Harry Potter - Book And Scroll

13.12.14

56. Rozmowy o miłości

"Nie możesz zawsze uważać cudzego życia
za ważniejsze od swojego i sądzić,
że na tym polega miłość.
Nie możesz tego robić.
Musisz działać."
- Stephen Chbosky, "Charlie"

    Przeszła szybko przez Pokój Wspólny, aby nikt już więcej jej nie zaczepiał. Otworzyła drzwi dormitorium, zobaczyła Carmen i usiadła na łóżku.
- Już wróciłaś? - zapytała zaskoczona dziewczyna.
- Nawet tam nie weszłam. Nie było go u siebie – odparła Hermiona.
- Wiesz, to dziwne... Najpierw cię zaprasza, a potem go nie ma.
- Musiało mu coś wypaść.
- Jasne. Opowiedz mi lepiej, co się stało. Jesteś cała czerwona i widać, że drżysz z emocji. Potter?
- Tak. - Hermiona wpatrywała się w nieistniejącą fałdkę na pościeli. Dopiero, gdy Car chrząknęła, powiedziała cicho: - Widział jak wracam od Barnabasa. To znaczy z jego komnaty i był zły, bardzo.
- Zrobił ci coś? Zabiję drania! - warknęła Brown, chwyciła różdżkę i już zaczęła wstawać ze swojego łóżka.
- Nie! - zaprotestowała Hermiona i w końcu spojrzała jej w oczy. - Właśnie o to chodzi... Nie wątpię w twoją moc i znajomość zaklęć, ale... Chodzi o to, że znalazł mnie, właściwie to był wściekły i bardzo rozżalony. Powiedział, że za mną tęskni, że to wszystko nie jego wina, ale Ginny... Mniejsza o to. Potem mnie pocałował i to było dziwne, bo niewiele czułam. Wcześniej ogarniało mnie takie cudowne uczucie, a teraz zupełnie jakbym miała usta z gumy. Bałam się, że coś mi zrobi, ale nagle się odsunął, powiedział, że mnie kocha i odszedł. Wiesz może, co to znaczy?
    Carmen siedziała w szoku. Hermiona pierwszy raz widziała ją w takim stanie. Miała szeroko otwarte oczy i lekko uchylone usta, wpatrywała się w jakiś nieokreślony punkt na ścianie. Granger pomachała jej ręką przed twarzą.
- Car? Hej, Car! Stało się coś?
    Gryfonka otrząsnęła się, przełknęła głośno ślinę i wymamrotała:
- To niemożliwe... To po prostu niemożliwe.
- Co jest niby niemożliwe? Powiesz mi w końcu? Zaraz rzucę na ciebie klątwę, może to coś pomoże.
    Odetchnęła parę razy i zamrugała.
- Cóż... To dość nietypowa sytuacja, jak sama zresztą już zauważyłaś. To bardzo silne i trwałe zaklęcie. Do tego jestem pewna, absolutnie pewna, że rzuciłam je prawidłowo. Nie spotkałam się dotąd z przypadkiem, aby ktoś mu się oparł. Wniosek jest taki, że musiał mieć bardzo silny powód i wolę, aby powstrzymać magię. Co dokładnie zrobił?
- Mówiłam ci. Nagle się odsunął, a jak go zapytałam dlaczego, to...
- Tak, tak. Jasne, ale wolałam się upewnić. - Znowu zamilkła na dłuższą chwilę i zaczęła masować sobie palcami skronie. - Naprawdę się tego nie spodziewałam. Nie myślałam też nigdy, że to powiem, ale musisz wrócić do Pottera.
- CO?! - zapytała zszokowana Hermiona. - Przecież go nie cierpisz. Od początku chciałaś nas skłócić, a teraz, gdy to już się dokonało, to ty nagle stwierdzasz, że mam mu wybaczyć?
- Słuchaj, postaram się mówić jak najprościej... Jednego nie powiedziałam ci o tym zaklęciu.
- Hmm?
- Jeśli osoba pod wpływem zaklęcia naprawdę kogoś kocha... Miłością czystą, prawdziwą i nieskończoną, to jest w stanie przełamać klątwę. Właśnie to zrobił Potter i... O rany, ta przepowiednia zaczyna mieć sens... Nadejdzie dzień, gdy wstanie Mrok, noc czarna ogarnie świat. Złoty Chłopiec zrobi krok do tyłu, do własnych wad.
Car, przecież podkreślałaś, że to TYLKO przepowiednia.
- Nie wszystkie przepowiednie to bujdy. Złota Trójca chyba najlepiej powinna o tym wiedzieć – powiedziała Brown z politowaniem.
- Załóżmy, że masz rację... Ale ja naprawdę nie mam ochoty do niego wracać. Skrzywdził mnie w najbardziej perfidny sposób, a poza tym... Ja nic już nie czuję. Wszystko zniknęło, po prostu.
- Wiesz, że to nie jest normalne? Powinnaś się teraz wypłakiwać w poduszkę albo chodzić do kuchni po słodycze i się nimi objadać w łóżku, nałogowo czytając książki.
- Sama mi mówiłaś, że bycie normalnym nie jest dobre. Niszczy twoją indywidualność.
- Tak, to prawda, ale czasami... Trzeba zrobić coś normalnego, bo w końcu do twoich dziwactw wszyscy przywykną, a ty stracisz to, co jest twoją największą siłą. Hermiono, nie mówię, że masz się teraz załamywać. Zwyczajnie przemyśl to wszystko, co ci powiedziałam. Nie musisz mu się od razu rzucać na szyję. Spróbuj znowu mu zaufać, powoli. Czasami nic nie jest takie, jakie się wydaje. Może to jeden z takich właśnie przypadków.
- Nic nie gwarantuję – odparła Gryfonka i zeskoczyła z łóżka. Otworzyła kufer i zaczęła wkładać tam ubrania na zmianę i książki. Car patrzyła na to wszystko z rozbawieniem.
- Myślisz, że znajdziesz czas na czytanie? - zapytała z lekką kpiną w głosie.
- Jasne. Ja go zawsze znajduję. A ty się nie pakujesz?
- Moja droga, gdybyś zapomniała, to jest mój dom, a więc mam tam wszystkie potrzebne rzeczy. Poza tym jestem czarownicą, tak jak ty, więc wystarczą dwa machnięcia różdżką.
    Hermiona się zaczerwieniła.
- Wybacz, stare nawyki.
- Nieprawda. Po prostu każdy ma swoje metody. Ja swoje, ty swoje. O jakości w końcu nie rozmawiamy. - Położyła się na łóżku, odwracając głowę w stronę swojej jakże uroczej czaszki na stoliku nocnym. - Ale Bon-Bon jedzie z nami.
- Myślisz, że znajdziesz czas na rozmowę z nim? - Granger spróbowała naśladować Carmen, co nawet nieźle jej wyszło.
- W tej kwestii w ogóle nie myślę. Mam ważne rzeczy do rozważenia. Muszę pobyć sama ze sobą.
    I Hermiona już wiedziała, że powinna być cicho, jeśli nie chce oberwać od Car jakąś paskudną klątwą.

***



    Harry w końcu wrócił do swojego dormitorium. Po tym incydencie z Hermioną był cały roztrzęsiony, ale przestał płakać. Znalazł jakiś korytarz, oparł ręce o parapet i wdychał mroźne powietrze, aż opuściło go to palące uczucie bliskości z kimś. Tyle, że on nie chciał kogoś. On chciał, potrzebował Hermiony.
    Teraz, gdy kładł się do łóżka, nie mógł pojąć jakim cudem całe jego życie zmieniło swój bieg o sto osiemdziesiąt stopni. Czuł dziwne mrowienie w żołądku, bolała go głowa i było mu niedobrze. Plusem był fakt, że od dawna nie bolała go blizna. Naszła go myśl, że tak samo czuł się wtedy, gdy Hagrid mu powiedział, iż jest czarodziejem. To dość zabawne. Wtedy czuł, że jego życie się zaczynało. Teraz się kończyło, bo Hermiona stała się jego całym światem.
    Usłyszał, jak ucichło chrapanie dobiegające z łóżka naprzeciwko. Podniósł się na łokciach i zapytał szeptem, aby nie obudzić Neville'a i Deana:
- Ron, nie śpisz?
- Miałem koszmar, Harry.
- Pająki?
- Gorzej. Luna.
    Harry szybko wstał i gestem zaprosił przyjaciela, aby poszedł za nim. Usiedli razem na parapecie przy oknie, obok Hedwiga w klatce smacznie spała. Słyszeli jedynie ciche pomruki Neville'a.
- Co się stało? - podjął rozmowę Potter.
- Przecież już ci wczoraj mówiłem.
- Raczej leżałeś ospały na fotelu i mruczałeś coś pod nosem. To niewiele mi mówi.
    Ron milczał przez chwilę, wpatrując się w szron pokrywający u dołu szybę. Tworzył dziwne zawijasy i miał wrażenie, jest to perfekcyjne odwzorowanie jego uczuć.
- Jestem beznadziejny – wyrzucił w końcu z siebie.
- Wow, twoje przemyślenia naprawdę mnie zadziwiają.
- Bo... Nie wiem jak to wyrazić. Luna jest dla mnie ważna. Owszem, wcześniej się zapomniałem, ale Carmen... Ona mi uświadomiła, że potrzebowałem odmiany i źle postąpiłem z Luną. Wszystko było takie wspaniałe... Naprawdę czułem, że ona jest wyjątkowa. Ma swoje... dziwactwa, ale one są urocze. - Jego oczy przez chwilę zalśniły, zacisnął lekko pięści. - Świetnie się dogadujemy. Dogadywaliśmy, bo na tym balu... Sam nie wiem, co się stało. Tańczyliśmy i było świetnie. Co trochę ją ktoś prosił do tańca, czasami się zgadzała, czasami nie. Wtedy ja też tańczyłem z jakąś dziewczyną, ale to wszystko była zabawa, nie przeszkadzało nam to ani nic w tym rodzaju. Potem był jakiś wolny kawałek i Luna się do mnie przytuliła. Kołysaliśmy się razem, nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Nagle zaczęła mówić o... czekaj, muszę sobie przypomnieć... grafaxie antonalnym, chyba tak. Przerwałem jej i powiedziałem, że dzisiaj nie chcę, aby o tym mówiła, bo to tylko nasz wieczór. A ona się rozpłakała i wybiegła z sali... Nie widziałem jej od tamtej chwili. Zrobiłem coś złego?
    Harry nie mógł w to uwierzyć. Siedział osłupiały z otwartymi ustami. Po chwili przełknął ślinę i cicho powiedział:
- Ron, czy ty w ogóle nie uważałeś ostatnio na lekcjach? Ten grafax to nie jest jakieś zmyślone zwierzę. To roślina, Snape ostatnio godzinami nam o nim mówił i nawet ja go zapamiętałem.
- No dobrze, ale o co w tym chodzi? To tylko jakiś chwast.
- Ron, to nie jest jakiś chwast. Liście tej rośliny daje się osobie, aby wyznać, że się ją kocha.
- Na brodę i wąsy Merlina! - wykrzyknął Weasley, po czym odruchowo złapał się za usta. Ciszej powiedział: - Nie miałem pojęcia! Czyli... Ona w swój pokręcony i dziwny sposób chciała mi powiedzieć... Jaki ja jestem głupi!
    Harry wstał i położył przyjacielowi dłonie na ramionach.
- Stary, jutro z samego rana do niej idź i błagaj na kolanach, aby ci przebaczyła. Nie bądź jak ja. Nie zmarnuj swojej szansy. Dobrze wiesz, że chcę dla ciebie jak najlepiej.
- Ja też... To znaczy dla ciebie, nie dla siebie. Zaraz, dla siebie też... Wiesz, o co mi chodzi! Tylko nie płacz teraz... - Spróbował zażartować, ale Harry i tak miał ponurą minę. - Właśnie, a jak z Hermioną? Wyjaśniło się coś?
    Harry zagryzł wargę. Nie chciał mówić Ronowi o historii z Ginny. Z kolei cała szkoła już wiedziała, że on i Hermiona nie są razem i faktycznie, pojawiły się plotki o nim i o młodej Weasley. Nie wiedział, co robić, nie chciał kłamać.
- Pracuję na tym – rzucił w końcu ogólnikowo, a Ron nie chciał już więcej pytać.
- Wracajmy do łóżek. Są ferie, może poćwiczymy jutro quidditcha?
- Nie ma sprawy. Zwołam trening.
    Położyli się, ale obaj jeszcze długo nie mogli zasnąć. Rozmyślali o dziewczynach, które tak wiele zmieniły w ich życiu, a teraz nagle obie zniknęły. Zanim z łóżka Rona dało się ponownie słyszeć chrapanie, Harry'ego doszły jeszcze słowa:
- Ułoży się, zobaczysz. Nie podam ci teraz szczegółów, ale... na pewno będzie świetnie.
    Cichy głosik gdzieś z tyłu mózgu Harry'ego podpowiadał, że to musi być prawda, ale inny głosik mówił mu, że to kompletnie bez sensu.
    Po dwóch godzinach zapadł w urywany, niespokojny sen.

***

- No szybciej, nie mamy całego dnia.
    Carmen niecierpliwie spoglądała na zegarek, gdy Hermiona kończyła układać swoje brązowe włosy. Była zdenerwowana, w końcu jechały do jej domu i chciała zrobić jak najlepsze wrażenie. Chyba pierwszy raz w życiu, nie licząc chwili, gdy przedstawiała rodzicom Jacka... Ale nie może teraz o tym myśleć. Nie warto.
- Jestem gotowa.
- Świetnie.
    Hermiona zaklęciem zaczęła lewitować swój kufer i wyszły z dormitorium. W Pokoju Wspólnym panowała cisza, prawie każdy spędzał wolne dni w domu lub w innej części zamku. Gdy schodziły po schodach, Granger próbowała dyskretnie oglądać się za siebie, ale Carmen ją na tym złapała.
- Hermiono, nie mamy czasu. I tak przez ciebie się spóźnimy. Przeżyjesz parę dni bez tego swojego wampira.
- Tak, ale... chciałam się pożegnać.
    Car przewróciła oczami.
- Nie wyjeżdżasz na zawsze. Zresztą wolałabym, żebyś pogadała z Potterem...
- Carmen, to nie brzmi ani dobrze, ani normalnie w twoich ustach.
- Cóż, interpretację zostawiam tobie. Idziemy i daj sobie spokój z Collinsem!
    Zaczęły iść szybciej, aż w końcu trafiły przed wielkiego gargulca strzegącego gabinetu dyrektora.
- Karmelkowa rozkosz – rzuciła Brown i ukazały się stopnie wiodące do pomieszczenia na górze.
    Drzwi były uchylone, więc bez problemu weszły do środka. Dumbledore już wcześniej usłyszał ich kroki, teraz czekał na nie rozparty w fotelu, a jego wzrok nadawał twarzy lekko rozbawionego wyrazu. Na biurku jak zwykle stały dziwne, delikatne przedmioty, a dyrektorzy w ramach obrazów cicho szeptali coś między sobą.
- Panna Brown, panna Granger. Jakże miła wizyta!
- Dzień dobry, profesorze – odpowiedziały grzecznie. Hermiona aż się zdziwiła, bo rzadko słyszała taki ton u przyjaciółki.
- Herbaty? Dropsa?
- Nie, dziękujemy – odparła łagodnie Carmen i podeszła do kominka. - Możemy?
- Chwileczkę... - Dumbledore otworzył jedną z przepastnych szuflad i przez moment jego stare dłonie czegoś szukały. Wyjął małe, okrągłe pudełeczko opatrzone literką F. - Oto proszek, miłego dnia! - powiedział dobrodusznie i uśmiechnął się.
    Gryfonki weszły do dużych rozmiarów kominka, Hermiona lewą ręką trzymała kufer (Krzywołap został w zamku pod opieką skrzatów, nie lubił tego typu podróży), a prawą ramię Car. Ta otworzyła dłoń, w której trzymała proszek, i wypowiedziała głośno i wyraźnie:
- Rezydencja Brownów, Cliche.
    Hermionie pociemniało przed oczami. Czuła się, jakby leciała w ogromną przepaść, mając cały czas podparcie pod stopami. Zaczęło jej przyjemnie szumieć w głowie, jak wtedy, gdy pewnego dnia wypiła o jedno kremowe piwo za dużo. Niby nie ma ono alkoholu, a jednak zrobiło jej się jakoś wesoło...
    Rozmyślania przerwało lądowanie w czyimś salonie. Bardzo dużym, w dodatku. Hermiona z przestrachem spojrzała na dół, bała się, że pył z kominka wybrudzi piękny perski dywan, ale zdziwiła się, gdy odkryła, że jest czysta jak przed podróżą. Zrobiło to na niej wrażenie.
    Podniosła głowę i prawie krzyknęła. Dokładnie naprzeciwko niej wisiał oryginalny obraz Claude'a Monet. Ściany obłożono brązową boazerią, lśniącą w słońcu prześwitującym przez ogromne okna. Pod ścianą stała obszerna kanapa, dwa fotele i szezlong, wszystko obite skórą. W kącie dostrzegła nawet zbroję, podobną do tych, które na co dzień widywała w Hogwarcie. Na samym środku dostojnie stał czarny fortepian, lśniący i onieśmielający swoim widokiem. Obok stała mała biblioteczka, wypełniona tomami o różnej tematyce i w różnych językach. Nad drzwiami, zapewne prowadzącymi na korytarz, dostrzegła napis: "Twoje marzenie nie jest wystarczająco wielkie, jeśli cię nie przeraża."
    Po chwili na przywitanie wyszła jej dość wysoka kobieta o pięknie zarysowanych kościach policzkowych i brązowych włosach związanych w koński ogon. Jej oczy były tego samego koloru co u Carmen. Ubrana była w białą koszulę w prążki i niebieską spódnicę do kolan. Hermiona nie mogła oderwać od niej wzroku.
- Cóż... - przerwała w końcu milczenie Car. - Witaj w moim domu.

22.11.14

55. Powracająca przeszłość

"Potem, pamiętam mgliście, było tam coś
ciemnego z czerwonymi oczami oraz coś
bardzo słodkiego i jednocześnie gorzkiego.
Wydawało mi się, że tonę i wszystko zdawało
się wypływać ze mnie. Tak jakby dusza
uchodziła ze mnie i unosiła się obok w powietrzu."
- Bram Stoker, "Dracula"

    Tysiące zwolenników Lorda Voldemorta wsłuchiwało się w jego każde słowo. Aż dziwne, że wszyscy zmieścili się w sali, która owszem, była ogromna, ale na pewno nie przewidziana dla aż takiej ilości osób. W dość ciemnym pomieszczeniu tylko nieliczne świece rzucały mdły blask na Riddle'a i jego najbliższych popleczników, pozostawiając resztę w cieniu. Czarny Pan mówił z zapałem i pewnością siebie, jakich nie powstydziłby się sam Dumbledore.
- ...potęgi przed ostatecznym starciem! To będzie coś niezwykłego, coś, za co warto umrzeć! Narodziłem się, aby na dobre opanować świat i wreszcie to zrozumiałem. A wy jesteście wybrani, jesteście prawie tak samo ważni jak ja. Bez was plan by się nie powiódł, więc wypocznijcie teraz w domu, gdyż już niedługo czeka nas mnóstwo ciężkiej pracy!
- Tak jest! - odkrzyknęli wszyscy głośno i zaczęli się teleportować do swoich domów.
- Zostańcie jeszcze – szepnął Voldemort w taki sposób, że tylko osoby najbliżej niego stojące mogły go dosłyszeć.
    W sali powoli robiło się coraz luźniej, aż w końcu zostało tam tylko kilku Śmierciożerców. Od niektórych można było wyczuć oczekiwanie i zaciekawienie, od innych pierwsze oznaki niepokoju. Twarz Riddle'a wygięła się w imitację uśmiechu.
- Moi wierni... słudzy. Ten rok był dla nas ciężki, ale kolejny będzie jeszcze bardziej. Jednak jest to jedyna droga, która prowadzi nas do zwycięstwa, a przecież nic innego nas nie interesuje. Severusie, masz jeszcze jakieś informacje? Co planuje stary Dumbledore?
- Nic, mój panie – odparł pokornie Snape. - Jest strasznie nieprzygotowany, razem z Zakonem. Można powiedzieć, że obecnie najbardziej zajmuje go obchodzenie Świąt i dawanie prezentów... Niezbyt odpowiedzialne.
- Wybornie! Coś jeszcze?
- Cóż... W sprawie Granger... Myślę, że mamy postęp – powiedział niechętnie, kątem oka spoglądając na widocznie zadowolonego z siebie Collinsa.
- Nareszcie! - Czarny Pan był w coraz lepszym nastroju. - Draco, czy to twoja sprawka?
- Tak, panie. - Chłopak skłonił głowę i wbił wzrok w brudną podłogę.
- Rozumiem, że nie działałeś sam? Zdradzisz mi nazwisko, abym mógł tę osobę odpowiednio... nagrodzić?
- Cóż... Oczywiście, panie, ale wolałbym innym razem. Myślę, że ten ktoś nie jest jeszcze gotowy, aby przejść na naszą stronę, choć wciąż ją przekonuję i... - Przerwał dopiero wtedy, gdy zorientował się, co takiego powiedział.
- "Ją"? - Voldemort wydawał się być bardzo zadowolony. - Nie spodziewałem się po tobie, Draconie, czegoś takiego! Musi wiele dla ciebie znaczyć... Czy ją znam?
- Tak, panie.
- Wiele znaczy dla drugiej strony?
- Bardzo – odpowiedział blondyn, ze strachem patrząc na stojącego obok wampira. Proszę, jeszcze nie teraz. Ona nie jest gotowa...
- Świetna robota. Przede wszystkim z nią rozmawiaj, może się stać naszym dodatkowym szpiegiem i awaryjną furtką. Jednak przed ostateczną bitwą będę musiał wiedzieć kto to, zdajesz sobie z tego sprawę?
    Draco gorliwie pokiwał głową i usunął się w cień. Widział jeszcze pogardliwe spojrzenie Jacka, które mu rzucał, lecz nie zamierzał się kłócić. Jeszcze nie.
- Jesteśmy przygotowani na sylwestrowe fajerwerki? - zapytał Riddle.
- Od kilku dni. Ciocia Bella już o wszystkim wie – odparł Singer pewnie. - Rozumiem, że ja również mam wziąć udział?
- Jak najbardziej, będziesz przewodnikiem, jako jedyny znasz to miejsce. Masz szansę się wykazać, Jack. - Wypowiedział z naciskiem zwłaszcza ostatnie zdanie. - Greyback, wiesz coś o wilkołakach?
    Wyglądający, jakby przed chwilą wyszedł z lasu, człowiek zrobił krok do przodu. Gdyby dzikość dało się jakoś zdefiniować, on zdecydowanie posłużyłby za przykład. Jego włosy były skołtunione, tłuste, oczy przekrwione, rysy twarzy twarde jak kamień.
- Nic, panie. Nie chcą współpracować, chyba się boją.
- Boją? Ha! Barnabasie, przyślij mi paru ludzi z twojego oddziału, pójdą ze mną i Fenrirem pokazać tym parszywym kojotom, co to naprawdę jest strach.
- Oczywiście – odparł Collins z łagodnym uśmiechem.
- Skoro już jesteśmy przy tobie... Gratuluję powodzenia w misji. Spisałeś się. Z tego, co wiem, Granger nie chce nawet myśleć o Potterze. Co jej podałeś?
- Herbatę. Z kilkoma kroplami mojej krwi, oczywiście. W ten sposób przywiązuje się do mnie i nie może myśleć o kimś innym, jej umysł się buntuje. Jak tak dalej pójdzie, będzie zupełnie nieszkodliwa w ciągu miesiąca.
- Nie można szybciej? - zapytał Jack. - Dzięki temu nasz plan miałby większe szanse powodzenia i...
- To są dwie różne kwestie i nie należy ich łączyć – zaprotestował Voldemort. - Singer, zabraniam ci działać na własną rękę! Rozumiesz?
    Mroczny Znak zapiekł chłopaka, który się skrzywił i kiwnął głową.
- Możecie się rozejść, chcę jeszcze porozmawiać z tobą, Barnabasie.
    Czarny Pan odwrócił się i poszedł w stronę drzwi, a wampir podążył za nim. Z korytarza przeszli do jakiegoś mniejszego pomieszczenia, gdzie siedziała Bella... Bo to była Bellatrix, prawda?
- Nellie... - wyrwało mu się.
- Co?
- Nic, nic...
- Ach, widzę zdziwienie na twojej twarzy, Barnabasie. - Voldemort wydawał się być trochę rozbawiony.
- Cóż, panie... Myślałem, że pani Lestrange... wygląda trochę inaczej.
- Masz rację. Ale zacznijmy od podstaw. Już wcześniej mówiłem ci, że będzie mi potrzebna twoja pomoc. Chodzi o to, że jestem wielki i potężny, ale... nie nieśmiertelny. Nie chodzi o przemianę przez ciebie, raczej o pomoc innego rodzaju. Jesteś wielkim czarodziejem i potężnym nosferatu, dlatego chciałbym, aby twoja krew krążyła w moich żyłach. Może to sprawić, że moje zdolności jeszcze się polepszą, zmysły wyostrzą, a śmierć... nie będzie zagrożeniem. Transfuzja krwi, co o tym sądzisz?
- Hmm... - Collins nie wiedział, od czego zacząć. Do tego miał poważne wątpliwości czy ten człowiek jest o zdrowych zmysłach. Ma mu oddać swoją krew? Przecież to... szalone. A Czarny Pan zdecydowanie już dawno zasłużył na miano szalonego. Mówił o tym wcześniej parę razy, lecz teraz... Teraz wyczuł, że to już nie są puste słowa. - Zaskoczyłeś mnie, panie, ale myślę, że podołam zadaniu.
- Cudownie! A teraz kolejna zagadka się rozwiąże. - Riddle wskazał na kobietę w pomarańczowych włosach i koszuli w kwiatowe wzory. - Podejdź tu! Barnabasie, przedstawiam ci doktor Julię Hoffman, która przeprowadzi całą serię zabiegów.
    Kobieta spojrzała obojętnym wzrokiem na wampira i zaraz się ożywiła, a w jej oczach zaświtał jakiś dziwny błysk. Wyciągnęła rękę i powiedziała:
- Wystarczy Jul.
    Mężczyzna chwycił delikatnie jej dłoń i ucałował bladą skórę.
- Jestem oczarowany. Na pewno nie pozwolisz innym nazywać cię Jul. Imię Julia jest tak piękne. Nie ścierpiałbym przemilczenia choć jednej sylaby.
    Wpatrywali się przez chwilę w siebie, po czym jednocześnie odwrócili się w stronę Voldemorta, wyraźnie sprowadzeni na ziemię. Ten spojrzał na nich nieufnym wzrokiem, ale nic nie powiedział na ten temat.
- Jak widzisz, podobieństwo do naszej drogiej Bellatrix jest uderzające. Jak się okazało, panna Hoffman jest jej siostrą przyrodnią. W rodzinie Blacków częste były romanse, pan domu również nie był wyjątkiem. Całe szczęście Julia jest czystej krwi czarownicą, do tego uznanym magomedykiem...
- Kobieta-doktor! Cóż to za czasy...!
- Tak, niewątpliwie niezwykłe... Dwa razy w tygodniu poczynając od Nowego Roku panna Hoffman będzie upuszczała tobie krew, a potem przetaczała ją mi. Z tego, co wiem, nie ucierpisz na tym, gdyż u wampirów regeneracja następuje w jakieś trzydzieści minut po obrażeniu. Masz jeszcze jakieś pytania?
- Nie... Nie sądzę.
- W takim razie idź już i dbaj o swoją... misję.
    Drzwi zamknęły się za nosferatu z trzaskiem. Riddle wpatrywał się dziwnym wzrokiem w kobietę.
- Znacie się?
- Nie. Zupełnie nie.
- To skąd te spojrzenia?
- Po prostu... wydał mi się znajomy, ale to wszystko.
- Na pewno.
- Tak! Tom, przecież nie mam powodu, aby kłamać. - Przewróciła oczami, nalała sobie do szklanki whiskey i usiadła niedbale na fotelu. - Możesz już iść, poradzę sobie.
- Mam nadzieję. - Westchnął i przeszedł do swojej sypialni, gdzie czekała już na niego prawdziwa Bella.
- Dlaczego tak długo? - syknęła przez zęby i w jednej chwili znalazła się przy nim. - Tęskniłam.
    Nie odpowiedział tylko zaatakował jej usta, które już od dawna na niego czekały. Jeszcze rok temu nie pomyślałby, że będzie się poddawał swoim pierwotnym instynktom tak jak inni, a jednak... Coś było w tej kobiecie i ciągle domagało się więcej. Wtedy czuł jak krew w nim buzuje i nie mógł się oprzeć, po prostu nie mógł... Jej ciemne, kręcone włosy fascynowały go, kości policzkowe raniły duszę niczym noże, oczy topiły w uczuciach. Mógł tak wymieniać bez końca, a nie znalazłby w niej żadnej wady, może poza lekkim szaleństwem, ale czyż nie wszyscy jesteśmy wariatami?


***

    Hermiona stała zdezorientowana pod drzwiami. Pukała jeszcze kilka razy, ale nikt nie otwierał. Czyżby zapomniał? A może został pilnie gdzieś wezwany? Trochę ją to zabolało, bo cały dzień nastawiała się na spotkanie z nim. Jutro wyjeżdża i nie zobaczą się przez tyle dni...
    Chciało jej się płakać, ale się opanowała. Przecież specjalnie by jej nie oszukał, po prostu coś takiego się stało, że musiał wyjść ze swoich komnat. Zresztą może się z nim pożegnać jutro rano.
Z tymi myślami ruszyła w drogę powrotną do Pokoju Wspólnego, chciała się jeszcze spakować. Uszła zaledwie kilka metrów, gdy ktoś stanął jej na drodze. I to sprawiło, że miała ochotę odwrócić się i uciekać, gdzie ją nogi poniosą. Jednak one były jak waty, niezdolne do postawienia choć kroku.
- Byłaś u niego, prawda? - dobiegł ją zimny głos, przepełniony żalem.
    Harry wyglądał okropnie. Miał na sobie jakieś potargane ubranie, włosy w większym nieładzie niż zwykle i zapuchnięte, czerwone oczy. Okulary wyglądały na krzywe, chyba wygięły się. Dłonie zaciskał w pięści.
- Wiedziałem. Odkąd tylko się pojawił, byłaś nim zafascynowana. A teraz nadarzyła się doskonała okazja...
- To nie była okazja, Harry. Zdradziłeś mnie, widziałam! A ja do końca byłam wierna, po tym wszystkim... To tak bardzo mną wstrząsnęło...
- Że musiałaś od razu do niego pójść? - Chłopak cały drżał ze złości. - Nie wiesz wszystkiego, nie masz pojęcia, jak było naprawdę!
- Prawda jest taka, że Ginny też mnie oszukiwała. Na pewno spotykaliście się jeszcze wcześniej. A ja głupia wierzyłam, że ona z Draco tak na poważnie...
    Harry przetarł oczy ze zdumienia i otworzył szeroko usta. Wtedy właśnie dziewczyna zorientowała się, że powiedziała za dużo. Przeklęła w duchu. Co się z nią działo? Wcześniej się tak tym nie przejmowała, a teraz? Gdy rozmawiała z nim naprawdę, wszystko wydawało się gorsze i bardziej skomplikowane.
- Malfoy? - W końcu zapytał. - TEN Malfoy? - Pokiwała głową. - Na skarpetki Merlina! O co tu chodzi? Wyjaśnij, skoro już zaczęłaś.
- Cóż... Pod koniec wakacji w Norze Ginny mi powiedziała, że podoba jej się Draco, tak na poważnie. Moim zdaniem nie powinna cierpieć, więc z Car trochę jej pomogłyśmy i zostali parą... Ale nie rozumiem, co to ma do rzeczy.
- Hermiono... - Głos Harry'ego zrobił się bardzo delikatny. - Powiedziała mi dzisiaj, że wciąż mnie kocha i dlatego rzuciła na mnie zaklęcie, abym ją pocałował. Myślałem, że to ty.
- Nie... - Dziewczyna była zdezorientowana. - To niemożliwe. Kłamiesz.
- Hermiono, niby dlaczego miałbym kłamać?
- Nie mam pojęcia, ale nie mówisz mi prawdy, wiem to.
- Przysięgnę! Zrobię wszystko, abyśmy znowu byli razem! Nie zostawiaj mnie! - krzyczał, gdy Gryfonka ruszyła korytarzem w stronę Pokoju Wspólnego. Złapał ją od tyłu za ramię, a ona obróciła się i przyłożyła mu różdżkę do gardła.
- Powinieneś znać mnie już na tyle dobrze, aby wiedzieć, że mnie nie zachodzi się od tyłu, zwłaszcza, gdy jestem uzbrojona! - warknęła. - Zrozum, że takie zaklęcie można rzucić jedynie znając czarną magię, więc Ginny nie mogła tego zrobić! To po prostu niemożliwe!
- Może Malfoy ją zmusił!
- Daj spokój! Ona jest na tyle inteligentna i niezaślepiona, że w życiu by tego nie zrobiła i powinieneś zdawać sobie z tego sprawę! A teraz daj mi odejść!
    Opuściła różdżkę i chciała się odsunąć, ale Harry złapał ją na nadgarstki i przycisnął do parapetu. Nachylił się, a ją znowu ogarnął jego zapach, tak dobrze znany. I pomyśleć, że jeszcze dwadzieścia cztery godziny temu nie miałaby nic przeciwko takiemu położeniu. Teraz natomiast czuła się niekomfortowo. Zaczęła ją przerażać myśl, że przecież wciąż działa na niego zaklęcie Carmen. Niedobrze.
    Próbowała odwrócić głowę, ale i tak ją pocałował. Przez to wszystkie wspomnienia zaczęły wracać i uderzać w nią z siłą fali tsunami. Chwile, gdy byli razem, szczęśliwi i zakochani, pełni marzeń i planów... Wszystko zmieniło się w pył.
    Mimo to Hermionie wcale nie było nieprzyjemnie, w głębi duszy chyba nawet tęskniła za tym, ale nie potrafiła mu wybaczyć, uwierzyć, że to wszystko tylko mistyfikacja, iluzja. Dla niej obecnie ich związek był iluzją.
- Przestań – udało jej się wydusić, lecz Harry nie zamierzał przestawać.
    Czy sprawiło to zaklęcie, czy poczucie odrzucenia, nie wiedział, lecz naprawdę kochał Hermionę i chciał, aby do niego wróciła. Do tego czuł wręcz niemiłosierne gorąco rozpalające go od środka, żądzę, która musiała znaleźć ujście, a ta dziewczyna była jego jedynym lekiem na całe zło. Bez niej od nie istnieje, świat nie istnieje, nie ma nic.
    Gdy poczuł jak cała się spina, zrozumiał, że ona nie odda tego pocałunku. Jakkolwiek by się nie starał, cokolwiek by nie zrobił, to już nie wróci. Nie chciał działać wbrew jej woli, a tak się właśnie czuł. Dlatego zebrał w sobie całą miłość do niej, całą siłę i wolę jakie miał i się powoli odsunął. Spojrzał jej w oczy, z winą wypisaną na twarzy i puścił jej nadgarstki. Szybko zaczęła je rozmasowywać i spoglądać na niego nieufnie.
- Dlaczego? - wyszeptała. - Dlaczego się powstrzymałeś?
    Na długą chwilę zapadła cisza, przerywana jedynie ich ciężkimi oddechami.
- Bo cię kocham – powiedział i zniknął w głębi korytarza.



14.11.14

54. Cisza

"Jak to dobrze, że skończył się już 
Ten podły dzień, co mi Cię zabrał 
Ciężko było tak po prostu przyjść 
I usłyszeć, że dla Ciebie umarłem."

    Cisza panująca między nimi była niezręczna. Właściwie to ten rodzaj ciszy, kiedy wiadomo, kto powinien się odezwać, ale nie robi tego, bo jest zbyt niepewny. A druga osoba czeka.
    W Harrym aż się gotowało ze złości. Pierwszy raz w życiu miał ochotę strzelić w kogoś klątwą i nie był to Voldemort ani Snape. Właściwie to można stwierdzić, że Mistrz Eliksirów uratował mu życie, kiedy był w szpitalu, więc w obecnej chwili liczył się tylko Riddle. I Ginny.
- H-harry... - odezwała się cicho. - Ja naprawdę...
- Nie obchodzą mnie teraz twoje przeprosiny – przerwał jej, po czym zacisnął zęby. - Odpowiedz dlaczego to zrobiłaś albo naprawdę zrobię się nieprzyjemny.
- D-dobrze... Tylko nie bądź zły... To znaczy bardziej zły... To znaczy... Ja...
    Mimo wszystko zrobiło mu się jej odrobinę żal. Złapał ją za ramię i lekko potrząsnął.
- Ginny, oddychaj. Powoli i spokojnie.
    Musi wziąć się w garść. Nie może się wygadać. Trzeba chronić Draco.
    Wciągnęła dużo powietrza i trochę jej się polepszyło. Usta zacisnęła w wąską linię, a w oczach pojawiła się dawna determinacja. Myśl, Ginny. Uda się.
- Harry, chodzi o to, że... Że ja wciąż coś do ciebie czuję – wyrzuciła z siebie. Z obawą spojrzała na chłopaka, który zastygł w wyrazie szoku.
- Ja... Nie wiedziałem. - Nic innego nie przyszło mu do głowy. Miał kompletny mętlik i nie miał pojęcia co powinien zrobić, jak się zachować. Przełknął nerwowo ślinę. - Rozmawialiśmy o tym już kiedyś i sądziłem, że...
- Tego nie da się ot tak wykasować. - Spojrzała na niego nieśmiało. - Mnie wciąż boli, ciągle przypominam sobie o tobie. Nic na to nie poradzę. Przepraszam.
    Harry zamrugał kilka razy, po czym przypomniał sobie, od czego tak naprawdę zaczęła się ta rozmowa i znów chłód wypłynął na jego twarz. W oczach błyszczały stalowe iskry.
- A jednak to nie jest powód, dla którego niszczy się czyjś związek! I to w taki sposób! Co to było za zaklęcie? - Ginny przełknęła ślinę.
- Znalazłam je w bibliotece, już nie pamiętam formuły. - Przecież nie powie mu, że to czarna magia, której kazał jej użyć Draco. - Chciałam je najpierw tylko wypróbować, ale chyba się trochę zapędziłam i...
Trochę zapędziłam. To nie jest usprawiedliwienie, to nie jest trochę, to nie jest powód! Ginny, to zazdrość, a w prawdziwej miłości nie ma na coś takiego miejsca. Uparłaś się, żeby mnie "kochać". Takich rzeczy się nie robi, gdy jest się zakochanym, tak naprawdę. Wtedy... wtedy trzeba cieszyć się szczęściem tej drugiej osoby, ponieważ tak naprawdę to ona sprawia, że masz ochotę wstać rano z łóżka, spojrzeć w niebo, bo przecież ona patrzy w to samo niebo...
    Ukrył twarz w dłoniach, aby nie zobaczyła jego łez. Harry, weź się w garść! Jesteś Wybrańcem, nie możesz sobie na coś takiego pozwolić!
- Nie chciałam cię doprowadzić do takiego stanu – oznajmiła Weasley, wgapiając się w podłogę. - To naprawdę miało wyglądać zupełnie inaczej...
- JAK?! - wrzasnął Potter, aż podskoczyła z nerwów. - JAK inaczej ma się zakończyć taki podstęp? Powiedz mi, bo ja nie mam pojęcia!
    Wstał z fotela i teraz górował nad nią. Miała wrażenie, że jedyne, co chce zrobić, to udusić ją gołymi rękoma, tu i teraz. Zagryzła wargi i też wstała. Chciała mu pokazać, że się go nie boi. On jednak złapał ją za szatę i przyciągnął do siebie. Widziała jego zielone oczy promieniujące złością. Do tego wrażenie potęgowały okrągłe okulary, które teraz przekrzywiły mu się na nosie. W końcu wycedził przez zaciśnięte zęby:
- Pójdziesz teraz do Hermiony. I wszystko jej wytłumaczysz. Wszystko.
    Ginny nie zdążyła skinąć głową, bo usłyszała chrząknięcie. Odwróciła głowę i zaskoczona ujrzała Carmen. Wyglądała bardziej... złośliwie niż zwykle.
- Przepraszam, że przerywam tę jakże miłą pogawędkę, ale mam coś dla was – powiedziała ze złowieszczym uśmiechem. Harry i Ginny odsunęli się od siebie i patrzyli na nią z lękiem. Jej wizyta nie mogła po prostu oznaczać niczego dobrego. Absolutnie niczego.
Ars amando aimer – rzuciła, machając różdżką, po czym odwróciła się i udała się w stronę schodów. Śmiejąc się, dołączyła do Hermiony stojącej w cieniu.
- Co ona zrobiła? - zapytała zdziwiona Ginny. - Czujesz jakąś zmianę?
- Nie – pokręcił głową Harry. - Po tobie też niczego nie widać.
    Ledwie wypowiedział te słowa, a ogarnęło go nieopisane gorąco. Czuł jak każda komórka jego ciała pali ogniem. Pomyślał, że pewnie tak czuje się człowiek po Cruciatusie... A jednak w pewnym sensie było to przyjemne. Przyjemne i perwersyjne.
    Ona też poczuła pragnienie. Nieopisane, nie wiedziała nawet konkretnie kogo i czego pożąda, ale było to wzrastające w niej napięcie. Rozejrzała się po Pokoju Wspólnym, lecz jej wzrok się zamglił. Zdołała jedynie odnaleźć wejście do dormitorium.


"A teraz zamknij oczy swe 
Dotknij tak jak tylko mnie 
Nie bój się, to tylko sen 
W sen nie trzeba wierzyć 
Zobacz - teraz jestem tu 
Cały z Tobą, cały Twój 
Dobrze, pójdę już, lecz gdzie - nie wiem 
Choć noc, choć mrok - dla nas wszystko już jasne 
Więc jak mam spać, kiedy wiem, że nie zaśniesz..."

***

- Car, co tak właściwie im zrobiłaś?
    Śnieg, który spadł w nocy, chrzęścił im pod stopami, a chłodny wiatr smagał twarze. Jezioro już dawno pokryła warstwa grubego lodu, Wielka Kałamarnica zapadła w sen zimowy, Bijąca Wierzba otuliła się resztkami gałęzi. Wystarczyło wziąć głęboki oddech, aby zaciągnąć się prawdziwym zimowym zapachem. Przez zachmurzone niebo miejscami prześwitywało słońce, nadając światu odpowiednią ilość cieni. Wokół panowała cisza, którą przerywała jedynie rozmowa dwóch Gryfonek.
- Powiedz, nie słyszałam nigdy wcześniej o tym zaklęciu – nalegała Hermiona.
    Car przewróciła oczami, ale jednocześnie można było dostrzec u niej ironiczny uśmiech.
- Cóż, skoro tak im było dobrze ze sobą w nocy... Rzuciłam na nich zaklęcie pożądania.
- Nie rozumiem.
- To proste. Właściwie to trochę inny rodzaj klątwy. Sprawia, że oboje tracą kontrolę nad własnym ciałem i pragnieniami, ale jednocześnie... odpycha ich od siebie. Stary francuski czar, jeszcze z czasów Karola Wielkiego, podnoszący libido. Kiedyś tak ludzi torturowano.
    Hermiona się zaczerwieniła.
- Nie wiem czy to... Dobra kara.
- Och, oczywiście, że nie! - powiedziała Carmen. - Dla takiego dupka żadna kara nie jest odpowiednia, ale zawsze możemy próbować jakąś wymierzyć, prawda? - Mrugnęła.
- Może... W zasadzie to... Ja chyba nie chcę się mścić.
    Brown w jednej chwili przystanęła i obróciła się w stronę rozmówczyni, a jej szalik w czerwono-czarną kratę zatrzepotał na wietrze.
Czego ty nie chcesz? Oszalałaś? Wiesz, co on ci zrobił? Nie minęła nawet doba, a ty... ty...
- To nie tak, Carmen. - Hermiona uśmiechnęła się lekko. - Owszem, jest mi przykro, ale nie czuję tego gniewu, co w nocy. Jest inaczej. Nie potrafię tego wyjaśnić, nie kipię żądzą zemsty.
- A gdyby tak... - Brown złapała brunetkę za ramię i konspiracyjnie przyciągnęła do siebie. - A gdyby tak teraz zaczął z nią być. Chodziłby z nią za rękę. Przytulał. Całował. Nadal by ci to nie przeszkadzało? Granger, obudź się!
- Co... co? - wyrwała się z zamyślenia. - Ach, tak. Nie wiem. To nie boli tak, jak się obawiałam. Wiem, że zrobiłam różne rzeczy... dziwne rzeczy, których pewnie w innej sytuacji bym nie zrobiła. - Zarumieniła się. - Ale wiem, że jest moim przyjacielem i prędzej czy później wszystko się ułoży. Na razie mam Barnabasa i jest po prostu...
Na razie? - powtórzyła z niesmakiem Carmen. - Będziesz teraz zmieniać facetów jak rękawiczki? Hermiono, co się z tobą dzieje? - Dziewczyna spojrzała jej głęboko w oczy, ale nie dostrzegła nic niezwykłego.
- To nie tak! - zaprotestowała. - Jakoś tak dziwnie to zabrzmiało, ale ja... Muszę się zastanowić nad swoimi uczuciami.
- I to poważnie.
- Masz rację. Nic na to nie poradzę, że trochę się zagubiłam, ale mam przy sobie ludzi, którzy mnie wspierają. Ciebie. Może we Francji jakoś to sobie wszystko poukładam, kto wie? A właśnie, co mi pokażesz?
- Cóż, zasadniczo... Mieszkamy niedaleko Paryża, więc pewnie sam Paryż.
- To cudownie! - Hermiona tak uwiesiła się na koleżance, że ta ledwo mogła złapać oddech. Gdy ją w końcu odsunęła, ruszyły dalej. - Byłam już we Francji z rodzicami parę lat temu, ale na nartach w górach, więc nie miałam okazji do zwiedzania. A tutaj stolica!
- Nie tylko. Mam jeszcze dla ciebie niespodziankę, ale to już powiem ci na miejscu.
- Powiedz teraz!
- Nie.
- Proszę!
- Doskonale wiesz, że nie powiem. Wszystko na miejscu.
- Jesteś okropna.
- Staram się.
    Idealnie okrągła śnieżka trafiła prosto w twarz Carmen.
- Ej, jak mogłaś?!
- To nie ja.
- Nie wierzę. Kłamiesz.
- Staram się.
    W ciągu kolejnych dwudziestu minut Hermiona próbowała unikać śnieżek Carmen, które zbyt perfekcyjnie trafiały prosto do celu. Niestety, skończyła cała przemoczona i biała. W końcu padła zmęczona na ziemię i zatopiła twarz w miękkim puchu, który chłodził jej rozgrzaną twarz. Przypomniał jej się ten wieczór, gdy wracała z Harrym od Hagrida. Powiedział jej, że ją kocha, że nigdy jej nie zostawi. A teraz co? Nie było go tu. Zniknął. Co prawda nie bolało to tak bardzo, jak się spodziewała, czuła jedynie smutek, że nie okazała się wyjątkowa. Obiecał. Właściwie to ona też, a zaraz... Już robiło się ciemno, a miała przecież jeszcze kogoś odwiedzić. I miała to być bardzo miła wizyta. Wstała, otrzepała ubranie i zawołała do Carmen:
- Idę do zamku! Umówiłam się!
- To powodzenia! Tylko nie szalej!
    Gdy tylko Granger zniknęła za progiem zamku, Car odwróciła się, aby ujrzeć stojącą za nią wysoką, ciemną sylwetkę. Uśmiechnęła się lekko.
- Wiedziałam, że to ty rzucałeś.
- Ale nie od razu.
- Zaraz potem, też się liczy.
    Odpowiedział jej swoją typową obojętną miną, ale dojrzała błysk w jego oku. Przez to pozwoliła sobie na owinięcie rąk wokół jego szyi i pocałowanie go w płatek ucha. Oddech mu przyspieszył.
Chwycił ją za podbródek i zetknął ich wargi. Tym razem się nie spieszyli. Byli idealni, pasowali do siebie. Jego usta do jej ust, dłonie do dłoni, twarz do twarzy. Wszystko w jak najlepszym porządku, zgodnie z przeznaczeniem, z magią, z istotą bratnich dusz. Na tym wielkim świecie odnaleźli akurat siebie i mieli ogromne szczęście, bo jedno nie potrafiło bez drugiego żyć.
    W końcu Carmen przerwała pocałunek, patrząc mu w oczy.
- Nie masz przypadkiem spotkania dzisiaj?
- Za dwie godziny – odparł Snape. - Za dwie długie godziny.
    Uśmiechnęła się i wtuliła w jego płaszcz. Westchnął cicho i powoli ruszyli w stronę zamku. Rzucił na nich zaklęcie, aby nikt niepowołany ich nie dostrzegł. Mistrz Eliksirów długo się wahał, aż w końcu lekko dotknął długimi palcami wierzchu dłoni Carmen. Ta prawie przystanęła z wrażenia, ale skończyło się na niedowierzającym spojrzeniu w jego stronę. On jedynie rzucił jej swój typowy sarkastyczny uśmiech. Nic już nie mówiąc, splotła swoje palce z jego i szli tak aż do jego komnat. W salonie paliło się w kominku, a mimo to było dosyć chłodno. Zadrżała, gdy poczuła jego chłodne palce pod koszulą. Chwyciła jego twarz w dłonie... Po czym sobie o czymś przypomniała.
- Severus...
- Hmmm?
- Możesz na chwilę przestać?
- Mogę przestać na dłużej niż chwilę skoro tak bardzo...
- Nie o to chodzi. Chodzi o Hermionę.
    Oparł swoje czoło o jej i westchnął.
- Spodziewałem się, że prędzej czy później o to zapytasz. Herbata czy czekolada?
- Też pytanie.
- Czyli to drugie.
    Po chwili trzymała w dłoniach gorący kubek i siedziała wygodnie w fotelu, a on naprzeciwko. Widziała niepokój w jego oczach. Sama też nie była spokojna. Skoro on wie o zachowaniu Hermiony, to musi to być związane z Voldemortem. Ale jak?
- Co chcesz wiedzieć? - zaczął w końcu.
- Cóż... Najlepiej wszystko, chociaż pewnie i tak mi tego nie zdradzisz.
- Masz rację. I to jest główny powód – powiedział, po czym wskazał jej swoje lewe przedramię.
- Rozumiem. Mroczny Znak nie pozwala ci mówić o pewnych sprawach, to jasne. Volde... Czarny Pan przecież nie jest na tyle głupi.
- Fakt. Dlatego sama musisz do tego wszystkiego dojść.
- Ale jak?
- To już, moja droga, pozostawiam tylko tobie. Czyż to nie ty nazywasz właściwie wszystkich dookoła "idiotami"? Udowodnij, że nie jesteś jedną z nich.
- Wyzwanie przyjęte. Powiedz mi tylko jedno. Dobrze myślę, że cały wczorajszy bal był zaplanowany? I że Hermiona jest teraz prawdopodobnie pod działaniem jakiegoś zaklęcia?
    Cisza musiała jej wystarczyć za odpowiedź.

***

"Wiem, że trudno jest uwierzyć 
Jak łatwo się stać tylko wspomnieniem 
Ty nie przyszłaś też, zbyt ciężko jest 
Usłyszeć, że dla mnie Cię nie ma..."
- IRA, "Bezsenni"

    W dormitorium Hermiona spędziła resztę wolnego czasu. Była pewna skuteczności działania zaklęcia Carmen, ale... Nie chciała ryzykować. Zresztą zdawała sobie sprawę, że przecież byli świadkowie tego wydarzenia. Ludzie rozmawiali na ich temat zdecydowanie za często już gdy byli parą, a co dopiero może się dziać, gdy chodzi o zdradę!
    Poprawiła włosy i przemknęła przez Pokój Wspólny, idąc dalej korytarzem. Właśnie, zdrada. Jeszcze do tego z Ginny! Nie rozumiała tego. Mówił jej przecież, że to zamknięty rozdział, a poza tym... Ona kochała Draco. Tego Hermiona była pewna, przecież sama pomogła im zacząć się spotykać. Do tego zauważyła, że Malfoy nie był na balu i nikt nic o nim nie słyszał. Jakby zapadł się pod ziemię. Ginny wyglądała coraz gorzej, wręcz tragicznie... A może to jakiś podstęp? Może niesłusznie zinterpretowała sytuację? Coraz bardziej się w tym gubiła.
    Może Barnabas jej pomoże? Tak, to dobry pomysł. Przez tyle lat na pewno zetknął się z czymś podobnym.
    Na samą myśl o przystojnym nauczycielu Hermionie serce zaczęło szybciej bić. Czuła się szczęśliwa, wreszcie spełniona i nie osamotniona. Była pełna nadziei. On był dla niej dobry i pomocny, wcale nie zawistny, do tego inteligentny. Ideał po prostu.
    Gdy znalazła się przed ciężkimi drzwiami, wzięła głęboki oddech, a uśmiech rozświetlał jej twarz. Będzie wszystko dobrze, wszystko się rozwiąże.
    Zapukała.
    Odpowiedziała jej cisza.

27.9.14

53. Kac

"Serce ustało, pierś już lodowata,
Ścięły się usta i oczy zawarły;
Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata!
Cóż to za człowiek? - Umarły.

Patrz, duch nadziei życie mu nadaje,
Gwiazda pamięci promyków użycza,
Umarły wraca na młodości kraje
Szukać lubego oblicza."
- Adam Mickiewicz, "Upiór"

    Obudziła się w nieswoim łóżku. Z początku nawet nie wiedziała, gdzie jest. Dopiero, gdy zamknęła i ponownie otworzyła oczy, wydarzenia z nocy do niej powróciły. I to nie łagodnie, powoli. Rzuciły się na nią niczym hipogryf na fretkę.
    Harry. Ginny. Płacz. Barnabas. Herbata. Łóżko.
    Ojej.
    Tego było za dużo. Poza tym, gdy przypomniała sobie, co wczoraj tu robiła... Zerknęła najpierw na kanapę, a potem na ścianę za nią i przełknęła ślinę. Normalnie by się tak nie zachowała, tego była pewna. Oczywiście wiedziała, że gwałtownie reaguje w nerwowych sytuacjach, a to, co wywołał Harry było bardzo denerwujące (delikatnie mówiąc). Mimo to pójście od razu do innego faceta zdecydowanie nie było w jej stylu...
    Więc miała się zadręczać? W samotności, kiedy wszyscy inni dobrze się bawią? Dokąd ta impreza tak naprawdę zmierzała? Proszę, niech to będzie tylko iluzja.
    Mnóstwo pytań i myśli kłębiło się jej w głowie. Naciągnęła kołdrę aż pod samą szyję i wpatrzyła się w baldachim. Były na nim wyhaftowane małe złote gwiazdki. Wciągnęła powietrze do płuc wraz z tym cudownym zapachem, który tak ją pociągał. Tak pachnął mężczyzna, z którym spędziła noc.
    I tu pojawiał się problem. Dlaczego jej pomógł? Dlaczego jej uległ? Właściwie, to ciekawe kto tu komu uległ... Dlaczego w końcu nie wykorzystał sytuacji, gdy miał okazję? Stanowczo za dużo "dlaczego".
    Czy to znaczyło, że podobała mu się? Cóż, była jego uczennicą, technicznie nie powinna się znaleźć nawet w pobliżu jego komnat. Najdziwniejsze było to, że wcale jej nie namawiał, aby odgrodziła się od Harry'ego. Przeciwnie, zwrócił jej uwagę na ich wieloletnią przyjaźń. W takim razie o co mu tak naprawdę chodziło?
    Poczuła, że ma mętlik w głowie. Do tego jej żołądek wyraźnie zaczął się buntować. Nie było tu zegara, chciała więc sprawdzić w jakiej pozycji aktualnie znajduje się słońce, ale okna były zaczarowane tak, aby nie przepuszczać światła dziennego. Z rezygnacją opadła na poduszki i wtedy coś przykuło jej uwagę. Na stoliku po lewej stronie łóżka stała srebrna taca ze śniadaniem. Nad gorącą czekoladą unosiła się jeszcze para, a rogaliki były przyjemnie ciepłe. Szybko zabrała się do jedzenia. Tak szybko, że strąciła na podłogę białą karteczkę.
    Odruchowo ją podniosła i omiotła wzrokiem.

Droga Hermiono,
Mam nadzieję, że wygodnie się spało.
Nie chciałem Cię budzić, wyglądałaś tak pięknie.
Zostawiłem Ci śniadanie i zaczarowałem, aby ciągle było ciepłe. Smacznego!
Barnabas C.

    Zarumieniła się i odłożyła papier na stolik. Dokończyła śniadanie, wyskoczyła z łóżka i ubrała swoją sukienkę, która leżała ładnie złożona na oparciu fotela. Postanowiła jeszcze skorzystać z łazienki. Łatwo ją znalazła, bo dochodził z niej znajomy odgłos... Uśmiechnęła się na tę myśl i delikatnie uchyliła drzwi.
    Zastał ją niezwykły widok. Barnabas stał przed lustrem i, mimo braku swojego odbicia, mył zęby czerwoną szczoteczką. Najśmieszniejszy był widok samej piany wiszącej w powietrzu, gdy spojrzało się na gładką taflę. Jej śmiech sprawił, że wampir odwrócił się w jej stronę i powitał ciepłym wyrazem twarzy. Miał na sobie staromodny szlafrok, który pięknie odchylał się, ukazując jego blady tors. Hermiona ponownie się zarumieniła, ale tym razem on to zauważył. Szybko dokończył toaletę i odezwał się:
- Witaj, moja droga. Wszystko dobrze?
- Tak, pewnie. Która godzina?
- Już po trzynastej.
    Gryfonka wydała z siebie cichy okrzyk zdziwienia.
- Tak późno?!
    Wampir zachichotał.
- Wcale nie późno. Uwierz mi, że wstaliśmy jako jedni z pierwszych. Hogwart na długo zapamięta ten bal...
- Czyli nikt mnie nie zobaczy, gdy będę stąd wychodzić...? - zapytała, zanim zdążyła pomyśleć. Co się z nią działo?!
- Cóż, skoro tak ci spieszno... - powiedział nosferatu, a jego oczy opuściły radosne iskierki. - Ruszaj, nie będę cię zatrzymywać.
    Coś takiego było w jego twarzy, coś tak udręczonego i sprawiającego jej ból... Podeszła do niego i delikatnie pogładziła policzki, po czym lekko musnęła jego wargi.
- Tu nie chodzi o ciebie, Barnabasie. Chodzi o to, że tak naprawdę nie powinnam się tu znaleźć. Jesteś moim nauczycielem i...
- I mamy przerwę świąteczną. Szkoły nie ma. Ja mam wolne dni, ty również. Oficjalnie nie jestem żadnym profesorem. Nie, posłuchaj. Hermiono... - Spojrzał jej głęboko w oczy, palcami obrysowując kości policzkowe. - Wiele dla mnie znaczysz. To, co wydarzyło się w nocy... Rozumiem twoje emocje, ale z doświadczenia wiem, że nie warto tłumić swoich uczuć. Wiem także, że takich rzeczy – mrugnął do niej – nie robi się, jeśli komuś na kimś nie zależy.
- To... Powiedzmy, że masz rację. Ale co na to inni?
- Nikt się nie dowie. A w każdym razie na pewno nie teraz. Jak sądzę, chcesz przemyśleć pewne sprawy?
- Tak... Tak. Potrzebuję czasu i dziękuję, że to rozumiesz. To dla mnie bardzo ważne.
- Dla ciebie wszystko, aniele.
    Uśmiechnęli się do siebie, aby po chwili znowu się pocałować. Delikatnie, a jednak z pasją. Dłoń Collinsa zawędrowała na jej kark. Czuła jego przyspieszony oddech i napięte mięśnie. Amok, który ją ogarniał, nie był do końca wytłumaczalny. Ale czy w pełni można wyjaśnić jakiekolwiek uczucie?
- Muszę już iść – oznajmiła, opierając swoje czoło o jego.
- Przyjdziesz wieczorem?
- A mogę?
    W odpowiedzi cmoknął ją w nos i odprowadził do drzwi.


***

- Czy ja ci pozwoliłem wyjść? - dobiegł ją głęboki głos zza pleców.
    Powoli się odwróciła, aby napotkać czarne oczy Snape'a. No to miała przechlapane.
- Myślałam, że zwykle ewentualnie pozwalasz komuś wejść, co do wyjścia natomiast, to wywalasz ludzi za drzwi...
- Teoretycznie... Masz rację. Wynocha, Carmen!
- Widzisz? Mój trening działa! Już nie używasz tego brzydkiego słowa na B, tylko mówisz do mnie po imieniu! - Dziewczyna się rozpromieniła i w dwóch krokach znalazła się z powrotem obok niego w łóżku.
- Trening? - Uniósł pytająco brew. - Nie myślałem, że trenuję wymawianie twojego imienia.
- Czyżby wczesne oznaki demencji cię dotknęły? Mam ci przypominać jak w nocy...
    Uciszył ją kolejną serią pocałunków. Zamruczała i przyciągnęła go do siebie za szyję. Wciąż nie miała dość. To było zbyt perfekcyjne, oni razem. I właściwie to nie wierzyła w swoje szczęście, że jej uczucia są odwzajemniane. Nie powiedział tego wczoraj wprost, ale doskonale wiedziała, co miał na myśli. Właściwie pseudonim "katastrofa" przypadł jej do gustu. A takie Święta mogłaby spędzać cały czas.
- Wiesz, chętnie zostałabym do końca wolnego, ale wypadałoby, żebym pokazała się też w Pokoju Wspólnym i tak dalej. - Dzielił ich może jeden centymetr, tylko na tyle zdołała odsunąć swoje usta od jego. - Przyjdę wieczorem.
    Skrzywił się.
- Co jest? - zapytała z niepokojem.
- Mam zebranie.
- Znowu? - Przytaknął ruchem głowy. - Merlinie, czy on cierpi na jakiś zespół osamotnienia? Brakuje mu towarzystwa, że ciągle ciebie wzywa? Mam być zazdrosna?
- Daj spokój.
- Mam nadzieję. Wiesz, teoretycznie nie wiem, co tam ciągle robisz...
- Carmen, to jest obrzydliwe! - Gryfonka zaczęła się śmiać. - Przestań, bo moje eliksiry się zepsują przez tą twoją wyobraźnię. A zaraz spadniesz z łóżka.
- Nie spadnę.
- Spadniesz.
- Nie.
- Tak – odpowiedział Snape i ruchem różdżki zrzucił ją na ziemię. Z posadzki dobiegły go jej utyskiwania na "złośliwego nietoperza" i "pseudozgryźliwego Romeo". - Ja nie rzucam słów na wiatr, moja droga.
- Ja też. - Car wstała i zaczęła rozmasowywać ramię. - Wychodzę. Gdybyś mnie potrzebował to...
    W kilka sekund Mistrz Eliksirów znalazł się przy niej, przyparł do ściany, złapał za nadgarstki i brutalnie pocałował. Ich usta były już opuchnięte, a i tak nie mieli dość. Przeszedł ją przyjemny dreszcz, jego dłonie zawędrowały pod jej koszulę, czule masując brzuch, po czym... Odsunął się od niej na pięcie, rzucając jedynie:
- To wiem, gdzie cię szukać. - Z tymi słowami wszedł do łazienki.
    Stała tak jeszcze przez chwilę z uchylonymi ustami. Zdołała jedynie westchnąć z dezaprobatą i oblizać wargi.
    Wyszła na korytarz, rozglądając się w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby ją zobaczyć, lecz dostrzegła jedynie leżącego i chrapiącego pod ścianą Ślizgona. W ręku trzymał pustą butelkę po jakimś trunku. Prychnęła, minęła go i zaczęła wspinać się po schodach.
    Mimo popołudniowej godziny wyglądało na to, że większość uczestników balu spędzająca Święta w Hogwarcie albo jeszcze odsypiała, albo leczyła dokuczliwy ból głowy. W takich chwilach była dumna ze swojej filozofii – alkohol osłabia. Jej mikstura to już inna historia...
    W Pokoju Wspólnym zobaczyła Pottera z Ginny i Rona półleżącego w fotelu przed kominkiem. Oprócz nich jeszcze Seamus siedział oparty o ścianę, a do czoła przykładał woreczek z lodem. Ciekawe.
    W dormitorium zastała Hermionę. Nie robiła niczego zaskakującego – czytała książkę. Do tego miała całkiem zadowoloną minę, jednak coś tutaj nie pasowało.
- Możesz mi wyjaśnić, dlaczego już nie jesteś z Potterem? - zapytała zdezorientowana Brown.
- Skąd wiesz? - Hermiona zaznaczyła stronę i usiadła na łóżku, patrząc dziwnie na Car.
- Wasze zdjęcie stało jeszcze wczoraj na stoliku nocnym. Teraz go nie ma. Opowiadaj.
    W ten oto sposób nasz Sherlock Holmes w... w szacie poznał całą tę pogmatwaną historię. Oczywiście nie obyło się bez jej przypominania, że przecież ona mówiła, że tak będzie, że od początku wiedziała, że Potter to kompletny głupek, że jest tego nie wart, że nie powinna się załamywać...
- Zaraz, ale w takim razie... Gdzie byłaś w nocy? Widać, że nie spałaś w łóżku. W każdym razie w TYM łóżku.
    Hermiona się zarumieniła.
- O nie, błagam. Nie mów mi, że... Poszłaś do Collinsa, prawda? - Wzrok Granger mówił wszystko. - Uff, jesteś taka przewidywalna... Proszę, powiedz tylko, że byłaś na tyle cnotliwa, że nie...
- Nie, nie! - Hermiona zamachała dramatycznie rękami. - Do niczego tak poważnego nie doszło! Słowo harcerza!
- Byłaś harcerzem? - zapytała Carmen z nutą drwiny w głosie.
- To było przed Hogwartem. Nie wracajmy do tego.
- Serio, śpiewałaś piosenki, zbierałaś odznaki i takie tam?
- Może! Ale obecnie ważniejsza jest dla mnie kwestia tego, że muszę patrzeć na Harry'ego, gdy skończą się ferie, a właściwie to już teraz, codziennie!
- No właśnie, jest taka sprawa, o której ci nie powiedziałam... - zaczęła powoli Carmen.
- Co zrobiłaś? Albo co ja mam tym razem dla ciebie zrobić? - Hermiona przyjęła ponownie swoją udręczoną minę trzeba-więc-to-zrobię.
- Właśnie nic... To bardziej ja dla ciebie. Za dwa dni wyjeżdżam do Francji i moja mama napisała mi, że... że chętnie ciebie zaprasza.
    Pani prefekt zamrugała parę razy.
- Oczywiście zrozumiem, jeśli się nie zgodzisz – dodała szybko Brown. - Masz teraz trudny okres i ta twoja nauka to...
- Carmen, czy ty żartujesz? Powiedz tylko na ile dni, a już się pakuję! - Hermiona wręcz rzuciła się na przyjaciółkę i ściskała ją tak długo, aż nie zagroziła jej rzuceniem na nią paskudnej klątwy.
- Wyjedziemy po Nowym Roku. Akurat zdążymy na lekcje. Może być? - spytała z zażenowaniem brunetka.
- Jak najbardziej. Jeszcze raz dziękuję!
- To jeszcze nic. Chodź na dół, dopiero wtedy mi podziękujesz.
- Co ty chcesz zrobić?
- Zobaczysz. Stań na schodach tak, aby widzieć Pokój Wspólny, ale zostań w cieniu. Mam pomysł.




***

    Ginny w końcu przyszła do Pokoju Wspólnego, na co Harry tak długo czekał. Miał ochotę pochwycić ją i krzyczeć "DLACZEGO???", ale postanowił to załatwić spokojnie. Dlatego opanowany siedział przed kominkiem i wysłuchiwał Rona opowiadającego o nocy z Luną. Właściwie jemu też nie wiodło się różowo.
    Dziewczyna przeszła cicho przez dziurę pod portretem i od razu udała się w kierunku sypialni, jednak Harry wstał i delikatnie złapał ją za ramię.
- Najpierw mi coś wyjaśnisz. I dokładnie wiesz co.
    Rudowłosa przełknęła nerwowo ślinę, a w jej oczach pojawiły się łzy. Była cała blada i wyraźnie przemęczona, ale nie zwracał na to uwagi.
    Usiedli w najbardziej odosobnionym kącie komnaty. Ginny nie miała odwagi ani siły unieść wzroku, więc wpatrywała się w wytartą wykładzinę.
- A teraz powiedz mi, dlaczego to zrobiłaś. - Jego głos był zimny, choć lekko drżał. Z nerwów, z niepewności, ze złości. Z nienawiści.
- J-ja...
- Odpowiadaj! - powiedział głośniej, ale i tak nikt nie zwrócił na niego uwagi. Walnął pięścią w parapet pobliskiego okna. - Teraz!
- Ja nie chciałam.
    Harry wybuchnął śmiechem, w którym słychać było coś w rodzaju obłąkańczej desperacji.
- Nie chciałaś? Właśnie zniszczyłaś moje życie! Jedyna dziewczyna, którą kochałem... Tak, dobrze słyszysz. JEDYNA, już nigdy mnie nie zechce! To koniec. Wszystko przez ciebie. Coś ty sobie myślała? A to głupie zaklęcie?
- To... To długa historia...
    Po policzkach Ginny spłynęły kolejne łzy.

15.8.14

52. Bal - część III

    Biegła korytarzem, a jej obcasy odbijały się od szkolnej posadzki. Potrącała ludzi, którzy stali jej na drodze, przedzierała się przez nich, chciała jak najszybciej stąd uciec. Gdzieś, gdzie nikt jej nie znajdzie. W uszach dźwięczała jej muzyka, lecz jej mózg nie rozróżniał słów. Czuła się wyłączona i desperacko starała się nie płakać.

Nananananananananana
Nananananananananana

    W końcu wylądowała na jakimś opuszczonym korytarzu na szóstym piętrze. Oparła łokcie na parapecie i wyjrzała przez otwarte okno. Zimne grudniowe powietrze drażniło jej twarz, mokrą mimo usilnych starań. Wzięła głęboki oddech i spojrzała w dół. Tak wysoko. Nie ma szans, żeby wyszła z tego cało. Wystarczy wejść na parapet...
    NIE. Przypomniały jej się słowa Carmen. Nie warto nawet próbować. Przecież w momencie skoku żałowała, że to w ogóle zrobiła. A jeśli coś nie wyjdzie i skończy jako warzywo?
    Nerwowo przełknęła ślinę. Nie, to nie jest dobry pomysł. Odsunęła się od okna jak najdalej mogła i przylgnęła plecami do lodowatej ściany. Przebiegły ją dreszcze, ale to ją na chwilę uspokoiło. Na chwilę, bo usłyszała kroki na korytarzu.

I’m here to collect your hearts
It’s the only reason that I sing
I don’t believe a word you say but I can’t stop listening

    Dwie osoby, zdecydowanie. Szli dość szybko, słyszała też stłumiony śmiech. Szczęściarze. Są razem i...
- Panna Granger? - Głos był przyjemny i bardzo znajomy. Uniosła głowę i napotkała jego piękne oczy. - Co pani tu robi?
- Cóż... Powiedzmy, że wypadek przy zabawie, Barna... profesorze Collins.
- Rozumiem... - Uśmiechnął się tajemniczo i spojrzał na towarzyszącą mu uczennicę jak na coś wyjątkowo obrzydliwego. - Właśnie odprowadzałem pannę Earnshaw do dormitorium, ten bal ją zmęczył. Da pani radę dojść sama? - zapytał takim tonem, że dziewczyna nie ośmieliła się odpowiedzieć nie i ruszyła dalej korytarzem.
    Zostali sami. Gdy spojrzała na niego, jej serce zaczęło bić szybciej. Podszedł do niej, położył jej dłoń na ramieniu i powiedział:
- A teraz, Hermiono, powiedz mi, co się stało.
- J-ja... To znaczy... Harry... - Nie mogła pohamować łez, które cisnęły jej się do oczu, mimo usilnych prób nieskompromitowania się przed nauczycielem. Zwłaszcza przed tym konkretnym nauczycielem. Zaniosła się takim szlochem, że zaczęło brakować jej powietrza.
    Dopiero silny uścisk i dotyk wyjątkowo ciepłych jak na niego dłoni spowodował, że trochę się uspokoiła. Uniósł jej twarz w swoją stronę i kciukiem starł łzy z policzków. Uśmiechnął się naprawdę szczerze i spytał:
- Może masz ochotę na herbatę? To cię powinno uspokoić.
    Milczała, ale skinęła głową. Odsunęła się i spróbowała zrobić krok do przodu, ale mało brakowało, a by upadła. Wampir nie zwlekał chwili dłużej – delikatnie wziął ją na ręce, a ona wtuliła się w jego klatkę piersiową. Miała wrażenie, że zaraz zaśnie, tak było jej przyjemnie. Jednak potrzebowała teraz wsparcia, a on jej go udzielał. Czuła do niego sympatię i wdzięczność, że zamiast spędzać miły wieczór, zajmuje się nią, próbuje pocieszyć. No i tak strasznie ją pociągał, zwłaszcza teraz... Wciągnęła jego zapach i jeszcze bardziej zakręciło jej się w głowie. Łzy już nie płynęły, ale serce ją bolało. To był okropny, piekący i rozdzierający ból.
- Już jesteśmy. - Słowa wampira przywróciły ją do rzeczywistości. Postawił ją ostrożnie na ziemi i razem przeszli przez drzwi, które tak dobrze pamiętała ze swojej ostatniej wycieczki do jego komnat. Miała tylko nadzieję, że tym razem nie zemdleje.
    Podał jej ramię i wolno podprowadził ją do fotela, a sam usiadł na kanapie naprzeciwko i machnął różdżką, na stoliku pojawił się dzbanek z herbatą i dwie filiżanki. Podał jej jedną, a sam wziął do ręki drugą. Obserwowała jego dłonie i wyjątkowo czerwone usta, które spijały napój z porcelany. Hipnotyzowało ją to.
- Powiesz mi, co się stało? A może nie masz ochoty i chcesz porozmawiać o czymś zupełnie innym?
    To ją zaskoczyło. Mężczyzna, który rozumiał, że kobieta o pewnych sprawach po prostu nie chce mówić? Cud.

This is the story of how they met
Her picture was on the back of a pack of cigarettes
When she touched him he turned ruby red
A story that they’ll never forget
Never forget

Nie, ja... Ja muszę to z siebie zrzucić. Dziękuję – powiedziała, odstawiając niedopitą herbatę na stolik. - Cóż... Najogólniej to chodzi o to, że Harry mnie zdradził. Z moją przyjaciółką.
- Z panną Weasley? - upewnił się Barnabas, a gdy Hermioną skinęła głową, zagwizdał cicho. - Niebywałe. Spodziewałbym się tego po każdym młodzieńcu w tym zamku, oprócz niego. Przecież widać, że za tobą szaleje.
- Tak pan... tak myślisz? - ożywiła się.
- To oczywiste. Zresztą nie dziwię mu się – rzekł i mrugnął do niej. - Cóż... takie rzeczy się zdarzają. Powinniście porozmawiać ze sobą, szczerze. Przecież przede wszystkim jesteście przyjaciółmi, tak? Nie możecie pozwolić, aby coś takiego to zniszczyło. W końcu to Wybraniec i...
- I ma specjalne uprawnienia, tak? - zapytała kwaśno Hermiona. Collins zamrugał z wrażenia, po czym wybuchnął gromkim śmiechem.
- Oczywiście, że nie! Chodziło mi bardziej o to, że wasza przyjaźń jest bardzo cenna i powinniście stawiać ją na pierwszym miejscu. Oczywiście jest ta przepowiednia i...
- Zaraz. Pan wie o przepowiedni? - zdziwiła się Hermiona. - Myślałam, że wie tylko garstka ludzi, Dumbledore i Zakon...
- Powiedział mi o tym w zaufaniu mimo tego, że nie jestem członkiem Zakonu – gładko wybrnął wampir, a dziewczynie zrobiło się gorąco, gdy znowu na niego spojrzała.
    Miał włosy w tym nieładzie, co na scenie, koszulę zdecydowanie zbyt mocno rozpiętą i... Właśnie zdejmował marynarkę. Jedynie dziwne wydało jej się, że nie podwinął rękawów koszuli.
- Hermiono, wszystko dobrze?
- Rewealcyjnie! - zapewniła, zdając sobie sprawę, że bezczelnie się na niego gapiła. Po chwili również się poprawiła: - Rewelacyjnie.
- To świetnie. – Uśmiechnął się, dopijając herbatę. - Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze, Hermiono. - Uwielbiała, gdy wymawiał jej imię. - Naprawdę zasługujesz na szczęście. - Ledwo się powstrzymała, aby nie oblizać ust. - Merlinie, już piąta rano! To cudowne jak szybko czas leci przy dobrej zabawie, nieprawdaż?
- T-tak... - Spuściła wzrok i lekko się zarumieniła. - To może... ja już pójdę.
- Cóż, jeśli chcesz, to nie będę cię zatrzymywał.
    Wstał i odsunął odrobinę stolik, aby ją przepuścić. W sekundę znalazła się przy nim.
- Chodzi o to, że... nie bardzo chcę. Dobrze mi tu, ale nie powinnam... cię niepokoić.
- Ależ to nie jest problem, Hermiono! W najmniejszym stopniu.
    Stali naprzeciw siebie, wpatrując się sobie w oczy. Nie, musi wracać. Naprawdę powinna.
- Mimo to, pójdę...
    Barnabas przez chwilę badał wzrokiem jej twarz, po czym podszedł i objął ją ramionami. Odwzajemniła uścisk. Dziwnie się czuła, ale też... nie chciała, aby się to kończyło. Za nic w świecie.
Mimo to po chwili znowu stali naprzeciwko siebie, a ciszę dookoła nich przerywały jedynie ich własne oddechy.
- Naprawdę powinnaś być szczęśliwa – wyszeptał. - Bo nie żyję ani w przeszłości, ani w przyszłości. Dla mnie istnieje tylko dzisiaj i nie obchodzi mnie nic więcej.
- Jeśli kiedyś uda ci się trwać w teraźniejszości, staniesz się szczęśliwym człowiekiem – dokończyła.
- Chyba teraz jestem szczęśliwy...
- W tej teraźniejszości...? - zapytała cicho, głosem ciężkim od napięcia.
    Sekundę później jego usta dotknęły jej ust. Były ciepłe, bardzo ciepłe. Czuła na sobie tylko te wargi, przyjemne i jakby stworzone dla niej. Po chwili poczuła jego język jak próbuje dotknąć jej własnego. Był taki gorący... Z radością go przywitała i ten pocałunek jeszcze bardziej jej się spodobał. Tego teraz potrzebowała. Ale zaraz... chyba miała iść, tak? A jeśli on jej tu nie chce i...
    Odsunęli się od siebie. Hermiona nie mogła złapać oddechu, ale wpatrywała się z głodem w jego oczy, które teraz pięknie się świeciły. W tym samym momencie powiedzieli:
- Zawsze chciałem to zrobić.
- Zawsze chciałam to zrobić.
    Nie zaśmiali się, nic z tych rzeczy. Byli absolutnie poważni, ale w sposób... przyjemny.
- Cóż... Możesz zostać, jeśli chce...


And all the boys are smoking menthols
Girls are getting back rubs
I will drift to you if you make yourself shake fast enough
My old ex become new again
My old friends become exes again

    Nie dokończył, bo pocałowała go z taką pasją, że prawie się przewrócił. Po chwili jednak odzyskał rezon i zaczął oddawać pieszczoty z ogromną zawziętością. Zupełnie jakby chciał, aby zapomniała smaku, dotyku, zapachu Pottera, a skupiła się tylko i wyłącznie na nim.
    Hermiona nawet nie myślała o Harrym. Nie czuła wyrzutów sumienia, cieszyła się chwilą i wręcz odpływała. Godryku, jak ten facet całował! To powinno być nielegalne, tak bardzo było przyjemne. Jej ręce oplatały jego szyję, a on przyciągnął ją za biodra do siebie i wylądowali na kanapie. Nie wydało jej się dziwne nawet to, że praktycznie leżała na nim, a on zaczął całować jej szyję. Ramiączko sukienki zsunęło jej się prawie całkowicie, ale jego to tylko zachęcało. A ona cicho pojękiwała, bo Harry jakoś nigdy na to nie wpadł, że można trochę inaczej całować dziewczynę. Te pocałunki w szyję były... czasami prawie ugryzieniami, czasami delikatnymi dotknięciami językiem. Krew w niej buzowała i w końcu ponownie zetknęła ich usta, a on wydał z siebie dziwny dźwięk. Jeszcze bardziej podekscytowana, sięgnęła do jego koszuli, po omacku rozpinając resztę guzików.
Był wyjątkowo umięśniony. Strasznie jej się podobał, zwłaszcza ta jego śmiertelna bladość. Dlatego, gdy wplótł rękę w jej włosy, zaczęła rozpinać mu mankiety koszuli. Od razu wyczuła, że się spiął. Wydało jej się to dziwne, ale nie przerwała "pracy". Jej błąd. A może nie?
    Nagle brutalnie wyleciała w powietrze razem z nim i oparła się o ścianę. Stali, a on złapał ją za nadgarstki i spojrzał w oczy. Nie bała się. Zaintrygował ją i zachęcił maksymalnie do poznawania go. Dłońmi przesuwał po jej sukience, palcami poznawał materiał... A ona chciała, aby poznawał ją, a nie tkaninę! Chwyciła go za kark i przyciągnęła do siebie, całując mocno w usta i przygryzając jego wargę, a potem policzkiem wędrując do ucha. Zadrżała, gdy dotknęła zimnej skóry, ale z jego gardła wydarł się pomruk, który wynagrodził wszystko. Do tego chyba zrozumiał aluzję, bo jedną ręką gładził jej udo pod sukienką, a drugą pozbywał się kolejnego ramiączka. Jednocześnie rytmicznie ocierał się swoimi biodrami o jej, aż w końcu z ust Hermiony wyrwał się okrzyk:
- Barn... Barn... abas!
- Hermiona... - wymruczał. - Moja Hermiona...
    Zdjął z niej sukienkę i mocniej przycisnął do ściany. Niemal pożerał ją wzrokiem, w końcu została w samej bieliźnie. Co jego język z nią wyczyniał... A delikatny nacisk jego kłów na usta był po prostu przytłaczający. Gdy kolejny jęk wyrwał się z jej ust, oplotła jego biodra nogami, a on zaniósł ją na łóżko, którego od dawna nie używał. Jej brązowe loki rozsypały się po poduszce.

Oh, where did the party go?
We’re ending it on the phone
I’m not gonna go home alone
Oh, where did the party go?

    Wampir zaczął całować jej policzki, szyję, usta, brzuch... Po chwili sięgnął do paska od spodni, a Hermionę zalała nagle panika.
    Chwyciła jego dłoń i cała czerwona powiedziała:
- Nie, jeszcze nie teraz.
    Spojrzał na nią tymi głębokimi oczami.
- Rozumiem.
- Po prostu... nie odchodź, dobrze?
- Hermiono... ja cię nigdy nie zostawię. - Pocałował ją w czoło. - Wesołych Świąt.
    Tej nocy Barnabas Collins wyjątkowo nie spał w trumnie i, co dziwne, było mu wygodnie. A Hermiona nie płakała i nie miała koszmarów, o co tak bardzo się bała.

Nananananananananana
Nananananananananana

    Carmen wpadła na ścianę i chyba przewróciła jakiś stojak z eliksirami, ale nie dbała teraz o to. Bardziej skupiła się na pozbawieniu Severusa Snape'a tego ślicznego garniturku. Było to dość trudne, zważywszy na to, że całkowicie pochłaniały jej uwagę jego usta pożerające jej usta i jego dłonie ściskające jej pośladki.
    Zaskoczył ją. Nie spodziewała się po nim, że nie dość, że ubierze się jak człowiek, to do tego przeprosi ją i urządzi jej tak... miły wieczór. Może jednak ma szansę? Może powinna się odkryć ze swoimi uczuciami? Ale tak bardzo bała się, że ją zrani, odrzuci... W końcu był typem odludka, może nie chciał się bardziej angażować. Gdzieś przeczytała, że tak naprawdę nikt jeszcze nie cierpiał, gdy spełniał swoje marzenia. A świadomość, że on odwzajemnia jej uczucia była chyba najpiękniejszym, co mogłoby ją spotkać. To byłby najlepszy prezent od życia.
    Zaraz... prezent. Chyba mówił, że coś ma dla niej.
    Z trudem przerwała jego pocałunki i wyplątała jego dłonie ze swojej sukienki, która teraz zdecydowanie wymagała prasowania. Jej włosy za to przypominały te, którymi szczyciła się Hermiona na co dzień. Prawie jęknął z żalu i zdobył się jedynie na nierozumiejące niczego spojrzenie.
- Podobno masz coś dla mnie – powiedziała Carmen z demonicznym uśmieszkiem. Założyła ręce na piersiach i, pomimo absurdu całej tej sytuacji, wpatrywała się w niego. Niby ze stoickim spokojem, ale w środku aż drżała z emocji.
- T-tak... Czekaj – wymruczał i poszedł do sypialni. Udała się za nim i usiadła na skraju łóżka.

I know I expect too much
And not enough all at once
You know I only wanted fun then you got me all fucked up on love

    Wpatrywała się w niego, jak nerwowo przeszukuje szafę i szuflady. W końcu wyciągnął jakieś zawiniątko owinięte w czerwony papier i podał jej je bez słowa. Uniosła brew, ale nic nie powiedziała. Szybko rozwinęła pakunek i...
- Możesz zamknąć usta, Brown. Chyba, że dzisiaj robisz za popielniczkę albo kominek.
    Odzyskał już panowanie nad sobą, bo teraz wpatrywał się w nią zjadliwie. Nie mogła w to uwierzyć – trzymała właśnie na kolanach czarne pudełko z najrzadszymi składnikami eliksirów świata. Były tam włosy z ogona jednorożca, ale też łuski moreny czy patlinek niepospolity. Po chwili delikatnie odłożyła pudełko na szafkę nocną, aby nic się mu nie stało i dosłownie rzuciła się na Snape'a. Ściskała go tak mocno, że prawie się udusił. Nie obyło się bez kilku zgryźliwych uwag, ale i tak była wdzięczna.
- Dziękuję – wyszeptała w jego ramię.
- Proszę.
- Podobał ci się prezent ode mnie? - zapytała nagle, uniosła głowę i uśmiechnęła się szelmowsko.
- Taaaaak... Fartuch z napisem "Ten Mistrz Eliksirów wymiata" wpasował się idealnie w moje gusta.
- Widzisz? Specjalnie wybrałam czarny.
- To były inne kolory? - Z wrażenia aż usiadł.
- Zdziwiłbyś się, co można znaleźć w mugolskim seks szop... w mogolskich sklepach.
- Ach tak? - zapytał z nonszalancją w głosie. - Cóż, będziesz mi musiała kiedyś pokazać...
- Marzę o tym – rzuciła z sarkazmem i usiadła na jego kolanach. - Wiesz, o czym jeszcze marzę?
    W końcu udało jej się zdjąć z niego marynarkę i rozpiąć koszulę. Tak bardzo go uwielbiała. Był jej, tylko jej i... czy aby na pewno?
    W każdym razie całował ją tak, jak nikt dotąd w jej życiu. Ich języki co trochę splatały się, ciała tworzyły jedno, dłonie błądziły po ciele...
- Severus?
- Hm? - mruknął, zbyt nią zajęty.
- Kocham cię – powiedziała między pocałunkami.
    Wyczuła jak spiął się przez chwilę, po czym dalej ją całował.
- Jesteś jak dotąd najważniejszą katastrofą w moim życiu, Brown.
    Zaśmiała się i zaczęła podgryzać jego dolną wargę, gdy nagle coś do niej dotarło. Brown. Nazwał ją po nazwisku. Odsunęła się.


Oh, I looked for your name on the Ouija Board
And your naked magic, oh dear lord
You and me are the difference between real love and the love on TV

Brown?
- Jakoś nigdy ci nie przeszkadzało...
- BROWN?! - Była naprawdę wkurzona.
- To jak mam mówić?
- Po imieniu. Carmen. Car. Jakkolwiek, byle nie po nazwisku!
- Obawiam się, że to awykonalne, Brown...
    Wściekła się.
- Jak możesz? Po tym wszystkim... Jestem dla ciebie tylko, Brown, tak? Przyznaj się, nic dla ciebie nie znaczę. Lubisz się bawić mną, przyznaj. To musi być bardzo zabawne: naiwna uczennica sama pcha ci się do łóżka, więc niby czemu tego nie wykorzyst...
- Przestań! - W jego głosie brzmiał gniew. Wstał i teraz górował nad nią. Wziął głęboki oddech. Musiał się uspokoić. Po chwili odezwał się normalnym głosem, tyle że pozbawionym złośliwości: - Doskonale wiesz, że tak nie jest. - Po przerwie dodał: - Carmen.
    Spojrzała na niego. W jego oczach widziała... Nie, to niemożliwe. Desperacja? O co tu, na fioletowe gacie Merlina w jednorożce, chodzi?

And all the boys are smoking menthols
Girls are getting back rubs
I will drift to you if you make yourself shake fast enough
My old ex become new again
My old friends become exes again, yeah

    Przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił. Gładził jej krótkie włosy przetykane jasnymi pasmami. Wdychał zapach jej szamponu, jej całej i pomyślał, że jest dla niego najważniejsza na świecie. Nie może pozwolił jej odejść, nie po takim czasie. Zbyt mocno go poznała i, wstyd się przyznać, nie mógłby bez niej normalnie funkcjonować.
- Severus? - zapytała niepewnie. - Wszystko dobrze?
    Milczał, więc delikatnie pocałowała go w usta, a potem mocniej oddała uścisk.
- Wszystko będzie dobrze. Po prostu... Nie traktuj mnie jak dziecko, co? Nie, poczekaj. Nie przerywaj. Zdaję sobie sprawę z różnicy wieku, ale w świecie czarodziejów... To nic. Mgnienie, chwila. A że ludzie będą gadać... To mnie nie obchodzi. Nie przeżyją za mnie mojego życia i nie umrą za mnie. Już zdecydowałam.
- Robisz się coraz bardziej podobna do mnie. Mam się bać, Brow...
    Szybko się odsunęła i udała w kierunku drzwi. Otworzyła je i krzyknęła przez ramię.
- To koniec. Odchodzę. Między nami koniec!

Oh, where did the party go?
We’re ending it on the phone
I’m not gonna go home alone
Oh, where did the party go?

    Zdesperowany Snape rozłożył ręce i krzyknął za nią:
- Carmen! Wracaj!
    Od razu przekręciła się na pięcie.
- Nigdy więcej tego nie rób, słyszysz? - upewniła się i rzuciła się na niego.
    To była długa i bardzo przyjemna noc... To znaczy jej reszta.

Nananananananananana
Nananananananananana

    Harry wpatrywał się w ścianę. Na nic innego nie było go stać.
    Nie rozumiał tego. Zupełnie. Przecież poszedł po napoje i spotkał Hermionę, widać chciała mu potowarzyszyć. Usiedli na ławce. Była taka piękna, tylko jego. Pocałował ją, bo była jego dziewczyną – to normalne, prawda? Uczucie było inne, ale... To była Hermiona. W każdym razie tak mu się wydawało. Chwilę potem zobaczył drugą Hermionę, która miała łzy w oczach. Nie zdążył nic powiedzieć, nie mógł zebrać nawet myśli, po poczuł pieczenie na policzku. A potem już jej nie było.

We were the kids who screamed
We weren’t the same”
In sweaty rooms
Now we’re doomed to organizing walk-in closets like tombs
Silent film stars stuck in talking cinema life
So let’s fade away together one dream at a time

    Złapał się za włosy. To nie miało być tak! Skąd miał wiedzieć, że to Ginny? Zresztą, jakim cudem były dwie Hermiony... On je widział, ale czy ona widziała... sobowtóra czy kim tam się nagle stała młoda Weasley? To wszystko było zbyt skomplikowane.
    Harry, pomyśl. Jeszcze raz wylicz fakty. Prawda numer jeden: całowałeś się z najlepszą przyjaciółką swojej dziewczyny na jej oczach. Prawda numer dwa: nie miałeś o tym zielonego pojęcia. Wniosek: magia.
    Nagle się poczuł, jakby wszystkie trybiki wskoczyły na swoje miejsce. Ginny, musi ją znaleźć. To jej sprawka – wszystko zepsuła, więc niech teraz to naprawi.
    Nie może stracić Hermiony. W żadnym razie.

Nananananananananana
Nananananananananana

Tak, Draco. Zrobiłam jak mówiłeś.
    Pospolitemu obserwatorowi mógł dziwnym wydać się fakt, że Ginny Weasley właśnie przemawiała do powiększonego galeona w Łazience Prefektów. Miała do tego miejsca hasło jeszcze od Hermiony – na myśl o tym, co jej zrobiła, łzy zaszkliły się w jej oczach. To było złe. I bardzo dobrze o tym wiedziała, ale to miało pomóc Malfoyowi... A ona tak bardzo go kochała. Oni się na pewno pogodzą, a Draco zyska w oczach Czarnego Pana. Może kiedyś nawet ją ułaskawi...
- Ginny? Chyba się zamyśliłaś. Wszystko dobrze?
- Nie. - Wzięła głęboki oddech, aby się uspokoić. - Nie, Draco, nie jest dobrze. Zrobiłam właśnie coś okropnego, coś, co zraniło moich najlepszych przyjaciół i najlepszych ludzi, jakich znam.

Oh, where did the party go?
We’re ending it on the phone
I’m not gonna go home alone
Oh, where did the party go?

Kochanie... Wiem, że to na pewno było dla ciebie trudne. Spójrz na mnie. - Rudowłosa przeniosła wzrok z podłogi na coś w rodzaju lustra. - Bardzo ci dziękuję. To naprawdę pomogło. Niedługo się zobaczymy, dobrze? Jeszcze przed rozpoczęciem semestru. Dzięki temu, co zrobiłaś, będziemy mogli się widywać.
- Na-naprawdę...? - Łza spłynęła jej po policzku.
- Oczywiście. Kocham cię najbardziej na świecie.
    Ginny uporczywie starała się zwalczyć obraz, jaki miała przed oczami zawsze, gdy zamykała powieki.
    Płacząca Hermiona, nierozumiejący wzrok Harry'ego.
    Najgorszy był ból w okolicach klatki piersiowej.

Nananananananananana
Nananananananananana
Nananananananananana
Nananananananananana
Nananananananananana
Nananananananananana
Nananananananananana


______________________________________________
Fall Out Boy – Where Did The Party Go?
Harry Potter - Book And Scroll