Harry Potter - Book And Scroll

24.12.15

67. Pamiętaj

"You took my hand, you tied my arms
You stole my heart with no alarm
I still think I'm the man for you
I've got the chills, they're multiplying
Let's make a deal, I hope you're buying
Into this dream I made for you
And now I'm telling you

I just can't get enough of you
And a smell of your perfume
Makes me do things I thought I'd never do
You've start a something new
You know that I'd be good for you"
- We Are The Ocean, "Good for You"



     Carmen wstała ociężale z łóżka z przemożnym przekonaniem, że ten dzień zdecydowanie nie będzie należał do jej ulubionych. W zasadzie to doszła do wniosku, że będzie nieźle jeśli go przynajmniej przeżyje. Rzuciła okiem na puste łóżko Hermiony – widocznie wstała wcześniej. Car nie wiedziała, co jej przyjaciółka zamierza teraz zrobić w stosunku do Pottera, ale była dobrej myśli. Wszystko jest lepsze od bycia z tym paskudnym wampirem, ba! – przebywania z nim w jednym pomieszczeniu. Budynku. Kraju.
     Wiedziała jednak, że przepowiednia najwyraźniej musi być prawdziwa, w końcu kilka jej elementów już się sprawdziło. Brown może nie pokładała w niej wielkich nadziei, ale miała pewność, że przeznaczenie zrobi swoje. Zupełnie jak w jej wypadku.
     Po doprowadzeniu się do względnego porządku, dowlokła się do Pokoju Wspólnego, a potem schodami do Wielkiej Sali. Gdy siadała przy stole Gryffindoru, Harry i Hermiona już tam byli, dokładnie tak, jak to przewidziała.
     Nie przewidziała natomiast, że jej pojawienie się nie wywoła żadnej reakcji. Rozmawiali, śmiali się i wpatrywali w siebie, jakby świata poza nimi nie było. Widać sami nie wiedzieli jaka jest między nimi relacja, bo przyjaciele na pewno się tak nie zachowują. Carmen ostentacyjnie usiadła obok Hermiony, a ciężką torbę rzuciła na podłogę. Huk przyborów szkolnych sprawił, że dziewczyna poderwała się z ławki jak oparzona i z wyrzutem popatrzyła na sprawczynię. Gdy zorientowała się, czyja to sprawka, jej mina złagodniała. Przyzwyczaiła się.
- Car, mi też miło cię widzieć – powiedziała.
- Czy ja coś takiego mówiłam? – Brown uniosła brew i zaczęła nakładać sobie jajecznicę.
- Pewnie. Cała twoja osoba aż krzyczy, jak bardzo mnie kocha.
- Nie przeginaj.
- Skądże znowu – odparła Hermiona i zwróciła się do Harry’ego: - To jak w końcu z…
     Carmen stwierdziła, że nie warto tego słuchać i skupiła się na czymś przyjemniejszym. Jej wzrok mimochodem powędrował w stronę stołu nauczycielskiego. Szybko odnalazła ubraną na czarno postać, która akurat uniosła wzrok, aby na nią spojrzeć. Uśmiechnęła się lekko i skupiła na śniadaniu. Miała jednak problem, aby odciąć się od głosu Hermiony.
- …i mówię ci, Harry, że wyglądałbyś świetnie w tej szacie, którą widziałam wtedy w Paryżu! Była jak na ciebie szyta.
- Jeśli tak uważasz, to na pewno tak by było. Tobie jest ładnie nawet w mugolskich ubraniach, ja widocznie potrzebuję czegoś z wyższej półki – odpowiedział i lekko się zaśmiał. Carmen czuła, jak zaczyna ją mdlić.
- Daj spokój, przecież wiesz, że to nieprawda. Po prostu uważam, że w tamtej byś wyglądał jeszcze lepiej niż normalnie. Pasowałaby ci do oczu.
- Wolałbym, żeby pasowała do twoich oczu. Są zdecydowanie ładniejsze. – Odstawił filiżankę z herbatą i wpatrywał się w dziewczynę intensywnie. Z wzajemnością.
- A ja myślę, że…
- Na wąsy Merlina, wynajmijcie sobie pokój! – rzuciła w ich stronę wkurzona Car. Spojrzeli na nią ze zdziwieniem. – Ludzie tu próbują jeść, a mi się zbiera na wymioty przez to wasze gadanie. Nie wiecie, że duża ilość cukru w diecie szkodzi?
- Jakby cię to obchodziło… - zauważyła Hermiona.
- Nie zmieniaj tematu. Mówimy, dobra, ja mówię tu teraz o waszym gadaniu, a nie o wartości odżywczej węglowodanów. Rany, nawet jak byliście parą, to mniej mnie wkurzaliście. – Nie wiedzieli, co na to odpowiedzieć. – Mam pomysł: pomińcie ten cały głupi etap dogadywania się, uśmieszków i innych takich i od razu idźcie ze sobą do łóżka. Oszczędność czasu i mojego żołądka.
- Carmen! – wrzasnęła Hermiona, była cała cała czerwona na twarzy.
- Możesz sobie mówić, co chcesz, ale wiemy, jaka jest prawda i do czego to wszystko prowadzi…
- Jak możesz tak mówić? Po tym wszystkim, co mi powiedziałaś o Sn… O tym, że się w końcu zakochałaś, twierdzisz, że… Nie, nie mogę tego słuchać. Chodź, Harry, porozmawiamy jeszcze po drodze na Transmutację. – Wstali i ruszyli w stronę wyjścia. Hermiona dodała jeszcze: - Przyjdź jak ochłoniesz, ewentualnie dorośniesz.
     Zostawili ją samą, ale w tym samym momencie straciła apetyt. Z niesmakiem odsunęła od siebie talerzyk z resztką sałatki i zerknęła w lewo. Ron właśnie kłócił się o coś z bliźniakami, wymachując najnowszym numerem Proroka Codziennego. Nawet nie zauważył, że jego przyjaciele już wyszli.
     Car przysunęła się w ich stronę i zaczęła słuchać. A nuż mają w końcu coś ciekawego do powiedzenia?
- Zrozum, że to na pewno nic wielkiego – tłumaczył Fred.
- Właśnie, piorun i zaklęcie nigdy nie uderza dwa razy w to samo miejsce – przytaknął George.
- Mówię wam, że Sami-Wiecie-Kto za tym stoi. Co z tego, że to było znowu w Paryżu? On jest tak porąbany, że pewnie nawet się nie zorientował.
- I tu się mylisz – zaprotestowali razem.
- Sam-Wiesz-Kto na pewno jest niezrównoważony psychicznie…
- …ale nie głupi, na pewno nie tak bardzo. Zresztą mówimy tu o włamaniu do…
- …Ministerstwa Magii. Nic nie skradziono, nikt nic nie wie, w Proroku dali jedynie małą wzmiankę o tym na stronie piętnastej.
- Myślcie sobie jak chcecie. Ale powiem wam, co napisał do mnie tata: to nie był przypadek ani sprawka kogoś innego. To Ten, Którego Imienia Nie Wymawiamy i się o tym przekonacie – twierdził Ron.
- Wiesz, to nie musi być od razu najgorsze – zauważył George. – Zresztą plotki… sam wiesz, jakie są plotki.
- Nie można w nie wierzyć, potwierdził Fred.
- Jak sobie chcecie. – Ron wzruszył ramionami, zwinął gazetę w rulon i poszedł w stronę wyjścia.
     Car dogoniła go na korytarzu. Nie przepadała za nim, ale coś nie dawało jej spokoju.
- Zaraz, mówiłeś o Paryżu i tamtejszym Ministerstwie? Co się stało? – zapytała prosto z mostu.
- Podsłuchiwałaś?
- Daj spokój, byłeś tak głośno, że pewnie w lochach cię słyszeli. Mów – nalegała Car.
- O, nagle na czymś ci zależy? Ciekawe – rzucił i ruszył dalej. Po dwóch krokach drogę zastąpiło mu uosobienie wścibstwa w szkolnej szacie i z brązowymi włosami.
- Nie prowokuj mnie – powiedziała, mrużąc lekko oczy.
- Naprawdę ciekawe. – Omiótł ją wzrokiem i uśmiechnął się półgębkiem. – Poproś.
- Przestań, to bez sensu. Powiedz mi co chcę wiedzieć i znowu będziemy mogli się ignorować przez miesiąc.
- Widać tak bardzo ci nie zależy. – Założył ręce na piersiach, a na twarzy miał cierpiętniczą minę.
- Dobra, niech ci będzie. Prszee – wymamrotała.
- Co? Nie dosłyszałem? – Nadstawił głowę w jej stronę i było widać, że świetnie się bawi.
- Proszę – powiedziała głośno i wyraźnie. Ten dzień naprawdę nie może być gorszy.
     Jak bardzo się myliła.
- Można? Można. Co chcesz wiedzieć?
- Przede wszystkim o co chodzi z tym… atakiem? Nie wiem jak to nazwać, nie znam szczegółów. Podaj mi je.
- Eee… No dobra. – Podrapał się po głowie i akurat wtedy zadzwonił dzwonek. – Ups, chyba dopiero za godzinę się wszystkiego dowiesz i…
- Jak się spóźnisz pięć minut, to świat nie runie.
- Owszem, runie, bo mamy Transmutację. McGonagall przerobi nas na żwirek dla swojej kociej postaci.
- Jak ty wszystko utrudniasz! – Car przewróciła oczami. – Już dawno byś mi wszystko opowiedział, gdybyś nie marudził.
- Może. W skrócie: ktoś się włamał do Ministerstwa Magii w Paryżu, nic nie zginęło, nikt nic nie widział. Tata jednak mówi, że zna tam jednego strażnika, który podobno widział jeden raport z cel więziennych. Uciekł więzień, jakiś Śmierciożerca.
     Serce Carmen zaczęło bić mocniej.
- A pamiętasz może, jak on się nazywa?
- Caroll… Nie, inaczej. Coś jak ten piosenkarz, Frank Ser… Si… Sinatra!
- Istnieje Śmierciożerca o nazwisku Sinatra? – zapytała z rozbawieniem Carmen.
- Nie, to ten jego zawód… Singer. Ten, co uciekł, tak się nazywał. Imienia nie pamiętam i naprawdę już muszę lecieć. Ty też powinnaś.
     Gryfonka tylko machnęła ręką. Nie mogła w to uwierzyć – aurorzy go schwytali, mieli go, a tu ucieczka… Ktoś mu pomógł, to jasne, ale raczej już się nie dowie kto. Marne były szanse, że po drodze coś mu się stało, więc znowu musi się liczyć z możliwością ataku z jego strony. A robiło się już tak przyjemnie.
     Najbardziej ją jednak martwiło, że Voldemort faktycznie wysłał kogoś, aby uratował Jacka. Czyżby był aż tak ważny? Spodziewała się, że stoi raczej na dole hierarchii, w końcu był dość „świeżym” nabytkiem. Kolejna niespodzianka. Nienawidziła niespodzianek, nie cierpiała faktu, że może nie mieć nad czymś kontroli.
     Poszła do lochów. Wiedziała, że Snape ma teraz dwie godziny zajęć, potem przerwę i kolejne lekcje, ale chciała go chociaż zobaczyć. Może Hermiona miała rację? Faktycznie trochę na nich naskoczyła, ale taka była prawda: ciągnęło ich do siebie i chyba każdy wiedział, jak to się skończy. Każdy oprócz nich.
     Stanęła pod drzwiami do jego klasy i nasłuchiwała przez chwilę. Dość wyraźnie słyszała jego głęboki głos, który był muzyką dla jej uszu. Westchnęła ciężko i poszła kawałek dalej, do drzwi prowadzących do jego gabinetu i części mieszkalnej. Weszła do środka bez problemu, co ją zdziwiło, bo wiedziała, że stosował mocne zaklęcia, aby niepowołani nie mogli zakłócić mu spokoju. Uśmiechnęła się pod nosem – zmieniła zabezpieczenia specjalnie dla niej!
     Usiadła na swoim ulubionym fotelu, torba wylądowała na podłodze. Przywołała sobie z zamkowej kuchni gorącą czekoladę, oparła głowę o zagłówek i przymknęła oczy. Zasnęła.
     Zobaczyła bardzo piękną kobietę wynurzającą się z morskiej piany. Świecące słońce rozświetlało pasma jej złocistych włosów. Spojrzała w jej stronę i posłała promienny uśmiech. Car pomachała w jej stronę, lecz kobieta zniknęła. Sekundę później pojawiła się tuż przed nią, ubrana w śnieżnobiałą togę. Położyła jej dłoń na ramieniu i powiedziała:
- Pamiętaj o przepowiedni. Nie wszystko pisane wierszem to metafora, Hermiono.
     Car cofnęła się o krok do tyłu, spojrzała na swoje dłonie i resztę ciała. Do ręki wzięła włosy i zamarła. Były kręcone i na pewno nie jej.
     Obudziła się z cichym okrzykiem. Dopiero po chwili zorientowała się, że to był tylko sen, wcale nie jest Hermioną, siedzi w lochach, a tuż obok niej stoi wysoki mężczyzna, który budził postrach wśród uczniów. Zerknęła na czekoladę, którą postawiła na stoliku – zdecydowanie nie była już gorąca.
- Co tu robisz? – zapytała głupio.
- To raczej ja powinienem zadać to pytanie – odparł, a na jego ustach wykwitł złośliwy uśmiech. Chcąc, nie chcąc, przytaknęła mu.
- Chciałam cię o coś zapytać… To prawda, że Singer uciekł z aresztu?
- Zgadza się. Również chciałem z tobą o tym porozmawiać, jednak mnie wyprzedziłaś.
- Cóż, w zasadzie… - Wstała z fotela i podeszła bliżej niego. – Nie ma tu za bardzo o czym rozmawiać. Po prostu nie wiedziałam, że jest aż tak ważny.
- Mówiłem, że to pupilek Bellatrix. Mnie raczej nie możesz oskarżyć o przesadzanie.
- Nie, skądże. Tylko jak cię boli choćby palec, to krzyczysz, jakbyś umierał. W zasadzie to dużo krzyczysz – zauważyła.
- Ty też – odparł, znowu z wrednym uśmiechem.
     Zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go. Przycisnął ją mocno do siebie, jego dłonie gładziły jej biodra, przesuwając się powoli na plecy. Carmen mruknęła, a jej palce powędrowały do zapięcia jego szaty.
- Długą masz tą przerwę? – wyszeptała mu do ucha, po czym ugryzła lekko jego płatek ucha.
- Wystarczającą – zapewnił.
     Zrobili parę kroków i wylądowali na kanapie. Car poduszka się wpijała w plecy, ale nie dbała o to. Liczył się tylko on i to, co do niego czuła. Może Hermiona faktycznie miała rację? Chodziło o coś więcej?
     Gdy patrzyła w jego ciemne oczy, które aż błagały o jej uwagę, przyznała jej rację.

***

     Znajdował się w zakurzonym pomieszczeniu na jakimś poddaszu. Poznawał to miejsce, kiedyś mógł je właściwie nazywać domem. Na skośnym suficie widniało okno, przez które widać było pogrążony w ciemności Londyn. W ręku trzymał brzytwę; wytarł ją o ścierkę i starannie odłożył do szkatułki. Gdy uniósł głowę, dostrzegł swoje odbicie w lustrze: ciemne włosy z przecinającym je białym pasmem, na co nic  nie mógł poradzić. Stara koszula i przetarta kurtka marynarska. Gdy ją zdjął, na rękawach zobaczył plamy krwi. Była już zaschnięta, ale wiedział, że należała do jego ofiary, którą trzeba będzie pochować. Albo wymyślić coś innego.
     Zaskrzypiały drzwi i do pokoju weszła kobieta, którą jako jedyną mógł nazwać swoją przyjaciółką. Kręcone włosy, ostre rysy twarzy, piękne oczy… Nellie była dobrą osobą, nie tak jak on. No dobrze, trochę skrzywiło ją życie, ale czuł do niej sympatię. Dlatego wściekał się za każdym razem, gdy zwrócił się do niej opryskliwie. Czasem nerwy go ponosiły, nic na to nie mógł poradzić.
- Panie T… - odezwała się cicho, trochę przestraszona. W każdej chwili mógł na nią naskoczyć, a mężczyzny z brzytwami lepiej nie lekceważyć.
- Pani Lovett, nie musi się pani mnie obawiać. Przecież jesteśmy tylko my dwoje przeciwko światu.
     W odpowiedzi na jego słowa położyła mu rękę na ramieniu. Lekko się wzdrygnął, ale nic poza tym. Może jedynie jego oddech lekko przyspieszył. Powoli go okrążała, aż znaleźli się twarzą w twarz. Jej oczy płonęły.
- Cieszę się, że tak uważasz… - powiedziała. – A co do… ciała – wskazała ciężką skrzynię w rogu pokoju – to coś wymyślimy. Razem.
     Jego usta zacisnęły się w wąską linię. Czuł przytłaczający zapach jej perfum, aż kręciło mu się w głowie. Wiedział, że jej się podoba, ale jakim byłby człowiekiem, gdyby to wykorzystał?
     Nie doczekawszy się żadnej reakcji, kobieta spuściła wzrok. Słyszał stukot jej obcasów, gdy kierowała się w stronę wyjścia. Stanęła w drzwiach.
- Dobranoc – rzekła.
     Powoli obrócił się w jej stronę. Stanowczym krokiem zbliżył się do niej. Ujął jej twarz w dłonie, spojrzał głęboko w oczy i musnął ustami jej wargi. Zrobiło mu się gorąco, ale powiedział tylko:
- Dobranoc, pani Lovett. – I zamknął drzwi, zostawiając zdumioną kobietę na zewnątrz.
     Barnabas obudził się z mocnego snu i wpatrzył w wieko trumny. Gdy pozbierał myśli, już wiedział, co powinien zrobić.

     Pamiętał.

7.11.15

66. Jeden dzień z życia Barnabasa C.

“Got a big plan, this mindset maybe its right
At the right place and right time, maybe tonight
And the whisper or handshake sending a sign
Wanna make out and kiss hard, wait nevermind

Late night, in passing, mention it flipped her
best friend, it's no thing, maybe it slipped
but the slip turns to terror and the crush to like
when she walked in he froze up, leave it to fright”



            Otworzył oczy i jak zwykle zobaczył tylko nieprzeniknioną czerń. Każdy inny na jego miejscu by się przeraził, lecz nie on. Dla niego to była codzienność.
            Na skinienie dłoni ciężkie wieko otwarło się, a ze starej trumny wyłonił się on – trochę rozczochrany i zaspany wampir. Ziewnął przeciągle, rozprostował kości i uśmiechnął się na myśl o czekającym go dniu. Dużo pracy, ale nie aż tak nieprzyjemnej.
            Wyszedł ze swojego legowiska i starannie domknął drzwiczki – w końcu ostatnim, czego chciał, to zakurzona poduszka. Po drodze do łazienki minął zwłoki swojej wczorajszej kolacji. Nawet nie spojrzał na tę drobną blondynkę, obecnie pozbawioną słodkiej krwi. Nie musiał się nią przejmować – pani Evers jak zwykle wszystkim się zajmie. Jednym z atutów mieszkania w jego starej rezydencji była służba, która umiała dobrze posprzątać i jednocześnie zachować dyskrecję.

Either way he wanted her and this was bad
He wanted to do things to her it was making him crazy
Now a little crush turned into a like
And now he wants to grab her by the hair and tell her

            Gdy już założył swoją ulubioną koszulę i kamizelkę, a pod szyją zawiązał jedwabną apaszkę, zajrzał do kuchni. Czuł, jak paliło go pragnienie – całe szczęście w lodówce uchowała się jeszcze jedna szklana butelka z ciemnoczerwonym płynem (i bynajmniej nie był to sos pomidorowy). Już po chwili Barnabas ocierał usta z resztek krwi. Od razu lepiej. Teraz czas działać.
            Jego pierwszym krokiem było teleportowanie się do Francji. Aby nie zwracać na siebie szczególnej uwagi, pojawił się dwa kilometry od miejsca przeznaczenia. Zamarł na moment, aby wciągnąć do płuc mroźne powietrze. Teraz musi się skupić.
            Za najbliższym rogiem przybrał postać nietoperza. Wzbił się dość wysoko i obserwował pod sobą Paryż, który tętnił życiem. Kochał to miasto i wielka szkoda, że nie mógł w nim zostać dłużej. Przypomniał mu się ostatni raz, kiedy tu był. Wraz z tym wspomnieniem, w jego umyśle wypłynął obraz Hermiony. Odrobinę żal mu było, że przemienił ją i zostawił, ale z drugiej strony to było jego zadanie. Liczyła się przede wszystkim służba Czarnemu Panu, reszta była drugorzędna. Szkoda, bo polubił tę dziewczynę, miała potencjał. Jeśli w ogóle przeżyła przemianę, to musi teraz strasznie cierpieć.
            Wylądował w wąskiej uliczce, blisko centrum. Z powrotem przyjął swoją dostojną postać i jak gdyby nigdy nic, dołączył do tłumu na głównej ulicy. W trzy minuty doszedł do pubu „Le Chien”. Otworzył drzwi, przeszedł przez salę i bezceremonialnie przeszedł na zaplecze. Zdziwiony właściciel zdołał tylko wykrztusić:
- Monsieur, tu nie wolno! Nie jest pan pracownikiem Mini…
            Nie zdążył dokończyć, ponieważ Avada Kedavra zamknęła mu usta.
            Tymczasem wampir, nie tracąc czasu, skręcił w lewo i natknął się na ogromny kocioł. Wszedł do środka i mimo swoich sporych rozmiarów, gdy przykucnął w ogóle z niego nie wystawał. Po chwili jakby z wnętrza ziemi dobiegł go cichy, kobiecy głos:
- Jazda do dołu. Francuski oddział Ministerstwa Magii życzy miłego dnia. Proszę się nie trzymać.
            Gdy tylko rozbrzmiało ostatnie słowo, Barnabas poczuł jak dno kociołka zanika, a on sam spada w dół. Był na to przygotowany, jednak i tak jazda nie była zbyt przyjemna. Gdy po pełnej minucie wyleciał z szybu w suficie i wylądował na stosie materacy, był nieźle poobijany.
            Mając się na baczności, wytężył wszystkie zmysły. Zerwał się na nogi, jednak nikogo innego w pomieszczeniu nie wyczuł. Pokój miał może szesnaście metrów kwadratowych. Wyjął różdżkę i przeszedł przez żółte drzwi w rogu.
            Trafił na sporych rozmiarów korytarz. Mijali go czarodzieje pędzący w różnych kierunkach i nikt specjalnie nie zwracał na niego uwagi. Cóż, widać tu mieli znacznie luźniejsze podejście do bezpieczeństwa niż w Anglii. Ach, ci Francuzi – ich strata. Przechodził przez labirynt schodów, przedsionków, pokoi i innych dziwnych rozmiarów pomieszczeń, aż w końcu natrafił na żelazne kraty i wartownika blokującego dalszą drogę.
- Nazwisko, monsieur? – zapytał czarodziej.
- Dracula. Może by też Collins, nie jestem wybredny – powiedział z szerokim uśmiechem. Patrzył jak twarz strażnika tężeje ze strachu. Mężczyzna wydawał się zupełnie sparaliżowany, gdy Barnabas ukazał mu swoje błyszczące kły. Chwilę później wgryzł się w jego szyję, a po siedmiu sekundach odrzucił od siebie pozbawione krwi zwłoki. Machnięcie różdżki wystarczyło, aby otworzyć wejście do podziemi.
            Jego kroki odbijały się echem od wyłożonej kamieniem klatki schodowej. Właściwie zdziwił się, że nie przypomina to katakumb, czyli jego ulubionego miejsca w Paryżu. Po drodze zabił jeszcze ośmiu strażników. Gdy dotarł do cel, więźniowie zaczęli wyciągać ręce w jego stronę i błagać o uwolnienie. Odsunął się od nich ze wstrętem i szukał dalej. W końcu jakoś w połowie korytarza, gdzie mieścili się najgorsi przestępcy, znalazł tę osobę, której szukał.
- Wybacz, przyjacielu, że tak długo, ale Francuzi mają naprawdę przepyszną krew – powiedział wampir i błysnął kłami.
            Tymczasem postać leżąca do tej pory bezmyślnie na wąskiej pryczy, zerwała się na nogi i przybliżyła do krat. W tych oczach dało się dostrzec cień obłędu.
- Barnie, jak miło! Myślałem już, że się nie doczekam.
            Innych więźniów dobiegł odgłos giętej stali i rzucanych zaklęć. Doszło do tego też wycie alarmu.
- Nie mamy dużo czasu, Jacku. Jak tylko stąd wyjdziemy, musimy się teleportować – mówił Collins. – Dasz radę to zrobić czy za bardzo cię osłabili?
- Nie wierzę, że rzeczywiście to mówisz. Kogo jak kogo, ale mnie nie da się tak szybko złamać. Masz dla mnie różdżkę? – zapytał Singer. Jego rozmówca pokręcił głową.
- Przykro mi, ale musisz zaczekać, aż dotrzemy do Kwatery Głównej. Rossier jakimś cudem ją zdobył i czeka na ciebie. A teraz już nie traćmy czasu.
            Barnabas złapał Jacka za ramię i wyciągnął z celi. Zauważył, że drogę powrotną miał odciętą, ale odmówił sobie przyjemności zabicia kolejnych ofiar. Nie w sytuacji, gdy jest za kogoś odpowiedzialny. Singer w tym czasie zdążył posłać kilku więźniom pogardliwe spojrzenie. Wampir zauważył, że chłopak dorobił się paru blizn na twarzy i dłoniach. Później zapyta, co się stało.
            Pognali w głąb korytarza, nawet nie oglądając się za siebie. Po kilku zakrętach napotkali schody prowadzące jeszcze bardziej w dół, tym razem niestrzeżone. Szybko pokonali kilkanaście stopni, z konieczności zabili aurorkę, która stała na samym dole i pchnęli ciężkie drzwi z klamką tylko z jednej strony. Znaleźli się w ciemnych tunelach, a ryczący dotąd w ich uszach alarm ucichł.
- Gdzie jesteśmy? Wiesz, jak stąd wyjść? – Jack rozglądał się na wszystkie strony, chociaż za wiele nie widział.
- Nie muszę. Ważne, że jesteśmy już poza terenem Ministerstwa, czyli możemy bez przeszkód się teleportować. Przygotuj się – nakazał Barnabas. Chwycił Jacka za ramię, w myślach jednak postanowił, że kiedyś zwiedzi dokładniej to miejsce.
            Jedno mocne szarpnięcie później byli już w Anglii.

***
“Then he walked up and told her,
Thinking maybe it'd passed
And they talked and looked away a lot, doing the dance
Her hand brushed up against his, she left it there
Told him how she felt and then they locked in a stare”

            Chmury wisiały ciężko na niebie, a powietrze przesycał aromat deszczu. Dwóch Śmierciożerców pozbawionych swoich wyjściowych szat pojawiło się znikąd przed ich stałym miejscem spotkań. Po wejściu do środka zostali od razu skierowani przed oblicze Toma Riddle’a. Ten pochwalił ich za udaną akcję i ponowne zasianie strachu w sercach ludzi. Jacka odesłał do swoich kwater, aby doprowadził się do porządku, natomiast z Barnabasem wolał porozmawiać na osobności.
- Coś nie tak, mój panie? – zapytał Collins, chociaż bardzo w to wątpił. Szkolenie całej armii szło perfekcyjnie, on też się spisał, więc nie miał najmniejszych powodów do obaw.
- Doskonale wiesz, że nie, Barnabasie – odparł chłodno Voldemort. – Nie wiem jednak, czy pamiętasz, o czym rozmawialiśmy pod koniec zeszłego roku. – Collins uniósł w zdziwieniu brwi. – Tak też myślałem. Masz sporo na głowie, więc mogłeś zapomnieć, jednakże… Coś mi obiecałeś i dzisiaj najwyższa pora, aby zaczął dotrzymywać danego słowa. Idź do laboratorium, doktor Hoffman się tobą doskonale zaopiekuje – rzucił zdawkowo Czarny Pan, gestem dłoni popędzając wampira.
            Powoli zaczynało do niego docierać. No tak, jak mógł zapomnieć… Trochę się zdenerwował, jednak obraz lekarki, który stanął mu przed oczami, łagodził jego nastawienie. Zmęczenie dawało już o sobie znać, lecz postanowił je zignorować dla dobra sprawy. Wszedł do pomieszczenia pachnącego środkami chemicznymi i zastygł w bezruchu.

"I want to hold you close
Skin pressed against me tight
Lie still, and close your eyes girl
So lovely, it feels so right”



            Wyglądała dokładnie tak, jak zapamiętał. Rude włosy sięgające ramion i okulary w cieniutkiej oprawce zsunięte na sam czubek nosa. Właśnie robiła coś przy jednym ze stołów, więc go nie zauważyła. Przez chwilę wpatrywał się w nią, po czym lekko odchrząknął. Kobieta podskoczyła z nerwów i upuściła jedną ze szklanych fiolek. Trzęsły jej się ręce.
- Przepraszam, nie wiedziałem, że tak się pani przestraszy, Julio – powiedział aksamitnym głosem i powoli do niej podszedł.
- N-nic nie szkodzi. I mówiłam już, że wystarczy mi mówić po imieniu – posłała mu lekki uśmiech, zażenowana. Po zapadnięciu dość krępującej ciszy, wampir zapytał:
- To dzisiaj robimy już tę transfuzję czy tylko mnie przygotujesz psychicznie, Julio? – Szczególnie zaakcentował jej imię, ona jednak nie dała zbić mu się drugi raz z tropu i podwinęła rękawy kwiecistej koszuli.
- Usiądź, proszę, tutaj. Musisz odsłonić przedramiona, więc najlepiej będzie jak zdejmiesz kamizelkę i te wszystkie ozdobniki. – Tu zrobiła nieokreślony ruch ręką w jego stronę. – Nic cię nie będzie bolało, w końcu i tak niewiele czujesz. Deficyt krwi wyrówna się w ciągu doby, chociaż myślę, że u ciebie nastąpi to wcześniej. – Gdy tylko to usłyszał, uśmiechnął się, ukazując swoje błyszczące kły. – Czeka nas sporo takich sesji, więc myślę, że porządnie się wynudzisz.
- Niby dlaczegóż to? – obruszył się.
- Ponieważ nie jestem zbyt interesująca – powiedziała spokojnie. – Poza tym z każdym rokiem jestem dwa razy brzydsza i bardziej pijana.
- Jeśli to prawda, to musiałaś być, pani, najpiękniejszą istotą, jaka kiedykolwiek żyła.
            Słyszał, jak jej serce zaczęło szybciej bić, a krew intensywniej krążyła jej w żyłach. Po chwili wahania odezwała się znowu:
- Barnabasie, czy znany jest ci termin „tajemnicy lekarskiej”? – Spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Nie. Może mnie, pani, łaskawie oświecisz?
- W porządku – powiedziała, zdejmując okulary. Coraz uważniej ją obserwował, bo nie miał absolutnie pojęcia, jakie były jej zamiary. Ona tymczasem zaczęła schylać się coraz niżej i niżej. Wychylił się, aby sprawdzić, co robi. Majstrowała przy jego lewym bucie. – Miałeś rozwiązane sznurowadło – wyjaśniła. – Co do oświecenia… - Wstała, więc teraz dzieliło ich może pięć centymetrów. – Wszystko w swoim czasie.
            Odsunęła się i sięgnęła po przezroczyste rurki oraz igły. Zaczęła wkłuwać się w żyły, które były ciężkie do znalezienia. Ilekroć przy tym dotykała jego bladej skóry, unosił głowę i spoglądał w jej piękne, brązowe oczy. Coś niesamowitego było w tej kobiecie, coś, z czym już się kiedyś spotkał… I gdy tylko naszła go ta myśl, wszystko dookoła pociemniało, a z jego umysłu wyłoniło się jedno z licznych wspomnień.
            Stał pośrodku małego pomieszczenia na poddaszu. Miał zakrwawioną koszulę i kamizelkę, w dłoni trzymał brzytwę. Przez drzwi weszła kobieta w staromodnej sukni i spojrzała na niego z przerażeniem.
- Panie T.! Nie zrobił pan tego! – Cisza wystarczyła jej za odpowiedź. – Jesteś obłąkany! Zabijasz niewinnego człowieka?
- Rozpoznał mnie. Zaszantażował. Chciał połowy zysków – wyrwało się z jego ust.
- No cóż… To już inna sytuacja. Już myślałam, że straciłeś fason. – Podeszła do skrzyni w rogu pomieszczenia i otworzyła ją. W środku znajdowały się świeże zwłoki. – Dużo krwi. Biedak. A co tam… - Kobieta przeszukała kieszenie denata i znalazła sakiewkę z kilkoma monetami. – Lepsze to, niż nic. – Schowała pieniądze i zamknęła wieko. – Więc… co zrobimy z chłopcem?
            Oczy mężczyzny zapłonęły żądzą krwi.
- Dawaj go – wyrzucił z siebie, sugestywnie unosząc brzytwę.
- Nie musimy się nim przejmować…
- Dawaj go! – wrzasnął.
- Panie T., może na dziś już starczy? – zapytała z troską, kładąc dłoń na jego ramieniu. Trochę się uspokoił. – Myślałam, że mógłby przydać się w sklepie. Nogi już nie te same, co kiedyś.
- W porządku.
- Oczywiście najpierw musimy ukryć dżin. Chłopak pije jak marynarz.
            Odwrócił się w jej stronę i wyszeptał:
- Wszyscy zasługujemy na śmierć. Nawet ty, pani Lovett, nawet ja…
            Obraz się rozmył, a on odkrył, że cały czas siedzi w laboratorium, z tym, że przez przezroczyste rurki podłączone do jego ciała, sączy się teraz krew. Zadrżał na myśl, że znajdzie się ona kiedyś w Czarnym Panu. W pewnym sensie było to… niesmaczne.
- Wróciłeś już? Odpłynąłeś na jakieś dziesięć minut – oznajmiła doktor Hoffman. Dopiero teraz pojął, że jest prawie taka sama jak kobieta z wizji. – W zasadzie nie spotkałam się jeszcze z czymś takim u wampirów i…
- Czy my się już wcześniej nie spotkaliśmy? – Zadał to pytanie, uważnie się jej przypatrując. Niestety, na jej twarzy malowało się szczere zdumienie.
- Jestem pewna, że nie. Zapamiętałabym taką osobę, jak ty, nawet mimo mojego upodobania do whiskey – rzuciła pół żartem.
            Przez kolejne trzydzieści minut nikt się nie odzywał. W końcu kobieta pozwoliła wampirowi opuścić swój gabinet. Posłusznie wstał, lecz zamiast udać się do drzwi, podszedł do niej na taką odległość, jaka ich dzieliła przed rozpoczęciem transfuzji. Był pewny, że była na tyle blisko niego, aby policzyć jego rzęsy.
- Mogę cię teraz przerażać, ale wierz mi, nie jestem taki, jaki się wydaję… - powiedział i wyszedł z pomieszczenia. Julia chciała coś jeszcze dodać, lecz już nie zdążyła. Zabrakło jej słów.
            W głowie Barnabasa toczyła się teraz tak ogromna bitwa, że chcąc, nie chcąc porwał przypadkową dziewczynę z ulicy i zabrał ją do swojej rezydencji na kolację. A raczej to ona była kolacją. Krew nie była rewelacyjna, lecz jakoś musiał zaleczyć ranę, która zaczęła tworzyć się w jego zimnym, niebijącym sercu.
“I want to hold you close
Soft breath, beating heart
As I whisper in your ear
I want to fucking tear you apart”
- She Wants Revenge, “Tear You Apart”

29.10.15

65. Hello

"Hello, it’s me
I was wondering if after all these years you’d like to meet
To go over everything
They say that time’s supposed to heal yeah
But I ain’t done much healing

Hello from the other side
At least I can say that I've tried to tell you:
"I'm sorry for breaking your heart"
But it don't matter
It clearly doesn't tear you apart anymore"
- Adele, "Hello"


            Dzień zaczął się miło, mimo rozpoczynających się zajęć. Na śniadaniu panowało zwykłe poruszenie; opowiadano sobie o spędzonym wolnym czasie i plotkowano. Gdy Harry smarował sobie kanapkę dżemem, Dumbledore postanowił przemówić. Wstał i, z właściwym sobie spokojem, gestem dłoni uciszył gwar uczniów.
- Jak zapewne widzicie – zaczął – przy stole nauczycielskim brakuje jednej osoby.
            Uczniowie spojrzeli na siebie niepewnie.
- Jest tak dlatego, ponieważ profesor Collins nie będzie już więcej nauczał obrony przed czarną magią.
            W tym momencie wszystkie dziewczyny wydały z siebie jęki zawodu. Jedynie Hermiona odetchnęła z ulgą, a wraz z nią Harry. Car uniosła jedynie kąciki ust.
- Zastanawiacie się zapewne, dlaczego. Sam jestem ciekaw – uśmiechnął się melancholijnie. - Ale do rzeczy. W związku z niedawnymi atakami w Europie i ogólnym niepokoju, stwierdziłem, że lekcje obrony przed czarną magią to priorytet, więcej – moim obowiązkiem jest je zapewnić. Nie wrócę do nauczania tego przedmiotu, jednakże... jednakże podejmę wszelkie możliwe działania, aby przygotować was do obrony przed Mrokiem. Od tej pory kończymy z nauką teoretyczną, a kładziemy nacisk przede wszystkim na praktyczne podejście do przedmiotów. Ustaliłem już z resztą grona nauczycielskiego, aby wzięli to pod uwagę. Co to dla was oznacza? Myślę, że wszystkiego dowiecie się na zajęciach. Pamiętajcie, iż w tej szkole nic wam nie grozi. Mimo to proszę o zachowanie czujności, żyjemy bowiem w czasach, kiedy ciężko jest być pewnym czegokolwiek.
            Po tej przemowie Wielka Sala stopniowo znowu wypełniała się gwarem rozmów. Niektórzy byli trochę przestraszeni, inni podekscytowani. W takiej sytuacji naszym bohaterom nie pozostało nic innego, jak udać się na zajęcia.
            Ku ich ogromnemu zdziwieniu, sala do Transmutacji uległa znacznej zmianie. Ławki ustawiono w rzędach w taki sposób, że zajmowały tylko połowę klasy. Pod ścianą znalazły się wszystkie szafki i komody z akcesoriami do nauki, a zwierzęta prawdopodobnie przeniesiono na zaplecze, bo nie pozostał po nich żaden ślad.
            Żaden, z wyjątkiem kota przy tablicy, który mierzył wszystkich uczniów swoim standardowym, nieprzeniknionym spojrzeniem.
            Harry, Hermiona i Ron usiedli w jednym rzędzie ławek. Car przeżywała kolejny ze swoich „cichych dni”, więc wolała miejsce bardziej z tyłu. Gdy tylko zaczęli wyjmować książki i pergaminy z toreb, kot zmienił swą postać i profesor McGonagall rzekła:
- Schowajcie to wszystko. Dzisiaj tylko różdżki.
            Przez klasę przeszedł szmer zdziwienia. Nowość - żadnych notatek, esejów, szkiców?
- Zapewne zastanawiacie się, o co chodzi – kontynuowała nauczycielka, powoli krocząc przy tablicy. – Zupełnie niepotrzebnie. Przemowa profesora Dumbledore’a powinna wam w zupełności wystarczyć. Na polu bitwy nie będziecie mieli pod ręką notatek, do których w każdej chwili możecie zajrzeć. Książki będą daleko, gdy staniecie oko w oko z zagrożeniem. Co więc jest waszą siłą? Inteligencja i… różdżka.
            W tym momencie Harry poczuł jak kobieta wpatruje się w niego. W jej starych oczach dostrzegł nadzieję i nie wiedział, czy cieszy się z tego, czy po prostu czuje się przytłoczony nadmiarem oczekiwań wobec niego. Nadal był nastolatkiem – z ogromnym bagażem doświadczeń, ale jednak. Nawet nie ukończył siedemnastu lat, nie był pełnoletni, a co dopiero dorosły! Zdecydowanie nie powinni pokładać w nim tyle nadziei, zwłaszcza, że w tym zamku było wielu czarodziejów znacznie bardziej uzdolnionych od niego.
            Nawet nie zauważył, kiedy na polecenie profesor McGonagall wszyscy wstali i ustawili się w dwa równoległe rzędy, tworząc swego rodzaju korytarz. Harry’emu skojarzyło się to z Klubem Pojedynków Lokharta.
- Różdżka to wasza podstawowa broń. Jeśli nauczycie się nią władać w odpowiedni sposób, używać forteli, istnieje duże prawdopodobieństwo, że przeżyjecie.
- Tylko prawdopodobieństwo? – wymsknęło się Ronowi.
- Dokładnie, panie Weasley. – McGonagall spojrzała na niego znad swoich okularów. – Nasz wróg ma po swojej stronie tak wyszkolone… stworzenia, że można tu mówić jedynie o szansach, a nie pewności. – Znowu zwróciła się do całej sali. – Znacie już zaklęcie rozbrajające. Nie ma ono nic wspólnego z Transmutacją i nie to chcę wam dzisiaj pokazać, jednakże doskonale zdajecie, a w każdym razie powinniście zdawać, sobie sprawę, że nie zawsze dacie radę wytrącić przeciwnikowi różdżkę. Jest to o tyle ważne, iż często decyduje to o wygranej lub przegranej. Mam dla was inny sposób. Panie Weasley, zapraszam!
            Ron wyrwał się z rozmyślań i gwałtownie się wzdrygnął. Harry dyskretnie popchnął go na środek wolnej przestrzeni. Rudowłosy zdołał tylko wyjąkać:
- A-ale dlaczego zawsze j-ja?
            Mając już przed oczami swój niechybnie marny koniec, chłopak zwrócił się twarzą ku sprawcy swego cierpienia. McGonagall tymczasem niewzruszenie uniosła różdżkę w geście rozpoczynającym pojedynek i czekała na jego reakcję. Ani drgnął.
- Panie Weasley, gdyby to była prawdziwa walka, od trzydziestu sekund już by pan nie żył. Jeśli myśli pan, że samo spojrzenie wystarczy do rzucania czarów, to życzę panu udanej kariery w pisaniu książek dla mugoli, którym ten pomysł niewątpliwie się spodoba. Po co za bardzo się przemęczać…
            Ron zaczerwienił się po cebulki włosów, jednak zdobył się na uniesienie różdżki i zapytał:
- Czyli mam panią teraz zaatakować?
            Uczniowie zachichotali, a nauczycielka uniosła rękę, aby pomasować się po skroni.
- Nie, ma pan jedynie tak stać, a ja namaluję panu portret!
- Nie uważasz, że zaczyna zachowaniem trochę przypominać Snape’a? – Hermiona drgnęła, gdy usłyszała Harry’ego tuż przy swoim lewym uchu. Wywołało to u niej przyspieszone bicie serca. Nie tak miało być.
- Po prostu się denerwuje. Sam-Wie… Voldemort może zaatakować w każdej chwili, a ona chce dla nas jak najlepiej. To zupełnie normalne – wyszeptała.
- Może masz rację – odrzekł Harry i na razie zajął się oglądaniem sceny rozgrywającej się przed nim. A było co podziwiać.
            Ron w końcu zdobył się na wypowiedzenie jakiegokolwiek zaklęcia, aby zaatakować nauczycielkę. Wydusił z siebie tylko dwie pierwsze litery, gdy jego różdżka zmieniła kolor na pomarańczowy. Ze zdumienia puścił przedmiot, a ten cicho uderzył o ziemię. Wszyscy wstrzymali oddechy.
- Na co czekasz? Podnieś ją – powiedziała z rozbawieniem nauczycielka, co też chłopak uczynił. – Co to, według ciebie, jest?
- Moja różdżka…?
- Nie wygląda jak różdżka – sceptycznie stwierdziła McGonagall. – Wygląda jak marchewka.
            Rzeczywiście, podłużny przedmiot w dłoni młodego Weasleya był niczym innym, jak tylko wspomnianym wyżej warzywem. Nie dało się nim rzucić żadnego zaklęcia, wyglądało zupełnie normalnie, Ron bał się jednak spróbować jego smaku.
- Tribuendi! – rzuciła kobieta, a marchew znowu stała się drogocenną różdżką. – Panie Weasley, proszę wrócić na miejsce. – Odchrząknęła, po czym kontynuowała: - Jak widzicie, dość łatwym sposobem na rozbrojenie i jednocześnie zdezorientowanie przeciwnika jest zmiana wyglądu jego różdżki. Tak zmieniony przedmiot staje się właściwie bezużyteczny, a my możemy iść za ciosem i wygrać. Inkantacja to Voluntas, a różdżka wroga może stać się właściwie każdą podłużną rzeczą, wystarczy mieć ją przed oczami. W ogniu walki jest to czasem trudne, dlatego proponuję myśleć o zwykłym patyku – łudząco podobny, a nie spełni już swojej roli. Dobierzcie się w pary i poćwiczcie. – Machnęła w stronę szafy, przez co wyleciały z niej pióra, po jednym dla każdego ucznia. – Na razie zamieniajcie pióra, nie chcemy przecież, aby coś złego stało się z waszymi różdżkami.
            Zabrali się do ćwiczeń. Carmen niechętnie zmieniała pióro Hermiony w najróżniejsze rzeczy, oprócz patyka, natomiast Harry nie mógł poprawnie rzucić zaklęcia, bo co chwilę zerkał w stronę dziewczyny, którą z każdą chwilą kochał coraz bardziej. Mógłby cały czas na nią patrzeć i nigdy by mu się to nie znudziło. Jedyne, czego teraz pragnął, to zostawić to wszystko, podbiec do niej i całować ją przynajmniej przez godzinę. Niestety, nie było mu to dane.
- Mam coś na twarzy? – Hermiona nerwowo zaczęła pocierać sobie policzki.
- Nie, wszystko w porządku! – zaprotestował. – Wyglądasz świetnie, jak zawsze – zapewnił ją i rzucił jej uśmiech, podczas gdy w głębi duszy skarcił się od idiotów. Chciała przyjaźni, to będzie ją mieć, a on nie może zachowywać się jak zauroczony pierwszoroczny. Inna sprawa, że dokładnie tak się czuł.
            Hermionie natomiast udało się utrzymać względny spokój przez resztę zajęć. Nawet na Eliksirach, kiedy to Harry przypadkiem wylał na nią część zawartości swojego kociołka, nie dała się ponieść emocjom. Coś ustalili i tego się na razie będą trzymać. Koniec dyskusji.
            Co z tego, że jego najlżejszy dotyk wywoływał w niej falę gorąca? Co z tego, że im bardziej próbowała, tym bardziej nie mogła wyzbyć się z głowy myśli o nim? Co z tego, że robiła wszystko, aby usłyszeć z jego ust jak najwięcej słów? Co z tego, że uśmiechał się do niej tak czule, że nogi odmawiały jej posłuszeństwa i tylko siła woli powstrzymywała ją od osunięcia się w jego ciepłe ramiona?
- Co z tego, że znowu o nim fantazjujesz i doprowadzasz mnie tym do szaleństwa? – zapytała Carmen, półleżąc na swoim łóżku w dormitorium i kontemplując nieobecnym wzrokiem swoją czaszkę na stoliku nocnym.
            Hermiona zrobiła się czerwona.
- Mówiłam to na głos?
- Tylko kilkanaście ostatnich zdań. Nic wielkiego, da się przyzwyczaić. – Te słowa aż ociekały sarkazmem.
- Przepraszam. Po prostu cały czas myślę o…
- O Potterze. Tak, wiem, nie dało się nie zauważyć. – Car usiadła na łóżku. – Ale błagam się, rób to po cichu, bo mój mózg zaraz eksploduje! – warknęła.
- Merlinie, jest aż tak źle? – zapytała zaniepokojona Hermiona i podeszła do przyjaciółki. – Masz gorączkę?
            Car walnęła pięścią w poduszkę.
- Byłam dla ciebie niemiła. Powinnaś stąd wyjść i się obrazić czy coś.
- Daj spokój. Jest gorzej niż na początku roku?
- Prawie.
- Czyli bardzo niedobrze. Pomóc ci jakoś?
- Zamknij jadaczkę. I podaj mi z szuflady moją miksturę. – Bezbarwny ton, jakiego używała dziewczyna sprawiał, że Granger krajało się serce.
- Pierwsze da się zrobić. O drugim zapomnij.
- Dlaczego?! – zapytała z wyrzutem Car.
- Bo to źle na ciebie wpływa i dobrze o tym wiesz. – Prychnięcie. – Poza tym myślałam, że znalazłaś sobie coś… kogoś, kto ci z tym pomaga.
- Severus ma jeszcze zajęcia. Poza tym u niego też to się nasila.
- Nie obchodzi mnie to. – Hermiona wyjęła z szuflady małą buteleczkę i przyjrzała się jej bliżej. – A tego nie dostaniesz. Reducto! – powiedziała i ruszyła ku wyjściu z komnaty.
- Zrobię sobie nowe! – krzyknęła Carmen.
- Z takim bólem głowy? Wątpię.
            Ciężko było jej zostawiać przyjaciółkę, ale wiedziała, że tak będzie dla niej najlepiej. To cud, że się chociaż odezwała! Zwykle też nawet nie wychodziła z łóżka. Może już nie chce by taka aspołeczna?
            Gryfonka poszła do biblioteki. Chciała trochę pomyśleć, pooddychać zapachem książek, poszukać nowych pozycji. Musiała oderwać się od rzeczywistości. Zadziałało, bo dopiero burczenie w brzuchu przypomniało jej o kolacji, na którą się spóźniła. Cóż, mówi się trudno. Zaszła do kuchni po trochę owoców i to jej musiało wystarczyć.
            W Pokoju Wspólnym siedziało jeszcze parę osób, więc poszła w stronę swojego dormitorium. Tuż przed rozwidleniem schodów, które dzieliło część dziewczyn i chłopców, wpadła na kogoś i od razu krew szybciej zaczęła krążyć jej w żyłach. Widać jej ciało potrafiło rozpoznać go już po samym zapachu i obecności. Magia.
- Cześć – rzekł i posłał jej kolejny tego dnia uśmiech. – Szukałem cię. Dlaczego nie było cię na kolacji? – Już otwierała usta, gdy przyłożył palec do jej warg i powiedział: - Czekaj, niech zgadnę. Zasiedziałaś się w bibliotece?
            Zdobyła się jedynie na pokiwanie głową. Była to naprawdę wąska część klatki schodowej i aż dziwne, że do tej pory nigdy nie spotkali się w takiej sytuacji. Cisza wcale nie była niezręczna, raczej pożądana. Palec Harry’ego przesunął się z jej ust na brodę, a potem policzek. Gładził jej skórę, a ona była zdana na jego łaskę. Jakim cudem taki prosty gest może wywołać tak płomienną reakcję?
            Brązowe oczy odnalazły te zielone.
- Tęsknię za tobą – wyszeptał Harry, wciąż usilnie się w nią wpatrując.
- Przecież widzisz mnie codziennie.
- Dobrze wiesz, o czym mówię.
            Wiedziała, bo czuła to samo. Mogła jedynie objąć go w pasie i mocno przytulić. Wtulił głowę w jej włosy i głośno westchnął, a ona czuła, jak w środku rozpada się na części.
- Jeszcze nie teraz.
- Zawsze będę na ciebie czekać – odparł.
            Odsunęła się lekko od niego i poprawiła oprawki jego czarnych okularów. Po chwili delikatnie pocałowała go w linię szczęki, niedaleko ust. Czuła, jak drży, jednak nie zrobił nic, aby ją powstrzymać. Złapał ją za rękę i lekko ścisnął. Uniosła głowę i znowu napotkała jego uśmiech. Widziała w nim dużo bólu, ale też miłość. W tym momencie pomyślała, że ma dość tego wszystkiego i już prawie złamała swoją zasadę, że będą tylko przyjaciółmi, lecz się opamiętała. Gdy ucałował ją w czubek głowy, ostatni raz się do niego przytuliła, życzyła mu dobrej nocy i poszła do swojego dormitorium.
            Zastała Carmen, która spała spokojnie na swoim łóżku, przyciskając do piersi książkę w ciemnej okładce. Hermiona uśmiechnęła się i przykryła ją kołdrą, która wcześniej leżała na podłodze. Sama szybko doprowadziła się do porządku i również się położyła. W głowie krążyła jej setka myśli. Zastanawiała się zwłaszcza nad jedną kwestią, którą wypowiedziała cicho sama do siebie.
- Czy można zakochać się drugi raz w tej samej osobie?

15.8.15

64. Dobre wyjście

"Nie ma już żadnych ograniczeń, jeśli w ogóle kiedykolwiek istniały. (...) Jestem niespójną istotą ludzką, jestem niedokończonym szkicem, jestem aberracją. Nie muszę wam tego mówić. To wyznanie nic nie znaczy..."
- Bret Easton Ellis, "American Psycho"

     Przez niezręczną ciszę powietrze było gęste i ciężkie. Siedzieli w dwóch skórzanych fotelach, naprzeciw siebie, a na stoliku obok stygła herbata. Pokój przybrał wygląd gabinetu psychologa – ściany zapełniały regały z nieużywanymi książkami.
     W końcu zbierające się napięcie ich przytłoczyło i wybuchnęli śmiechem – donośnym, serdecznym. Dawno się razem nie śmiali.
- To absurdalne – powiedział Harry. - Mamy tak wiele sobie do wyjaśnienia, a siedzimy i udajemy, jakby nic się nie stało. - Hermiona otworzyła usta, aby coś powiedzieć, lecz uciszył ją gestem dłoni. - Stało się bardzo dużo i jeszcze raz chcę ci powiedzieć, że nie miałem wpływu na tę sytuację z... z Ginny. Mimo to przepraszam, domyślam się, jak źle musiałaś się czuć i...
- Harry, to ja cię powinnam przeprosić. Zareagowałam zbyt emocjonalnie, nie myślałam logicznie. - Przesunęła się na skraj siedzenia. - To było głupie, że od razu poszłam do tego... nieważne. Powinnam cię wysłuchać.
- Co on ci zrobił? - zapytał powoli, uważnie patrząc jej w oczy. - Czy wy...?
- Nie, ale... bardzo mnie skrzywdził. Nie rozmawiajmy o nim, dobrze?
     W tej chwili naprawdę nie chciała tłumaczyć Harry'emu, że Barnabas przemienił ją w wampira. Właściwie to nie miała zamiaru jemu ani nikomu innemu o tym powiedzieć. To było zbyt żenujące, zawstydzające, nieprawdopodobne i trudne.
- Jak sobie życzysz. Ale wystarczy jedno słowo, jeden sygnał i wbiję mu kołek prosto w to zimne serce, jasne? - Mimo tych słów, na ustach Harry'ego błąkał się uśmiech. - Cieszę się, że znowu jesteś sobą – dodał.
- Tak, troszkę się pogubiłam... Patrząc teraz na to wszystko, postąpiłabym zupełnie inaczej.
- A ja nie. - Ściszył głos. - Mówiłem wtedy szczerze. Naprawdę cię kocham i tak już będzie zawsze.
     Hermionie ścisnęło się serce. Jak miała mu powiedzieć, że to nieodpowiedni czas, żeby znowu spróbować? Szalała wojna, on, Wybraniec, miał misję i od tego tak wiele zależało... Nie, żeby nic do niego nie czuła, ale...
     Chwyciła go za dłoń.
- Harry, to się nie uda... - Zobaczyła, jak marszczy czoło. - Jesteś naprawdę wspaniałym chłopakiem, opiekuńczym... Ale to się wszystko dzieje za szybko.
- Czyli mnie nie kochasz? - zapytał spokojnie.
- Właśnie chodzi o to, że... - przełknęła nerwowo ślinę – ...nadal wiele dla mnie znaczysz.
- Więc w czym problem? Mogłoby być tak jak dawniej, możemy zapomnieć o wszystkim, co się działo od Balu. Może...
- Nie. Świetnie wychodzi nam bycie przyjaciółmi, myślę, że to najlepsze wyjście. - Spojrzał na nią z bólem w oczach. - Szaleje wojna, Voldemort rośnie w siłę, to naprawdę nie jest odpowiedni moment...
- A kiedy będzie? - przerwał jej. - Kiedy zginę? Kiedy ty albo ktoś z naszych przyjaciół umrze? Czy gdy wygramy, a świat będzie wymagał, aby go na nowo poukładać? Będzie jak chcesz, ale pamiętaj, że, jeśli się dobrze zastanowimy, to dobrego momentu nigdy nie będzie.
- Po prostu potrzebuję trochę czasu – wyszeptała. - Muszę ochłonąć, poukładać sobie wszystko w głowie...
     Spojrzenie Harry'ego złagodniało. Pogładził ją lekko po policzku.
- Chcę jedynie, żebyś była szczęśliwa. Jeśli to da ci szczęście, to tak będzie najlepiej. - Pocałował ją lekko w czoło, a ona go przytuliła. - Przyjaźń?
- Przyjaźń – odparła i usiadła z powrotem na swoje miejsce. Jej twarz rozjaśnił szczery uśmiech.
- Co do Ginny... Rozmawiałem z nią o tym i jest naprawdę źle. - Hermiona uniosła brew. - Malfoy jej kazał to zrobić. Dał jej zaklęcie, wszystko przygotował. Mówi, że go kocha.
     Przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. W końcu w pewnym sensie sama do tego doprowadziła, więc... to jej wina?
- Hmmm, właściwie to... - zaczęła nerwowo wyłamywać sobie palce. - To pomogłam im się zacząć spotykać – wydusiła z siebie i wstrzymała oddech, czekając na jego reakcję.
- Co zrobiłaś?!
- To, co słyszałeś. Słuchaj, ona od wakacji była w nim beznadziejnie zakochana. Każdy by to zrobił na moim miejscu.
- Przecież to MALFOY! Wróg, zła strona! - Okulary zsunęły mu się na sam czubek nosa, ale tego nie zauważył.
- Ale póki byli w szkole, był też Dumbledore, a z nim...
- ...nic nam nie grozi. Tak, wiem – westchnął i trochę się rozluźnił. - Co nie zmienia faktu, że on przeciąga ją na swoją stronę. I nie chodzi już do Hogwartu.
- Cóż, tego plan początkowy nie ujmował...
- Domyślam się. - Podparł ręką głowę i po chwili coś sobie przypomniał. - Muszę ci jeszcze coś powiedzieć. Miałem wizję.
     Opisał wszystko, co widział, łącznie z Bellatrix. Rozmawiali o tym, co to może oznaczać dla świata czarodziejów. W końcu od zawsze Voldemort uważał miłość za słabość – skąd teraz taka zmiana? Ani się obejrzeli, a była dwudziesta.
- Chyba pora się zbierać – powiedział Harry i wstał z miękkiego fotela.
- Masz rację, już wieczór, a jutro znowu zajęcia. - Hermiona szybko się poderwała i stanęła blisko niego. Bardzo blisko.
- Czy tak się zachowują przyjaciele? - zapytał ją z błyskiem w zielonych oczach.
- Tak – odparła z uśmiechem i znowu go przytuliła. - Cieszę się, że jest znowu jak dawniej. Tęskniłam za tym.
- Ja też – przytaknął i odsunął się od niej. Powoli ruszyli w stronę drzwi. - Zresztą ferie bez ciebie to nie to samo. Zamek wydawał się taki pusty. Jak Paryż?
- Fenomenalnie! - powiedziała i już miała zacząć opisywać mu dom Carmen, gdy potknęła się o fałdkę dywanu i poleciała twarzą do przodu, prosto na drzwi. Harry szybko zareagował i złapał ją w powietrzu. - Dziękuję.
- Nie ma sprawy – rzucił i uśmiechnął się.
     Podtrzymywał ją w pasie i był bardzo blisko. Hermiona głowę opierała o jego klatkę piersiową, ale teraz lekko ją uniosła, aby spojrzeć mu w oczy. W te zielone oczy, które tak kochała. Stali tak stanowczo za długo i teraz nie wydawało się stosowne odsuwać się z zażenowaniem. Powoli ich twarze zbliżały się do siebie.
     Gdy ich usta zetknęły się po raz pierwszy, wyczuli magię w powietrzu. Jakby jakaś siła ciągnęła ich ku sobie, a teraz cieszyła się z zakończonej powodzeniem misji. Cieszyli się delikatnym naciskiem swoich warg, tym ciepłem, którego od dawna nie czuli. Serca zabiły im jednym, silnym rytmem i pragnęli więcej. Ich usta zaczęły się poruszać, najpierw wolno, leniwie, aby nacieszyć się każdym momentem. Dłonie Hermiony otoczyły szyję Harry'ego, który przyciągnął ją do siebie jeszcze bliżej. Lewą rękę wplótł w jej włosy.
     Ku jego zdziwieniu, to ona zaczęła go całować bardziej natarczywie. Lekko ugryzła go w dolną wargę, cicho warknął. Hermionę ogarnęło niesamowite gorąco, którego nie czuła, gdy była z Barnabasem. To było coś nowego, wyjątkowego. Wysunęła swój język na spotkanie, a on odpowiedział jej tym samym. Teraz poruszali się coraz szybciej, potrzebowali tego. Hermiona przycisnęła go do ściany i zaczęła wędrować po policzku, aby przygryźć mu płatek ucha i pocałować małżowinę uszną. Harry włożył swoje niecierpliwe dłonie pod jej koszulkę i dotykał zimną skórą brzucha. Zadrżała, chwycił jej twarz, przysunął do siebie i znowu pocałował, jednocześnie obracając ich tak, że teraz to jej plecy opierały się o metalowe drzwi. Jęknęła i przyciągnęła go jeszcze bliżej, co było jeśli nie niemożliwe, to na pewno nieprawdopodobne.
     Zapamiętale ssał jej górną wargę, gdy zachwiali się. Otworzyły się drzwi, a oni wypadli z Pokoju Życzeń prosto na korytarz. Oszołomieni, odsunęli się od siebie i obejrzeli dookoła. Nikogo w zasięgu wzroku.
     Gdy znowu popatrzyli na siebie, wybuchnęli śmiechem. Ocierając opuchnięte od pocałunków usta, jednocześnie powiedzieli:
- Tak, przyjaźń to dobre wyjście. Zostańmy przy tym.


***

     Mała, niebieska piłeczka odbijała się rytmicznie od ściany. Jack półleżąc na twardej pryczy powtarzał tę czynność od trzydziestu siedmiu minut, co doprowadzało więźniów z innych cel do szału. Nikt jednak nie śmiał na głos wyrazić sprzeciwu, bo jego mamrotanie przez sen mroziło im krew w żyłach.
     Oczywiście teraz nie spał. Właśnie strażnik z Ministerstwa Magii przyszedł na cogodzinny obchód, aby sprawdzić, czy on czegoś nie kombinuje. Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Był na to za sprytny. Do tego czekał na pomoc z zewnątrz... Ale to jeszcze nie ta pora.
     Strażnik zajrzał przez grube pręty do środka. Ubrany w standardowy uniform, sprawiał dość przyjazne wrażenie. Do czasu. Jego miłą twarz wykrzywił grymas wściekłości, gdy splunął w stronę chłopaka. Kropelki śliny zatrzymały się na jego potarganych włosach.
- Zdechniesz za to, co zrobiłeś – wycedził i już chciał iść dalej, gdy Jack odezwał się do niego.
- Wszyscy umrzemy. Ale to nie przeszkadza dobrej zabawie. - Mężczyzna momentalnie się obrócił w jego stronę.
- Zabawie? - krzyknął. - Przez ciebie zginęło mnóstwo ludzi! Powaliłeś Wieżę Eiffle'a! Zabiłeś mojego brata!
- To wszystko ku większemu celowi. Zapytaj Czarnego Pana.
- Pluję na twojego pana! Jak ty w ogóle możesz nazywać siebie człowiekiem?
- Posiadam wszystkie cechy człowieka: ciało, krew, skórę, włosy, ale żadnej wyraźnej emocji – powiedział spokojnie Jack. - Z wyjątkiem chciwości i obrzydzenia. Coś okropnego dzieje się we mnie, a ja nie wiem dlaczego. Czuję chęć zabijania, jestem na granicy szaleństwa. Czuję jak zsuwa się moja maska człowieczeństwa. Póki w moim życiu była Carmen, wszystko ulegało poprawie, ale teraz... Liczy się tylko zemsta i to – wskazał na Mroczny Znak na swoim przedramieniu.
- Jesteś nienormalny – prychnął strażnik i jak najszybciej poszedł w głąb ciemnego korytarza, aby sprawdzić inne cele.
- Doskonale to wiem – powiedział do siebie Singer i wrócił do rzucania piłeczką.
     Odgłos odbijania się kauczuku od ściany wypełnił podziemia Ministerstwa.


***

     Rozległ się głośny huk, gdy otwierane drzwi walnęły o ścianę. Zaciśnięta pięść uderzyła o blat biurka.
- Jak śmiałeś trzymać tu Collinsa? W końcu pokazał kły, mówiłem, że do tego dojdzie! I nie mów mi, że dostrzegłeś w nim ukryte dobro, bo to podstępna i okrutna kreatura, której nie wolno ufać!
     Dumbledore nawet nie mrugnął. Po prostu siedział na swoim starym fotelu, a splecione dłonie trzymał na kolanach. Oddychał spokojnie i uważnie patrzył w ciemne oczy Snape'a. Ten z kolei był wytrącony z równowagi, ciężko oddychał.
- Severusie, może najpierw usiądziesz? Wydajesz się lekko niespokojny.
- Lekko? - Mistrz Eliksirów rzucił dyrektorowi spojrzenie, pod którym drżeli wszyscy uczniowie, nawet ci z siódmego roku. - W zasadzie czasu już nie cofniemy. - Odgarnął swoją pelerynę i usiadł na inkrustowanym krześle.
- Co masz mi do powiedzenia na temat pana Collinsa, Severusie? - Mężczyzna sięgnął do szuflady i wziął do ust jednego cukierka. - Dropsa? - Nie doczekał się odpowiedzi.
- Powinieneś go natychmiast zwolnić. Ugryzł uczennicę.
     Oczy Dumbledore'a błysnęły gniewem, lecz twarz pozostała spokojna.
- Pan Collins już tu nie pracuje.
- Słucham? - Snape myślał, że się przesłyszał.
- Dzisiaj z samego rana złożył wymówienie. Podobno sprawy rodzinne.
- Doskonale wiesz, że on nie ma żadnej rodziny – powiedział z przekąsem Severus. - Zrobił tak, bo Czarny Pan mu kazał.
- Niewykluczone. Co z tą dziewczyną? Właściwie kto to?
- Granger, dyrektorze. Mówiłem już wcześniej, że on nie ma wobec niej dobrych zamiarów, ale nie spodziewałem się czegoś takiego...
- Rozumiem, że udzieliłeś jej niezbędnej pomocy?
- Nie potrzebowała jej – odparł, a Albusowi ze zdziwienia zsunęły się okulary. - Dobrze słyszysz. Brown wzięła sprawy w swoje ręce. - Starał się wymówić nazwisko Carmen jakby to była zwykła uczennica, ale zauważył u Dumbledore'a cień uśmiechu. On wiedział?
- Co masz na myśli?
- Collins przemienił Granger w wampira. Dziewczynie udało się odczynić klątwę.
- Dzięki Merlinowi – powiedział starzec, przymykając na chwilę oczy.
- Zaraz, to ty... wiedziałeś?
- Co? - zapytał poważnie Albus, lecz w kącikach jego ust igrał uśmiech.
- Od początku wszystko zaplanowałeś... Wiedziałeś o tym i manipulowałeś nami wszystkimi.
- Manipulacja to zbyt mocne słowo. Po prostu dopilnowałem, aby każdy wypełnił swoją rolę.
- Tak, to przykładowa definicja manipulacji. - Snape wyglądał na coraz bardziej zirytowanego. - Ona mogła zginąć! Ma odegrać w końcowym starciu tak poważną rolę, ale ty wolałeś zaryzykować! Gdyby to była inna dziewczyna...
- ...wtedy ten plan w ogóle by się nie powiódł. To musiała być Hermiona, Severusie. To jej upokorzenia pragnął Voldemort, nie kogoś innego.
- Czarny Pan!
     Dyrektor milczał.
     Snape miał dość tej dyskusji, więc skinął jedynie głową i wyszedł z gabinetu. Zamek wypełniała już cisza, wszyscy tłoczyli się w Pokojach Wspólnych, aby na ostatnią chwilę odrobić prace domowe.
     Gdy dotarł do swoich komnat, od razu położył się na łóżku i przymknął oczy. Niemiłosierny ból głowy powracał.

8.8.15

63. Powroty

Ucałuję cię i obejmę, mała,
Obietnice spełnię
W północ przysięgane.”
- Wilson Pickett

     Zmęczony Snape wszedł do wypełnionego ciszą zamku. Całą noc użerał się z tym idiotą Singerem, był wykończony. Energicznym krokiem skierował się do swoich komnat, aby wykorzystać ostatnie chwile spokoju zanim wrócą uczniowie z ferii. Gdy tylko otworzył drzwi, od razu wyczuł zagrożenie. Ktoś tu był.
     Zanim jednak jego bystre oczy dostrzegły bałagan i dwie postacie, poczuł znajome dłonie oplatające jego szyję. Tak się ucieszył, że Carmen jest bezpieczna, że od razu odwzajemnił pocałunek. Jednak coś mu tu nie grało... Często czekała na niego w pracowni, jednak teraz kątem oka dojrzał, że nie wszystko jest na swoim miejscu. Powoli odsunął ją od siebie, spojrzał jej w oczy, a ona nic nie rozumiała z jego dziwnego zachowania. Dopiero po chwili do niej dotarło.
- Granger, co ty robisz na mojej podłodze? - Snape próbował groźnie warknąć, jednak sytuacja wydała mu się tak komiczna, że nic z tego nie wyszło.
     Hermiona podniosła się na łokciach i czekała, aż komnata przestanie wirować.
- Czy ona jest trzeźwa? - zapytał Mistrz Eliksirów, podchodząc do dziewczyny.
- Tak. To bardziej skomplikowana historia, ale już wszystko w porządku – odparła Carmen, dopiero teraz zdając sobie sprawę z bałaganu, jakiego narobiły.
     W kociołku bulgotały resztki eliksiru, który teraz zaczął wydzielać bardzo nieprzyjemny dla nosa zapach. Wokół walały się puste lub do połowy opróżnione fiolki, na desce zostało kilka w połowie pociętych składników. Podłoga upstrzona była w ciemne wzory utworzone przez wymiociny. Gorzej było chyba tylko wtedy, gdy Ron o mały włos nie wysadził sali.
Evanesco! - wymruczała Carmen, przez co zapanował względny porządek.
- To ja już pójdę... - Hermiona ledwo mogła mówić. Gdy spróbowała stanąć, nogi jej się trzęsły.
- Uważaj! - warknął Snape i pomógł jej złapać równowagę. - Mamy sporo do pogadania – powiedział i rzucił wściekłe spojrzenie Carmen.
- Na mnie nie patrz, ja nic złego nie zrobiłam – broniła się, patrząc jak Hermiona powoli człapie w stronę drzwi. W końcu jej misja zakończyła się sukcesem i opuściła salę.
- Chodź.
     Mistrz Eliksirów złapał dziewczynę za rękę i poprowadził do swoich komnat. Usiedli naprzeciw siebie w fotelach.
- Opowiesz mi teraz łaskawie, co tu się działo?
- Profesor od obrony przed czarną magią. To się stało.
- Collins? - Severus przez chwilę trawił tę informację. - Przecież miał być...
- ...z Hermioną, tak. Tylko chyba za bardzo go poniosło. Nie rób takich oczu, wiem, że jest Śmierciożercą.
- W takim razie będzie mi łatwiej to wytłumaczyć.
- Słucham.
- Dostał misję od Czarnego Pana. Dowodzi całym zastępem wampirów. Więcej nie mogę powiedzieć, to cholerstwo mi nie pozwala. - Wskazał swoje lewe przedramię.
- Stoi wyżej od ciebie? - Skinął głową. - Niedobrze. Zmienił Hermionę w wampira.
- Co zrobił?! - wrzasnął Snape. Jednocześnie prawie spadł z fotela.
- To, co słyszałeś.
- Ale jak... Widziałem ją i wyglądała całkiem normalnie... - Wydawał się bardzo zmieszany.
- Odmieniłam ją.
- To niemożliwe – powiedział pewnie.
- Mów, co chcesz. Widziałeś efekt.
- W takim razie... jak?
     Gdy Carmen opowiadała mu całą historię, jego szczęka opadała coraz bardziej w kierunku podłogi. Nie mógł uwierzyć, że coś takiego jest możliwe... Ten eliksir mógłby odmienić oblicze współczesnej magii! Może ona jednak nadaje się na Mistrzynię...?
- Dobra robota. Ale nie popadaj w samouwielbienie, to mógł być tylko pojedynczy przypadek. Gdyby tylko udało się tak zmienić recepturę, żeby eliksir działał również na wampiry, które piły ludzką krew... To byłby przełom. Wygralibyśmy z Czarnym Panem, bo bez armii Collinsa jest nikim.
- Nie wiem czy to możliwe... Od lat ten przepis jest w naszej rodzinie, wielu próbowało, ale nic z tego nie wyszło...
- Wątpisz we mnie? - Snape uniósł brew.
- Jasne, że nie! - Uśmiechnęła się i usiadła mu na kolanach. - Jeśli ty tego nie dokonasz, to nikt inny również nie da rady.
     Mruknął z aprobatą i delikatnie ją pocałował. Wplotła dłonie w jego włosy.

***

     Na dworze szalał wiatr, ciemne chmury przesłoniły niebo, a śnieg zamienił się w szarą papkę. Wracający z ferii uczniowie nie byli w rewelacyjnych nastrojach, bo już następnego dnia miała zacząć się szkoła. Rozmawiali ze sobą o prezentach, jakie dostali i o czasie spędzonym z rodziną, jednak aura smutku w Nowy Rok wisiała nad całą Europą.
     Z torby trzeciorocznej Puchonki wypadł egzemplarz Proroka Codziennego. Nikt nie zauważył, że śnieg zamoczył kartki specjalnego wydania. Na każdej stronie opisano atak w innym mieście. Było ich czterdzieści pięć.
     Zniszczono Wieżę Eiffle'a, zburzono Koloseum, hektolitry krwi spłynęły ulicami Barcelony... Tylko w Londynie było spokojnie, co zainteresowało nawet mugolskie media. Oczy całego świata zwróciły się ku temu angielskiemu miastu i zadawano sobie jedno pytanie – co tak bardzo wyróżnia to miejsce, że nie doszło w nim do żadnego aktu terroryzmu?
     Podobne rozmyślania prowadziła także Ginny Weasley. Gdy szła korytarzem w stronę Pokoju Wspólnego, aby w spokoju wrócić do swojego dormitorium, nie mogła przestać rozważać, czy Draco wiedział o tych atakach i co miał z nimi wspólnego. Według szacunków zginął prawie milion ludzi. Niby niewiele, gdy spojrzy się na ogólną populację, ale jednak... To dwa miliony par oczu, milion bijących serc.
     Nawet nie zauważyła, że czyjaś silna ręka złapała ją za rękaw kurtki i pociągnęła za sobą w mrok korytarza. Usłyszała dziwne szuranie, ale w końcu zdała sobie sprawę, że to młody Malfoy ciągnie ją za sobą. Po przejściu dwudziestu metrów puścił ją i mocno przytulił.
- Na pewno możemy tu rozmawiać? - zapytała z obawą Ginny.
- Sprawdziłem to miejsce. Spokojnie.
     Znajdowali się w małej sali, nie była to nawet klasa. Dziewczyna kojarzyła to miejsce, ale nie miała pojęcia skąd. Nie było tu żadnych mebli.
- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo za tobą tęskniłem. Każda chwila bez ciebie to tortura. - Draco wciąż trzymał ją w objęciach i patrzył głęboko w oczy.
- Wiem doskonale, bo mam tak samo. - W głosie Ginny oprócz smutku, dało się teraz wyczuć iskierkę radości i zdziwienia. Chłopak pogładził ją lekko po policzku.
- Muszę ci o czymś powiedzieć. Czarny Pan się niecierpliwi.
- To znaczy? - zapytała.
- To znaczy, że albo mu powiem w końcu kim jesteś i stoisz po naszej stronie, albo... mnie zabije.
     Dziewczynę ogarnęło przerażające zimno. Poczuła, że cała drży, a jej oczy robią się szklane. Naprawdę? Aż tak bardzo miękka się zrobiła, że na wspomnienie o zagrożeniu, traci panowanie nad sobą? To nie była prawdziwa Ginny. Prawdziwa Ginny walczy o swoje, jest pewna, zdecydowana i umie podejmować decyzje.
     W tej jednej chwili, która nie mogła trwać dłużej niż dwie sekundy, na młodą Weasley w końcu spłynęło zrozumienie. To jest ten moment, w którym musi podjąć decyzję, od której nie będzie już odwrotu. Życie jej rodziny, przyjaciół, chłopaka i niej samej zależało od tych kilku słów. Poczuła chłodny spokój ogarniający jej umysł i serce. Puls wrócił do normalnego biegu. Przed oczami miała teraz te wszystkie chwile, w których coś jej nie wyszło, kiedy była po prostu słaba. Ostatnimi czasy nazbierało się ich znacznie więcej, a ona nie zamierzała tego kontynuować. Nie w taki sposób. Frustracja i jej wewnętrzne cierpienie w końcu wzięły górę.
- Powiedz mu, że... - urwała, aby dobrać odpowiednie słowa. - Że nazywam się Ginny Weasley i przekonał mnie, że trzeba coś zrobić z tym światem. Jestem po twojej stronie, Draco.
- Po naszej – powiedział i mocno ją przytulił. Po jakimś czasie dotknął jej czoła swoim. - Wiedziałem, że jesteś wyjątkowa i mogę na ciebie liczysz. Na tobie, jedynej na świecie, nigdy się nie zawiodę. I zawsze będę cię kochał.
- Spróbowałbyś nie! - rzuciła żartobliwie i oboje się uśmiechnęli.
     Zrobiła coś, za czym od dawna tęskniła. Pocałowała go mocno, a on nie pozostał dłużny. Lekko pchnęła go w kierunku ściany, a on znowu się uśmiechnął, tym razem szelmowsko i przez chwilę się z nią drażnił, odsuwając lekko usta, gdy akurat ona chciała je wziąć w posiadanie. To tylko bardziej ją zachęciło.
     Palce ich dłoni były splecione, a oni od dawna tak dobrze się nie czuli.

***

     Harry miał mętlik w głowie. Przez resztę nocy nie mógł zasnąć i czuł się winny, że zepsuł Weasleyom zabawę. A mimo to, jak można się domyślić, najbardziej niepokoiła go tajemnicza wizja. Czy Voldemort wiedział, że Harry go zobaczył? Gdy spoglądał na specjalne wydanie Proroka, nabierał coraz większego przekonania, że Riddle'a to już nie obchodzi. Zajął się teraz zniszczeniem.
Trzeba przyznać, że udało mu się zasiać panikę. Gdy Harry przemierzał drogę do Pokoju Wspólnego Gryffindoru, wszędzie dookoła słyszał ukradkowe szepty. Ludzie bali się głośno opowiadać o zdarzenia poprzedniej nocy i nawet obecność Dumbledore'a w zamku nie uspokajała wszystkich. Przynajmniej, z tego, co na razie wiadomo, żaden z uczniów nie ucierpiał.
     Dalej nie był pewny tego, co powinien zrobić i co właściwie czuje. Nadal kochał Hermionę, ale doszedł do wniosku, że zachowywała się ostatnio co najmniej dziwnie. Hermiona, którą pokochał, wysłuchałaby go spokojnie i na pewno nie rzucała się od razu na Collinsa. Coś mocno ścisnęło go w żołądku na samą myśl o tym aroganckim wampirze. Może przez ferie coś się zmieniło? Tęsknił za nią, za jej dotykiem i zwykłą rozmową. Oczy w kolorze starego złota stale go fascynowały i nie potrafił sobie poradzić z brakiem ich widoku. A deszcz za oknem przypominał mu o każdym wspólnym tańcu.
     Wśród tłumu ludzi dostrzegł Lunę siedzącą na zimnym parapecie korytarza. Wyglądała jakoś inaczej... I nie chodziło tu o ubranie, bo jak zwykle wyróżniała się z tłumu. Podszedł do niej, aby się przywitać i zapytać, jak jej minął czas wolny.
- Och, Harry, nadzwyczajnie. Tatuś pokazywał mi swoje najnowsze znaleziska i razem pisaliśmy artykuły do „Żonglera”.
- To świetnie.
- A ty jak sobie radziłeś, Harry? - Luna spojrzała na niego trochę bardziej skupionym wzrokiem niż normalnie.
- Jak zwykle, wiesz... Nora, Ron... Można powiedzieć, że tradycyjnie.
- Jesteś smutny, Harry.
- Słucham?
- Gdy nikt nie patrzy. Ale ja widzę, że jesteś smutny od czasu tego balu.
- Cóż... o tym to już chyba wszyscy słyszeli, więc jeśli pozwolisz to...
     Nie żeby nie lubił Luny, ale czuł się niezręcznie, gdy mówiła o nim i Hermionie. Jakby prześwietlała go na wylot i wiedziała coś, czego nawet on sam nie wie.
Zrobisz jak chcesz, ale powinieneś wiedzieć, że teraz już wszystko będzie dobrze. Naprawdę.
     Nagle Harry wpadł na pomysł jak przerwać tę dziwną rozmowę.
- A co z tobą i Ronem? Strasznie smutny był po tym balu. Pogodziliście się?
- Nie do końca... - Policzki Luny zrobiły się czerwone. - Nie rozmawiałam z nim od tamtego czasu. Myślę, że to nie ma sensu.
- Co? Przecież miał cię przeprosić, rozmawiałem z nim!
- I to zrobił, ale po prostu... Nie mogłam mu znowu wybaczyć. To by się powtarzało. Ron jest swobodnym duchem, nie lubi się przywiązywać. Wiem, że mnie kocha, ja jego też, ale... Doskonale wiesz, Harry, że nie mamy ze sobą wiele wspólnego. Na dłuższą metę to nie wystarczy. Za to ty i Hermiona to co innego, idealnie się uzupełniacie. Naprawdę uważam, że...
- Przepraszam cię, Luna, ale muszę już iść. Umówiłem się i... - Pomachał jej ręką, a ona uśmiechnęła się, jakby zrobił coś głupiego.
- Doskonale wiem, że to nieprawda, ale do zobaczenia!
     Miał lekkie poczucie winy, że się tak wykręca, ale nie miał obecnie ochoty słuchać o... o jego byłej dziewczynie. Nie teraz. Musi się wziąć w garść, ruszyć naprzód. Zrozumieć, że pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć i to zaakceptować. W końcu świat nie jest instytucją do spełniania życzeń.
     Z tą myślą wszedł do Pokoju Wspólnego. Tu również widać było przerażenie na twarzach niektórych uczniów, zwłaszcza z młodszych roczników, ale przywitały go też ciepłe słowa znajomych i Ron, który z cierpiętniczą miną zabierał się do odrobienia stosu zaległej pracy domowej, ale w końcu stwierdził, że właściwie to mogą razem zagrać w partyjkę szachów.
     Ledwo figury ustawiły się na szachownicy, a wejście pod obrazem się otworzyło i weszła przez nie skołowana Hermiona. Harry przełknął nerwowo ślinę. Co ten wampir jej zrobił? Wyglądała jak siedem nieszczęść, jeśli nie dziesięć!
     Ubrana była jeszcze w mugolskie ubrania: poszarpaną bluzkę, zakurzone dżinsy i coś, co mogło być kiedyś sweterkiem, ale czasy świetności miało już dawno za sobą. Burza włosów wyglądała na bardziej poplątaną niż zwykle, a oczy miała wyraźnie podkrążone, jakby całą noc nie spała. Słaniała się na nogach.
     Widząc, że nikt nie chce jej pomóc, Harry automatycznie podbiegł do niej i pomógł w przejściu przez dziurę pod portretem. Wymamrotała podziękowania i spojrzała na niego z wdzięcznością, gdy nagle... Uświadomiła sobie, kto jej pomógł i wzdrygnęła się jak oparzona.
- O! - wyrwało się z jej ust.
- Nie chciałem cię przestraszyć... - powiedział cicho Harry. - To ja już pójdę.
     Odwrócił się i chciał ruszyć w stronę Rona, gdy poczuł, że smukłe palce Hermiony owijają się wokół jego łokcia. Przystanął, zaskoczony. Spojrzał jej w oczy i zobaczył w nich ikrę dawnej Hermiony. Serce mu mocniej zabiło.
- Musimy porozmawiać.
- Też tak myślę – odparł ostrożnie.
- Ale nie tutaj. Chodź do Pokoju Życzeń.
     Harry rzucił Ronowi przepraszające spojrzenie. Ten wzruszył ramionami i zabrał się do pisania eseju z Transmutacji. Potter pomógł dziewczynie wydostać się na korytarz i razem ruszyli w ciszy w stronę miejsca dawnych spotkań GD. Obydwoje byli ciekawi co z tego wyniknie.
Harry Potter - Book And Scroll