Harry Potter - Book And Scroll

27.12.12

10. Przepowiednia

Chór
"O śmiertelnych pokolenia!
Życie wasze, to cień cienia.
Bo któryż człowiek więcej tu szczęścia zażyje
Nad to, co w sennych rojeniach uwije,
Aby potem z biegiem zdarzeń
Po snu chwili runąć z marzeń.
Los ten, co ciebie, Edypie, spotyka,
Jest mi jakby głosem żywym,
Bym żadnego śmiertelnika
Nie zwał już szczęśliwym."

    Carmen siedziała w ciemnej bibliotece. Nikłe światło świec oświetlało duży stół i ogromny stos książek. Przetarła zaspane oczy; cienie się wydłużały. Zerknęła na zegarek i ze zdumieniem stwierdziła, że właśnie dochodzi pierwsza w nocy. Nie powinna tu być. Nie o tej porze. Ziewnęła, zamknęła "Magię umysłu" i sięgnęła po następny tom. Otworzyła "Sekrety podświadomości" na losowej stronie i zaczęła błądzić po kartkach wzrokiem.
    Nagle się ożywiła. Natrafiła na dość ciekawy fragment. Tak, to jej się na pewno przyda, tego szukała!

    Według greckiej mitologii pierwsi ludzie stworzeni zostali z czterema nogami i czterema ramionami oraz o głowie o dwóch twarzach. Zeus, obawiając się ich potęgi, przeciął wszystkich na dwie części, skazując je na szukanie się nawzajem do końca życia, gdyż osobno czuły się niekompletne. Takich ludzi nazywamy bratnimi duszami.
    Nie jest to tylko wytwór wyobrażeń starożytnych Greków, tkwi w tym wszystkim ziarno prawdy. Większość ludzi może zakochiwać się po kilka razy, w różnych osobach. Istnieją jednak na świecie wyjątki. Czasami, bardzo rzadko, zdarza się tak, że jakaś osoba inaczej pojmuje świat niż reszta. Nie jest to w żadnym wypadku choroba, lecz wyjątkowy dar i umiejętność. Ten umysł jest wybitny, zdolny do największych dokonań. Niestety, taki człowiek przeważnie skazany zostaje na samotne życie, gdyż nikt go nie pojmie i nie zrozumie. Jednak zdarza się, że taka osoba spotka sobie podobną – w takim przypadku są one nie tylko bratnimi duszami, ale także umysłami, ciałami, emocjami... Ci szczęściarze są sobie przeznaczeni, od początku do końca świata. Nie liczy się wtedy różnica wieku, pozycja społeczna, nawet charakter... Idealnie się dopełniają i aby zaznać wiecznego spokoju umysłu muszą się połączyć, w innym wypadku ich życie będzie do samego końca nieszczęśliwe i niepełne. Zdarza się, że bratnie dusze rodzą się w różnych epokach, tak, iż w momencie narodzin jednego, drugie już dawno nie żyje. Jest to sytuacja tragiczna i nawet najwięksi czarodzieje świata magii do dziś nie zdołali wyjaśnić tej tajemnicy przeznaczenia. Znana brytyjska czarownica, Gryfelda Mastix, twierdzi, że...

    Carmen zatrzasnęła książkę z trzaskiem. Więcej wiedzy na ten temat nie potrzebowała. Przeciągnęła się z cichym jękiem i zaklęciem odesłała księgi na półki. Wstała i ruszyła ciemnym korytarzem do Pokoju Wspólnego Gryfonów. Słyszała stukot obcasów swoich butów o kamienną posadzkę. Czuła zimno bijące ze starych murów szkoły i przyspieszyła kroku.
    Nagle poczuła lodowatą dłoń na lewym ramieniu. Wzdrygnęła się i zatrzymała, aby stanąć oko w oko z Luną Lovegood. To było dziwne. Dziewczyna miała strasznie bladą twarz, wręcz białą, i jeszcze bardziej niż zwykle zamglone spojrzenie (jak widać, wszystko jest możliwe).
- Co tu robisz? Jest po ciszy nocnej! - Carmen z trudem mogła opanować lekkie drżenie swojego, zwykle obojętnego, głosu.
- Weź to. - Luna włożyła brunetce pomiętą kartkę w dłonie. - Weź i oddaj Wybranemu.
- Ja... Co...
- Oddaj Wybranemu. Czarny Pan rośnie w siłę. Oddaj...
- Skąd to masz?! - Gryfonka prawie krzyknęła. Złapała blondynkę za ramiona i lekko nią potrząsnęła.
- Wizja. Miałam wizję. Oddaj Wybranemu.
    Carmen cofnęła się. Miała tyle pytań! Jaka, na Merlina, wizja?! I Wybrany... A może Wybraniec? Tak, musi to oddać Harry'emu! Tylko...
- Ej, gdzie jesteś? Luna!
    To dziwne, ale dziewczyna zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Jakby rozpłynęła się w powietrzu...
- Lumos!
    Brązowowłosa zapaliła różdżką światło i zerknęła na kartkę. Była zapisana niestarannym, jakby mechanicznym pismem. Zaczęła czytać. Gdy tylko skończyła, biegiem ruszyła do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Harry Potter, musi go odnaleźć...

***

"Twe cięciwy miotły strzały
Gdzieś daleko za granice
Zwykłych szczęść i chwały.
Wróżą zmogłeś ty dziewicę,
Ostrzem zbrojną szponów.
Żeś nam stanął jako wieża
Obronna od zgonów,
Uczcił w tobie lud rycerza
I wywyższył cię ku niebom,
Byś królem był Tebom."

    W Pokoju Wspólnym Gryffindoru, mimo późnej pory, przebywało jeszcze kilka osób. Głównie byli to piątoroczni, którzy grali w szachy czarodziejów. Jednak na kanapie siedziały dwie osoby, przytulone do siebie i najwidoczniej śpiące.
    Nagle przez dziurę pod portretem przeszła dość wysoka i szczupła postać. Podbiegła od razu do sofy i zaczęła potrząsać przyjaciółmi. Hermiona aż podskoczyła z przerażenia, a widząc, że Harry był o nią oparty, natychmiast spłonęła rumieńcem.
- Co się stało? - Miona zapytała Carmen, która niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę.
- Cicho! To bardzo ważne! Byłam w bibliotece i szukałam pewnych... hmmm... informacji. A jak wracałam to znalazła mnie Pomyluna i dała mi przepowiednię!
- Co? O czym ty mówisz? Luna i...
- Tak, tak, to co najmniej dziwne. Zwłaszcza, że nie wierzę w takie bzdury jak wróżbiarstwo. Ale, na długą brodę Merlina, coś w tym jest! Przeczytajcie! Najpierw ty, Harry. To coś specjalnie dla ciebie. - Brunetka podała kartkę chłopakowi, który ją wziął, a w miarę jak czytał, jego brwi stopniowo podjeżdżały w górę. Po chwili podał pergamin Hermionie.
- O co w tym chodzi? - zapytał.
- To chyba dość jasne. To zaszyfrowany sposób na pokonanie Voldemorta. Chyba trochę możesz pomyśleć, Złoty Chłopcze?
- J-ja... To...
- Cóż za elokwencja! Naprawdę masz bogate słownictwo, Potter – powiedziała Carmen, uśmiechając się sardonicznie.
- Nie obrażaj go! Tu chodzi o interpretację, prawda? A przecież Harry nie jest w tym za dobry... - Hermiona zaczęła bronić Wybrańca.
- A w czym niby jest... - mruknęła pod nosem Brown tak, żeby pozostali tego nie dosłyszeli.
- Musimy z tym iść do Dumbledore'a! - Czarnowłosy widocznie się zreflektował.
- On ma rację, Car. Trzeba go powiadomić, ale już nie dziś. Chodźmy wszyscy spać, na pewno jesteśmy zmęczeni...
- Zwłaszcza ty – dodała dziewczyna z ironicznym uśmieszkiem na ustach, na co Miona znowu się zarumieniła.
- To... Dobranoc, Harry!
- Branoc!
    Szybko ruszyli do swoich dormitoriów. Hermiona spoglądała wilkiem na towarzyszkę, która nie mogła powstrzymać chichotu. W końcu szturchnęła ją łokciem i zapytała:
- Co cię znowu tak śmieszy?
- Ty.
- Że jak?
- No bo to takie zabawne... Lecisz na Pottera i nagle znajduję was na kanapie, na dodatek objętych i śpiących... Wiesz, że inni też tak was widzieli? Wcześniej przecież Gryfoni wracali z błoni...
- No i co z tego? - Granger udawała obojętność, ale wewnątrz po prostu się gotowała.
- Ty masz nadzieję. – Brown nagle spoważniała. - Masz nadzieję, że on też coś do ciebie czuje, coś więcej niż do zwykłej przyjaciółki.
- A-ale...
- Nie cierpię, gdy ktoś mi przerywa! Po zapoznaniu się z treścią przepowiedni można wiele wywnioskować. On jeszcze tego nie rozumie, ale wiem, że ty tak. Jesteś przecież inteligentna, to fakt, i tylko głupiec by to kwestionował. Ale tu nie musi chodzić o ciebie, pamiętaj. Bądź po prostu ostrożna. - Carmen się zmieniła. Twarz jej złagodniała, a chłodne przeważnie spojrzenie zastąpiło coś w rodzaju... uczucia? Z braku lepszego słowa trzeba to tak opisać, jednak było to coś delikatniejszego, subtelniejszego...
- Car, czy ty... Czy ty się o mnie martwisz? - Hermiona prawie się uśmiechnęła, ale twarz rozmówczyni znowu przyjęła nieodgadniony i obojętny wyraz. - Nie rób tego, wyglądasz tak miło, jak się kimś przejmujesz...
- Ja. Nigdy. Nie. Wyglądam. Miło. - Wycedziła przez zaciśnięte zęby.
- Oj, przestań. Nareszcie pokazałaś, że masz uczucia! Brawo! - Brunetka klasnęła w dłonie, natomiast jej rozmówczyni prychnęła, odwróciła się na pięcie i wkroczyła do pokoju, rzucając się w akcie desperacji na łóżko. Chwilę potem obie zasnęły.

***

"A dziś kogo większa moc
Klęsk i złego gnębi?
Któż w czarniejszą runął noc
Do nieszczęścia gnębi?
Edypa głowo wysławiona,
Jednej starczyło przystanie
Na syna, ojca kochanie
I jednego łona.
Jakoż cię mogły znosić do tej pory
W milczeniu ojca ugory?"

    W niedzielny poranek Harry obudził się z dziwnym uczuciem. Coś w jego głowie kazało mu rozmyślać ciągle o Hermionie. Wczoraj było mu tak przyjemnie... Nawet nie pamiętał, kiedy zasnął w jej ramionach. No i ta przepowiednia. Właśnie, musi powiedzieć dyrektorowi!
    Wstał i zobaczył, że Ron właśnie się obudził. Rudy od razu wyszczerzył się do niego.
- O co ci znowu chodzi? - zapytał Harry z irytacją.
- Gratuluję Hermiony. Jak było wczoraj? Miałeś być przecież z Romildą, a tu taka niespodzianka...
- O czym ty mówisz? Z Vane nic nie wyszło, a Miona tylko mnie pocieszała!
- Sam chciałbym być tak pocieszany... I jak, dobrze całuje?
- Ja... CO?! Ron, ja z nią nie jestem! Jesteśmy tylko przyjaciółmi! A przyjaciele się wspierają i przytulają, nic więcej!
- Oj, dobra, niech ci będzie... Po prostu wczoraj jak wracałem z Deanem i Seamusem to was zauważyliśmy. Ja nie chciałem cię budzić, zresztą wydawałeś się szczęśliwy... A Miona też chyba później nie narzekała...
- Odczep się, bo jej powiem, a wtedy nie da ci spisywać prac domowych przez miesiąc, jak dobrze pójdzie. - Ron zbladł.
- Nie, nie! Dobra, już nic nie mówię...
    Chłopcy szybko się ubrali i zeszli na śniadanie. Dziewczyny właśnie zabierały się za stos tostów z dżemem truskawkowym. Usiedli i zaczynali jeść, gdy nagle zobaczyli dyrektora, który wyraźne miał zamiar przemawiać. Ruchem ręki uciszył rozgadanych uczniów i rozpoczął:
- Moi drodzy studenci! W tym roku stwierdziłem, przy aprobacie reszty grona pedagogicznego, że na Boże Narodzenie przyda wam się bal! Tak, dobrze słyszeliście. Urządzimy wielkie widowisko, a wy macie obowiązek na nim być i zatańczyć. Uczennice oczywiście koniecznie muszą mieć sukienki, a chłopcy powinni być elegancko ubrani. Organizujemy Bal Bożonarodzeniowy głównie z powodu zwiększającej się liczby uczniów, którzy chcą zostać na ferie świąteczne. Mam nadzieję, iż pomysł ten przypadnie wam do gustu i będziecie się dobrze bawić. A teraz z powrotem pałaszujcie śniadanie! Smacznego!
    Dyrektor usiadł na swoje miejsce i z rozbawieniem przyglądał się wrzawie, jaką to ogłoszenie wywołało.
- Świetnie! Nareszcie coś się będzie działo! - Ginny nie kryła swojego podekscytowania. Posłała tęskne spojrzenie w stronę stołu Ślizgonów.
- No nie, znowu będę musiał założyć tę idiotyczną szatę! - Ron przybrał minę mopsa, który nie dostał ulubionej karmy.
    Hermiona nic nie powiedziała, tylko uśmiechnęła się delikatnie w stronę Harry'ego, a ten, ku jej zaskoczeniu i ogromnej radości, odwzajemnił uśmiech.
    W spokoju dokończyli posiłek. Gdy już większość uczniów opuściła Wielką Salę, a Dumbledore wyglądał, jakby miał zamiar już wychodzić, przyjaciele podeszli do niego.
- Panie dyrektorze... - zaczęła niepewnie Hermiona.
- Tak, panno Granger? - Staruszek uniósł pytająco swoją białą jak śnieg brew. - Jakieś problemy w szkole?
- Nie, skądże. Chodzi po prostu o pewną sprawę.
- Tak?
- Wczoraj Carmen po drodze z biblioteki do Pokoju Wspólnego spotkała Lunę Lovegood, która wyglądała... inaczej niż zwykle. Dała jej kartkę, którą miała przekazać Wybrańcowi... Harry'emu. To była przepowiednia. Nie wiemy jak ją traktować, ale woleliśmy zwrócić się z tym do pana.
- Czy mógłbym zobaczyć tę przepowiednię?
- Oczywiście, profesorze. - Hermiona poszperała w kieszeniach i po chwili wyjęła pomięty kawałek pergaminu. Podała go dyrektorowi. Ten w skupieniu przeczytał tekst, kilka razy, aby mu utkwił w pamięci. W końcu powiedział:
- Cóż, to bardzo interesujące. Oczywiście mogą to być nic niewarte słowa, lecz jeśli tak nie jest... W takim wypadku mamy sposób na pokonanie Toma Riddle'a! Dziękuję wam za tę informację. Czy mogę to zatrzymać na trochę? Chciałbym się skonsultować z kilkoma ważnymi osobami...
- Oczywiście, profesorze.
- W takim razie do widzenia, moi drodzy.
- Do widzenia, proszę pana! - Odpowiedzieli chórem. Po chwili jednak usłyszeli za sobą jeszcze głos Dumbledore'a:
- Jeszcze jedno! Macie może ochotę na cytrynowego dropsa? - Zapytał z tym swoim firmowym błyskiem w oku.
- Nie, dziękujemy! - Odrzekli i ze śmiechem udali się do wyjścia z Wielkiej Sali.

***

"Czas wszechwidny, ten odsłoni
Winy twojej brud,
Ślub nieślubny zemsta zgoni
Płodzących i płód.
O, niechajbyś się Laiosa dziecię
Nigdy nie był zjawił,
Nie byłbym teraz rozpaczą, co miecie
Jęki, serc krwawił.
Tyżeś to kiedyś roztworzył me oczy
I dziś ty grążysz mnie w mroczy."
- "Król Edyp", Stasimon IV

    Dyrektor tymczasem udał się do swojego gabinetu. Wrzucił do kominka garstkę proszku Fiuu. Po chwili wyszedł z niego Mistrz Eliksirów. Z niecierpliwością podszedł do biurka i usiadł na krześle.
- Po co mnie wezwałeś? - Zapytał swoim głębokim głosem.
- Mam sprawę, Severusie. A właściwie to problem. - Snape uniósł pytająco brew.
- Przeczytaj to. – Dumbledore podał mu zapisaną kartkę. Nauczyciel przeniósł swoje niechętne spojrzenie na świstek pergaminu i zaczął czytać.

Nadejdzie dzień, gdy wstanie Mrok,
Noc czarna ogarnie świat.
Złoty Chłopiec zrobi krok
Do tyłu, do własnych wad.

Jeszcze ciemniejszy świat nas powita,
Trwoga w sercach się zaszczepi,
Wątpliwość magów ogarnie, strach do nich zawita
Od krwi, kości, aż do trzewi.

I gdy nadzieja już przepadnie,
Gdy Mrok najmroczniejszym się wyda,
Wybraniec w ramionach Wybranki stanie
W tym im pomoże bogini Afrodyta.

Wtedy Miłość zatriumfuje,
Wiara, nadzieja – z tego Hogwart słynie.
O tym musicie pamiętać, tym walczyć
I wtedy Czarny Pan zginie.

- Co o tym myślisz, Severusie?


_______________________________
W kwestii przepowiedni, to jest to efekt nagłej napaści weny twórczej na francuskim. Wszystko sama wymyśliłam, wyjątek stanowi ostatnia linijka - zapamiętałam ją z jakiegoś ff o Sevmione.

12.12.12

9. Wampiry, randka i przyjaciółka

"Przejawem głupoty raczej niż odwagi jest
lekceważenie niebezpieczeństwa, kiedy
wisi ci ono nad głową."
- Sherlock Holmes, "Ostatnia zagadka"


    Hermiona usadowiła się wygodniej w fotelu i skrzyżowała nogi na siedzeniu. Przez chwilę układała sobie wszystko w głowie, patrząc na wyczekujących z niecierpliwością przyjaciół. W końcu wzięła głęboki oddech i zaczęła:
- Wampiry to jedne z najobrzydliwszych stworzeń na świecie – zarówno na tym czarodziejskim, jak i mugolskim. Sama nazwa tych kreatur pochodzi podobno od słowiańskiego upir, czyli upiór, choć może mieć też coś wspólnego z językiem węgierskim, tureckim i rumuńskim. Wampiry często nazywa się również nosferatu, co oznacza "siewca śmierci", "nieoddychający", "nieumarły". To bardzo dobre określenie, ponieważ bardzo ciężko jest zabić takie stworzenie. Jak powszechnie wiadomo, boją się czosnku i świętych przedmiotów, a przede wszystkim Hostii. Te rzeczy osłabiają je i obrzydzają, jednak nie zabijają. Nie mogą być również poddawane działaniu światła słonecznego, dlatego przeważnie śpią w dzień, a polują w nocy – podobnie jak wilkołaki. Parzy ich czyste srebro, mają też dar hipnotyzowania ludzi i panowania nad wilkami oraz nietoperzami, w które to mogą się także zmieniać. Tylko niektórzy z nich umieją posługiwać się różdżką i przeważnie są to jedynie bardzo proste czary. Nosferatu ma możliwość wchodzenia na statek i wysiadania z niego tylko pod warunkiem, że ten dotknie lądu i będzie to w czasie przypływu lub odpływu. O innej porze dnia jest tam uwięziony. Wampiry umieją też bardzo szybko się poruszać oraz latać na krótkie dystanse. Śpią w trumnach z ziemią z cmentarza, w innej nie zasną. Aby zabić taką istotę, trzeba przebić jej serce osikowym kołkiem lub srebrnym sztyletem i odciąć głowę, a tym młodym dodatkowo napełnić usta czosnkiem. Bardzo rzadko popełniają samobójstwa – robią to czekając na wschód słońca, niczym nieosłonięci. Te żywe trupy (bo jak najbardziej można je tak nazwać, choć nie są inferiusami) żywią się ludzką krwią, jednak tym najłagodniejszym wystarczy posoka zwierząt. Wampiry są bardzo piękne, mają bladą skórę, czerniejącą tylko w okolicach oczu. Ich zmysłowo czerwone usta zachęcają do pocałunku, śnieżnobiałe kły lekko wystają, a włosy mają ciemny kolor i błyszczą subtelnym blaskiem. Ich palce są bardzo długie i zakończone ostrymi paznokciami. Są przerażająco chudzi, ubierają się staromodnie i tak też czasami wyrażają. Uprzedzając wasze pytania – nie, profesor Snape nie jest wampirem. - Chłopcy cicho zachichotali, a właściwie to zarechotali (Ron prawie się udławił własnym językiem, na co Hermiona posłała mu mordercze spojrzenie).
- Ale jak to? Przecież jest taki nietoperzowaty i blady... - zaczął Fred z powątpiewaniem.
- Ale wychodzi na słońce! Zresztą, czy ktokolwiek z was słyszał kiedyś, żeby jakaś uczennica kochała się w Snapie? Nie? Och, jaka szkoda. Jak widzicie, okazem piękna to on nie jest, więc nie może być też wampirem.
- A pół na pół? No wiesz... Pół-człowiek, pół-wampir...
- Też nie. Gdyby taki był, to miałby widoczne kły, bo żadne zaklęcie ich nie maskuje. No i do tego skłonności krwiopijcy...
- O to mógłbym go posądzić – rzucił kąśliwie Harry, ale zamknął się, gdy spojrzał na lodowate spojrzenie Hermiony. Od czasu umówienia się z Romildą wolał jej jednak nie denerwować...
- Pozwolicie mi dokończyć? Dziękuję. Otóż najbardziej znanym na świecie wampirem jest hrabia, czy też książę Dracula. Był on rumuńskim władyką w XV w. Rządził Transylwanią z namaszczeniem cesarza niemieckiego Zygmunta. Książę walczył z Turkami i niestety przegrał, a jego żona z rozpaczy rzuciła się z wieży zamku do rzeki. W tym samym czasie uwiodła go pewna wiedźma, a gdy ją później odrzucił, zaklęła go, obdarzając straszliwą klątwą:

Jeśli spełni jeden czyn, by miłość oraz szczęście mieć,
Odezwie się mej magii zew, a miłość jego weźmie... śmierć.

Dracula szukał zemsty i został osadzony za zbrodnie w więzieniu w Wyszehradzie. Miał tam tkwić latami, jednak znalazł sposób, aby się wydostać. Oddał część swojej krwi pewnemu wampirowi, samemu przy tym stając się niechcący nosferatu. Ten go uwolnił, a władyka odzyskał tron. Według mugolskiej wersji udało mu się to dzięki przejściu na katolicyzm. Nieszczęśnik dowiedział się o swym przekleństwie dopiero w 1476 roku, gdy próbowano go zamordować. Ogłuszono go i wrzucono w worku do rzeki. Oczywiście był bardzo zdziwiony, że nie umiera. Po tygodniu męki w wodzie wyłowił go jakiś rybak. Hrabia chciał mu podziękować, jednak jego nowe instynkty wzięły nad nim górę i wyssał nieszczęśnika. Od tamtej pory zaczął zdawać sobie sprawę ze swoich "mocy" i terroryzował okolicznych mieszkańców. Po kilku stuleciach postanowił przenieść się do Londynu po świeższą krew, ale na całe szczęście udaremnił mu to słynny łowca wampirów – doktor Van Helsing. Co jeszcze... Macie jakieś pytania?
- Jak można stać się wampirem? - Ginny widocznie zainteresował mały wykład Hermiony.
- Przede wszystkim trzeba zostać ugryzionym. Nosferatu zwykle wysysają z ofiary krew aż do ostatniej kropli, jeśli jednak coś im w tym przeszkodzi albo postanowią kogoś przemienić, nie wypijają jej do końca. Wtedy taka osoba staje się czymś w rodzaju ludzkiego widma i jej dusza dryfuje pomiędzy świadomością wampira i człowieka. Aby dopełnić przemiany, musi wypić odrobinę krwi tego który ją ugrył. Jeśli tego nie zrobi w ciągu 13 dni od ugryzienia, umrze, ale śmiercią spokojną, jej dusza nie zostanie w ciele. Jednak niewielu potrafi wytrwać ten okres – nowe zmysły robią swoje i kuszą obietnicą wiecznego życia. Tak naprawdę jest to bierna egzystencja, pełna zbrodni, okrucieństwa i przemocy. Takie istoty skazane są wręcz na potępienie. Dlatego Voldemort ich werbuje. Nie mają nic do stracenia, jedynie do zyskania.
- Rozumiem... - Harry wyglądał na zamyślonego. - Ej, a jak w ogóle powstały wampiry? Kto był pierwszy?
- O, świetne pytanie. A odpowiedź jest dość zaskakująca. Otóż pierwszym wampirem była... Kleopatra! Zamknijcie te usta, bo wyglądacie głupio. Dobrze słyszeliście. Ostatnia egipska królowa, kobieta-faraon była pierwszym na świecie nosferatu. Już wyjaśniam. Mugole nie wiedzą, co było dokładnym powodem śmierci królowej. Jedni twierdzą, że ją otruto, inni, że ugryzła ją kobra, jeszcze inni... Zresztą nieważne. Wszystko to fałsz, chociaż w każdej teorii jest ziarno prawdy. Mugolscy archeolodzy nie znaleźli nigdy jej grobowca. Szukali go bardzo długo, ale z marnym skutkiem. Oczywiście wykopaliska prowadzono w Egipcie, czyli w zupełnie złym miejscu! A zaczęło się tak. Wojska rzymskie przybyły, aby zająć państwo nad Nilem. Kleopatra nie chciała, aby ją pojmano, byłby to zbyt wielki cios dla ludu. Skonsultowała się ze swoją bardzo bliską przyjaciółką, dwórką, a jednocześnie też czarownicą i Mistrzynią Eliksirów. Ta jej doradziła ucieczkę, ale upozorowaną. Władczyni obmyśliła sprytny plan. Ze starożytnych ksiąg wiedziała, że istnieją wilkołaki, jednak wydawała jej się to dość ponura perspektywa. Mimo to wpadła na pewien pomysł. Sporządziła specjalny eliksir, który pozwalał ludziom powstrzymywać skutki wilkołactwa i odwróciła jego działanie. Do tego dodała skrzydła i krew nietoperza. Wypiła wywar i zmieniła się w wampira. Udawała śmierć, bo będąc żywym trupem nie miała pulsu. Po pogrzebie po prostu uciekła z grobu. Musicie wiedzieć jeszcze, że te stworzenia mają wielką siłę, dodatkowo nie widać ich w lustrze i nie posiadają cienia, nie da się ich też uwiecznić na zdjęciu. Łatwo było się ukrywać. Później jednak kawałek wilkołaczej po części natury zaczął dawać o sobie znać i królowa żywiła się krwią, tworząc coraz to większe zastępy swoich popleczników. Już nigdy nie wróciła do ukochanego Egiptu. A reszta to już historia.
- Czyli to dlatego wampiry mogą panować też nad wilkami? Bo posiadają część wilkołactwa?
- Dokładnie, Ron. Twoja dedukcja była niewątpliwie pierwszorzędna. Sami byśmy na to nie wpadli.
    Rudzielec dumnie wypiął pierś, widocznie nie dostrzegając złośliwego i sardonicznego uśmieszku na jej twarzy.
    Hermiona spojrzała na zegarek.
- Pierwsza w nocy! Ile ja wam to opowiadałam? Nie mówcie. Idę spać, bo jutro nie zdążę odrobić lekcji! I tak dzisiaj się do niczego nie zabrałam przez was. Dobranoc! - I wymaszerowała z Pokoju Wspólnego.
- Ten mol książkowy wiecznie panikuje – stwierdził kwaśno Ron.
- Ale świetnie opowiada, co nie? - Fred uśmiechnął się do bliźniaka.
- No. Aż dziwne, że historia może być tak ciekawa...
- Dobra, chłopcy, spokojnie, bo zamienicie się w nią. – Ginny zaczęła chichotać. - Albo w profesora Binnsa...
- Och, nie! - Weasleyowie byli przerażeni nie na żarty. Wizja ich samych jako duchy, na dodatek wykładające historię magii w szkole zdecydowanie negatywnie wpłynęła na ich psychikę.
- Przecież ona żartuje, chłopaki – zaczął ich uspokajać Harry. - A teraz może faktycznie już się połóżmy. Jutro sobota, będzie można poleniuchować...
- I iść na randkę z Romildą Vane... - wtrącił Ron z szyderczym uśmiechem na ustach.
- Zamknij się! - Potter lekko się zaczerwienił na policzkach. - To nie jest żadna randka, tylko przyjacielskie spotkanie...
- Jasne, jasne... - Bliźniacy już podłapali nowy temat.
- HARRY I ROMILDA...
- ...SIEDZĄ NA DRZEWIE...
- ...I S-I-Ę C-A-Ł-U-J-Ą!!!
    Wściekły Harry zatkał uszy rękoma i pobiegł do dormitorium.

***

    Sobotni poranek wstał rześki i słoneczny. Pogoda była piękna i tego dnia większość uczniów wyległa na błonia, aby cieszyć się jednym z ostatnich ładnych weekendów września.
    Harry od rana był niespokojny. No i rozkojarzony. Na śniadaniu Ron musiał mu zwrócić uwagę, bo wlewał sok dyniowy do płatków śniadaniowych. Później próbował się trochę pouczyć (jakkolwiek dziwnie to brzmi) w Pokoju Wspólnym, ale szło mu dość opornie, nawet gorzej niż zwykle (tak, to jest możliwe!). W końcu zdenerwowany udał się do dormitorium i zaczął przeglądać swoje ubrania. Nie lubił się stroić, wolał chodzić w ulubionej, niebieskiej koszulce z krótkim rękawem i jeansach. Tego dnia jednak chciał wyglądać w miarę elegancko, choć bez przesady.
    Sięgnął do szafy i wyjął z niej swoje dwie najładniejsze koszule i zaczął zastanawiać się, którą wybrać. W końcu założył bordową i zdenerwowany poszedł umyć zęby. Tak na wszelki wypadek. Gdy wrócił, czekał. Sekundy dłużyły się w nieskończoność, minuty upływały coraz wolniej, aż w końcu Wybraniec miał ochotę wziąć wskazówki zegara i przesunąć je do przodu.
    W końcu nadszedł czas. Chłopak zebrał się w sobie i wyszedł z Pokoju Wspólnego Gryfonów. Szybko przeszedł parę korytarzy i znalazł się w tym z portretem Barnabasza Bzika. Przeszedł trzy razy pod przeciwległą ścianą, a gdy pojawiły się ogromne drzwi, otworzył je i wkroczył do środka.
    Znalazł się w ogromnej kwiaciarni. Setki kwiatów piętrzyły się, gdziekolwiek by nie spojrzał. Wybrał pęk czerwonych tulipanów, nerwowo przygładził włosy i wyszedł z Pokoju Życzeń.
    Używając wszystkich znanych sobie tajnych przejść, dotarł do Sali Wejściowej. Nie musiał długo czekać. Romilda wyglądała naprawdę ładnie. Miała związane w kok, czarne włosy i ładną bluzkę oraz dopasowaną, plisowaną spódniczkę. Uśmiechnęła się do Harry'ego, a ten się odwzajemnił.
- Proszę, to dla ciebie. To co? Idziemy? - Zapytał niepewnie.
- Pewnie. Uwielbiam tulipany! - Dziewczyna zachichotała cicho i udała się obok młodego Pottera na błonia.
    Po pięciu minutach dotarli do jeziora. Przeszli obok Bijącej Wierzby i zaczęli okrążać akwen. W końcu chłopak się odezwał:
- Pięknie tu, prawda? Cisza i spokój... Kocham to miejsce.
- Ja też, Harry. To naprawdę urocze, że zgodziłeś się ze mną umówić.
- Ja...
- To bardzo miłe i od dawna mi się podobasz, a jak się zgodziłeś to już w ogóle świat mi zawirował. Moje przyjaciółki tak mi zazdroszczą, że jestem na randce z Wybrańcem... A właśnie, jak to jest być takim sławnym? Musi być super... Też bym tak chciała... Żeby pisali o mnie w gazetach... Harry Potter i Romilda Pot... eee... Vane...
- Przepraszam, ale ja naprawdę nie...
- Cicho, spokojnie, nic nie mów. - Dziewczyna delikatnie wsunęła swoją dłoń w jego. - Będziemy razem, sławni i piękni... Pomogę ci w starciu z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i będziemy razem bardzo szczęśliwi. Razem... Już na zawsze...
    W tym momencie pochyliła się w taki sposób, że Harry był pewien, iż go pocałuje. Ale co najgorsze, on tego nie chciał! Nie chciał, żeby ta głupia dziewczyna z nim była, dotykała go, rozmawiała z nim! To było okropne, Hermiona miała rację! Ta dziewczyna leciała tylko na jego sławę! Hermiona... Och, musi ją przeprosić! Koniecznie! Tylko jak tu się uwolnić...
- Romildo, nie teraz, proszę...
- Ale ja chcę teraz!
- Nie, ja cię jeszcze za mało znam... Może innym razem...
- Um... Dobra. Patrz, ściemnia się. To niebo jest śliczne!
- Tak, racja. Chyba powinniśmy już wracać do zamku... - Harry próbował dyskretnie się wymigać z dalszej części tej upokarzającej sytuacji.
- Ale dużo uczniów jeszcze zostaje...
- Nie, Romildo, przykro mi... Mam jeszcze tonę pracy domowej... Naprawdę, powinienem już iść...
- No dobrze... Miłych snów, Harry. Śnij o mnie – puściła mu oko i zanim zdążył zaprotestować, ucałowała go w policzek.
    Wybraniec wyplątał się z jej uścisku i szybko pognał w stronę zamku. Błyskawicznie znalazł się na siódmym piętrze i stanął przed portretem Grubej Damy.
- Księżycowa poświata.
    Na dźwięk hasła ukryte drzwi się otworzyły, a chłopak wkroczył do środka. Zdziwił się ogromnie, gdy nie zauważył nikogo w Pokoju. Podszedł do czerwonej kanapy i zrezygnowany rzucił się na nią. Leżał tam, myśląc o tym, co go przed chwilą spotkało.
    Znowu! Znowu ktoś go oszukał, chciał z nim być tylko dla sławy! Dlaczego to zawsze przytrafia się jemu? Dlaczego jest skazany na bycie nieszczęśliwym, niechcianym i niekochanym przez nikogo? Wszyscy chcieli go wykorzystać, poznać go, a wszystko przez tę debilną bliznę! A właściwie przez Wężową Mordę, który zabił jego rodziców, najbliższą rodzinę! To przez niego te wszystkie nieszczęścia, całe zło na tym świecie...
    Nie zdając sobie do końca z tego sprawy, zaczął cicho płakać. Leżał tam tak, sam, łkając cicho i rozmyślając o tym, jaki świat jest niesprawiedliwy. To wszystko jest nie fair...
- Harry... Harry, co się stało? Harry obudź się, proszę! To blizna? Znowu ta blizna? Co się stało? - Jakby z daleka dobiegł go zdenerwowany głos Hermiony. Był to dźwięk, który przynosił ukojenie, uspokajał go... Niewiele myśląc odwrócił się i wtulił w jej ramiona.
- To niesprawiedliwe! Dlaczego nie może mnie jakaś dziewczyna lubić po prostu za to, jaki jestem, nie to, czego mam dokonać? Najpierw Cho, teraz Romilda... Hermiono, ja nie chcę być samotny do końca życia!
- Ciiii... Nie będziesz... Przecież masz prawdziwych przyjaciół. Rona, wszystkich Weasleyów, Lunę, Nevilla, nawet Carmen i... i... mnie.
    Podniósł głowę i spojrzał jej głęboko w oczy. Dopiero teraz zauważył, jakie są piękne i głębokie, koloru starego złota...
    Usiadła obok niego. Teraz jego głowa spoczywała na jej kolanach, a on czuł się szczęśliwy. Tak, to prawda. Miał przyjaciół, tych prawdziwych i to się najbardziej na świecie liczyło. Nagle coś mu się przypomniało. Uniósł się delikatnie i powiedział:
- Hermiono, ja... Przepraszam. Powinienem był cię posłuchać. To ty mnie najlepiej znasz i wiesz, co dla mnie jest najlepsze. Ja naprawdę...
- Dobrze. Spokojnie, połóż się. Harry, wiem jak ci ciężko, wszyscy wiemy. I możesz być pewien, że zawsze ci pomożemy.
- Zawsze?
- Zawsze.
    Wybraniec znowu się położył. Przymknął oczy i nareszcie czuł się dobrze, był szczęśliwy. Tak, tu było jego miejsce, ich miejsce. Wstrząsnął nim lekki dreszcz, gdy poczuł rękę Hermiony, która głaskała go delikatnie po włosach. I, co najważniejsze, to sprawiało mu przyjemność. Tak, to zdecydowanie była jego prawdziwa przyjaciółka...

11.11.12

8. Wybitne

"Kochaj wszys­tkich. Ufaj niewielu.
Bądź gotów do wal­ki, ale jej nie wszczy­naj.
Pielęgnuj przyjaźnie."
- William Szekspir

    Harry obudził się w świetnym nastroju. Miał cudowny sen, a blizna nie bolała go od czasu wydarzeń w pociągu. Przeciągnął się, ziewnął i usiadł na miękkim łóżku. Od dawna nie czuł się tak dobrze. Był w końcu w Hogwarcie, w swoim domu, z najlepszym przyjacielem obok i Hermioną. Wstał i podszedł do okna. Rzucił okiem na pokój – wszyscy jeszcze spali. Usiadł na parapecie i wpatrywał się w błękitne niebo. Od dziś zacznie się nauka w pełnym tego słowa znaczeniu. Prace domowe, ćwiczenie zaklęć, pewnie szlabany u Snape'a... Był już na to przygotowany. Ba, nawet to lubił! Bo gdzie mu będzie lepiej, niż w szkole? U Dursleyów? Wolne żarty. Poza Privet Drive 4 nie miał gdzie się podziać.
    Wszystko przez tę sukę Bellatrix! Zabiła Syriusza! ZABIŁA! Harry zacisnął mocno pięści, a w oczach zakręciły mu się łzy. Miał z nim zamieszkać, z jego jedyną prawdziwą rodziną. A teraz co? Nie ma już nikogo. Nikogo, kto by go kochał, opiekował się nim, wspierał... Zostali tylko przyjaciele. A może aż?
    Otrząsnął się z tych rozważań i poszedł do łazienki. Gdy z niej wyszedł, zobaczył szczerzącego się Rona. Uśmiechnął się i zapytał:
- Hej. Jak spałeś?
- Całkiem nieźle. Na szczęście już nie śnią mi się pająki. Przez Hagrida i to jego zwierzątko w drugiej klasie miałem koszmary!
- Tak, Aragog to bardzo miły pajączek. Taki malutki i bezbronny... - Harry nie mógł powstrzymać śmiechu.
- Och, zamknij się! - Powiedział rudowłosy i rzucił w chłopaka poduszką.
    Przez chwilę okładali się pościelą, ale w końcu stwierdzili, że są głodni. Weasley szybko się ubrał, po czym spakowali książki i wyszli do Pokoju Wspólnego.
    Musieli chwilę poczekać na dziewczyny. Ron oczywiście marudził ("Co one tam tyle czasu robią? Walczą ze smokiem czy jak?"). W końcu zeszły i razem udali się do Wielkiej Sali.
Usiedli na swoich stałych miejscach i zabrali do jedzenia. Harry był właśnie w trakcie smarowania tosta dżemem truskawkowym, gdy do jadalni przez dach wleciało mnóstwo różnokolorowych sów. Nie było wśród nich Hedwigi (w końcu kto miałby do niego napisać?), jednak zauważył ciemną płomykówkę lądującą niedaleko. Musiała należeć do Carmen. Dostarczyła jej dość dużych rozmiarów zawiniątko. Dziewczyna od razu odstawiła sok dyniowy i odebrała przesyłkę. Wszyscy dookoła rzucali jej pytające spojrzenia. Ona tylko wzruszyła ramionami i powiedziała:
- To skrzypce. Rodzice mi dosłali. Nie potrafię wytrzymać bez grania. To mnie uspokaja i daje wytchnienie umysłowi.
- To fajnie. A co umiesz grać? - Zapytał Harry pomiędzy kęsami kanapki.
- Klasyki, ale mugolskie. Niestety nie mamy dobrych kompozytorów czarodziejów. Lubię Mozarta, Bacha, Beethovena... Umiem też zagrać własną wersję "Smooth Criminal" Michaela Jacksona.
- Ej, też go lubię! - Hermiona aż podskoczyła ze zdziwienia. Miały podobny gust muzyczny. Harry ucieszył się na myśl, że widocznie w końcu znalazły wspólny język.
    Chłopak już miał się znowu zabrać za śniadanie, gdy nagle zobaczył Romildę Vane stojącą obok niego. Uśmiechnęła się zalotnie, zatrzepotała rzęsami i powiedziała:
- Witaj, Harry.
- Cześć.
- Słuchaj, bo tak się zastanawiałam... Czy może byś mógł... Czy masz może czas w piątek wieczorem?
- Nie, niestety. Mam przesłuchania do drużyny quidditcha. Ale za to sobotę mam wolną.
- To świetnie! Bo chciałam cię spytać, czy byś może nie poszedł ze mną na spacer...
- A wiesz, że chętnie? To jak, o piętnastej w Sali Wejściowej?
- Pewnie! - Dziewczyna się zarumieniła. - Do zobaczenia! - Krzyknęła i szybko pobiegła zachwycona do koleżanek.
    Harry zaczął za to jeść kiełbaskę i błogosławić ten dzień jako jeden z lepszych. W końcu nie miał dziewczyny, a Romilda była całkiem miła, więc czemu by z nią nie pójść? On też ma swoje potrzeby...

***

    Hermiona siedziała przy stole w Wielkiej Sali i maltretowała widelcem Merlinowi winnego pomidora. Jak on mógł się z nią umówić? Jak?! Przecież ona leciała tylko na jego sławę! A on się dał złapać w jej zdradziecką sieć! Nie może tak być!
    W końcu śniadanie dobiegło końca i udali się na transmutację. Miona miała naburmuszoną minę i wyraźnie była zła na Harry'ego. Gdy usiadł z nią w ławce, odsunęła się najdalej, jak było to możliwe. Nie pomagała mu też z zaklęciem zmieniającym pióra w kałamarze, a kiedy poprosił o notatki, odburknęła coś niewyraźnie.
    Po dzwonku spakowali się i wyszli na korytarz. Teraz miała być opieka nad magicznymi stworzeniami. Hermiona miała nadzieję, że uda jej się przejść tak, aby Potter jej nie zauważył, jednak nic z tego. Dogonił ją na dziedzińcu i zaciągnął w odosobniony kąt korytarza. Stanął przed nią i zapytał:
- O co ci chodzi?
- Mi? To nie ja nas tutaj zaciągnęłam – odrzekła.
- Dobrze wiesz, o co cię pytam. Jesteś na mnie zła, wkurzona. Co ja znowu zrobiłem?
- Nic. Chociaż wiesz, właściwie to tak! Umówiłeś się z tą dwulicową sklątką tylnowybuchową! Przecież ona leci na to, że jesteś Wybrańcem!
- Ale ja jestem Wybrańcem...
- No i co z tego?! Ludzi się lubi za to, jacy są, a nie za to, z czego są sławni! - Dziewczyna krzyknęła i tupnęła nogą. Już chciała zabrać torbę i iść dalej, jednak chłopak ją zatrzymał.
- Ty jesteś zazdrosna! - Czarnowłosy nie mógł powstrzymać śmiechu.
- Nie jestem zazdrosna, tylko martwię się o ciebie, jak przyjaciel o przyjaciela! - Zaczęła się oddalać od niego. Rzuciła jeszcze na odchodnym: - Tylko nie przychodź do mnie później z płaczem, że ona cię wykorzystuje! - Odwróciła się na pięcie i poszła do Hagrida.
    Mieli lekcję organizacyjną i w zasadzie niewiele robili. Mogli wyjść wcześniej, więc Hermiona szybko udała się do Wielkiej Sali i usiadła obok Carmen.
- Czas na lunch! Ale jestem głodna! - Zawsze opanowana i spokojna panna Granger rzuciła się na sałatkę ziemniaczaną jak głodny wilkołak na świeże mięso.
- W sumie to ja też – Carmen sięgnęła po pudding waniliowy. - Co zaraz mamy?
- Eliksiry. Znowu. - Dziewczynie zrzedła mina. Natomiast przez twarz jej rozmówczyni przebiegł cień uśmiechu.
- Myślałam, że lubisz ten przedmiot. Tworzenie nowych rzeczy i w ogóle.
- To nie kwestia przedmiotu, tylko nauczyciela – odpowiedziała Hermiona. - Naprawdę nie mam nic do Snape'a, jest naprawdę wybitnym umysłem i niewątpliwie autorytetem, ale ten jego sarkastyczny ton głosu i nienawiść do Gryfonów doprowadzają mnie do szału.
    Carmen jedynie pokiwała w odpowiedzi głową. W milczeniu dokończyły posiłek i udały się do lochów. Ledwo drzwi zamknęły się za wszystkimi, Snape oznajmił lodowatym tonem:
- Dziś zrobicie dla mnie Wywar Ostatniego Tchnienia. Instrukcje na tablicy – skończył i usiadł przy biurku. Chwycił pióro w swoje długie, smukłe palce i zaczął sprawdzać eseje piątoklasistów.
    Tymczasem Hermiona tradycyjnie podwinęła rękawy szaty, szybkim ruchem spięła włosy i ustawiła kociołek na ogniu. Tym razem musi pójść jej lepiej. Przypomniała sobie słowa Carmen.
    Musisz być bardzo skupiona, oczyścić całkowicie umysł, jak przed Oklumencją. Pamiętaj o każdym kroku, każdym przepisie i regule, które wcześniej poznałaś. Nie trzymaj się sztywno formułek, staraj się je zrozumieć, bo wiem, że potrafisz. Jak wykonasz już pierwszy ruch, idź za ciosem i pozwól prowadzić się umysłowi...
- Granger, co ty wyrabiasz? - Zimny głos Snape'a wręcz ociekał jadem. - Przynieść pani może poduszkę, czy od razu całe łóżko?
- Nie, profesorze. - Hermiona zaczerwieniła się. Miała przecież tylko zamknięte oczy! - Już się biorę do pracy.
- Ja myślę. - Uniósł szyderczo brew. - Dzięsięć punktów od Gryffindoru za spanie na lekcji. - Z powrotem usiadł na czarnym krześle i utkwił wzrok w pergaminie.
    Dziewczyna odetchnęła głęboko. Za bardzo się zamyśliła. Ale teraz przynajmniej jest zdeterminowana. Pokaże temu przerośniętemu nietoperzowi z lochów, że potrafi przyrządzić perfekcyjny Wywar Ostatniego Tchnienia! Z takimi właśnie myślami zabrała się za pokrojenie w idealne kostki korzenia kakaowca.
    Minęło pół godziny i Hermiona była bardzo zadowolona z rezultatu swojej pracy. Nad jej kociołkiem unosił się fioletowy obłok pary, lekko wirujący w lewo. Podobnie było u Carmen. Szybko zakorkowała butelkę z eliksirem i postawiła na biurku nauczyciela. Ten tylko przyjrzał jej się z szyderczym uśmieszkiem, lecz natychmiast mina mu zrzedła, gdy zobaczył barwę wywaru. Idealna. Konsystencja zresztą też. Zaklął cicho pod nosem, a wkurzył się jeszcze bardziej, gdy zobaczył fiolkę Carmen. Identyczna. Podwójna cholera! Będzie musiał wstawić obu Gryfonkom Wybitne!

***

    Nie miał nic przeciwko tej Brown – w końcu na pierwszy rzut oka widać w niej było przyszłą Mistrzynię Eliksirów (a należy dodać, że takowe były w historii świata tylko dwie), ale Granger?! Ta ucząca się wszystkiego na pamięć oraz powtarzająca sztywne formuły i definicje Panna Wiem-To-Wszystko-I-Pokażę-Jaka-Jestem-Mądra? Przecież ten eliksir nie powinien jej wyjść! Aby go przygotować potrzebna była wyobraźnia i odstępstwo od sztywnego przepisu!
    STOP! Severusie, uspokój się! To był na pewno jedyny raz, szczęśliwy przypadek, zrządzenie losu. I tyle.
    Zabrzmiał dzwonek i otrząsnął się z rozmyślań. Koniec i kropka. Miał szczęście, bo to była jego ostatnia lekcja. Machnięciem ręki zwolnił klasę i udał się do swoich kwater. Przeszedł przez czarne drzwi i znalazł się w salonie. Był to dość duży pokój, w ciemnych kolorach i z marmurowym kominkiem w ścianie. Na środku stały dwa głębokie fotele i stolik zrobiony z mahoniu. Oczywiście nie mogło zabraknąć też biblioteki, a były nią praktycznie wszystkie komnaty Severusa. Gdzie by nie spojrzeć, wszędzie tylko książki i książki. A jak się spojrzało dokładniej, to zaskoczenie – jeszcze więcej książek.
    Mistrz Eliksirów przeszedł dalej, do swojej sypialni. Wbrew pozorom była całkiem przytulna. Oczywiście przytulna jak na surowego profesora Snape'a. Honorowe miejsce zajmowało na środku pod ścianą wielkie łoże, zrobione z ciemnego drewna. Ciężkie, czarne kotary zwisały z drążków u góry, dając możliwie jak największą zasłonę z zewnątrz. Obok stał stolik nocny (wiadomo w jakim kolorze), dalej masywna szafa na ubrania na czterech nogach. Podłogę przykrywał włochaty dywan, bardzo przyjemny w dotyku.
    Severus odwiązał pelerynę i rzucił na łóżko, po czym swym prężnym krokiem udał się do łazienki. Stanął boso na zimnych kafelkach i wszedł pod prysznic. Musiał się uwolnić od natłoku myśli. Odkręcił lodowatą wodę i zanurzył się w niej. Jego ciało przebiegł dreszcz, ale taki, do którego już dawno się przyzwyczaił. W ostatnich czasach tylko takie hartowanie ciała pomagało w zwalnianiu myśli. Było coraz gorzej. Z każdym dniem wyraźniej wyczuwał ból w skroniach, hałas własnych przemyśleń, nieprzewidziane tornado w pamięci.
    Stał tak przez pół godziny, pozwalając, aby zimne krople wody spływały po jego włosach, karku, plecach... W końcu zakręcił wodę i dość zrelaksowany owinął się ręcznikiem. Zmęczony całym dniem i rolą szpiega, walnął się na łóżko. Tak, walnął, bo na pewno nie położył. Zamknął oczy, wyrównał oddech i zasnął, pogrążony w niespokojnych snach o przyszłości.

***

    Dni mijały, aż w końcu nadszedł piątek. Najlepszy dzień w tygodniu, początek weekendu, no i oczywiście dzień, w którym wybierano nową drużynę quidditcha. Hermiona siedziała razem z Carmen na trybunach. Obserwowały, jak idzie chłopakom. Brunetka nadal była zła na Harry'ego, jednak przestała mu to okazywać. Nie może przecież wydawać mu się zazdrosna.
    Patrzyła teraz na niego, jak krzyczy coś do trzeciorocznego, który chciał być pałkarzem, ale przypadkowo walnął tłuczkiem tak, że ten rozbił jeden z gargulców na wieży. Raczej już nie przejdzie.
    Ron zauważył je i pomachał do nich ze zwycięskim uśmiechem. Mimo iż bardzo się przejmował, został nowym obrońcą i puścił tylko jedną piłkę na piętnaście. Później jednak mówił, że to było z powodu świecącego słońca w oczy, choć tego dnia akurat skryło się ono za chmurami.
    Hermiona uśmiechnęła się i zapatrzyła w horyzont. Wzięła głęboki wdech. W nocy padało i jeszcze teraz zapach deszczu unosił się w powietrzu. Kochała ten aromat, uspokajał ją i dodawał zawsze sił. Poczuła, jak rozpiera ją energia. W tym samym czasie rekrutacja do drużyny się zakończyła. Dziewczyna zbiegła z trybun i pobiegła do przyjaciół, a Carmen za nią. W nowej drużynie byli: szukający i jednocześnie kapitan – Harry Potter, pałkarze – Fred i George Weasleyowie, obrońca – Ron Weasley, ścigający – Ginny Weasley, a oprócz niej jeszcze dwóch chłopaków z siódmej klasy.
    Gdy się przebrali z powrotem w szkolne szaty i wchodzili do Wielkiej Sali na kolację, natknęli się na Malfoya. Ten zmierzył całe towarzystwo wzrokiem i roześmiał się.
- Potter, nie mogłeś sobie wybrać lepszej drużyny! Prawie sami zdrajcy krwi Weasleyowie! - Tu popatrzył na wszystkich z obrzydzeniem; jego wzrok dłużej zatrzymał się na Ginny, która spłonęła rumieńcem. - Szkoda, że jeszcze nie wziąłeś tej swojej szlamy, byłby komplet!
- Zamknij się, fretko! - Ron prawie zawył z wściekłości.
- Bo co mi zrobisz, rudzielcu? Znowu mnie spróbujesz zaczarować tak, jak w drugiej klasie? - Uniósł pytająco białą brew. - Ślimaczki smakowały?
- Spadaj stąd, wredny gnojku, albo w kolacji znajdziesz coś naprawdę nieprzyjemnego – zagrozili bliźniacy. - I nie chodzi tu o Eliksir Przeczyszczający ani o Krwotoczki Truskawkowe, prawda, Fred?
- Zgadzam się z tobą, George. Ostatnio dość często myślałem o Glutowych Czerniaczkach lub Wywiniętych Wymiotkach... - Malfoy zbladł. Wybąkał coś pod nosem, zdecydowanie niecenzuralnego i szybkim krokiem odszedł do stołu Ślizgonów.
- A to mały dupek! - Potter nie mógł powstrzymać złości. - Ale przynajmniej dostał (albo dostanie) za swoje. Aż straciłem przez niego apetyt.
- Nie ty jeden, Harry – zgodziła się z nim Hermiona. - Nie ty jeden.
    Usiedli do stołu i zjedli szybką kolację. Malfoy cały czas unikał wzroku bliźniaków, którzy skwitowali to tylko szyderczymi uśmieszkami, tak bardzo dla nich charakterystycznymi.
Hermiona ani się obejrzała, a już siedziała przed kominkiem w Pokoju Wspólnym Gryfonów. Usadowiła się wygodnie w swoim ulubionym fotelu, a Carmen na drugim, podobnym. Obok niej, na kanapie, siedzieli Harry z Ronem i Ginny. Wszyscy rozkoszowali się chwilą ciszy i spokoju. To był dość męczący tydzień i cieszyli się na myśl o jutrzejszym wolnym dniu. W końcu odezwał się Harry:
- Hermiono...
- Co? - Dziewczyna zapytała wyrwana z zamyślenia.
- Chciałbym się czegoś od ciebie dowiedzieć. Właściwie to chyba wszyscy byśmy chcieli. No, może z wyjątkiem Carmen.
- Dlaczego w takim razie jej nie spytacie?
- Bo wolimy ciebie.
- Dobra, o co chodzi?
- Chodzi o... To znaczy... Pamiętasz oczywiście co się zdarzyło w zeszłym tygodniu? Expres Hogwart i w ogóle.
- No raczej. Paskudne przeżycie.
- Dokładnie. Chcielibyśmy, żebyś nam powiedziała coś o wampirach.
- A skąd taka hipoteza, że ja coś o nich wiem? - Zapytała, wyraźnie zaciekawiona.
- Daj spokój, Miona. - Do rozmowy wtrącił się Ron. - Tyle siedzisz w tych książkach i w ogóle... Na pewno coś wiesz!
- Owszem, wiem, ale nie chcę was niepokoić. To naprawdę nie jest wiedza dla studentów szóstego roku. Nie jest nawet dla siódmego...
- Ale skoro mamy z nimi walczyć... Walczyć z Voldemortem... W końcu prawie na pewno przyłączyły się do niego. Musimy coś o nich wiedzieć.
- Harry, ja naprawdę nie chcę... Nie powinnam... Nie mogę...
- Powiedz. Prosimy!
- Wiesz jakie to będzie ważne podczas Ostatniej Bitwy? Również w czasie planowania ostatecznego starcia. Pomyśl o tym.
- Ja... Och, no dobrze. - Zgodziła się zrezygnowana. W końcu i tak się kiedyś dowiedzą. - Ale teraz?
- Teraz. Mamy przecież czas, prawda? - Harry uśmiechnął się do niej, chcąc ją przekonać.
- Prawda. W takim razie słuchajcie...

26.10.12

7. Pechowe Eliksiry

"Wie­dza jest wte­dy, gdy o czymś nie tyl­ko wiesz,
lecz możesz to zo­baczyć, opi­sać, zde­finiować,
a na­wet dot­knąć. A wiara, gdy nie widzisz,
nie zo­baczysz, nie dot­kniesz, a mi­mo
to jes­teś pe­wien, że jest."
- Dorota Terakowska

    Snape szybkim krokiem wszedł do klasy. Było tak cicho, że wszyscy słyszeli łopotanie jego czarnej peleryny. Stanął pewnie przed biurkiem i rozpoczął swoją coroczną tyradę:
- Eliksiry. Wyrafinowana sztuka precyzyjnego odmierzania składników, bulgotania podgrzewającej się wody w kociołku... Skoro tu jesteście, to musieliście dostać na SUM-ach Wybitnego – tu zmierzył zimnym wzrokiem Harry'ego i Rona, aż przełknęli głośno ślinę z nerwów. - Od teraz mam was przygotować do owutemów. Macie pamiętać, że waszym obowiązkiem jest systematyczne uczenie się tego przedmiotu – inaczej to zauważę i wylatujecie. Tak, dobrze słyszeliście. Wylatujecie. I nie pomogą tu skargi, a nawet prośby samego dyrektora. Macie. Się. Uczyć.
    Zagryzł wargi i zaczął sprawdzać obecność. Przy nazwisku Carmen na chwilę się zatrzymał i uśmiechnął szyderczo. Gdy już skończył, przemówił:
- Dzisiaj macie półtorej godziny na uwarzenie mi bazy do Eliksiru Gravesa. Kto mi powie, do czego ta mikstura służy? - Ręka Hermiony natychmiast wystrzeliła w powietrze, ale Snape ją zignorował. - Nikt? To może pan Potter?
- J-ja... Nie wiem, panie profesorze. - Harry'ego oblał zimny pot.
- Dziesięć punktów od Gryffindoru! A kto mi powie, gdzie występuje Owoc Rakuli? Też nikt? Weasley!
- Nie wiem, proszę pana... - Ron cały się zaczerwienił – ni to ze wstydu, ni to ze złości.
- Kolejne dziesięć punktów od Gryffindoru! Do trzech razy sztuka? Ile czasu musi dojrzewać Eliksir Gravesa? Może nowa? Brown!
    Carmen jakby ocknęła się z transu. Snape już otwierał usta, aby znowu odjąć punkty, gdy zaczęła mówić:
- Eliksir Gravesa musi dojrzewać przez dokładnie trzynaście dni. Jest to konieczne ze względu na jego zastosowanie. Służy on bowiem jako silny środek odstraszający różne magiczne stworzenia. Nie wszystkie, ale większość. Jego najważniejszym składnikiem jest właśnie wspomniany Owoc Rakuli. Dodaje się go na samym końcu, gdyż to bardzo rzadka ingrediencja, występuje tylko podczas pełni księżyca w tropikalnych lasach na Madagaskarze. - Wydawało się, że skończyła i Mistrz Eliksirów już chciał coś powiedzieć, gdy nagle jeszcze dodała. - Radzę wam to zapisywać, bo profesor Snape zaraz na was nakrzyczy.
    W trakcie jej monologu wszyscy gapili się na nią jak głodne hipogryfy na świeże fretki. Jednak gdy tylko usłyszeli jej ostatnie zdanie, od razu zabrali się do notowania. Severus ocknął się i powiedział:
- Masz rację, Brown. Ale skoro to wiedziałaś, to dlaczego, do jasnej cholery, się nie zgłosiłaś?!
- Bo jestem Gryfonką.
- I co z tego?
- Pan powinien wiedzieć najlepiej. W końcu Hermiona też się zgłaszała, ale pan ją zignorował. Ze mną byłoby tak samo. Poza tym bolałaby mnie ręka.
- Dosyć! Gryffindor traci piętnaście punktów przez twoje chamskie odzywki!
- Odjąłby pan mi punkty tak czy siak, więc wolałam powiedzieć prawdę. Poza tym, to nie ja przeklinałam.
    Uczniowie wstrzymali oddech. Nikt nigdy nie odzywał się tak do tego tłustowłosego nietoperza z lochów!
    Nauczyciel tylko machnął różdżką i na tablicy pokazał się przepis.
- Macie półtorej godziny. Instrukcje są na tablicy. Jak skończycie, przelejcie wasze wypociny do słoików i postawcie u mnie na biurku – po czym wkurzony zaczął czytać książkę. Jak ona śmiała się tak do niego odzywać? Jak?! Przecież budził strach w uczniach, przerażenie, nerwówkę...
    Tymczasem Hermiona podwinęła rękawy szaty i zabrała się do pracy. Ustawiła kociołek na ogniu (dokładnie sześćdziesiąt trzy stopnie Celcjusza), wlała wodę (dwa litry i trzysta osiemdziesiąt siedem mililitrów) i zaczęła kroić kiełki jakiegoś zielonego paskudztwa. Powoli wykonywała wszystkie polecenia z tablicy. Zaczęła się martwić, gdy po dodaniu starej pajęczyny jej eliksir miał lekko żółtawą barwę. Cholera, przecież powinien być pomarańczowy! Uważnie zerknęła na przepis i jeszcze raz sprawdziła składniki – nie było mowy o pomyłce. Popatrzyła na kociołek Carmen – właśnie miała dodać ten sam składnik. Jednak zauważyła, że dziewczyna się waha, a potem nieśmiało podnosi rękę. Snape spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
- O co chodzi, Brown? Czyżbyś sobie nie dawała rady?
- Nie, wszystko jest świetnie, tylko... Natablicyjestbłąd – wyrzuciła szybko z siebie.
- Że co? Powtórz!
- Na tablicy jest błąd, panie profesorze... - Nagle wszystkie głowy zwróciły się w jej kierunku.
- Niemożliwe.
- Możliwe... Chodzi o to, że w punkcie siedemnastym powinniśmy zamiast pajęczyny dodać cierpiętnika...
    Snape spojrzał zaskoczony na przepis i cicho zaklął. Faktycznie. Ale jak to tego doszło? Jak on, najmłodszy na świecie Mistrz Eliksirów, mógł popełnić taki karygodny błąd?!
    Machnął różdżką i usunął całą recepturę. Uczniowie spojrzeli na niego zdziwieni.
- Na dziś koniec. Postawcie słoiki na moim biurku i zjeżdżać na korytarz!
    Błyskawicznie wykonali polecenie i udali się do Wielkiej Sali. Zaczęli jeść drugie śniadanie. Wieść o pomyłce Snape'a obiegła już cały zamek i wszyscy współczuli tym, którzy zaraz mieli z nim lekcje. Carmen też nie uniknęła rozgłosu. Dziewczyna, Która Poprawiła Strasznego Dupka – ludzie do niej podchodzili, próbowali zagadywać i klepali porozumiewawczo po plecach.
    Natomiast Hermiona? Była wściekła! Postanowiła, że musi zrobić z tą dziewczyną porządek. Ona psuła jej reputację! Tak ciężko wypracowaną reputację wiedzącej wszystko o wszystkim Gryfonki. Tak nie mogło być dłużej. Chciała poznać tę dziewczynę, zrozumieć, może nawet się zaprzyjaźnić, ale ona odbierała jej wszystko! Chłopaka, naukę, pewność siebie... Już ona sobie z nią porozmawia! Ale wieczorem, sam na sam!
    Pocieszona tą myślą, wgryzła się w kanapkę z pomidorem. Harry spojrzał na nią pytającym wzrokiem, ale zignorowała go. Musiała się skupić.

***

    Po posiłku ruszyli na obronę przed czarną magią. Weszli do klasy, w której nigdy wcześniej nie byli. W środku nie stały ławki, tylko pojedyncze krzesła pod ścianami. Na okna zostały zaciągnięte ciężkie kotary. W sumie wyglądało to jak Pokój Życzeń podczas spotkań GD w zeszłym roku.
Ustawili się pod ścianami i czekali na nauczyciela. Po chwili do sali dumnie wkroczył Albus Dumbledore w swojej ulubionej, błękitnej szacie. Mrugnął porozumiewawczo do Harry'ego i zaczął mówić:
- Witajcie, drodzy uczniowie! Jak już wiecie, będziecie musieli się ze mną przemęczyć na lekcjach w tym roku – tu znowu puścił łobuzersko oko. - Ale do rzeczy. Macie tu się nauczyć obrony przed czarną magią. Nie w teorii, ale w praktyce. Zdaję sobie sprawę, że w zeszłym roku uczyliście się tylko na tajemnych spotkaniach. Wiem jednak, jak wiele już umiecie, lecz niestety też przeraża mnie wasza niewiedza w pewnych kwestiach. Dlatego, choć może zabrzmi to dziwnie w ustach dyrektora, musimy jakby reaktywować Gwardię. Oczywiście tym razem w pełni legalnie i podczas zajęć. Mimo to będziecie musieli też dużo ćwiczyć po zajęciach. Dodatkowo postaram się zorganizować wam i siódmym klasom pewne wypady za zamek od czasu do czasu – tłum uczniów od razu się ożywił. - Oczywiście potrzebne mi zgody od waszych rodziców lub opiekunów – Harry'ego Pottera tu nie wliczam, gdyż wszyscy wiecie, jak bardzo nam jest potrzebny. - Gryfoni i Krukoni pokiwali potakująco głowami. - Ale dość gadania! Odłóżcie torby, wyjmijcie różdżki i do roboty! Dzisiaj przypomnimy sobie zaklęcie rozbrajające! Dobierzcie się w pary!
    Hermiona wylądowała z Nevillem, Harry z Carmen, a Ron z Luną. Wszyscy dziwili się, jak dobrze szło Longbottomowi. Prawie rozbroił partnerkę i tylko jej szybka reakcja pomogła zablokować zaklęcie.
- Wow! Chyba dużo ćwiczyłeś, co? - spytała brunetka.
- No wiesz... Tak trochę... - Chłopak wyraźnie się zarumienił, ale było mu bardzo miło.
- Chyba trochę dużo, bo jesteś o wiele lepszy, Neville!
    Czarnowłosy tylko się uśmiechnął i dalej kontynuował ćwiczenie. Po dziesięciu minutach odezwał się Dumbledore:
- Na dzisiaj koniec! Idzie wam świetnie, oby tak dalej! To teraz praca domowa...
- Nie! Prosimy, profesorze, dziś nie!
- No dobrze, ale tylko dlatego, że jest ładna pogoda! W ramach pracy domowej macie dziś po południu pójść na spacer i przypomnieć sobie zaklęcie oszałamiające.
    Wszyscy westchnęli z ulgi. Nawet Hermiona się cieszyła, bo dzień był naprawdę piękny i aż chciało się wskoczyć do srebrzącej się wody jeziora.
    Ostatnią lekcją było zielarstwo. Szybko zeszli do cieplarni i zostali powitani przez panią Sprout. W tym tygodniu mieli zajmować się czyrakobulwami. Niestety, nie było to zbyt przyjemne, jednak Gryfoni zyskali trochę punktów dla domu. No i bardzo grzeczna i uczynna panna Granger przypadkiem opryskała Carmen tryskającą ropą z roślin.
    Gdy wyszli, udali się na obiad i do dormitoriów. Dziewczyny rzuciły torby w kąt i zmęczone po całym dniu walnęły się na łóżka. Przynajmniej Hermiona, bo jej współlokatorka siedziała i mruczała coś pod nosem. Nagle przypomniało się jej, co miała zrobić. Porozmawiać i wygarnąć jej wszystko. Tak, zrobi to! Da radę! Podniosła się i odezwała:
- I jak ci minęły lekcje?
- Średnio – Brown zdziwiona podniosła głowę, w szoku, że ktoś chce z nią rozmawiać. Może wcale nie będzie w tej szkole taka samotna jak zawsze?
- A eliksiry?
- Też.
- Aha. Wiesz, bo ja bym była w siódmym niebie, gdybym została bohaterką Hogwartu...
- Jaką bohaterką?
- Nie udawaj, że nie wiesz! - Oburzona Gryfonka wstała i patrzyła na rozmówczynię ostrym wzrokiem.
- Chodzi ci o ten błąd na tablicy? Przestań... On też jest człowiekiem i, jak każdy człowiek, ma prawo się pomylić. - "Zwłaszcza w takich okolicznościach" – dodała w myślach.
- Ale to Snape! Snape! On się jeszcze nigdy nie pomylił!
- A gdy przystąpił do Śmierciożerców?
    Na to Hermiona nie miała argumentu. Ale była coraz bardziej wściekła. W jej oczach tliła się żądza mordu. Chciała coś zrobić, wyżyć się na czymś! Wydusiła przez zaciśnięte zęby:
- Ale przecież w końcu jest z nami! I wyszło to na dobre! Poza tym, Snape to Snape, zawsze był największym dupkiem na świecie i taki pozostanie!
- O co ci chodzi, Granger? - Carmen wydawała się być zaciekawiona.
- O nic! - Brunetka tupnęła nogą ze złości. Po chwili zastanowienia jednak dodała:
- A wiesz? Tak właściwie to jednak jest coś, co mi przeszkadza! TY!!! - Po czym mocno się zamachnęła i walnęła dziewczynę z całej siły pięścią w twarz. Ta tylko złapała się za bolący policzek i zaśmiała szyderczo.
- Myślisz, że jak mnie uderzysz, to coś zmienisz? O nie, wręcz przeciwnie, moja droga! Będę jeszcze bardziej sobą. Tak, tą sobą, której tak nie znosisz i nienawidzisz! Myślałaś, że nie wiem? Widziałam, jak na mnie patrzyłaś! Muszę przyznać, że dawno nie miałam do czynienia z taką mieszanką emocji. Fascynacja i obrzydzenie, zainteresowanie i niechęć, chęć poznania i...
- Och, ty nic nie wiesz! Nie masz pojęcia! Rujnujesz mi życie! Zabierasz mi prestiż, naukę, przyjaciół, chłopaka... - w tym miejscu zdała sobie sprawę, co właśnie powiedziała. - To znaczy... To nie o to... Ja...
- Przestań. Już wcześniej widziałam.
- Widziałaś? Jak? Przecież nikt wcześniej tego nie zauważył! Ty też nie mogłaś!
- Mogłam. Ale nie panikuj. To, że podoba ci się Potter, nie znaczy, że ja chcę go dla siebie. Nie chcę. Nie interesuje mnie. Nie tylko on. Nikt. Rozumiesz? To, że chłopacy za mną latają, nie znaczy, że to lubię. Przeciwnie. Nienawidzę tego! To mnie obrzydza, jasne?
- To znaczy, że ty... Że ty... Nie masz chłopaka?
- Nie. Nie mój rejon.
- Aha. A... A dziewczynę? - Zapytała zakłopotana Hermiona.
- Słuchaj, naprawdę wydajesz się fajna, ale ja ten, no... Jakby to powiedzieć... Jest mi bardzo miło i w ogóle, ale musisz wiedzieć, że poślubiłam swoją wiedzę i w tej chwili nie szukam... - Dziewczyna wydawała się być zmieszana.
- Nie, nie! Nie o to mi chodzi! Merlinie, nie! - Szybko odpowiedziała Gryfonka.
- To dobrze...
Zapadła niezręczna cisza. W końcu Hermiona nie mogła się powstrzymać i spytała:
- Nie powiesz nikomu, prawda?
- Nie.
- To dobrze. Słuchaj, zastanawiałam się nad tym, jak ty to... hmmm... robisz. Jak tak łatwo możesz odgadywać ludzkie uczucia, myśli, zainteresowania?
- To wbrew pozorom nie jest takie łatwe. Dużo można się samemu nauczyć, ale ja się już taka urodziłam. Często jest to bardzo pomocne – rzucam okiem na człowieka i od razu wiem, co jadł na śniadanie, gdzie pracuje albo jaki jest jego status krwi. Ciąg różnorodnych myśli przelatuje mi przez głowę i formułuję wniosek. Przeważnie trwa to ułamek sekundy, nie więcej. Jest to jednak bardzo męczące i irytujące... Nie ustaje. Nigdy. Moje myśli pędzą z prędkością światła, żeby za chwilę uderzyć w jakiś twardy mur problemu, a wtedy rozszczepiają się na miliardy cząstek i zaczynają robić w mojej głowie jeszcze większy mętlik.
- To... straszne – Miona spojrzała na koleżankę zupełnie inaczej. Zdziwiło ją jednak najbardziej to, jaka była z nią szczera. Na Merlina, przecież niedawno ją uderzyła! - Jaa... Przepraszam, Carmen... Byłam zaślepiona... Nie chciałam... Ja... Nie mogłam. Teraz już wiem, co czujesz, jak ci ciężko. A mimo to mam prośbę. Nauczysz mnie podstaw dedukcji? - Dziewczyna wstrzymała oddech. Gdy tak patrzyła w te karmelowe, głębokie oczy, widziała w nich jednocześnie pewną, opanowaną osobę, a z drugiej strony osamotnioną i bez przyjaciół.
- Wiesz... W sumie, to mogę. Ale musisz być przygotowana, że nie od razu zacznie ci wychodzić. To zajmie dużo czasu. Bardzo dużo czasu.
- Dzięki – Brązowowłosa sama nie wierzyła w to, co robi, ale przytuliła się do niej. Chciała ją jakoś wspomóc psychicznie, wesprzeć. Po chwili coś jej się przypomniało. Machnęła różdżką i twarz Carmen wróciła do normy.
    Po chwili zeszły do Pokoju Wspólnego. Obie czuły się znacznie lepiej. Wyjaśniły sobie wszystko i o to przede wszystkim chodziło.
    Razem z Harrym i Ronem zeszli na błonia. Słońce chyliło się już ku zachodowi. Usiedli pod drzewem nad jeziorem i wpatrywali się w bezchmurne niebo. Było to ich zapewne ostatnie już na długi czas wolne popołudnie i chcieli się nim cieszyć jak najdłużej. Trochę porozmawiali o lekcjach, pośmiali się ze Snape'a i podyskutowali o piątkowych eliminacjach do drużyny Quidditcha. Było już po dziewiętnastej, gdy weszli do Wielkiej Sali na kolację. Szybko zjedli i poszli do Pokoju Wspólnego. Tam wraz z bliźniakami i Ginny przegadali wieczór. Wszyscy byli zmęczeni, więc wcześnie udali się do dormitoriów. Hermiona zdziwiła się, że nie ma jeszcze Lavender i Parvati. Nie widziała ich cały dzień. Ale pewnie świetnie się bawią.
    Tak rozmyślając, przebrała się w piżamę, spakowała na wtorek i położyła do ciepłego łóżka. Od razu zasnęła.
    Tymczasem Carmen również się kładła. Natomiast nie mogła zasnąć. W jej głowie kłębiło się mnóstwo myśli, więcej niż zwykle. Zrobiła to. Obiecała, że nauczy tę dziewczynę dedukcji. Nie wiedziała, czy da radę, ale po raz pierwszy od wielu miesięcy była pozytywnie nastawiona. Ta szkoła zaczęła jej się podobać. Nareszcie ktoś zaczął ją rozumieć, wspierać. Tu było inaczej, lepiej. No i jeszcze Hermiona. Carmen po raz pierwszy spotkała kogoś takiego. Ta dziewczyna była bardzo inteligentna, mogła daleko zajść. No i przytuliła ją. Tak po prostu, z przyjaźni. Pierwszy raz w życiu doświadczyła czegoś takiego. Nigdy nie miała przyjaciół, a teraz pojawiła się taka szansa... Szansa na prawdziwą przyjaciółkę. Szansa na wybawienie od beznadziejności egzystencji. Szansa na lepsze życie.

20.10.12

6. Przemijanie i kapitan

"W świecie pełnym niena­wiści ciągle mu­simy mieć nadzieję.
W świecie pełnym zła, wciąż mu­simy być pełni otuchy.
W świecie pełnym roz­paczy, na­dal mu­simy mieć od­wagę,
by marzyć. W świecie za­nurzo­nym w nieuf­ności,
my ciągle mu­simy mieć siłę, by wierzyć."
- Michael Jackson

    Severus Snape był w złym humorze. Mało tego – gotowało się w nim ze złości. Oczywiście nie dawał tego po sobie poznać – przybierał swoją zwykłą maskę obojętności. Jego męska duma kazała mu ukrywać złość z powodu nowego roku szkolnego. Znowu będzie musiał się męczyć z tymi idiotami! Sprawdzać debilne eseje, pilnować, żeby jakiś gamoń nie spowodował wybuchu kociołka, dyżurować na korytarzu w nocy i odsyłać zbyt mocno zaznajamiających się uczniów do dormitoriów... Przynajmniej mógł odbierać punkty.
    Z zamyślenia wyrwał go szum oklasków. To Dumbledore skończył swoją coroczną przemowę. Nagle na stole pojawiło się mnóstwo najróżniejszych potraw. Mistrz Eliksirów nałożył sobie dużą porcję pieczonego kurczaka z ziemniakami i zabrał się do jedzenia.
    Uporawszy się z udkiem, zaczął wodzić wzrokiem po stołach uczniowskich. Jego wzrok spoczął dłużej na tym Gryffindoru. Kolejny rok męczenia się z Potterem i Weasleyem... Chociaż nie! Nie zdali SUM-ów na Wybitny, więc nie będzie musiał na nich patrzeć co lekcję! Z radości aż miał ochotę zatańczyć taniec zwycięstwa na stole, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Przecież jakby to wyglądało! Owszem, był dobrym tancerzem, lecz nie uśmiechał mu się widok tych wszystkich zdziwionych i rozdziawionych ust osób wpatrujących się w niego. Nie, to zdecydowanie nie był dobry pomysł.
    Tak rozmyślając, wziął się za skrzydełko i jego wzrok powędrował dalej. Zauważył nową i, mimo wszystko, dość ładną dziewczynę siedzącą przy Granger. Tak, na pewno była nowa. Wkładała przecież Tiarę Przydziału. Pewnie kolejna wielce "odważna i bohaterska" dziewucha chcąca uratować świat przed Czarnym Panem. Zapewne teraz Święta Trójca zmieni się na Świętą Czwórkę. Albo Czworo Wspaniałych. Albo Drużynę Czterech... Zaraz, STOP! Za dużo się naoglądał mugolskich filmów!
    Nagle dziewczyna się odwróciła i spojrzała w jego stronę. Poczuł się dziwnie, jego umysł zaczął krzyczeć jeszcze bardziej niż zwykle, myśli zapętliły się w węzeł gordyjski, a puls przyspieszył. Nie wiedział, co się dzieje, ale ani się spostrzegł, a już jego usta cichutko szeptały jedno słowo. Legilimens! Wszystkie wspomnienia zawirowały, w głowie mu zaszumiało i... nic! NIC! Ta szesnastolatka odepchnęła go swoim umysłem! JEGO! Wielkiego Mistrza Eliksirów, Severusa Snape'a, potrójnego szpiega, człowieka, który codziennie oszukiwał myślami samego Czarnego Pana!!!
    Nie miał pojęcia, dlaczego chciał wejść do jej głowy, ale nagle zrozumiał, że oto patrzy na kogoś, kto dorównuje mu umysłem! A może ona też nie może powstrzymać tego ciągłego, nieprzerwanego strumienia myśli, który targał nim przez całe życie i nie pozwalał umysłowi odpocząć? Może też ma to ogromne poczucie beznadziejności egzystencji i idiotyzmu większości ludzi stąpających po świecie? Może...
    Rozważania Severusa przerwał nagły ból. Ból w lewym przedramieniu. Mroczny Znak.
Szyko dokończył jeść i wstał od stołu, po drodze porozumiewawczo zerkając na dyrektora. Później się zastanowi nad tą niewątpliwie ciekawą kwestią.
    Wyszedł na pusty korytarz i dotknął różdżką symbolu swojej wcześniejszej słabości, nienawiści do wszystkiego i wszystkich, a zwłaszcza do Jamesa Pottera, Syriusza Blacka, Remusa Lupina i Petera Pettigrew. To oni go dręczyli i poniżali przez całe siedem lat. To właśnie przez nich zainteresował się czarną magią i zgodził przystąpić do Voldemorta. Zrobili mu z życia piekło, jakby mało mu było w domu. Ojciec alkoholik, a matka... szkoda słów.
    Stał przed mrocznym budynkiem. Szybko wszedł do środka, minął innych Śmierciożerców i przybrał maskę pokory oraz wiecznego oddania. Wnętrze było bardzo ciemne i obskurne. Poszarpane zasłony ledwo przysłaniały ogromne okna, a mimo to wewnątrz panował mrok. Albo po prostu w powietrzu kłębiły się złe plany knute przez Wężą Mordę? Ukląkł przed Tomem Riddlem i głosem pełnym największego uwielbienia, rzekł:
- Panie...
- Wstań, Severusie – dobiegł go złowieszczy syk z góry.
    Bez wahania wykonał polecenie. Wiedział, czym w tym przypadku grozi choć chwila zwłoki czy nieposłuszeństwa.
- Powiedz mi... Co się stało w Expresie Hogwart-Londyn?
- Nie mam pojęcia, panie... Victor miał się tylko rozejrzeć, a nie zatrzymywać pociąg i wąchać szyję Pottera...
- Nie wymawiaj tego nazwiska!!!
- Oczywiście, panie... Jak już mówiłem, nie było w planach, aby go ktoś zauważył!
- Ale zauważył! I co ja teraz poradzę? Przecież potrzebna jest mi ta gromada krwiopijców!
- Można wiedzieć, do czego, panie?
- Wszystko w swoim czasie, Severusie... Wszystko w swoim czasie... A tymczasem masz misję do wykonania! Masz spróbować rozbić Święte Przymierze z Wybrańcem na czele. Skłóć ich. Zrób coś, żeby nie byli wiecznie razem.
- To zaszczyt, mój panie.
- Wiem. Możesz odejść. Niech wszyscy się rozejdą. Ty nie, Bello. Zostań na chwilę.
    Snape szybko się deportował, podobnie jak reszta Śmierciożerców. Została tylko Bellatrix. Stała tam, wpatrując się w Voldemorta z uwielbieniem, z żądzą, z pożądaniem... Jej oczy lśniły z podniecenia niezdrowym blaskiem.
    Riddle podszedł do niej powolnym krokiem, a ona aż zadrżała, gdy zaczął bawić się kosmykiem jej czarnych włosów. Przyłożył swoje usta do jej ucha i cicho wyszeptał:
- Możesz już iść. Pamiętaj o swojej misji...
- Tak, mój panie... - Jej głos wręcz ociekał rozkoszą, jaką powodował dotyk Toma...
    Gdy tylko odsunął się od niej, rzuciła mu ostatnie, tęskne spojrzenie i odeszła.
    Lord Voldemort z lubością rozsiadł się na swoim tronie na podwyższeniu. Spojrzał w kierunku wyjścia. Tak... Bellatrix była bardzo piękna, w dodatku na każde jego zawołanie i czasem się zastanawiał, czy aby sobie nie pozwolić na...
    STOP. Lord Voldemort nie ma uczuć. On nie pożąda, nie kocha. Nie powinien...

***

    Hermiona szła pustym dziedzińcem w stronę sali od transmutacji, gdy nagle ujrzała Harry'ego. Myślała, że chce ją o coś zapytać, o czymś porozmawiać. Ale nie. Podszedł do niej zdecydowanym krokiem. Był blisko. Bardzo blisko. Za blisko? Jak dla niej to mógłby być jeszcze bliżej...
    Położył dłonie na jej biodrach i przysunął do siebie. Nie opierała się. Pragnęła tego, marzyła o tej chwili od dawna... Już ich głowy pochylały się ku sobie, usta były coraz bliżej, wargi wręcz się stykały...
    Nagle rozległ się okropny krzyk. Rozbłysło zielone światło, które ją oślepiło. Usłyszała wrzask bólu Harry'ego. Gdy otworzyła oczy, od razu je zamknęła. Leżał tam, przed nią. Cały we krwi, z pustymi, niewidzącymi oczyma... W dłoni ściskał różdżkę. Uniosła powoli wzrok i zobaczyła to, czego obawiała się jeszcze bardziej. Niepewnie spojrzała w te wąskie, czerwone źrenice i wężowatą twarz. Poczuła, jak Nagini owija się wokół jej nóg. Słabła. Ostatkiem sił wydusiła z siebie:
- Nie dam ci wygrać... Nie zwyciężysz... Nie masz miłości, nie rozumiesz, czym ona jest... Dobro zawsze zwycięży, słyszysz?! Zawsze! Avada...
    Ale nie zdążyła dokończyć, bo padła martwa na ziemię. Lord Voldemort tylko uśmiechnął się szyderczo i dokończył za nią:
- ...Kedavra! Żryj gruz, nędzna szlamo!!!
    I zaśmiał się złowieszczo.
    Wygrał.

***

    Hermiona obudziła się cała zlana potem. Dyszała ciężko i mimo powtarzania, że to tylko zły sen, nie mogła się opanować. W końcu złapała oddech i usiadła na łóżku. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Wdech...
    Spojrzała w stronę okna. Słońce właśnie wschodziło. Rozszczepiało kolory nieba na różowy, pomarańczowy, żółty... Przypomniała jej się tamta chwila w pociągu. Nagle ogarnęła ją niepohamowana złość. Gdyby nie ta głupia dziewczyna (oczywiście nie w kwestii inteligencji, tylko jej... jej... Och, no wiecie, o co chodzi!), to może Harry powiedziałby jej coś ważnego, coś, co zmieniłoby wiele w ich relacji. A ona tak sobie wchodzi bez pardonu i rujnuje atmosferę! Na dodatek ją upokarza i sprawia, że Potter zapomina o całym świecie!
    SPOKÓJ!
    Opanuj się, może ona taka wcale nie jest! A co, jak jest? To będziesz miała cały rok, żeby się na nią wkurzać.
    No, dobra... Może jej przecież dać szansę, prawda?
    Dopiero teraz zauważyła, że Carmen siedzi przy oknie i wpatruje się w horyzont. Nogi miała podciągnięte pod samą szyję, a kolana oplotła dłońmi.
- Cześć, jak się spało? - Spróbowała zagadnąć dziewczynę.
- Szczerze mówiąc, to średnio. - Hermiona nie wiedziała, co odpowiedzieć. - Spójrz na to niebo.
- Patrzę. Jest piękne.
- Owszem, jest piękne, ale się zmienia. Na dodatek nigdy nie przemija. Jest inne niż człowiek. Słońce zachodzi, żeby później z powrotem wzejść, ale tak naprawdę, to świeci zawsze. W innym miejscu na świecie, lecz zawsze. Ma to jakiś większy cel. My natomiast rodzimy się pewnego dnia, wiedziemy życie ograniczające się do bezproduktywnej i szarej codziennej egzystencji, by pewnego dnia po prostu zejść z tego świata i już nigdy nie wrócić. Nigdy. Chociaż zapewne ma to jakiś głębszy sens, musi mieć. Po cóż w takim razie warto byłoby żyć? Po coś trzeba żyć, trzeba coś robić, bo inaczej człowiek zwariuje! - Nawet nie zauważyła, że dziewczyna trzymała ją za ramiona i lekko potrząsała, patrząc przy tym niewidzącym wzrokiem w ścianę za burzą brązowych loków. - Ty to wiesz i ja to wiem, ale czy oni wiedzą?
- Nie wiem, nie sądzę...
- Aha! - Carmen poderwała się szybko. - O nie, znowu to samo. Musisz się przyzwyczaić. Czasami mówię bardzo dużo, aż robią się z tego filozoficzne wywody, a czasem bywa tak, że całymi dniami siedzę zamyślona i się nie odzywam. Nie jestem wtedy obrażona, po prostu tak mam.
- Nie szkodzi. Każdy ma swoje dziwactwa, prawda?
    Brown tylko wzruszyła ramionami. Hermiona umyła się i ubrała, a potem zaczęła budzić Parvati i Lavender.
- Jeszcze tylko chwileczkę...
- Sekundkę chociaż, małą chwilkę...
- Nie ma mowy! - Zagrzmiała brunetka i zaklęciem ściągnęła im kołdry. - Dzisiaj pierwszy dzień szkoły, musicie wcześniej wstać. Och, ruszajcie się, no! Dobra, same tego chciałyście... Aguamenti!
    Nastolatki poderwały się jak oparzone. A właściwie to jak pomoczone. Woda skutecznie przepędziła im resztki snu i teraz tylko patrzyły naburmuszone na Mionę i Carmen, które nie mogły powstrzymać śmiechu.
- To nie jest zabawne – fuknęła, udając obrażoną, Patil.
- Ależ jest – powiedziała, w pauzie pomiędzy kolejnymi wybuchami chichotu, Granger. - To jest... haha... bardzo... haha... zabawne... HAHAHA!!!
    Teraz już wszystkie zwijały się na podłodze. Po pięciu minutach, gdy już rozbolały je brzuchy, postanowiły się pozbierać.
    Hermiona zeszła z Carmen do Pokoju Wspólnego. Tam już czekali na nich Harry, Ron, Fred, George i Ginny. Przywitały się i już mieli wychodzić, kiedy nagle zapanowało głębokie poruszenie. Na tablicy ogłoszeń widniała bowiem kartka:

Informuję, że w tym roku kapitanem drużyny
Quidditcha został pan Harry Potter.
Natomiast przesłuchania do szkolnej reprezentacji
Gryfonów odbędą się w ten piątek
o godzinie siedemnastej na szkolnym boisku.
Własna miotła nie jest wymagana, jednak mile widziana.

 Profesor Minerwa McGonagall


- Gratulacje, Harry! - Wszyscy rzucili się na niego i życzyli jak najlepiej.
- Ale przyjmiesz nas do drużyny, co? - Bliźniacy wyszczerzyli zęby w uśmiechu.
- Dajcie mu spokój, przecież musicie najpierw być najlepsi – skarciła ich Hermiona.
- A kto powiedział, że nie jesteśmy? - Fred i George wydawali się być zdziwieni, że nie wie, jakimi są cudownymi pałkarzami. Brunetka natomiast tylko wywróciła oczami i zaciągnęła ich do przejścia pod portretem.
    Korytarze były pełne uczniów, zarówno tych starszych, jak i zdezorientowanych i trochę przerażonych pierwszorocznych.
- My naprawdę byliśmy kiedyś tacy mali? - Zapytał ze zdumieniem Ron.
- Trudno uwierzyć, prawda? - Harry uśmiechnął się do niego smutno. - Jak ten czas szybko zleciał.
- To prawda, ale pamiętaj, że trzeba iść cały czas do przodu i nie oglądać się na przeszłość – podsumowała Ginny. - A teraz chodźcie już w końcu na śniadanie! Padam z głodu.
    Przytaknęli i wkroczyli do Wielkiej Sali. Usiedli przy stole na swoich stałych miejscach i zaczęli jeść. W trakcie śniadania profesor McGonagall rozdawała im plany lekcji. Hermiona spojrzała na swój i cicho zaklęła. Dwie godziny eliksirów ze Ślizgonami! Nie zapowiadało się dobrze. Potem co prawda miała być obrona przed czarną magią i zielarstwo, ale i tak była wkurzona. Natomiast Harry i Ron patrzyli ze zdziwieniem i rozdziawionymi ustami na swoje rozkłady zajęć. Dziewczyna natychmiast ich zapytała:
- Co się tak gapicie? Coś nie tak?
- No raczej! Mamy eliksiry! - Wybuchnął skonsternowany Weasley.
- Jak to?! Przecież nie dostaliście Wybitnych na SUM-ach...
- Nie dostali, panno Granger, to prawda – potwierdziła opiekunka Gryfonów. - Ale profesor Dumbledore stwierdził, że dla pana Pottera i jego przyjaciół eliksiry to priorytet, jeśli mamy pokonać Voldemorta. No i dzięki temu możecie pomyśleć o zostaniu aurorami.
- Profesor Snape już wie? - Harry skrzywił się wymawiając to nazwisko. Nienawidzili się wzajemnie. Mimo wszystko chłopak cieszył się nową nadzieją na zdobycie wymarzonego zawodu.
- Zaraz go poinformuję. Coś mi się wydaje, że nie będzie zachwycony, ale musi uszanować i zaakceptować decyzję dyrektora. – Minerwa uśmiechnęła się na myśl szału, w jaki wpadnie Severus, i jego wyrazu twarzy, gdy dowie się o kolejnych lekcjach z Wybrańcem.
    Przyjaciele w spokoju dokończyli śniadanie. Przez cały ten czas Carmen nie odezwała się ani słowem, chociaż starali się ją trochę zagadać. Nic. Tylko dłubała widelcem w swoim talerzu z jajecznicą.
    Wstali od stołu i ruszyli w stronę lochów. Na miejscu było już trochę ludzi, w tym Malfoy ze swoją obstawą. Całe szczęście, że Ginny miała lekcje gdzie indziej, bo mogłaby dostać wytrzeszczu. Draco miał nieskazitelnie białe zęby, głębokie oczy i starannie ułożone blond włosy. Ubrany był w gustowną czarną koszulę i szmaragdowy krawat oraz nową, również czarną, szatę. Odgarnął dłonią grzywkę i zwrócił się do Hermiony najbardziej pogardliwym tonem, na jaki było go stać. A stać go było na bardzo wiele.
- Ej, Granger, co się tak na mnie gapisz? Chcesz zobaczyć, jak wygląda prawdziwy czarodziej?
- Nie, Malfoy. W przeciwieństwie do ciebie, JA wiem, że czarodziej powinien umieć się wyrażać. A i jeszcze nie mieć rodziców Śmierciożerców.
- Oni przynajmniej nie są nędznymi mugolami, wredna szlamo!
- Racja. Mają lepiej. W końcu są podnóżkami Voldemorta, to chyba o wiele lepsze zajęcie...
    Ale nie dokończyła, bo właśnie wyczuła, że ktoś za nią stoi. Cholera! Snape zgromił ją wzrokiem i odjął Gryffindorowi piętnaście punktów. Nie pomogły tłumaczenia – przyzwyczaiła się już.
Mistrz Eliksirów był zdecydowanie nie w humorze. Ruchem ręki wpuścił ich do środka i warknął coś o siadaniu. Wszyscy go posłuchali. Wiedzieli, czym w takim wypadku kończy się choć chwila nieposłuszeństwa. Szybko się rozpakowali i obserwowali, jak ich nauczyciel się o coś wścieka i przechodzi przez ciężkie, czarne drzwi do gabinetu. Tak, to będą zdecydowanie ciekawe dwie godziny...
Harry Potter - Book And Scroll