Harry Potter - Book And Scroll

2.8.13

29. Być razem

"Na dźwięk tego głosu ściska mnie w żołądku,
czuję się winna, smutna i przestraszona.
I tęsknię, do tego też mogę się przyznać.
Tyle że tęsknota ma zbyt silną konkurencję,
aby kiedykolwiek zdołała zdominować inne uczucia."
- Katniss Everdeen, "W pierścieniu ognia"

    Ron włóczył się po zimnych korytarzach Hogwartu. Już sam nie miał pojęcia, co robić. W głębi duszy miał nadzieję, że może trafi na Carmen, choć sam nie wiedział, o czym by mógł z nią rozmawiać. To wszystko było strasznie dziwne. Przystanął i złapał się za głowę. A co z Luną? Rani ją, dobrze o tym wiedział. To nie miało się tak potoczyć. Wszystko było surrealistyczne, jak zwykła iluzja. A może właśnie niezwykła? Potrząsnął głową i ruszył dalej w milczeniu.
    Sam też cierpiał. Nie umiał dokonać wyboru, który zdawał się jeszcze niedawno być tak oczywisty. Choć może teraz też był? Car go nie chciała, więc... Nie, nie może pocieszać się Luną. Tylko bardziej by ją zranił. A może naprawdę ją kocha? Ron czuł się jak w piątej klasie, gdy zaatakowały go myśli w Ministerstwie Magii. Miał po prostu mętlik w głowie. Mało powiedziane – to był chaos, zamęt, ogromny bałagan... Żeby dobrze zagrać w meczu, nie może się niczym przejmować. Dobrze wiedział, że pod presją się ugnie i nie da rady. Przypomniał sobie Hogsmeade, dni, gdy trzymał ją za rękę i wszystko były takie proste, zwyczajne. Takie właściwe...


    Przystanął, gdy usłyszał ciche łkanie. A może coś innego? Jakby jakaś melodia, dość smutna i jakby... trochę znajoma. Zdecydował. Cicho podszedł do rogu korytarza i zza niego wyjrzał. Stała tam. Światło Księżyca dokładnie oświetlało jej piękne włosy. Opierała się łokciami o kamienny parapet i chyba też coś cichutko nuciła.

Are you, are you
Coming to the tree
Where they strung up a man they say murdered three.
Strange things did happen here
No stranger would it seem
If we met up at midnight in the hanging tree.

    Zdziwiony zamrugał i podszedł bliżej. Widocznie go nie usłyszała, bo dalej śpiewała.

Are you, are you
Coming to the tree
Where the dead man called out for his love to flee.
Strange things did happen here
No stranger would it seem
If we met up at midnight in the hanging tree.

    Delikatnie ją objął od tyłu, a ona tylko lekko się wzdrygnęła, wciąż zapatrzona w hipnotyzujące niebo. Nucenie zmieniło się w cichy śpiew.

Are you, are you
Coming to the tree
Where I told you to run so we’d both be free.
Strange things did happen here
No stranger would it seem
If we met up at midnight in the hanging tree.

    Ron położył dłonie na ramionach Luny i obrócił ją twarzą w swoją stronę. Spojrzał jej prosto w błękitne oczy. Widział tam niezmierne cierpienie, tak mocno ukrywane pod maską marzycielki. Wtedy zrozumiał, jakim był głupcem. Wszystko, czego potrzebował, miał dokładnie przed sobą, w swoich ramionach. Po policzku spływała jej samotna łza, którą starł delikatnie kciukiem. Przybliżył się, lecz gdy uchylił usta, by coś powiedzieć, usłyszał jeszcze ostatnie słowa piosenki:

Are you, are you
Coming to the tree
Wear a necklace of rope, side by side with me.
Strange things did happen here
No stranger would it seem
If we met up at midnight in the hanging tree.

    Umilkła, a on znowu czuł się dziwnie. Dlaczego akurat to śpiewała? Dość dziwne, choć jak na nią...
- Luna, przepraszam – wyrzucił z siebie. - Wiem, że cię skrzywdziłem, ale proszę... Daj mi jeszcze jedną szansę. Kompletnie się zagubiłem. Ja... Proszę.
- Wiesz, jak byłam mała, mama śpiewała mi tę piosenkę. Ma tytuł "Drzewo wisielców". - Mówiła tak, jakby zupełnie nie dosłyszała jego przeprosin. Mimo to słuchał. Już dawno się nauczył, że jest to niezbędne, aby chociaż w pewnej mierze ją zrozumieć. - Na początku jej nie rozumiałam, ale w miarę jak dorastałam, znaczenie stawało się jasne. Najpierw wydaje się, że ktoś chce się spotkać ze swoją dziewczyną pod drzewem wisielców, ale prawda jest inna, bardziej przerażająca. Piosenkę śpiewa martwy morderca, którego tam powieszono. Chce ochronić swoją miłość, jednak nie każe jej uciekać. Chce, aby przyszła do niego. Na tamten świat. - Ron zadrżał. Kto by pomyślał, że ta stosunkowo cicha dziewczyna może mieć takie myśli!
- Na tym polega miłość... - zaczął chłopak. - Na byciu wiernym, aż do końca i dłużej.
- Zadziwiające, że to rozumiesz – powiedziała chłodno blondynka, poprawiając lewą dłonią kolczyk w uchu o kształcie przypominającym marchewkę. Ale niebieską.
- Zrozumiałem dopiero teraz. Naprawdę przepraszam. Nie chciałem tego, ja... Zagubiłem się. Taki już jestem. Mam nadzieję, że coś na to poradzisz. – Uśmiechnął się niepewnie. Krukonka przez chwilę mierzyła go oceniającym spojrzeniem, jednak po chwili odwzajemniła uśmiech.
- Ron, mam nadzieję, że już więcej tego nie zrobisz, bo... Tatuś sprowadził buchorożca do domu! - powiedziała z nieskrywanym entuzjazmem. Oczy znowu jej błyszczały, na policzki wróciła dawna barwa różu.
- W takim razie muszę uważać – wybuchnął śmiechem chłopak i porwał ją w ramiona, po czym uniósł do góry. Gdy już postawił ją na ziemię, pochylił się i ją pocałował. Tak, tego mu brakowało. Sam nawet nie wiedział, jak za nią tęsknił. Po chwili jeszcze zapytał: - Nauczysz mnie tej piosenki?
    Luna znowu się uśmiechnęła i ochoczo przytaknęła.

***

    W niedzielę, dzień meczu, Carmen znowu obudziła się nie w swoim dormitorium. Nie była do tego przyzwyczajona, ale nie ukrywała, że zaczynało podobać się jej w lochach. Na pewno duży wkład miał w to pewien nauczyciel eliksirów, który leżał na boku obok niej i wciąż jeszcze tkwił w objęciach Morfeusza. Spojrzała na niego, na tłustawe włosy, opadające na policzek, nierówny nos, bladą cerę... I powieki, pod którymi kryły się czarne jak węgiel oczy.
    Nie kochała go. On raczej jej też nie. Magia bratnich dusz sprawiała, że siebie potrzebowali, przywiązywali się do siebie. Nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek będzie między nimi coś więcej. Na razie przebywali razem, bo im to pomagało. Mogli przetrwać kolejny dzień ze świadomością, że nie są na tym świecie sami, a ich samopoczucie tylko na tym zyskiwało. Uciążliwe bóle głowy w końcu minęły, myśli trochę zwolniły bieg, więc praktycznie mogli cieszyć się z życia.
    Mimowolnie odgarnęła kosmyk ciemnych włosów z twarzy Snape'a, a ten nagle się wzdrygnął i otworzył oczy. Na jego twarzy pojawił się grymas.
- Nie budź mnie – burknął i mocniej wtulił się w poduszkę.
- Nie zrobiłam tego – wyszeptała Car, wpatrując się w niego. Mimo wszystko ją fascynował.
- Akurat – warknął. Nagle nieoczekiwanie wstał, zdenerwowany.
- Co się stało? - zapytała z jawnym zdziwieniem dziewczyna.
- Mecz, Brown. Dzisiaj jest mecz – powiedział oschłym tonem Mistrz Eliksirów, kierując się do szafy, aby się ubrać.
- I co w związku? - uniosła pytająco brązową brew.
- Wydedukuj sobie – odparł zjadliwym tonem Severus. Jako nauczyciel musiał się tam stawić, w innym wypadku byłoby to podejrzane. A nie miał specjalnej ochoty iść, więc im szybciej stąd wyjdzie, tym dla niego lepiej.
- Nie potrzebuję. Nie spiesz się, masz jeszcze czas... - powiedziała, wstając. Podeszła do niego, gdy założył koszulę i zapinał guziki.
- Nauczyciele muszą być wcześniej, Brown.
- Nieprawda. Ja to wiem, a ty tym bardziej... - wyszeptała mu do ucha, kierując swoje usta w stronę jego podbródka. - Zostań jeszcze chwilę...
- Uhmm... - wymruczał i pozwolił jej zawładnąć swoimi ustami. Po chwili jednak oderwał się i warknął: - Pół godziny, później idę.
- Więcej – szepnęła Car i spojrzała na niego swoimi karmelowymi oczami.
- Jak sobie życzysz – odparł zjadliwie. - Każda minuta dłużej – minus dziesięć punktów od Gryffindoru! - Ponownie go uciszyła, a on specjalnie się nie wyrywał.

***

    W dzień meczu Harry obudził się dziwnie spokojny. Zwykle się denerwował, nie jadł i był osowiały, ale tego dnia energia aż w nim buzowała. Był pewny zwycięstwa, w końcu dużo ćwiczyli. Drużyna także była świetna. Jedynie martwił się o Rona, który wrócił późno w nocy. Nawet nie dowiedział się, jak z Luną. Westchnął głośno. Zerknął na zdjęcie Hermiony, które postawił sobie na stoliku nocnym. Przedstawiało ją podczas prób GD w zeszłym roku. Oczywiście zrobił je Collin Creevey i, trzeba przyznać, wyszło mu świetnie. Dziewczyna widać pozwoliła sobie na chwilę oderwania się od rzeczywistości, bo jej oczy były rozmarzone, a spojrzenie nieobecne. Patrzyła w jakiś punkt ponad aparatem, włosy miała rozwiane i delikatny uśmiech na twarzy. Bardzo mu się podobała, wyglądała tak... szczęśliwie. Jakby była dokładnie tam, gdzie być powinna.
    Wystarczy. Wstał i poszedł do łazienki. Gdy już się ubrał, wyszedł z dormitorium i spróbował zawołać Hermionę. To było niesprawiedliwe, że nie mógł jej odwiedzić. Przecież czasy się zmieniły! Dumbledore powinien coś z tym zrobić.
    Zauważył, że dziewczyna wychodzi, więc od razu się uśmiechnął. Podeszła do niego i przytuliła. Cieszyli się chwilą, gdy nagle dobiegł ich jakiś chichot od strony schodów.
- Jak wytrzymujesz z Lavender w jednym dormitorium? - zapytał zdziwiony Harry.
- Nie wytrzymuję. Powstrzymuję się od chęci mordu – rzuciła w jej stronę zjadliwe spojrzenie. - Ale jest coraz trudniej – dodała.
- Chodź, nie mam ochoty na nią patrzeć. Szczególnie dzisiaj.
    Hermiona przytaknęła. Splotli razem palce i ruszyli do Wielkiej Sali. Tego dnia panowało jeszcze większe ożywienie niż zwykle. Ludzie głośno rozmawiali o prawdopodobnym wyniku meczu, a Fred i George już zbierali zakłady. Gdy Harry wszedł do jadalni, wiele par oczu zwróciło się w jego stronę. Nie mógł jednak odgadnąć ich intencji. Odkąd Voldemort powrócił, nie był już ciągle poniżany, ludzie mu uwierzyli. Wielu osobom było wstyd, że uznawali, iż kłamie. Mimo to Wybraniec i tak wiedział, że może polegać tylko na prawdziwych przyjaciołach.
    Usiedli razem przy stole, zaczynając śniadanie. Obok siedziała Ginny, trochę weselsza, niż gdy poprzednim razem rozmawiała z nią Hermiona. A właśnie, pozostawała ważna kwestia.
- I co, powiedziałaś już braciom o... o waszej mamie? - zapytała dyskretnie Granger.
- Nie, jeszcze nie... Po meczu – obiecała rudowłosa. - A Harry... wie?
- Też nie. I lepiej niech dowie się razem z Ronem. Nie chcę, żeby z emocji zawalili ten mecz.
- Masz rację. Sama przecież gram i będzie mi niełatwo, a reszta...
- Dasz radę, Gin. Naprawdę – pocieszyła ją Hermiona.
- A co wy tam tak szepczecie? - dopiero teraz zapytał Potter.
- Babskie sprawy, mój drogi – powiedziała brunetka i dała mu całusa w policzek.
- A może chciałbym wiedzieć? - wymruczał pod nosem chłopak, smarując tosta dżemem truskawkowym.
- Nie marudź, tylko jedz. Masz to wygrać! - zarządziła Hermiona z poważną miną. Po chwili jednak nie wytrzymała i zaczęła się śmiać. Przyjaciele do niej dołączyli.
- Co robicie i dlaczego beze mnie? - zapytał rozanielony Ron.
- Czekamy na mecz – odparła Ginny, uważnie przyglądając się bratu. Wyglądał jakby... inaczej. I był weselszy.
- To się przygotujcie na świetną grę – powiedział Weasley i również zabrał się do jedzenia.
    Śniadanie dojedli już w milczeniu. Musieli się przecież jeszcze przygotować, dlatego w końcu Hermiona została sama przy stole. Znad swojej jajecznicy spojrzała na stół nauczycielski. I to był błąd, bo znowu napotkała spojrzenie Barnabasa. Na dodatek dzisiaj na kamizelce i apaszce miał czerwono-złoty wzorek. Dyskretny, ale jednak. Westchnęła. Musi coś z tym zrobić, zwłaszcza, że zauważył jej spojrzenie i się uśmiechnął.
    Stanowczo wstała i przeszła przez Wielką Salę, aż do wyjścia, starając się nie oglądać za siebie. I udało jej się, jednak już przy drzwiach wpadła na kogoś. Ten ktoś miał czarne, obszerne szaty. Gdy podniosła wzrok, okazało się, że jej modły nic nie dały i był to niestety Snape. Mimo że pałał nienawiścią na kilometr, był delikatnie zarumieniony na policzkach i miał lekko przyspieszony oddech. I niezapięte dwa guziki pod szyją.
- Długo będziesz podziwiać, Granger? - warknął tak, że Hermionę przeszedł dreszcz. Ten człowiek był straszny.
- Przepraszam, panie prof...
- Szacunku nauczycielowi też okazać nie umiesz, mówiąc zwykłe "dzień dobry". Ach, ci Gryfoni... Odejmuję Gryffindorowi dwadzieścia punktów.
- Dzień dobry, panie profesorze – wycedziła. Zacisnęła pięści, aby nie powiedzieć, jak jawnie niesprawiedliwe to było.
- Widzisz? Można. A teraz zjeżdżaj, Granger, bo zastanowię się jeszcze może nad kolejną karną lekcją...? - zagroził, ale dziewczyny już nie było. Szybko podszedł do stołu nauczycielskiego.
    Tymczasem Hermiona już przemierzała błonia w drodze na stadion. Po drodze mijała mnóstwo innych uczniów, ale nie miała specjalnie ochoty na rozmowę z nimi. Snape strasznie ją zdenerwował, czuła się kompletnie rozchwiana i zagubiona. I ten cholerny wampir! Cholernie przystojny wampir! Dlaczego Dumbledore nie mógł zatrudnić kogoś brzydszego, straszniejszego?
    Westchnęła. Ma Harry'ego. Wszystko się świetnie układa. Są szczęśliwi. Czego chcieć więcej? Sama nie wiedziała, ale nie czuła się też do końca spełniona.
    Dotarła do szatni. Ciekawe, czy jeszcze omawiają taktykę. Hermiona delikatnie uchyliła drzwi i weszła do środka. Zauważyła Harry'ego, który siedział na ławce, widocznie przygotowując się mentalnie do meczu. Był już przebrany w szaty szukającego i kapitana. Dalej siedzieli Fred z George'm, reszta drużyny musiała być gdzieś dalej.
    Nagle Hermionie zrobiło się szkoda swojego chłopaka. Przecież powinna go wspierać, cały czas, a zwłaszcza poprzedniego wieczora, a ona zamiast tego była z tym wampirem! To nie fair, zwłaszcza w stosunku do Wybrańca.
- Psst! Harry... - zawołała cicho.
- Hermiona? - zapytał zdziwiony. - Co ty tu...
- Chodź tu!
- Dobrze. – Wstał i podszedł do niej. - Stało się coś?
- Tak – powiedziała cicho, zarzucając mu ręce na szyję. - Chciałam ci jeszcze raz życzyć powodzenia...
    Dotknęła wargami jego ust, a on, po chwili oszołomienia, odpowiedział jej tym samym. Zatopił dłonie w jej miękkich włosach i przyciągnął jeszcze bliżej do siebie. Hermiona wysunęła swój język na spotkanie, a chwilę potem już zatracali się w sobie. Nie delikatnie, jak zwykle, tym razem z większą zaborczością. Harry miał trudności z zaczerpnięciem oddechu. Dawno go tak nie całowała. Właściwie to jeszcze nigdy. To było cudowne, jak spotkanie dwóch idealnie do siebie pasujących części, które razem tworzą coś niesamowitego. Delikatnie zjechała ustami na jego szyję, oddając całe uczucie, jakie do niego żywiła. Jak fantazja, czuł jej ciepłe ciało w swoich ramionach i wiedział, że jest najszczęśliwszą osobą na świecie. Oboje są. Chwycił jej twarz w dłonie, opuszkami palców delikatnie obrysowując usta. Spojrzeli sobie w oczy i w tej chwili nie było dla nich piękniejszego widoku. Czysta radość. Harry znowu złączył ich usta, zapominając kompletnie o meczu, o Hogwarcie, o świecie. Byli tylko oni.
- Może w końcu zaczniemy grać, co? - dobiegł ich głos z boku, a oni natychmiast odskoczyli od siebie przynajmniej na metr, oboje mieli twarze koloru szat Gryffindoru. Bez złotego.
- Freddy, nieładnie tak podglądać – powiedział bliźniak do swojego brata i razem się roześmieli.
- To ja... Ja już pójdę – rzuciła Hermiona i błyskawicznie zatrzasnęła za sobą drzwi.
- Dobrze chociaż całuje? - zapytał George, puszczając oko.
- Nie wasza sprawa. Idziemy, już czas.
- Nareszcie – westchnęła Ginny, wychodząc zza rogu. - To co teraz, kapitanie?
- Teraz? Teraz wygramy.


______________________________________
 Igrzyska Śmierci, piosenka mnie urzekła: taka dziwna, ale fajna. Tu jest tłumaczenie, gdyby ktoś nie rozumiał:

Czy chcesz, czy chcesz
Pod drzewem skryć się?
Tu zawisł ten, co troje zginęło z jego mocy.
Dziwnie już tutaj bywało,
Nie dziwniej więc by się stało,
Gdybyśmy się spotkali pod wisielców drzewem o północy.

Czy chcesz, czy chcesz
Pod drzewem skryć się?
Choć trup ze mnie już, uwolnię cię od przemocy.
Dziwnie już tutaj bywało,
Nie dziwniej więc by się stało,
Gdybyśmy się spotkali pod wisielców drzewem o północy

Czy chcesz, czy chcesz
Pod drzewem skryć się?
Tu do mnie miałaś zbiec, żeby uniknąć przemocy.
Dziwnie już tutaj bywało,
Nie dziwniej więc by się stało,
Gdybyśmy się spotkali pod wisielców drzewem o północy

Czy chcesz, czy chcesz
Pod drzewem skryć się też?
W naszyjniku ze sznura u boku mego nie czekaj pomocy.
Dziwnie już tutaj bywało,
Nie dziwniej więc by się stało,
Gdybyśmy się spotkali pod wisielców drzewem o północy
Harry Potter - Book And Scroll