie zdziwieni i zastanawiali się, co te prawdziwe zajęcia mogą oznaczać. Profesor odchrząknął i znów zapadła cisza.
- Trochę już przebywam wśród ludzi, a zwłaszcza młodzieży i wiem, że wzbudzam niemałe zainteresowanie swoją skromną osobą. Jeśli macie jakieś pytania, zadajcie je, proszę, teraz. Śmiało, nie ugryzę – powiedział i odsłonił parę białych, lśniących kłów.
    Nagle uśmiechy na twarzach uczniów zamarły. No, może nie na wszystkich. Hermiona i Carmen w ogóle się tym nie przejęły – od razu wiedziały, że to wampir. Natomiast inni byli w wyraźnym szoku. W końcu gdzieś z końca sali Barnabasa dobiegł cichy głosik:
- T-to znaczy, ż-że... pan jest wampirem? - Ostatnie słowo wymówiła z nieukrywanym zdziwieniem. Mężczyzna na ten dźwięk jeszcze bardziej uchylił swoje wargi i powiedział:
- Zgadza się, panienko. – W klasie aż zaszumiało z podekscytowania. Uciszył ich gestem ręki. - Ale to nie oznacza, że musicie się mnie bać. Z tego, co mi wiadomo, to kiedyś uczył was wilkołak. Bardzo wiele nas łączy. Nie musicie się mnie jednak obawiać, od dawna nie piłem ludzkiej krwi i ani trochę mi do niej nie tęskno.
- W takim razie co pan je? - zapytała jedna z Krukonek, której Hermiona nie znała.
- Świetne pytanie. Wasz drogi profesor Snape już od dawna przyrządza mi pewien eliksir, który jest dobrym substytutem ludzkiego osocza. Piję go i czasami zjem coś normalnego. Ale przecież teoretycznie jestem martwy, więc nie muszę jeść obiadu lub kolacji. – Mrugnął do nich, a kilka dziewczyn westchnęło. - A teraz krótkie pytanie. Kto z was wie, w co, jako wampir, mogę się zmieniać? - Ręka Hermiony szybko wystrzeliła w górę. Po chwili Harry również niepewnie podniósł dłoń. Ron był zbyt zajęty Luną, a Carmen naturalnie nie chciało się zgłosić. Barnabas poczekał jeszcze chwilę, po czym pozwolił dziewczynie mówić: - Proszę, panno...
- Granger, sir. – Gryfonka przeważnie nie używała takich zwrotów, ale chciała okazać szacunek temu człowiekowi... Eeee... wampirowi. - Hermiona Granger.
- Ach, Granger! To o tobie krążą same legendy w pokoju nauczycielskim! Podobno jesteś równie mądra, co Rowena Ravenclaw?
- Tak mówią, sir.
- Ach, w istocie, nawet ją trochę przypominasz! Och, kochana, dobra Rowena. Gdyby nie ten przykry incydent z wiaderkiem... Ale kobietą była cudowną, pamiętam jak raz zrobiła mi... - W tym momencie przerwał, gdyż zauważył, że za dużo powiedział. Na jego blade jak kreda policzki wstąpił leciutki rumieniec. Tylko malutki. - Zresztą, nieważne. Odpowiesz na moje pytanie, panienko?
- Oczywiście. Nosferatu mogą zamieniać się w nietoperze i w wilki, które również mogą przywołać. Dzieje się tak dlatego, gdyż...
- Perfekcyjnie! Dziesięć punktów dla Gyffindoru! Masz rację, mogę się zmieniać w te oto stworzenia, co daje mi... - Jego głos zamarł, gdy przeniósł wzrok na osobę obok. - Nie może być. Czyżby to słynny pan Potter? - Obrzucił chłopaka taksującym spojrzeniem i przez chwilę Harry'emu wydawało się, że dojrzał coś nieprzychylnego, czerwonego w tych brązowych oczach, normalnie płonących ciepłem.
- Tak, to ja, profesorze – niewinnie odparł Wybraniec. Przyzwyczaił się już do takich reakcji.
- Niesamowite. W mojej klasie! Jakże mogłem to przegapić? Serdecznie pana witam, panie Potter. – I podał mu rękę, jakby na zgodę. Czarnowłosy wstał, niepewnie ją chwycił i zdziwił się. Spodziewał się, że jego skóra będzie wilgotna, lodowata i nieprzyjemna w dotyku. Było kompletnie na odwrót: ciepła, przyjemna i przypominająca pergamin w tych książkach, których prawie nikt nigdy nie czyta. Chłopak potrząsnął dłonią i usiadł.
    Barnabas jeszcze chwilę go obserwował, po czym rzekł:
- Na czym skończyliśmy?
- Na postaciach, sir. – Hermiona oczywiście chciała zrobić jak najlepsze wrażenie na nowym nauczycielu, który w dodatku był w stosunku do niej taki miły.
- Ach, pamiętam! Macie jeszcze jakieś pytania?
- Mógłby pan się zmienić w nietoperza? Prosimy! - odezwała się dziewczyna siedząca po prawej – brązowowłosa Krukonka z przyjaciółką. Chyba miała na imię Lucy.
    Barnabas uśmiechnął się, znowu ukazując swoje śnieżnobiałe kły, ukłonił się z najwyższą galanterią i chwycił pelerynę. Zasłonił się nią tak, jak w starych mugolskich filmach z Bellą Lugosim. Szybko przestawił stopę w taki sposób, że wykonał szybki obrót, podczas którego peleryna opadła. I, prawdę mówiąc, została tylko ona. Uczniowie rozglądali się po klasie, zaintrygowani nowym profesorem. Po chwili zobaczyli go – wyleciał zza zasłony i zrobił piękny piruet w powietrzu. Jako nietoperz też był piękny – czarna jak węgiel błonka skóry na skrzydłach i równie ciemny tułów. Tylko oczy pozostały brązowe i wciąż z tym samym cudownym spojrzeniem. Wykonał jeszcze kilka akrobacji. Wszyscy klaskali i śmieli się – była to cudowna odskocznia od szarej codzienności i sprawdzianów.
    W pewnym momencie nauczyciel podleciał pod sam sufit. Zatrzymał się tam przez chwilę, a w sali zapadła cisza. Ludzie wstrzymywali oddechy. Nagle Barnabas zanurkował głęboko w dół. Leciał, a właściwie spadał, z niesamowitą prędkością. Zaczęto się nawet bać, czy nie uderzy przypadkiem w podłogę, jednak w ostatniej chwili uniósł się w górę. Załomotało, zatrzepotało i PUF! Szara mgła na moment zaległa pomiędzy ławkami. Gdy szóstoroczni otworzyli oczy, ujrzeli przedziwny widok – i natychmiast ryknęli śmiechem. Otóż Barnabas w ludzkiej już postaci siedział na kolanach Hermiony. Ta, przerażona, obejmowała go. Widoku dopełniało mordercze spojrzenie Harry'ego. Całe szczęście w tej samej chwili zabrzmiał dzwonek. Gryfoni i Krukoni opuścili klasę, nie mogąc doczekać się już kolejnych zajęć.
    Nauczyciel szybko stanął na własnych nogach i grzecznie podziękował dziewczynie, że zapobiegła jego wypadkowi. Ta tylko uśmiechnęła się z wielkim zażenowaniem, zabrała torbę i wyszła. Harry poszedł za nią na siódme piętro.
    W Pokoju Wspólnym rzucili torby na podłogę i usiedli wykończeni na kanapie. Lekcja niewątpliwie dostarczyła im wrażeń. Harry założył zdenerwowany ręce na piersi i patrzył z wyrzutem w ogień tlący się w kominku, jakby to on był wszystkiemu winien. Po dłuższej chwili dość krępującej ciszy, Hermiona stwierdziła, że czas najwyższy się wytłumaczyć. A miała z czego. Postanowiła zacząć delikatnie.
- Harry... Jesteś zły? - niepewnie zapytała. Chłopak wzruszył ramionami.
- A jak myślisz? Od początku widzę, że ci się podoba. Masz okazję, to korzystaj. Ja jak zwykle się nie liczę.
- Nie! Nieprawda! Owszem, jest fascynujący, ale to wszystko! To był zwykły (no dobra, może nie zwykły) zbieg okoliczności. Po prostu...
- Nie tłumacz się. Nie musisz. Szczęścia życzę. – Harry zaczął wstawać, ale nie udało mu się, gdyż Hermiona stanowczym ruchem go powstrzymała. Spojrzała mu głęboko w oczy i rzekła:
- Wysłuchaj mnie. Jesteś przecież moim... przyjacielem. Musimy sobie ufać, prawda? Nie pozwól, żeby głupia zazdrość nam to zepsuła. – Chłopak popatrzył na nią. Dostrzegła w jego oczach żal i coś w rodzaju... strachu? Czyli jednak prawdą było, że oczy są zwierciadłem duszy. Wyszeptał cicho:
- Dobrze. Ufam ci. Opowiedz.
- Dziękuję. Kiedy profesor tak spadał, leciał w kierunku podłogi, myślałam, że się rozbije. Że coś mu się stanie. To chyba normalne, w końcu każdy był w szoku. A jak tak zniknął na chwilę i wszystko pochłonęła mgła, to nie wiem czemu, ale, przez sekundę dosłownie, pomyślałam sobie, że może ty też kiedyś będziesz tak spadać. Wiem, głupie. Może kiedyś, gdy ostatecznie staniesz do walki z V-voldemortem, to on cię tak zrzuci. I spadniesz. – Hermiona mówiła coraz bardziej płaczliwym głosem, w kącikach jej oczu pojawiły się łzy. - Wtedy chciałam cię przytulić. Odwróciłam się i... i... - załamał się jej głos.
- Ciii... Nie płacz. Już dobrze. - Harry objął ją opiekuńczo ramieniem i przyciągnął do siebie. Wtulił twarz w jej włosy pachnące lawendą i uspokajająco głaskał po plecach. - Jestem tu. I nigdzie się nie wybieram, jasne? Pokonam go, zobaczysz. Z tobą zawsze dam radę. – Odgarnął jej kosmyk z twarzy. Chwycił jej dłoń i złożył na niej niewinny pocałunek. Uśmiechnął się. - Wierzysz w nas?
- Wierzę – powiedziała i utonęła w jego ramionach.
Harry Potter - Book And Scroll